Speed Lady. Moja Korona Himalajów i Karakorum - Dorota Rasińska-Samoćko - ebook

Speed Lady. Moja Korona Himalajów i Karakorum ebook

Dorota Rasińska-Samoćko

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dorota Rasińska-Samoćko, himalaistka, pierwsza i jedyna Polka, która zdobyła Koronę Himalajów i Karakorum. Rekordzistka szybkości. W zaledwie trzy lata, 2021-2024, stanęła na czternastu ośmiotysięcznikach, bez teamu sponsorskiego oraz wielkiego komercyjnego zaplecza. Całkowicie w zgodzie ze sobą, ze swoimi celami i granicami przesuwanymi do niewyobrażalnych ekstremów.

Przez Szerpów i ludzi gór nazywana z nieukrywanym szacunkiem i fascynacją: Speed Lady lub Iron Lady.

Strome ściany, na których można przekonać się o swojej wytrzymałości. Trawersy, które oczyszczają umysł z emocji. Godziny mozołu, napięcia, zmęczenia. Koncentracja. Niepewność powrotu. W końcu wielka radość i satysfakcja. W górach nie ma miejsca na fałsz.

"To opowieść o marzeniach, pokorze, szacunku do natury i wdzięczności za gościnność gór, które pozwoliły wejść na swoje szczyty i wykrzyczeć radość. To chwilami niestety także opowieść o tym, jak bardzo zmieniło się środowisko wspinaczy, o zanikaniu poczucia wspólnoty, które przez lata tak bardzo je charakteryzowało.

Autorka zabiera czytelnika w podróż przez 14 najwyższych szczytów świata, pokazuje życie obozowe od kuchni, ale przede wszystkim mówi o drodze, którą pokonuje każdy, kto realizuje swoje, czasem ekstremalne pasje, i o tym, że prawdziwy szczyt i cel osiągamy wtedy, kiedy wracamy bezpiecznie do bazy i pijemy herbatę w namiocie.

Polecam tę lekturę wszystkim, nie tylko miłośnikom gór wysokich."

Martyna Wojciechowska

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 387

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Współpraca

Sylwia Niemczyk

Projekt okładki

Urszula Gireń

Redaktor prowadzący

Barbara Czechowska

Redakcja

Katarzyna Głowińska/Lingventa

Redaktor techniczny

Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Lingventa: Aleksandra Zok-Smoła, Magdalena Zabrocka

Wybór zdjęć

Dorota Rasińska-Samoćko, Barbara Czechowska

Zdjęcie na okładce

Dorota Rasińska-Samoćko na szczycie Makalu. Fot. Archiwum autorki

© for the text by Dorota Rasińska-Samoćko

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2025

ISBN 978-83-287-3306-0

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2025

–fragment–

Niech góry pozostaną w nas na zawsze, inspirując i dając poczucie wolności

Góry są dla mnie czymś magicznym, nieokiełznanym. Wspinając się, odnajdujemy siebie – prawdziwych siebie – w ekstremalnych warunkach. Wspinając się, można by powiedzieć, bezinteresownie, staramy się zbliżyć do nieskończoności, poznać nieznane.

Wspinanie zawsze stanowi dla mnie rodzaj mentalnego, duchowego przeżycia. Cały czas rozmawiam z górą. Do tego lubię powoli się z nią oswajać, uwielbiam trekkingi, podczas których w ciągu kilku dni mogę dojść o własnych siłach do bazy i tam powoli aklimatyzować się przed wejściem na szczyt. Tak było w przypadku między innymi Mount Everestu czy Annapurny.

Majestat gór jest wielki, tak wszechogarniający, że pisanie o nim jest dla mnie ogromnym wyzwaniem. Nic nie jest w stanie oddać bycia w otoczeniu najwyższych szczytów. Każdy opis, każde słowo zawsze będzie pewnym uproszczeniem, spłyceniem tego krajobrazu i tych emocji, które nam towarzyszą.

Każde wejście, każdy krok ma inny wymiar, nawet jeśli po raz kolejny wchodzę na ten sam szczyt. I to jest piękne. Dlatego trzymam się subiektywnej perspektywy, dzięki czemu mogę przedstawić moje doświadczenie.

Góry odkrywają w nas prawdę, odsłaniają nasze prawdziwe oblicze. Tu nie ma miejsca na fałsz. To jest fascynujące. Jednocześnie dzięki obcowaniu z tak niepojętą i zachwycającą naturą stajemy się lepsi. Dotykamy też w pewien sposób nieskończoności, niewyobrażalności. Czy może trochę inaczej – nieskończoność ma w górach bliższy, bardziej realny wymiar, choć i tak można jedynie dążyć do jej dotknięcia, poznania.

Realizując swoje marzenia, realizuję siebie, bez mediów, bez sesji zdjęciowych na każdym kroku, bez kamer. Góry i ja – to idealne połączenie, swoista symbioza. Całkowicie w zgodzie ze sobą, ze swoimi celami i granicami przesuniętymi do skrajności, do niewyobrażalnych ekstremów. Zapewne dzięki temu mogłam zrealizować swój wyczyn, swoje osiągnięcie, swój rekord. Było to dla mnie bycie tu i teraz. Bez myślenia, co jest niemożliwe, a co znajduje się w moim zasięgu.

To tak istotne: być cały czas sobą, romantyczką z realnym, konsekwentnym planem działania. Pokonywanie trudności to tylko kwestia czasu, nawet jeśli słyszysz, że to nierealne, że to ponad twoje możliwości, a jednak…

Wiara, konsekwencja, upór, pasja oraz bycie sobą i jednoczesne wychodzenie poza schematy – oto klucz do samorealizacji. Mam nadzieję, że pójdziecie w moje ślady, bo bez pasji jesteśmy tylko namiastką samych siebie.

Realizujcie się, odkrywajcie własne ścieżki, nie tylko górskie, ale i życiowe. Do zobaczenia na szlaku!

Stoję na szczycie, oddycham ciężko, patrzę przed siebie. Nie mogę uwierzyć, że w tym momencie nikt, żaden stojący na ziemi człowiek, nie jest wyżej ode mnie. „Hurra! Hurra! Hurra!” – to mój pierwszy raz, kiedy na wierzchołku ośmiotysięcznej góry wznoszę nasz typowo polski okrzyk radości (w kolejnych miesiącach i latach będę krzyczała tak jeszcze kilkanaście razy, zawsze z taką samą radością). Weszłam, jeszcze jedna góra była dla mnie łaskawa! Hurra!

To niemożliwe, aby opisać widok z Everestu. Nawet najbardziej wyszukane słowa nie oddadzą zachwytu, który czujesz, kiedy stoisz na najwyższej górze świata, nad sobą masz czyste niebo, a poniżej – ośnieżone, monumentalne skały i miękką warstwę chmur, zresztą co tam – poniżej masz przecież cały świat! Stałam i nie myślałam jeszcze o zejściu. Tak samo jak malutki posążek Buddy, wniesiony kiedyś przez innego wspinacza, chłonęłam nieopisane piękno. Na szczycie stanęłam o 9:30 rano 12 maja 2021 roku. Było mroźnie i jasno, nepalskie chorągiewki modlitewne trzepotały, bo wiatr nie ustawał nawet na moment. Te pozostawione tutaj dary, świadczące o determinacji wspinaczy, są zarówno wyrazem ich wdzięczności za pomyślne wejście, jak i wotami błagalnymi. Wzruszam się na ten widok, choć, mówiąc szczerze, wzrusza mnie tutaj wszystko. Dobroć góry, która mnie tak gościnnie przyjęła. Niebosiężna, niewyobrażalna wielkość natury. Wyrozumiałość mojego organizmu, który – choć poddany trudnej, wysokogórskiej próbie – nie zawiódł mnie, a przecież w ostatnich tygodniach widziałam nieraz, jak wspinacze mający ogromną motywację przegrywali walkę z własną fizjologią.

Nie wiedziałam, czy mi się uda. Mount Everest albo inaczej Czomolungma – tę tybetańską nazwę wolę – to była moja pierwsza himalajska wyprawa. Marzenie o niej towarzyszyło mi od lat, ale w ostatnich tygodniach, a nawet dniach, wiele razy wydawało się, że będę musiała jeszcze poczekać na jego spełnienie. Na szczęście się udało. Zatem jeszcze raz, zanim zacznę schodzić w dół i zanim – jak się okaże już niedługo – zaczną się prawdziwe zmagania z wiatrem, śniegiem i ludzką nieodpowiedzialnością: hurra!

Trekking do bazy pod Everestem

Do Nepalu przyleciałam 4 kwietnia, ponad miesiąc wcześniej. Po długim locie, z przystankiem na tankowanie w Katarze, wylądowałam w Katmandu nad ranem. Po wyjściu z samolotu uderzyło mnie gorące, tropikalne powietrze. Jeszcze dzień wcześniej w Warszawie obserwowałam początek wiosennej aury, tymczasem takiej pogody, jaka powitała mnie na nepalskim lotnisku, nie ma w Polsce nawet w najgorętsze dni lata. Mimo że od lat jeździłam po świecie, w Nepalu nie byłam ani razu, dlatego ciekawiło mnie wszystko. Ale chociaż Katmandu jest piękne, z wąskimi uliczkami dzielnicy Thamel czy zabytkowym Durbar Square, który został wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, to nie mogę się już doczekać dalszej podróży – pierwszą hotelową noc spędzam, przewracając się z boku na bok. Rano okazuje się, że nepalskie bóstwa mi sprzyjają: kiedy kontaktuję się z moją agencją wspinaczkową, poprzez którą organizowałam swoją wyprawę, dowiaduję się, że w Katmandu nie obowiązuje już kwarantanna dla cudzoziemców, wprowadzona z powodu pandemii koronawirusa, i będziemy mogli wyruszyć do obozu bazowego pod Everestem wcześniej, niż się spodziewaliśmy. Dzień spędzam więc na przepakowywaniu się i formalnościach – przede wszystkim muszę opłacić ekspedycję na Everest, Lhotse i dwa dodatkowe szczyty: Gaszerbrum I i II. Taki jest plan, by po udanej wyprawie na Czomolungmę wejść jeszcze na niewiele niższe Lhotse. Te dwie góry są skalnymi siostrami, prawie do samego końca na ich szczyty wiedzie ta sama droga, rozdziela się dopiero w obozie IV, najwyższym, położonym już na ośmiu tysiącach metrów. Ci, którzy idą na Everest, skręcają w lewo, ci, którzy na Lhotse – w prawo.

Trzeciego dnia rano razem z grupką wspinaczy z tej samej agencji wylatujemy do Lukli, niewielkiej osady znajdującej się na wysokości około 2800 m n.p.m., będącej swoistą bramą do Himalajów. To pierwszy etap naszej podróży do Everest Base Camp. Na lotnisku wsiadamy do małego samolociku, głośnego i szarpanego wiatrem podczas lotu. Jego rozmiar ma jednak większy sens, niż początkowo mi się wydawało. Kiedy podchodzimy do lądowania w Lukli, mam wrażenie, że zaraz się rozbijemy: wyjątkowo krótki pas startowy zakończony jest… skałą, a nasz samolocik, chociaż od razu po dotknięciu ziemi ostro hamuje, to siłą rozpędu pędzi prosto na nią! W ostatniej chwili zakręca i w końcu staje – i dopiero wtedy dociera do mnie, że od kilku sekund z wrażenia wstrzymuję oddech. Już rozumiem, dlaczego na lotnisku w Katmandu czekaliśmy, aż pilot dostanie wiadomość, że tutaj opadła mgła. W Lukli można lądować tylko przy idealnych warunkach, minimalny błąd spowodowany złą widocznością może kosztować życie. Okazuje się, że te nasze kilka porannych godzin czekania na wylot to nic, bywa, że wspinacze koczują kilka dni, bo w Lukli panuje mgła albo pada deszcz. A właśnie tak jest tam prawie cały czas, dobra pogoda zdarza się rzadko i nie utrzymuje długo. Znowu więc wychodzi na to, że los jest po mojej stronie – póki co nic nie zwiastuje późniejszych kłopotów.

Wejście na Everest, zresztą na każdy ośmiotysięcznik, zawsze musi być poprzedzone aklimatyzacją w warunkach wysokogórskich. Organizm musi dostosować się do rozrzedzonego powietrza: w tak zwanej sferze śmierci, czyli powyżej 7000–8000[1] m n.p.m., w powietrzu znajduje się tylko jedna trzecia tlenu w porównaniu z powietrzem na poziomie morza. W samym base campie, chociaż jest on położony o dwa tysiące metrów niżej – na wysokości 5300 m n.p.m., tlenu jest już znacznie mniej, ale wciąż jeszcze powietrze jest nim na tyle nasycone, by można w miarę normalnie funkcjonować, bez ryzyka choroby wysokościowej. Etapu adaptacji nie da się ominąć ani przyśpieszyć. Nasz plan, który przewidywał spokojny trekking z Lukli do obozu bazowego pod Everestem, pozwalał na powolne dostosowywanie się do rzadszego powietrza i skrajnych temperatur. Znajdowaliśmy się tuż poza strefą tropikalną, więc w ciągu dnia panowała wilgoć i ciężki, obezwładniający upał, za to nocą można było zmarznąć nawet w puchowym śpiworze. Chociaż Luklę dzieliło od obozu ledwie 50 kilometrów – niedużo więcej, niż wynosi trasa maratonu – rozłożyliśmy nasze dojście do niego na sześć, siedem dni. To typowy plan aklimatyzacyjny: idzie się pięć–sześć godzin dziennie, do tego w mieście Namche Baazar mieliśmy zostać dłużej, na dwa noclegi. Wszystko to było podyktowane rozsądkiem – im spokojniejsza aklimatyzacja, tym mniejsze ryzyko choroby wysokościowej na późniejszym etapie.

Ruszyliśmy niedługo po wylądowaniu, bo nasz pierwszy nocleg był przewidziany w miejscu oddalonym od Lukli o dwie godziny marszu. Weszłam na swój pierwszy nepalski szlak z wielką radością, która z każdym kolejnym metrem jeszcze rosła nie tylko na myśl o tym, co miało mnie spotkać w kolejnych dniach, ale też dlatego, że już teraz wszystko było niezwykłe. Większość naszych bagaży została oddana tragarzom, którzy umocowali je na grzbietach jaków i osłów, my szliśmy tylko z lekkimi plecakami, dzięki czemu mogliśmy cieszyć się wędrówką. Przyroda przyprawiała o zawrót głowy (wciąż jeszcze było za nisko na zupełnie inne, zdecydowanie mniej przyjemne zawroty głowy spowodowane rzadszym powietrzem) – otaczała mnie bujna, soczysta zieleń, nad głowami śpiewały ptaki, a wokoło nas latały wielkie, kolorowe motyle. Słońce oślepiało – bez okularów przeciwsłonecznych byłoby tutaj trudno, a wręcz niebezpiecznie dla wzroku. Szłam w długich spodniach i koszulce, grubo posmarowana kremem z mocnym filtrem. Na szyi miałam bandanę, którą naciągnęłam też na usta, nie tylko dla ochrony przed kurzem i wiatrem, lecz także przed słońcem. Na łydki naciągnęłam stuptuty – ochraniacze przed pyłem, który unosi się nad drogą. Tropikalny klimat dawał mi się trochę we znaki, ale wiedziałam, że za kilka dni za nim zatęsknię, kiedy będę marzła w wyższych rejonach.

Everest kojarzy się z surowym, skalnym i śnieżnym krajobrazem, tymczasem ten pierwszy etap drogi jest niezwykle przyjemny i zielony. Wszyscy, których spotkaliśmy, witali nas nepalskim błogosławieństwem: namaste! Nepalska społeczność słynie z gościnności i życzliwości, wbrew – a może właśnie z tego powodu – niegościnnym warunkom, które panują w podhimalajskim rejonie. Wszędzie powiewały nepalskie chorągiewki: żółte, czerwone, białe i niebieskie. Według buddyjskich wierzeń każdy powiew takiej chorągiewki to modlitwa, a im jest ich więcej, tym lepiej. Podobnie jest z młynkami ustawianymi w strumieniach: przepływ wody wprawia je w ruch, więc modlitwa nieprzerwanie trwa, modlimy się niezależnie od siebie. Po drodze mijaliśmy kobiety ubrane mimo ubóstwa w czerwone, żółte stroje – tkane w domach suknie zawsze były w tym samym kolorze co chusta. Uderzająca jest ta nepalska dbałość o ubranie, nawet ubogi strój jest czysty i schludny, bez dziur. Fascynowało mnie, że jest to dla nich ważne, nawet w polu, podczas ciężkiej, fizycznej pracy, nieraz przekraczającej ich siły. Poletka ziemniaków i jęczmienia, znajdujące się na górskich zboczach, są uprawiane ręcznie, z użyciem motyk, czasem też w trakcie naszej drogi widziałam na polach jaki zaprzężone do prymitywnych pługów.

Mieszkańcy wiosek, przez które przechodziliśmy, patrzyli na nas z taką samą życzliwą ciekawością, jak ja na nich, mimo że co roku w sezonach wiosennych i jesiennych tymi drogami idą grupy wspinaczy. Jednak dla osób z otwartym umysłem, a wśród Nepalczyków takich nie brakuje, spotkanie z każdym przybyszem jest okazją do poznania nowych historii. Doskonale rozumiem to nastawienie, bo i ja w taki sam sposób traktuję rozmowy z osobami, które spotykam podczas moich wypraw. Gdy jestem w nowym miejscu, lubię poznać jego prawdziwą wersję, a nie tylko tę przeznaczoną dla turystów. Nepalskie domy znajdujące się u podnóża Himalajów są biedne. Centralnym miejscem jest kuchnia z glinianym paleniskiem: glina oddaje ciepło, więc też ogrzewa pomieszczenie. W domach nie ma ani ciągłej dostawy prądu, ani bieżącej wody. Wiele razy podziwiałam tutejsze kobiety, że potrafią myć swoje długie włosy w zimnym strumieniu, który swój początek bierze na lodowcu, one z kolei dziwiły się ze śmiechem, że można je myć, tak jak ja, w ciepłej wodzie. Dla nich zagrzana woda jest zbyt cenna, by marnować ją na takie fanaberie jak mycie głowy. Podstawowym opałem jest tutaj chrust – co chwilę na drodze mija się ugiętych pod jego ciężarem mężczyzn i kobiety. Jeśli nie dźwigają chrustu, to trawę dla zwierząt, zwykle w bambusowych koszach. Kiedyś próbowałam podnieść taki pakunek i nie dałam rady z nim wstać, a przecież nie można powiedzieć, że nie mam sił. Oni nie tylko wstają z takim nawet 40-kilowym obciążeniem, ale jeszcze potrafią dogonić mnie i iść ze mną równym tempem, rozmawiając jakby nigdy nic. Zastanawiałam się nad tym, jak to możliwe, i wydaje mi się, że pewną rolę odgrywają tutaj genetyczne predyspozycje Nepalczyków oraz ich niski wzrost, przez co ciało działa inaczej. Poza tym oprócz szelek zakładają opaskę na głowę, dzięki czemu ciężar na plecach rozkłada się w inny sposób. Taką technikę wykorzystują też niektórzy Szerpowie, gdy idą ze wspinaczami w góry. Ich plecaki czasem oprócz szelek mają również specjalną opaskę zakładaną na czoło.

Nepalska trasa na Everest jest bardzo popularna – w każdym sezonie wydaje się około czterystu pozwoleń na wejście na szczyt, a jeśli dodać do tego trekkerów, którzy nie planują się wspinać aż tak wysoko, lecz na przykład dojść „jedynie” do Everest Base Camp, to trzeba tę liczbę pomnożyć przez dziesięć. Wioski i miasteczka, znajdujące się w cieniu góry, żyją w dużej mierze z turystyki, ale nie ma tutaj charakterystycznej dla innych tego typu miejsc nachalności wobec przyjezdnych. Nikt nie ciągnie cię za rękaw, nie nagabuje natarczywie, nie ma też dziecięcego żebractwa, które jest częste na przykład w Indiach czy Pakistanie. Nikt tutaj nie uważa, że musisz coś od niego kupić, bo jesteś przybyszem z bogatszego świata. Jeśli przystaniesz koło mojego straganu, to świetnie, porozmawiamy, pokażę ci, co mam do zaoferowania, i wymienimy się błogosławieństwem. Jeżeli coś u mnie kupisz, to oboje będziemy zadowoleni. Jeśli nie, to uśmiechnę się do ciebie na pożegnanie i jeszcze raz powiem: namaste. Nic na siłę, przecież obok Everestu, siedziby nepalskich bóstw, nie powinniśmy się kłócić.

Drugiego dnia dochodzimy do Namche Baazar, nazywanego miastem Szerpów ze względu na to, że stanowi bazę wypadową dla wspinaczy, którzy wybierają się na Everest, Lhotse albo też niżej, na szczyty niejednokrotnie dwa razy wyższe niż nasze Rysy, które nieraz nie mają swoich nazw. Hotelików, hosteli, restauracji, sklepów ze sprzętem wspinaczkowym czy z nepalskimi pamiątkami jest tutaj chyba więcej niż zwykłych domów. Pierwszy raz czuję, że jestem już na znacznej wysokości 3446 m n.p.m. Wieczorem boli mnie głowa, co zazwyczaj jest sygnałem, że organizm potrzebuje lepszego nawodnienia. Podczas aklimatyzacji powinno się pić nawet sześć litrów płynów na dobę, aby organizm mógł łatwiej przestawić się na produkcję większej ilości czerwonych krwinek (dzięki nim później w wyższych partiach oddychanie rzadszym powietrzem będzie mniej uciążliwe dla organizmu).

Rano wstaję z lepszym samopoczuciem, ale i tak dalej pilnuję picia. Zostajemy w Namche Baazar, a ja, chociaż już nie mogę się doczekać Everest Base Camp, cieszę się wspaniałymi widokami i pogodą. W dodatku po południu, gdy wracaliśmy z krótkiej wycieczki do pobliskiego klasztoru buddyjskiego i zatrzymaliśmy się na herbatę w znanym hotelu Everest View, natknęliśmy się na nieoczekiwanego gościa. Nimsdai Purja – były żołnierz brytyjskiej armii i znany himalaista, który kilka miesięcy wcześniej, w styczniu 2021 roku, wszedł wraz z dziewięcioma innymi Nepalczykami na szczyt K2 zimą. Podobno weszli, trzymając się za ręce, aby ich osiągnięcie nie było przypisane tylko jednemu z nich, a mimo to głównie kojarzy się ono z Nimsdaiem jako pomysłodawcą i organizatorem wyprawy. Wszyscy wspinacze z mojej grupy robią sobie z nim zdjęcie na tle widocznego w dali Everestu, ja też, choć przyglądam mu się trochę z dystansu. Jest miły i otwarty, ale widać też, że lubi zaintereso­wanie wokół siebie, pozując, pyta, czy zdjęcie zostanie wrzucone na Instagram.

Przy swoim stole chętnie i głośno opowiada towarzyszom o tym, co teraz planuje. W tym sezonie wybiera się na Everest po raz kolejny – w poprzednich latach udało mu się na niego wejść już cztery razy. Mimowolnie słucham tego, co mówi, i zastanawiam się, jak mi pójdzie. Czy aklimatyzacja się powiedzie i – najważniejsze – czy będzie nam sprzyjać pogoda? Od niej przecież zależy bardzo dużo, a jednocześnie nikt z nas nie ma na nią wpływu. Jedyne, co możemy zrobić, to zadbać o siebie: pić dużo wody i odpoczywać, kiedy to tylko możliwe. Z jednej strony musimy trenować, z drugiej – ważne jest, aby jak najwięcej sił oszczędzić na właściwe wejście na szczyt. Tak się złożyło, że w naszej grupie – w której jestem ja, Amerykanin, Nepalczyk mieszkający na stałe w Szwecji, Japończyk i trzech Argentyńczyków – wszyscy jesteśmy himalajskimi debiutantami. To oczywiście nie znaczy, że nigdy wcześniej nie byliśmy w górach. Amerykanin uprawia wspinaczkę wysokogórską i skialpinizm, czyli zjazdy narciarskie z dużych wysokości (wziął narty ze sobą również w Himalaje). Nepalczyk jest właścicielem agencji wyprawowej, organizuje w Szwecji spływy pontonowe. Jeden z Argentyńczyków nie tylko ma szkołę wspinaczkową, ale też swoją agencję trekkingową – organizuje wyprawy na Aconcaguę, najwyższy szczyt Andów. Ja sama wspinam się, od kiedy byłam nastolatką, mam za sobą już siedmiotysięczniki, po wielu wyprawach w Alpy i góry Ameryki Południowej przyszła pora na Himalaje. Ale słucham Nimsa i opowieści innych wspinaczy, bo każda rada jest cenna i ważna.

Po kolejnych dwóch dniach trekkingu, gdy byliśmy już na wysokości prawie czterech tysięcy metrów, weszliśmy w krainę rododendronów. Zielone olbrzymy, wielkości naszych jabłoni, tworzyły gęsty las – to był niespotykany widok! W dodatku zaczynały kwitnąć na biało, ale, co dziwne, nie pachniały. Ale nawet bez tego robiły wielkie wrażenie, szczególnie jeśli człowiek uświadomił sobie, że ta bujna strefa tropiku była oddalona tylko o dzień czy dwa od lodowca i kamiennego, księżycowego krajobrazu. Wyglądało to tak, jakby przyroda, wiedząc, że zaraz pożegnamy się z zielenią na kilka tygodni, chciała nas jeszcze na ostatek ugościć tym, co miała najpiękniejsze.

To nie był zresztą koniec pięknych wrażeń na ten dzień: w połowie drogi wyłonił się jeden z najbardziej charakterystycznych szczytów w tej okolicy – Ama Dablam. Chociaż nie jest ośmiotysięcznikiem, to dla mnie jest jedną z najpiękniejszych gór, jakie widziałam. Daleko jej do symetrii, z pewnością nie jest to góra w stylu słynnego wulkanu Fudżi w Japonii, ale i tak czaruje, zachwyca swoim widokiem. Z górami jest jak z ludźmi – czasem piękna, idealnie symetryczna twarz wydaje nam się banalna, a inna ma w sobie coś nieuchwytnego, dzięki czemu trudno od niej oderwać wzrok. Ama Dablam ma ostry kształt, graniowy, od razu widać, że to góra, która stawia wielkie wyzwania. Kiedy ktoś patrzy z daleka na Mount Everest, to nie zobaczy jego niedostępności. Gdyby nie wiedział, że to najwyższa góra świata, mógłby pomyśleć: ot, kolejna Kopa Kondracka z Tatr. A gdy patrzy się na Ama Dablam, od razu dostrzega się jej drapieżność. I rzeczywiście jest ona trudna technicznie, ale mam wielką nadzieję, że jeszcze się kiedyś we dwie spotkamy i przyjmie mnie wtedy gościnnie.

Tego dnia nocujemy w Dingboche, na wysokości 4410 m n.p.m. Jesteśmy tylko dwa dni wędrówki od obozu bazowego, jeszcze tylko jeden nocleg, w Lobuche, i dojdziemy do naszego celu. Czuć już, że weszliśmy w inny świat – zaczynają się lodowcowe kamieniste rumowiska (gdybyśmy byli w Górach Świętokrzyskich, moglibyśmy nazwać je gołoborzem). Nie ma już mowy o upałach, nocą jest tak zimno, że nie można zasnąć, mimo tego, że wciąż nocujemy w guest house’ach, a nie w namiotach. Marznąc w puchowym śpiworze w zupełnej ciemności, bo oczywiście nie ma prądu, myślę, że nie bez przyczyny nasze dzisiejsze miejsce postoju nazywa się Sun Rise Hotel – jedyne, o czym teraz marzę, to żeby już wstało słońce! Zresztą każdy nocleg podczas naszego trekkingu wygląda podobnie. W himalajskich guest house’ach ogrzewanie jest tylko w jadalni – jeśli jest drewno, to pali się drewnem, a jeśli go nie ma – to wysuszonym łajnem jaka. To przetrawiona trawa, więc nie ma brzydkiego zapachu, ale też nie daje zbyt wiele ciepła. W pokojach okna mają pojedyncze szyby, zwykle zamontowane z typową nepalską dbałością spod znaku: oby jakoś się trzymało. Nic więc dziwnego, że nieraz człowiek budzi się z wiatrem we włosach i zgrabiałymi dłońmi. Nie mogę za to niczego złego powiedzieć o łóżkach – są przeraźliwie twarde, ale ja właśnie takie lubię!

Im bliżej base campu, tym mniejsza szansa na ciepłą wodę (chociaż nawet w Lukli szanse nie są zbyt duże; zresztą gorąca woda, na przykład do termosu, dostępna jest tylko za dodatkową opłatą), prąd jest zazwyczaj włączany tylko wieczorem, a kiedy idziesz wcześnie rano do prymitywnej toalety z dziurą na środku podłogi, to musisz się liczyć z tym, że w beczce z wodą do spłukiwania będzie cieniutka warstwa lodu. Odprężyć się w takich warunkach jest trudno, ale nie warto też narzekać. Mieszkańcy tutejszych wiosek nieraz żyją w jeszcze cięższych warunkach, a w przeciwieństwie do wspinaczy, którzy przyjechali tu z własnej woli i tylko na jakiś czas, nie wybrali sobie takiego losu. Ale nie narzekają, przeciwnie – potrafią się uśmiechać. Więc i ja wstaję rano i staram się nie zwracać uwagi na to cholerne zimno. Toaleta, jak prawie zawsze, jest na końcu korytarza, przez co jest jeszcze bardziej wychłodzona niż pokoje. Warto wziąć tam czołówkę, bo gdy zamknie się za sobą drzwi, to nic nie widać. W dodatku po nocy podłoga jest oblodzona i śliska, stawiam więc uważnie każdy krok. „Himalaistka złamała nogę w toalecie” – wspinacze powtarzaliby sobie tę historię przez kolejne sezony! Prawda jest taka: jeśli przetrwasz tę poranną wizytę, wszystko inne w ciągu dnia będzie dużo łatwiejsze!

Ostatnie dwa dni przed base campem to już wędrówka po kamieniach, w piachu i kurzu, który podnosi się z każdym podmuchem wiatru, a ten wieje naprawdę silnie, bo na tej wysokości nie ma już drzew, które by mogły go zatrzymać albo osłabić. Mimo wiatru idę szybko – nie mogę się już doczekać, aby dotrzeć wreszcie do obozu. Wcześniej jednak, mniej więcej dwie godziny przed Everest Base Camp, zatrzymuje mnie widok, na który wszyscy wspinacze idący na Everest albo Lhotse czekają od samego początku. Khumbu Icefall – lodospad, najniżej wysunięty fragment olbrzymiego lodowca Khumbu, wielkiej lodowej rzeki, długiej na siedemnaście kilometrów, która zaczyna się na wysokości około 7600 m n.p.m. na ścianie Lhotse. Przystaję na przełęczy i patrzę na niego ze świadomością, że przez kolejne dni będzie moim towarzyszem. W miejscu, gdzie się kończy, nie jest jeszcze ani biały, ani błękitny, tylko srebrnoszary, bo lód miesza się tutaj z pyłem i kamieniami. Dopiero w wyższych partiach Khumbu odzyska swoją słynną biel i ten niesamowity błękit, który przyjeżdżają oglądać ludzie z całego świata. Patrzę jednocześnie na lodospad i na znajdujące się tuż koło niego kolorowe miasteczko everestowskie – żółte i pomarańczowe kropeczki namiotów, które przycupnęły tuż obok lodowego przestworu. Potężne dzieło natury, a obok śmiesznie małe – w porównaniu z nim – dzieło rąk ludzkich. Już nawet nie wiem, który raz ogarnia mnie wdzięczność za to, że tu jestem i mogę widzieć to na własne oczy.

Ruszam dalej, z nowymi siłami. Idę sama, z przodu, reszta wspinaczy jest mniej więcej godzinę drogi za mną. Chociaż jestem w naszej grupie jedyną kobietą, to okazuje się, że jestem najszybsza. Paradoksalnie wolniejsze tempo bardziej mnie męczy, bo jest mi wtedy zimniej. A poza tym, kiedy idzie się szybciej, to idzie się krócej, a to oznacza też, że krócej dźwiga się plecak. Im bardziej zbliżam się do obozu, tym wyraźniej słyszę odgłosy, jakie wydaje lodowiec. Strome, lodowe jęzory topią się, kapią, tworzą się z nich strumienie, które potem przechodzą w rzeki i jeziora. Już w kolejnych dniach i nocach przekonam się, że lodowiec nigdy nie cichnie, cały czas trzeszczy, skrzypi, pracuje, co jakiś czas coś się od niego odrywa i spada z hukiem. Można mieć wrażenie, że to żywy organizm, himalajski śpiący olbrzym, który jeśli zechce, może zmieść cię jednym ruchem. Khumbu budzi respekt od pierwszego wejrzenia.

Życie w namiotowym miasteczku

Everest Base Camp to rozległe namiotowe miasteczko z większymi i mniejszymi dróżkami, wzdłuż których rozbite są namioty poszczególnych agencji. W sezonie wspinaczkowym mieszka tam około trzech tysięcy ludzi: wspinacze, Szerpowie, tragarze, obsługa kuchenna, trekkerzy, którzy wykupili permit na wejście na teren obozu. Ciągle trwa ruch, z przełęczy do obozu cały czas przechodzą jaki z butlami gazowymi na grzbietach, ze sprzętem do wspinaczki, z jedzeniem dla poszczególnych agencji wspinaczkowych, w tym z workami pełnymi ryżu, ziemniaków, cebuli, lądują i startują helikoptery, ktoś czegoś szuka między rozbitymi tentami – zresztą za chwilę sama będę szukała swojego bagażu i swojego namiotu – ktoś wychodzi na trekking. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że wchodzę do mrowiska.

Dotarłam na miejsce godzinę przed resztą mojej grupy i dopiero, gdy minęłam wielki głaz, na którym napisane jest „Everest Base Camp”, zorientowałam się, że wcześniej nie spytałam nikogo, gdzie mam się skierować. Uznałam, że jakoś sobie poradzę, ale wcale nie było to takie łatwe. Szłam, rozglądając się, czy nie wpadnie mi w oko bandera z nazwą mojej agencji. Miałam wrażenie, że po kilku dniach trekkingu po himalajskich zboczach dopiero tutaj można naprawdę się zgubić: każdy pokazywał mi, abym szła w inną stronę, prosto, w prawo, do potoku… Dopiero po 40 minutach kluczenia praktycznie na samym końcu obozu, już blisko lodospadu, zobaczyłam znajome logo.

Zanim jeszcze odszukałam swój indywidualny namiot, który miał na kolejne tygodnie stać się moim domem, weszłam do namiotu kuchennego, aby się przywitać. To był wielki, wojskowy tent, na kilkanaście osób, z paleniskiem na samym środku, a po bokach – stołami do krojenia chleba, warzyw i przygotowywania posiłków. Obok tego namiotu zawsze stoi namiot jadalny, w którym wspinacze spożywają posiłki albo po prostu spędzają wspólnie czas przy długim stole – kucharze kursują między jednym namiotem a drugim, donosząc jedzenie i herbatę. Życie społeczne w obozie toczy się głównie w namiotach jadalnych poszczególnych agencji, można tutaj przyjść o dowolnej porze, zawsze znajdują się tutaj termosy z gorącą wodą, jakieś ciastka i orzeszki. I najważniejsze – tutaj jest ogrzewanie, bardzo prymitywne, z butli gazowej, ale jednak jest to dawka ciepła, której brakuje w indywidualnych namiotach. To tu wspinacze dzielą się opowieściami o swoich wcześniejszych wyczynach i toczą zażarte dyskusje o pogodzie – tak, ten poważny temat tutaj nigdy nie jest przedmiotem small talku, jak to zwykle jest na dole.

Każda agencja z zasady ma też swój namiot łącznościowy oraz namiot służący jako spiżarnia, gdzie składowane są zapasy na atak szczytowy, tak zwany high attitude food. Poza nim mamy do dyspozycji namiot toaletę oraz drugi – prysznicowy: z wykładziną ze sztucznej trawy i miejscem na worek z gorącą wodą, do którego przymocowana jest rurka zakończona sitkiem prysznicowym. Pełen luksus – trzeba tylko wcześniej poprosić obsługę kuchenną o podgrzanie wody i oczywiście liczyć na szczęście, że nie będzie zbyt długiej kolejki. Zazwyczaj jednak takie ustawiają się tylko wtedy, gdy z góry schodzi większa grupa. Ciepłą wodę można dostać też wtedy, kiedy chce się zrobić pranie – suszy się je potem na namiocie albo obok niego, na kamieniach. Idąc przez obóz, można podziwiać nie tylko góry i lodowiec, lecz także setki schnących skarpetek we wszystkich kolorach tęczy.

Agencja, za której pośrednictwem organizowałam swoje wejście na Mount Everest, w sezonie miała pod swoją opieką około 80 wspinaczy, chociaż oczywiście nie wszyscy w tym samym czasie znajdowali się w base campie. Siłą rzeczy nie znaliśmy się też wszyscy, ale akurat w tym okresie, kiedy ja przebywałam w obozie, był w nim też wspinacz, który ciekawił nas wszystkich – książę Bahrajnu, Mohamed Hamad Mohamed al-Khalifa. Po przerwie spowodowanej pandemią jego ekspedycja, złożona z kilkunastu wspinaczy pod jego przewodnic­twem i ponad czterdziestki Szerpów, była pierwszą, która dostała zezwolenie od władz Nepalu na wejście na Everest. W obozie też był traktowany wyjątkowo, czego przejawem było choćby to, że namioty jego i jego towarzyszy były umiejscowione na samym końcu obozu, najbliżej lodowca, dzięki czemu nikt tamtędy nie przechodził, oprócz osób, które wybierały się do któregoś z położonych wyżej obozów. Widziałam go kilka razy, zawsze był otoczony przez kilku ochroniarzy.

Był z nami pewien dziennikarz z jednego z zachodnich krajów, jadł z nami w naszym namiocie, ale któregoś dnia zniknął, nikt nie wiedział, co się z nim stało. Nieoficjalnie do­wie­działam się od kucharza – a to w górskich obozach człowiek, który zawsze wie wszystko: co się dzieje, kiedy nadejdzie transport, kto wchodzi, kto zrezygnował i tak dalej – że podobno nasz dziennikarz podpadł arabskiemu księciu! Ponoć bez pytania bahrajńskiej security wszedł do jego jadalni (książę oczywiście z nami nigdy nie jadł, miał swoją oddzielną kuchnię i nie bratał się ze wspinaczami spoza swojego towarzystwa). Za to, że przekroczył te zasady prywatności, a według księcia – bezpieczeństwa, wymuszono na nim natychmiastowe opuszczenie obozu. To było bardzo prawdopodobne wytłumaczenie, bo następnego dnia po tajemniczym zniknięciu dziennikarza menadżer obozu przypomniał nam, że nie wolno nam wchodzić na teren księcia: ani do namiotu, w którym je, ani do namiotu, w którym ćwiczy jogę – dopiero wtedy dowiedziałam się, że wśród swoich udogodnień arabski arystokrata ma też i takie, naprawdę wyjątkowe.

Poza księciem drugą osobą, która w everestowskim miasteczku niezwykle pilnuje swojej prywatności, jest Nims, ten sam, którego poznałam podczas trekkingu. Prowadzi agencję wspinaczkową i jako jedyny odgradza teren swojej agencji – w przypadku wszystkich innych agencji jedynym symbolicznym oznaczeniem terenu jest bandera przy namiocie głównym. Oprócz ogrodzenia Nims ustawił – aby nie było już żadnych wątpliwości – tabliczkę z napisem „Wstęp wzbroniony”, co jest już nie tylko zastanawiające, ale też po prostu niegrzeczne wobec innych wspinaczy. I bez takich ostrzeżeń osoby z jednej agencji nie wchodzą na teren drugiej – każdy doskonale to rozumie. Ale z drugiej strony podstawową zasadą panującą w górach jest zasada gościnności i przyjazności. Nie tylko dlatego, że taki jest zwyczaj, także dlatego, że nieraz od tego zależy czyjeś życie.

Kiedy już się wstępnie rozgościłam w swoim namiocie i kiedy dołączyła reszta mojej grupy, dowiedzieliśmy się, jak mniej więcej będzie wyglądała nasza dalsza aklimatyzacja: za kilka dni pójdziemy do obozu I, potem wrócimy tutaj, po kilku kolejnych dniach dojdziemy do obozu II, prześpimy się, następnego dnia wejdziemy około 200 metrów wyżej i wrócimy od razu do base campu. Po prostu gdy nocujemy wyżej, organizm lepiej się przyzwyczaja do nowych warunków, w tym tych panujących na szczycie. A kiedy wyruszymy? Nie wiadomo. Dużo zależy od naszego samopoczucia, od pogody, od tego, czy w wyższych obozach będzie dla nas miejsce. Na koniec powitalnej mowy zachęcono nas, abyśmy nie wahali się pytać, z czego ja od razu skorzystałam. Zapytałam, gdzie jest mój bagaż, który miał dotrzeć tutaj na jakach i osłach. W tamtych torbach miałam wszystko: raki, kombinezon… Zwykle tragarze zrzucają te pakunki przy głównym namiocie agencyjnym, ale akurat moich tam nie było. Okazało się, że nikt nie zna odpowiedzi na moje pytanie. Następnego dnia mojego bagażu wciąż nie było, dopiero dwa dni później wspinacz z USA, z którym zdążyłam się już zakolegować i który szukał swojego bagażu, powiedział mi, że pod jakimś obcym namiotem niedaleko lotniska dla helikopterów widział dwa daffle bags z napisem „Dorota” – już częściowo przysypane śniegiem. Nie po raz pierwszy i zdecydowanie nie ostatni okazało się, że cudowna nepalska organizacja działa: tutaj nic nie ginie, tylko po prostu czasem nikt nie wie, gdzie to się znajduje.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Według jednych źródeł strefa śmierci zaczyna się od 7000 m n.p.m., według innych – od 7600 m n.p.m., ale najczęściej można się spotkać z informacją, że obszar ten położony jest na wysokości 8000 m n.p.m. i wyżej.

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz