Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
System Putina
SOS dla świata autorstwa rosyjskiego eksperta poleca Garri Kasparov, światowej sławy szachista. Autor przeżył koniec demokracji we własnym kraju i widzi potrzebę ostrzeżenia czytelników przed zagrożeniem, jakim jest Rosja Putina. Czy czeka nas długi teraz długi czas braku stabilności i społeczna oraz politycznej regresja? Czy Europie grozi wojna? Od samego początku Eidman przedstawia reżim w Rosji jako pioniera i przywódcę nowego, skrajnie prawicowego ruchu konserwatywnego. Wymienia Putina razem z takimi politykami jak Trump, Erdogan, Marine le Pen, Orban i inni. Agresywny reżim stworzony przez Putina na wschodzie Europy usiłuje odbudować swoją bazę w dawnej sowieckiej strefie wpływów. Autor opisuje, jak Putin próbuje wpływać na opinię publiczną w krajach zachodnich w celu destabilizacji politycznego status quo, jak wspiera skrajnie prawicowe organizacje na całym świecie i jak Moskwa stała się centrum dowodzenia neokonserwatywną rewolucją.
Eidman analizuje, jak Putin doszedł do władzy i jak - pod różnymi pretekstami - przekształcił Rosję w autokratyczny reżim. Książkę Eidmana należy postrzegać nie tylko jako terapię szokową dla rusofilów, ale także jako szansę na adekwatną ocenę sytuacji i towarzyszącego jej niebezpieczeństwa. W opinii autora tolerowanie Putina jest równoznaczne z akceptacją neokonserwatywnej rewolucji, przez którą liberalny Zachód ma zostać zredukowany do modelu Putina. Dzięki swojemu doświadczeniu w pracy w wysokich rosyjskich kręgach politycznych Eidman posiada ważne informacje poufne, którymi dzieli się z czytelnikami tej książki. O autorze: opisanie dla New York Timesa afery korupcyjnej w Dumie zmusiło go do emigracji w obawie o życie swoje i rodziny . Chwilę później w Moskwie został zamordowany jego kuzyn, lider opozycji Borys Niemcow. Obecnie Eidman pisze dla znanych niemieckojęzycznych gazet takich jak Süddeutsche Zeitung czy Frankfurter Allgemeine Zeitung.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 301
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 13 min
Lektor: JARO SOBIERAJEWICZ
Igor Eidman to nie tylko poważny socjolog, ale również błyskotliwy publicysta, dlatego też jego książka stanowi rzadkie połączenie dogłębnej analizy tego, co dzieje się w Rosji, z fascynującą, wciągającą formą prezentacji. Jest jednym z nielicznych rosyjskich autorów, którzy już w początkowej fazie reżimu Putina bezbłędnie określili jego istotę. Prawidłowe postawienie diagnozy pozwoliło Eidmanowi dokonać właściwej prognozy rozwoju choroby: zmierzanie w kierunku ustanowienia w Rosji całkowitej dyktatury faszystowskiej.
Termin „faszyzm”, w ostatnich latach wyświechtany frazes nadużywany przez publicystów i polityków, zmienił się w banalne przekleństwo. Igor Eidman przywraca pierwotne, prawdziwe znaczenie temu politologicznemu terminowi, stosuje go do współczesnej sytuacji i znajduje w reżimie Putina wiele cech, które zbliżają go do faszystowskich dyktatur ubiegłego wieku.
Eidman nie zaakceptował fałszywej rzeczywistości narzuconej przez maszynę propagandową, tak jak zaakceptowała ją większość analityków (czy to w wyniku szczerego zbłądzenia, czy wyrachowanego cynizmu), zachował obiektywizm i trafność swoich ocen tego, co dzieje się w Rosji.
Książka Eidmana jest przestrogą, zmusza do zastanowienia się nad globalnym zagrożeniem, które stwarza reżim Putina. Eidman ostrzega: jeśli okażemy lekkomyślność i przyzwolenie na agresywną dyktaturę Putina, świat czekają straszne próby.
Książka ta jest obowiązkową lekturą dla tych, którzy chcą lepiej zrozumieć istotę procesów przebiegających w Rosji, algorytm podejmowania przez Putina najważniejszych decyzji oraz perspektywy pokoju i wojny w Europie.
Piszę obecnie wstęp do nowego wydania mojej książki o Putinie i jego reżimie, ale nie jestem pewny, czy ono się ukaże. Nie, nie myślę, że wydawnictwo zrezygnuje. Po prostu do tego czasu może już nie być ani wydawnictwa, ani mnie. Możliwe, że znajdujemy się na skraju katastrofy nuklearnej. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń cały czas rośnie. I świat doprowadził do tego bohater mojej książki.
Pisałem w niej o tym, że Putin się nie zatrzyma i doprowadzi ludzkość do wielkiej wojny. Niestety, moje obawy były uzasadnione. Jednocześnie nie stało się nic niespodziewanego. Wojna od dawna stanowiła przedmiot kultu nowej rosyjskiej państwowej religii obywatelskiej, religijne przeznaczenie reżimu Putina.
Rosja była brzemienna globalną wojną. Przez cały czas przygotowywała się do porodu, który rozpoczął się w tym roku. Hitlerem kierowała niepomierna paranoiczna idea przezwyciężenia hańby traktatu wersalskiego. Putin ma dokładnie taką samą paranoję na punkcie rozpadu ZSRS. Każda próba rewizji terytorialnych ustaleń traktatu wersalskiego prowadziła do wojny. Odbudowa, nawet częściowa, sowieckiego imperium jest tak samo niemożliwa bez wielkiej wojny.
Zarówno społeczno-polityczne, jak i religijno-ideologiczne preferencje rosyjskiej elity skazują ją na wojnę. Zatrzymać ją może wyłącznie sromotna porażka, klęska militarna w Ukrainie. W przeciwnym razie Kreml nie powstrzyma się również przed wojną atomową z Zachodem.
Rosyjska opozycja, między innymi Aleksiej Nawalny, którego niezwykle cenię, długo upraszczała obraz władzy. Uważano, że elita Putina to grupa oszustów i złodziei, których cele sprowadzają się do osobistego wzbogacenia. Chciałoby się powiedzieć słowami poety: „Boże, jacy byliśmy naiwni”. Wraz z początkiem katastrofalnej inwazji wyniszczającej nie tylko ludność kraju, lecz także elitę rządzącą, ostatecznie wyszło na jaw, że kieruje się ona motywami o wiele poważniejszymi niż chciwość. Jeśli aneksję Krymu jeszcze jakoś dało się wytłumaczyć próbą oderwania Rosjan od ich codziennych problemów, to obecna samobójcza dla Rosji wojna po prostu przekroczyła granicę racjonalności. Nie oznacza to, że oni nie kradną i nie biorą łapówek – kradną i biorą. Tylko nie to jest najbardziej charakterystycznym dla nich motywem. Czikatiło również był złodziejem, a Göring korupcjonistą. Ale pamiętamy ich z innego powodu.
Władzę w Rosji dzierżą tak zwani siłowicy. Ta zawodowa kasta zachowała się praktycznie niezmieniona od czasów ZSRS, a później „wolnej” jelcynowskiej Rosji. Rosyjscy milicjanci, oficerowie, czekiści zawsze w większości byli agresorami, ksenofobami, rasistami, szowinistami. Wielu z nich jest skorumpowanych, ale upojenie przemocą jest dla nich ważniejsze niż radość płynąca z konsumpcji. Przemoc to ich powietrze, bez niego nie przeżyją ani jednego dnia. Postrzegają swoją służbę przede wszystkim jako dojście do niekontrolowanej przemocy wobec otoczenia, zwłaszcza tych, którzy różnią się od nich mentalnością, narodowością, wyglądem.
Putin doprowadził ich do władzy. Przez wszystkie te lata żyli przemocą, zabijając to swoich (Rosjan, którzy przypadkiem trafili w ich ręce), to obcych (Czeczenów, Gruzinów, Syryjczyków, Ukraińców, rosyjskich opozycjonistów i uciekinierów itd.). W ostatnim czasie najważniejszym przedmiotem ich nienawiści i sadystycznej żądzy stała się Ukraina.
W pewnym momencie przywódca siłowików ostatecznie stracił rozum i poprowadził ich na samobójczą krucjatę przeciw całemu światu. Wielomilionowa zgraja takichże mentalnych agresorów krzyczy im „hura!”, siedząc na swoich kanapach.
Ideologią tych ludzi jest nowy rosyjski faszyzm, o którym piszę w tej książce. Faszyzm ten opiera się na państwowym kulcie wojny.
Wojna to obywatelska religia współczesnej Rosji. U podstaw sowieckiej ideologii leżała komunistyczna utopia, czyli historia o szczęśliwej przyszłości, której moment nastania nada sens i usprawiedliwi wszystkie dotychczasowe ekscesy.
Gdy wiara w komunizm umarła, rządząca nomenklatura wymyśliła nową utopię – historię o bohaterskiej przeszłości wojennej, która usprawiedliwia dzisiejsze brud i nikczemność.
Histeryczne wychwalanie minionego wielkiego zwycięstwa ma za zadanie stworzyć obraz lepszej, pełnej nadziei przyszłości. Nowa rosyjska utopia państwowa to już nie komunizm, lecz przyszła wielka zwycięska wojna. Nie bez powodu tak bardzo popularne jest obecnie hasło „Możemy powtórzyć!”. Ta długo wyczekiwana wojna stanowi swoisty rodzaj rosyjskiego dżihadu mającego na celu zniszczenie diabelskiego świata, czyli Zachodu.
W Rosji Putina ukształtowała się i została zatwierdzona w charakterze państwowej synkretyczna religia oparta na syntezie tradycyjnego oficjalnego prawosławia i neopogańskiego kultu Zwycięstwa, z przewagą tego ostatniego.
Kult Zwycięstwa w wielkiej wojnie ojczyźnianej z wyprzedzeniem usprawiedliwiał i przybliżał nową wojenną masakrę.
Państwo, którego najważniejszym świętem jest zwycięstwo w minionej wielkiej wojnie, nieuchronnie musiało wywołać nową.
Przez długie lata wprowadzano w Rosji państwową religię wojny. Odbywały się monstrualne pochody z portretami walczących przodków (Nieśmiertelny Pułk), objazdowe pokazy w kraju starych czołgów i zdobycznej broni. Zbudowano niedorzeczną półpogańską świątynię sił zbrojnych z furażerką Hitlera w roli najważniejszej relikwii.
Śmialiśmy się z tego marazmu. Daremnie. W ten sposób bowiem na wolnym wiecznym ogniu zwycięstwa przygotowywano duszone mięso armatnie dla przyszłych wojen. Co więcej – sama elita Putina, grając w nową religię, straciła poczucie rzeczywistości i uwierzyła, że naprawdę może powtórzyć wielkie wojenne zwycięstwo, którego kult propagowała.
Putin & Co. próbują przedstawić obecną wielkoskalową inwazję na Ukrainę jako wojnę religijną (religii zwycięstwa). Właśnie dlatego z uporem maniaka powtarzają o denazyfikacji Ukrainy i nazywają ukraińskich żołnierzy nazistami.
Nowa religia, jak przystało na plemienne pogańskie wierzenia, jest oparta na kulcie wojny: przodków wojowników, wojennych zwycięstw (przede wszystkim w II wojnie światowej) i zbrojnych aneksji (w pierwszej kolejności Krymu), broni (od czołgów zwycięstwa po kreskówkowe superrakiety, którymi Putin grozi światu), wojskowych przywódców (Stalin, Putin). Najważniejsze religijne święto to Dzień Zwycięstwa, 9 maja. Najważniejszy kolektywny obrzęd – pochód Nieśmiertelnego Pułku.
W religii tej znacząco dominuje element pogański. Zachował się chrześcijański entourage, ale stał się drugorzędny. Dla Rosjan 9 maja od dawna jest ważniejszy od Wielkanocy i Bożego Narodzenia (potwierdziły to socjologiczne badania). Pokazy w kraju rzadkich czołgów T-34 i innej broni zwycięstwa konkurują o popularność z objazdami chrześcijańskich relikwii. Opowieści Putina i animacje na temat mitycznej rosyjskiej superbroni są prawdziwymi kazaniami telewizyjnymi, w których wychwala się obiekty nowego kultu (broń, wojnę, śmierć). I kazania te stały się w Rosji o wiele bardziej popularne niż tradycyjne chrześcijańskie.
Nowa religia zbudowała główną świątynię. Jest to świątynia zbrojnych sił Rosji w parku Patriota, która łączy w sobie symbolikę obu elementów nowego dogmatu – oficjalnego prawosławia i pogańskiego kultu wojny – ze znaczącą dominacją neopogańskiego komponentu, aż do stopni wykonanych z przetopionej broni Wehrmachtu i wojskowych orderów w kształcie sierpa i młota na ścianach.
Pochód Nieśmiertelnego Pułku to nie tylko kampania PR-owa mająca na celu zjednoczenie ludzi wokół władzy. Jest to ważny obrzęd nowej obywatelskiej religii państwowej. Jego formę bezczelnie ściągnięto z prawosławnej procesji. Trudno nie zauważyć zewnętrznego podobieństwa. Tylko że zamiast ikon z wizerunkami świętych ludzie niosą powiększone fotografie dziadków. To pochodzi już z kultu przodków w różnych wierzeniach, które chrześcijanie nazywają pogańskimi. W ten sposób pochód Nieśmiertelnego Pułku jest obrzędem chrześcijańskim w formie i pogańskim w treści. Podobnie jak i cała nowa synkretyczna religia państwowa.
Rosyjskie państwo zaczyna być teokratyczne. Jego przywódca zmienia się w swego rodzaju pierwszego kapłana religii państwowej.
Nie bez powodu na czele pochodu Nieśmiertelnego Pułku w czasach przedcovidowych zamiast kapłana szedł Putin-syn z portretem Putina-ojca, a na pochód, jak napisał pewien patriota, „zstąpił święty duch zwycięstwa”.
Credo nowej wiary brzmi mniej więcej tak:
• wierzę w nasze wielkie zwycięstwo,
• w dokonania świętych przodków-wojowników, którzy uratowali całą niewdzięczną ludzkość,
• w genialnego Stalina, który sprawił, że cały świat nas szanuje i lęka się nas,
• w wielkiego Putina, który zstąpił na Kreml dla nas i dla naszego zbawienia, który chroni nas przed zaciekłymi wrogami z zagranicy,
• w nasz lud zwycięzcę, najbardziej sprawiedliwy i prawy,
• w nasz kraj obfity i bogaty, który wszyscy wokół próbują skrzywdzić, a jego niezliczonym bogactwem zawładnąć,
• we wrogów zachodnich, na nasze dobro spoglądających, w nikczemnych banderowców im służących,
• w naszą niezwyciężoną armię, w naszą wszystkowidzącą służbę wywiadowczą i superbroń naszą wszechmocną, która nie ma i nie może mieć precedensów,
• w Krymnasz od dzisiaj i na wieki wieków,
• w powtórzenie wielkiego zwycięstwa w przyszłej wojnie, której nie chcemy, ale którą wrogowie próbują nam narzucić.
Religia wojny jest prawdopodobnie popularniejsza od prawosławia, a w jej obrzędach uczestniczy więcej Rosjan niż w cerkiewnych. Na przykład w pochodzie Nieśmiertelnego Pułku w tym roku planowała wziąć udział jedna trzecia Rosjan, a w liturgii Wielkanocy zazwyczaj bierze nie więcej niż 5 proc., nawet wśród prawosławnych. 9 maja dla większości mieszkańców Rosji (71 proc.) stał się najważniejszym świętem. Znacznie wyprzedza w tym zestawieniu prawosławną Wielkanoc (31 proc.) i Boże Narodzenie (25 proc.). Dodatkowo jego popularność szybko rośnie (przez 12 lat o 30 proc.), a popularność najważniejszych świąt chrześcijańskich praktycznie się nie zmienia. Głównymi religijnymi symbolami Rosji Putina nie są chrześcijański krzyż i ikona, lecz neopogańskie pochody z portretami przodków-wojowników i sakralne wstążki św. Jerzego, które symbolizują wojskowe zwycięstwa. Rola Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego nawet w sferze ideologicznej służby państwowej staje się drugorzędna. Na Boże Narodzenie świątynie odwiedza mniej niż 2 proc. ludności, a na Wielkanoc mniej niż 3,5 proc. Oto cała prawosławna armia Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Liczy się tylko biznes, nic prywatnego.
Nowa synkretyczna religia, która zajęła miejsce prawosławia, jest niewłaściwie nazywana szaleństwem zwycięstwa – pabiedobiesjem1. U jej podstaw leży nie tyle kult zwycięstwa, ile kult wojny. To właśnie ją wielbi rosyjski establishment. Dlatego właśnie zaczął on świętować 22 czerwca (dzień, w którym nazistowskie Niemcy najechały na ZSRS) jak Święto Narodzenia Wojny. W nowej religii wojna to nowy Chrystus, 22 czerwca – Boże Narodzenie, a 9 maja – Święta Wielkanoc Wojny. Weterani są apostołami wojny, przekazują żywe świadectwo o niej i jej cudach. Rosjanie zaś są narodem wybranym przez Boga, czyli wojnę.
Religia wojny jest zdecydowanie zmaskulinizowana. Stalin i naród rosyjski uosabiają w jej mitologii męski jasny początek, a Hitler i Niemcy – kobiece, ciemne, niewierne. Wojna poczęta w miłości pomiędzy Stalinem (bogiem) i Hitlerem (diabłem) zaczęła się od podłej zdrady Führera, który pokazał swoją diabelską istotę, a zakończyła się rytualnymi masowymi gwałtami przez rosyjskich żołnierzy na Niemkach (i symbolicznie na samym Hitlerze). Adepci religii wojny zapewniają, że mogą powtórzyć, i wybierają się do Berlina za Niemkami, próbując w ten sposób zademonstrować swoją męską siłę na wzór niektórych papuaskich plemion, gdzie dorośli mężczyźni noszą duże, groźne drewniane osłony na małych penisach.
Wojną wybrany rosyjski naród przeszedł przez męki drogi krzyżowej wojny, a następnie śmiercią śmierć zwyciężając, stał się nieśmiertelny. Święci wojny to dziadkowie na ikonach Nieśmiertelnego Pułku. Wierzący w wojnę czekają na jej powtórne przyjście, czyli III wojnę światową, gdy wszyscy niewierni zdechną, a przez Boga (wojnę) wybrany naród trafi do raju. Bezpośrednio mówi o tym w stylu proroków eschatologicznych kultów patriarcha nowej religii Putin.
Niektórzy funkcjonariusze Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego już zrozumieli, że ich Kościół gra teraz rolę drugoplanową, podporządkowaną, obsługując nowy pogański kult. Kapłan diecezji nowosybirskiej hieromnich Joann (Kurmojarow) powiedział wprost: „Ogromna liczba duchownych w naszym Kościele to banalni kapłani pogańskiego kultu”. Za co od razu otrzymał zakaz pełnienia posługi kapłańskiej.
Ideowa podstawa nowej religii obywatelskiej to szowinizm i ksenofobia. W jej centrum znajduje się mit o wiecznej konfrontacji Rosji z Zachodem, który rzekomo próbuje odebrać nam nasze zasoby naturalne, suwerenność i nawet jedyną słuszną orientację seksualną. Najważniejszym wrogiem w takim czarno-białym obrazie świata są Stany Zjednoczone, które odziedziczyły ten status po nazistowskich Niemczech. Rosyjscy propagandyści otwarcie nazywają już USA spadkobiercą nazizmu i państwem diabła. Nieprzypadkowo 9 maja można było zobaczyć w Moskwie na samochodach naklejki „1941-1945. Możemy powtórzyć”, na których Rosjanin rozprawia się z małymi ludzikami – najpierw zamiast głowy miały symbole nazistowskie, a następnie amerykańskie.
Celem nowej religii jest zjednoczenie ludności wokół władzy w przededniu rosyjskiego dżihadu, ostatniej krucjaty przeciw niewiernemu Zachodowi – III atomowej wojny światowej. Przy czym nie tylko obywateli Rosji, ale również – na co kładzie się szczególny akcent – rosyjskojęzycznej diaspory na całym świecie związanej genetyczną pamięcią o wojnie. Nowe obrzędy, jak np. pochód Nieśmiertelnego Pułku, pomagają ich uczestnikom na całym świecie utożsamiać się z przodkami, którzy razem przeciwstawili się wspólnemu wrogowi. Robi się to, żeby ludzie poczuli taką samą jedność również w walce z obecnymi przeciwnikami Rosji.
Nowa obywatelska wiara dodaje świętości każdemu działaniu państwa. Na przykład aneksja Krymu została przedstawiona jako zwrócenie Rosji jej świętego terytorium. Równie popularne było mówienie o sakralnym znaczeniu udziału rosyjskich wojsk w wojnie w Syrii. Dzisiejsza zmasowana inwazja militarna w Ukrainie stała się prawdziwą krucjatą rosyjskich adeptów religii wojny przeciw niewiernym.
Kult zmarłych wojowników żyjących w raju, w Walhalli, motywował wikingów do udziału w niekończących się bitwach. Podobne wojenne kulty zawsze były wykorzystywane do moralnego przygotowania społeczeństwa do wojny. Mówią o tym wprost entuzjaści nowej religii obywatelskiej. I tak na przykład znany rosyjski pisarz patriota Władimir Karpiec pisze, że 9 maja jest świętem zwycięstw Rosji „w przeszłości i w przyszłości nad zjednoczoną Europą” i – co zgodnie z jego słowami nieuniknione – „nad Unią Europejską”.
Jeśli świat nie zrobi wszystkiego, by reżim Putina skręcił sobie kark w Ukrainie, Kreml rozpocznie atomową wojnę religijną przeciw niewiernemu Zachodowi, nie obawiając się, że może to doprowadzić do zagłady ludzkości. Bowiem – jak powiedział Putin – oni zdechną, a my trafimy do raju.
– Igorze, przyjmij moje kondolencje. Brak mi słów!
To znajoma dziennikarka pisze do mnie na Facebooku. W pierwszej chwili nie rozumiem, co się stało. O kim ona mówi. Moja rodzina, najbliżsi są w domu. Z nimi wszystko w porządku.
– Tatiano, przepraszam, ale z jakiego powodu?
– Borisa zabili.
Nie chcę wierzyć. Przeglądam wiadomości w internecie – szybko rozwiewają moje wątpliwości. Lider rosyjskiej antyputinowskiej opozycji Boris Niemcow został zabity czterema strzałami z bliskiej odległości w Moskwie, na moście niedaleko murów Kremla. Jestem w szoku. Jak to się mogło stać?
Boris – mój kuzyn i przyjaciel z dzieciństwa. W młodości pasjonował się nauką. Fizyka pochłaniała go całkowicie, polityką początkowo się nie interesował. Jak uważał mój ojciec (jego nauczyciel i wujek), Boris mógł zrobić wspaniałą naukową karierę.
Kiedy zaczęła się pieriestrojka, wielu uczonych – w ślad za Sacharowem – zasiliło grono demokratycznego antykomunistycznego ruchu. Nic zatem dziwnego, że i Boris, liberał z przekonania, z czasem zaczął się zajmować działalnością społeczną. Pod koniec lat 80. obaj wzięliśmy aktywny udział w formowaniu demokratycznego ruchu w naszym rodzinnym mieście Niżnym Nowogrodzie (wtedy nazywało się ono na cześć sławnego pisarza Gorki).
Boris – młody doktor nauk, przystojniak i dobry mówca – niemal natychmiast zyskał popularność w kręgach demokratów nieformałów2. Miał realne szanse, by stworzyć konkurencję dla protegowanych komitetu regionalnego w nadchodzących wolnych wyborach do rad różnych szczebli.
Razem z przyjaciółmi długo i uparcie namawialiśmy go, by kandydował na deputowanego i profesjonalnie zajął się polityką. Teraz tego żałuję. Jeśli pozostałby uczonym, prawdopodobnie dzisiaj by żył i był szczęśliwy, pracując jako profesor na jakimś prestiżowym europejskim lub amerykańskim uniwersytecie. Któż jednak wtedy mógł wiedzieć, że polityka w Rosji stanie się śmiertelnie niebezpiecznym zajęciem.
Ileż mieliśmy nadziei i złudzeń. Pamiętam, jak wychodziliśmy na pierwsze antypaństwowe demonstracje pod koniec lat 90. Wspólnie z nami szli inni ówcześni nieformalni uczestnicy ruchu demokratycznego. Lewicowy aktywista Ilia, który obecnie odsiaduje dziesięcioletni wyrok w putinowskim więzieniu. Walczący o zachowanie zabytków Stas skazany na wyrok w zawieszeniu jeszcze na początku ery Putina za protesty przeciw wojnie i przemocy w Czeczenii. Obrońca praw człowieka i mój imiennik Igor, który następnie założył Komitet przeciw Torturom (niedawno komitet został uznany przez putinowski system prawny za zagraniczną agenturę i był zmuszony wstrzymać działalność, a jego biuro w Groznym zostało zdewastowane).
I w końcu najbardziej jaskrawy z nich – Boris, zabity przez pracowników MSW (to oficjalna wersja śledztwa) pod murami Kremla. Odważny chłopak, utalentowany fizyk, wolny i niezależny człowiek. Rzucił wtedy wyzwanie sowieckiej nomenklaturze, startując w wyborach. Był jedynym bezpartyjnym kandydatem. Ja i wszyscy moi przyjaciele pomagaliśmy mu. Pierwszy raz, w 1989 roku, nie dopuszczono go do wyborów ogólnozwiązkowych deputowanych ZSRS, ale w 1990 roku, w wyborach na zjazd deputowanych ludowych Rosji, już zdecydowanie wygrał.
Przypominam sobie, jak Boris, występując na jednym z pierwszych spotkań z wyborcami, powiedział: „Powszechna Deklaracja Praw Człowieka jest dla mnie ważniejsza od wszystkich stu tomów Marksa i Lenina”. Wtedy, jeszcze w komunistycznym społeczeństwie, brzmiało to jak straszne bluźnierstwo. Początkowo publika po prostu przestraszyła się, odniosłem wrażenie, że czeka, aż otworzą się niebiosa i brodaty Marks, niczym antyczny bóg, ukarze młodego bluźniercę, zsyłając na niego pioruny; a przynajmniej do sali wedrą się oficerowie KGB i wszystkich aresztują. Jednakże po krótkim ataku strachu sala zgotowała Borisowi gromkie owacje. To byli już inni, wolni ludzie, którzy – możliwe, że pierwszy raz w życiu – przezwyciężyli strach przed władzą.
Czy mogłem wtedy wiedzieć, czym to wszystko się zakończy? Że Borisa zabiją, strach powróci, a ćwierćwiecze później Deklaracja Praw Człowieka będzie jeszcze dalsza od rosyjskiej rzeczywistości, niż była wtedy?
Jednak widziałem twarze tych ludzi. I mimo trudnych doświadczeń ostatnich lat nikt już mnie nie przekona, że mieszkańcy mojego państwa są z natury niewolnikami i nie potrzebują wolności.
Wtedy wydawało się, że Rosja nienawidzi klatki totalitaryzmu, w której zamknęli ją bolszewicy, i desperacko pragnie demokracji. Ludzie rozchwytywali książki zabronionych autorów niczym gorące bułeczki i mówili, mówili, mówili: o strasznej stalinowskiej przeszłości, o zbrodniach komunistów, o tym nowym, lepszym i wolnym życiu, które czeka na nich, o czym byli przekonani, gdy tylko wejdą na europejską demokratyczną drogę rozwoju. Wydawało się, że ten zryw ku wolności jest nieodwracalny. Kto by pomyślał, że tak łatwo będzie ich „zagnać do starego chlewa batem”, jak pisała Zinaida Gippius o tym, co zrobili bolszewicy z państwem po rewolucji 1917 roku. Jak mogło się stać, że ćwierć wieku później za pragnienie swobody będą nie tylko zamykać w więzieniach, ale i mordować?
Zabójstwo Borisa stało się świadectwem krachu demokratycznego projektu w Rosji. A autorytarna Rosja nieubłaganie stała się problemem nie tylko dla Rosjan, lecz również dla całego świata. Ogromne naturalne i wojskowe zasoby – między innymi również potencjał jądrowy porównywalny tylko z amerykańskim – w warunkach panowania dyktatora, po którym można się spodziewać wszystkiego, czynią ten kraj skrajnie niebezpiecznym. Zabójstwo Niemcowa wywołuje określone skojarzenia z niesławnym wystrzałem w Sarajewie będącym sygnałem do rozpoczęcia I wojny światowej. To poważna przestroga dla całego świata przed niebezpieczeństwem, które stwarzają rosyjskie władze. Napad na Borisa zademonstrował, że u władzy w jądrowym superpaństwie stoją ludzie uznający przemoc za jedyny skuteczny sposób rozwiązywania problemów, gotowi mordować swoich przeciwników. Dzisiaj zabijają w swoim kraju i blisko jego granic – w Ukrainie. Nikt nie wie, gdzie zostaną popełnione nowe zbrodnie, które mogą mieć katastrofalne konsekwencje dla świata (rosyjska interwencja w Syrii, która zaczęła się już po tym, gdy napisałem ten tekst, tylko potwierdziła moje obawy).
Dług, który mam do spłacenia, to zrozumieć, jak coś takiego mogło się wydarzyć w moim kraju, i zrobić wszystko, żeby zabójcy mojego brata zostali wskazani i ukarani.
Nie jestem bohaterem ruchu oporu ani ofiarą putinowskiego terroru, jestem po prostu typowym przedstawicielem ostatniego pokolenia sowieckiej inteligencji, którego młodość przypadła na czasy gorbaczowowskiej pieriestrojki. Wtedy to wielu z nas uwierzyło w ideały demokracji i aktywnie brało udział w obaleniu komunistycznego reżimu. Później my wyżywaliśmy lub bogaciliśmy się (w zależności od własnego szczęścia) w latach 90., naiwnie cieszyliśmy się z życiowej stabilizacji na początku dwutysięcznych i z przerażeniem zrozumieliśmy w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, że w naszym państwie wprowadzono reżim jeszcze gorszy i bardziej niebezpieczny od tego, który panował u progu naszej młodości.
Nasze pokolenie rozczarowało się wszystkim, w co wierzyło podczas pieriestrojki. Rozczarowało się naszymi demokratycznymi liderami, którzy w większości stali się częścią skorumpowanego systemu politycznego. Rozczarowało się samą demokracją, która stała się służącą dużego biznesu, a później po prostu haniebnie umarła w Rosji. Rozczarowało się Zachodem, który ukazał swoje krótkowzroczność i egoizm. Rozczarowało się samym sobą, dokonując moralnej kapitulacji w imię przetrwania.
Wielu z nas do dzisiaj nie może zrozumieć, jak to możliwe, że znów pozwoliliśmy, aby nasz kraj stał się niebezpieczeństwem dla całego świata, że pozwoliliśmy władzy przydusić kiełkującą wolność i zaszczepić w świadomości naszych rodaków kłamstwo i nienawiść.
Przed moimi oczami niczym w kalejdoskopie przesuwają się kadry z przeszłości.
Mój ojciec – naukowiec fizyk, asceta i sceptyk – mówi do mnie, dziewięcioletniego chłopca, że w ZSRS ludzie w większości żyją gorzej niż na Zachodzie. To zburzyło cały obraz świata stworzony przez sowiecką propagandę w moim dziecięcym umyśle. Od tej pory szczerze znienawidziłem sowiecki reżim. Właściwie nawet nie dlatego, że ludzie w nim żyją źle, ale za to, że on kłamie, oszukuje mnie i miliony moich współobywateli. Totalne kłamstwo jest tym, co najbardziej mnie oburza także u dzisiejszej rosyjskiej władzy.
Mam już piętnaście lat, samotnie chodzę szarymi, po sowiecku sztywnymi ulicami mojego rodzinnego miasta, całkowicie odpowiadającego jego ówczesnej nazwie Gorki3. Naiwny marzyciel – wyobrażam sobie, jak zmienią się one po obaleniu komunistów, staną się podobne do świątecznych neonowych ulic zachodnich miast, takie, jak pokazywane w nielicznych na sowieckich ekranach zagranicznych filmach.
Pieriestrojka, mam dwadzieścia lat, jestem stałym uczestnikiem antykomunistycznych wieców kończących się starciami demonstrantów z milicją. Razem z moją przyjaciółką, podziwiając wspaniały widok, który ukazuje się nam ze skarpy nad Wołgą, rozprawiamy o tym, że komuniści szybko nie odejdą i będziemy musieli siedzieć w więzieniach prawdopodobnie przez długie lata.
Sierpniowy pucz 1991 roku – najważniejsze dni w moim ówcześnie dwudziestotrzyletnim życiu. Niewielka, ale zdeterminowana grupa demonstrantów idzie do lokalnej telewizji i żąda, by ta powiedziała prawdę o tym, co dzieje się w Moskwie. Większość z nas to idealiści nastawieni na walkę i gotowi do samopoświęcenia. Ku naszemu zdziwieniu kierownictwo telewizji odnosi się do nas ze zrozumieniem i pozwala wystąpić naszym przedstawicielom. Zaczyna być oczywiste, że Państwowy Komitet ds. Nadzwyczajnego Stanu nie kontroluje sytuacji i jest skazany na porażkę.
Zwyciężyliśmy. ZSRS upadł. Ale nasze zwycięstwo stało się naszą porażką. Sowiecka biurokracja w dużej mierze zachowała władzę. Nieliczni z demokratów, którzy dołączyli wtedy do kierownictwa państwa, byli zmuszeni przystosować się, przyjąć nowe zasady gry, odrzucając idealizm, zajmując się Realpolitik. W innym wypadku nie przetrwaliby w tym systemie nawet miesiąca. Jeszcze do niedawna sami osądzali przywileje nomenklatury partyjnej, a teraz na przyjęciach dla nowej elity stoły uginają się od kawioru i innych rarytasów, gdy większość społeczeństwa przez gwałtowny wzrost cen ledwie wiąże koniec z końcem.
Początkowo jestem oburzony. Ale pokusa sytego życia staje się silniejsza od dylematów moralnych. Niedługo później ja sam już piję i jem na tych hucznych przyjęciach urządzanych w głodnym kraju.
W tym czasie w Rosji dzieją się potworne rzeczy. Oderwanie od rzeczywistości i degradacja na szczytach władzy przewyższają nawet to, do czego dochodziło w czasach Rasputina i Mikołaja II. Oligarchowie wykorzystują swoje bliskie kontakty z otoczeniem nieudolnego prezydenta alkoholika, wywołują wielką aferę, doprowadzając do redystrybucji majątku państwowego między sobą, która przeszła do historii jako „prywatyzacja Czubajsa”.
Życie mówi do nas wszystkich: odrzućcie złudzenia i ideały, wzbogacajcie się bez względu na cenę lub zostaniecie przegranymi. Większość moich znajomych podąża za tym okrutnym wymogiem czasów.
Rosyjska inteligencja znajduje się na skraju ubóstwa, a jej elita detalicznie i hurtowo sprzedaje się nowym panom życia w charakterze intelektualnej służby. Pojawia się cała społeczna warstwa pseudointeligencji na sprzedaż pracująca dla każdego, kto zapłaci.
W państwie wykształcił się oligarchiczny skorumpowany reżim, dyskredytujący idee demokracji i praw człowieka, w imię których był obalony komunizm. Reżim ten szykuje grunt dla dzisiejszej moralnej katastrofy rosyjskiego społeczeństwa.
Następują rozczarowanie, spustoszenie. Już dłużej nie wierzę tak zwanym demokratycznym liderom. Każdy, kto ma taką możliwość, bogaci się. A w czym ja jestem gorszy? Wykorzystując dawne kontakty, zaczynam się zajmować doradztwem politycznym, organizowaniem kampanii wyborczych i wymyślaniem przeróżnych kreatywnych projektów. Nieźle zarabiam, jeżdżę po świecie, używam życia. A historia w tym czasie nie stoi w miejscu.
Rozpoczyna się kampania czeczeńska wymyślona jako maleńka zwycięska wojenka, która powinna reanimować popularność Jelcyna, a w konsekwencji stała się potworną rzezią. W 1996 roku podczas wyborów prezydenckich oligarchowie – naruszając wszelkie możliwe przepisy – dosłownie za kołnierz wciągają śmiertelnie chorego, nie całkiem poczytalnego Jelcyna na prezydencki fotel. Zachód patrzy na to przez palce. Większość jego „krzewicieli kultury” w Rosji nic nie rozumie z tego, co się dzieje, i w oczach Rosjan wygląda żałośnie i śmiesznie.
Niespodziewanie pod koniec lat 90. odżywa we mnie nadzieja, że sytuację w państwie można zmienić. Biorę udział w próbie Niemcowa (który został wtedy pierwszym wicepremierem rosyjskiego rządu) ograniczenia wszechwładzy oligarchów. Do tego czasu udało mu się wiele zrozumieć i chce powstrzymać tych, którzy zmieniają demokratyczne ideały naszej młodości w fikcję, w parawan dla władzy i nielegalnego wzbogacania się. Oligarchowie, jak można było oczekiwać, okazują się silniejsi. Przegrywamy w tej nierównej konfrontacji. Nadzieja, która ledwo co się narodziła – umiera.
Następnie odchodzi Jelcyn, zostawiając państwu z woli oligarchii jako nowego pana szarego, niepozornego czekistę Putina, którego – podobnie do innych dyktatorów na początkach ich karier – mało kto traktuje poważnie. Jednakże dojście Putina do władzy przynosi poważne negatywne zmiany. Sytuacja w kraju jeszcze się pogarsza, powoli, ale nieuchronnie niszczone są resztki instytucji demokratycznych. Do słabości jelcynowskiego bandyckiego kapitalizmu wracają defekty sowieckiego systemu: autorytaryzm, ograniczenie praw i wolności, totalna propaganda państwowa, szowinizm i ksenofobia. W tej książce proces zrastania się tego, co najgorsze w kapitalistycznym i sowieckim systemach, nazwę negatywną konwergencją.
Stopniowo Putin przejmuje wszystko. Duma, telewizja, wielki biznes, partie polityczne, Kościół prawosławny – wszystko znajduje się pod jego kontrolą i służy nowemu autokracie.
Ja jednak staram się tego nie zauważać. Nadal pracuję w sferze politycznego doradztwa. Kontaktuję się z gubernatorami, posłami do Dumy Państwowej, liderami partii. Już od dawna wiem, co reprezentują sobą ci ludzie. Dla kariery i pieniędzy większość z nich jest gotowa na wszystko – megalomania i nieskrywany cynizm łączą się u nich z ignorancją i agresywnym chamstwem. Odnoszą się do demokracji i wyborów jak do nieprzyjemnej, ale nie wiedzieć z jakiej niejasnej przyczyny koniecznej scenerii. Najważniejsze dla nich to dogodzić zwierzchnictwu, otrzymać aprobatę pana, którego portret niczym ikona wisi w świętym kącie każdego urzędniczego gabinetu. Nie dziwi mnie, że to środowisko zrodziło putinizm – reżim bliski faszystowskim dyktaturom połowy XX wieku.
Pewnego dnia otrzymałem propozycję, by objąć stanowisko dyrektora największej państwowej służby socjologicznej. Wiedziałem, że nie tak dawno z tej organizacji została wyrzucona grupa prawdziwych uczonych o demokratycznych poglądach i teraz zarządzają tam ludzie Kremla. Jednak korzyści płynące z nowego stanowiska przewyższają obrzydzenie. Znów idę na kompromis i zgadzam się, postanawiając, że pod żadnym pozorem nie pozwolę sobie na wychwalanie Putina i jego systemu.
Dla pieniędzy pracuję w organizacji, którą gardzę. A dla duszy piszę swoją pierwszą książkę – socjalną utopię o społeczeństwie przyszłości zbudowanym na zasadach demokracji za pomocą nowych informatycznych technologii (Przełom do przyszłości. Socjologia rewolucji internetowej). Książka ukazuje się w Moskwie i cieszy się dużym powodzeniem. Jestem teraz nie tylko socjologiem praktykiem, ale również autorem sławnej pracy teoretycznej na pograniczu socjologii i futurologii.
Jednak jest mi coraz trudniej żyć podwójnym życiem: nienawidzić Kremla i pracować w należącej do niego instytucji. Szukam sposobu, aby otwarcie wystąpić przeciw kłamstwu i nadużyciom, z którymi codziennie stykam się w pracy.
Aż pewnego dnia jeden ze współpracowników, który znał moje polityczne poglądy, niemłody już człowiek z nadwagą i twarzą prowincjonalnego lekarza, wręcza mi dokumenty potwierdzające, że kierownictwo naszej organizacji nie tylko kłamie, by przypodobać się Kremlowi, ale również razem z wysoko postawionymi pracownikami administracji prezydenta kradnie państwowe środki i wyprowadza je za granicę. On szczerze mi wyznaje, że boi się upublicznić te dokumenty. Na co ja się decyduję. Zwalniam się z firmy i idę do jednego z niewielu jeszcze działających opozycyjnych mediów, przekazuję dokumenty i opowiadam wszystko, co wiem o kremlowskich okołosocjologicznych manipulacjach.
W rezultacie w tym czasopiśmie ukazuje się cykl artykułów o kremlowskiej korupcji, przekupnych socjologach i offshore’ach urzędników państwowych. Skandal nie prowadzi – czego można się było spodziewać – do praktycznych rezultatów. Skorumpowani funkcjonariusze nadal bezkarnie urzędują na swoich stanowiskach. A na dziennikarkę, autorkę tych i innych antykremlowskich artykułów, która – pracując w Moskwie – pozostawała obywatelką Mołdawii, sypią się represje. Zostaje po prostu wyrzucona z Rosji.
Ja natomiast zaczynam otrzymywać anonimowe listy od jakichś „czeczeńskich bandytów” z obietnicą policzenia się ze mną. Zdaję sobie sprawę, że po tym skandalu nie zostawią mnie w spokoju, będą się mścić. A co najważniejsze – uświadomiłem sobie, że nie chcę już się dostosowywać i służyć czyimś interesom. Nie chcę brać udziału w politycznych i reklamowych manipulacjach, angażować się w technologie wyborcze i PR. Chcę móc pisać to, co uważam za potrzebne, nie zastanawiając się nad konsekwencjami i nie obawiając się o bezpieczeństwo swojej rodziny. Doskonale jednak zdaję sobie sprawę, że w warunkach putinowskiej Rosji jest to niemożliwe. Postanawiam więc opuścić swój kraj. Niech stracę pieniądze, ale zyskam to, co dla mnie najważniejsze – wolność wyrażania siebie. W końcu będę mógł spełnić obowiązek wobec sumienia, opowiem o tym, czego dowiedziałem się przez wiele lat pracy z rosyjskimi elitami, pomogę ludziom – w tym także na Zachodzie – zrozumieć, co reprezentuje sobą potwór rządów Putina i jakie zagrożenie stanowi dla świata.
Obecnie mieszkam i pracuję w Niemczech. A w Rosji sytuacja robi się coraz bardziej niebezpieczna. Sprawa Pussy Riot jest dowodem na to, że w państwie pojawia się klerykalna reakcja. Piszę cykl artykułów w obronie uczestniczek grupy aresztowanych za antyputinowską akcję w głównej świątyni Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, od dawna będącego dopełnieniem autorytarnej władzy. W związku z publikacją tych artykułów słynni rosyjscy klerykałowie związani z putinowskimi służbami specjalnymi publicznie żądają mojego aresztowania. Przyjaciele w Moskwie radzą, abym na razie nie przyjeżdżał do ojczyzny, nawet na krótko.
Ale później zaczyna się najstraszniejsze – wojenna agresja przeciw Ukrainie i zabójstwo Borisa. Działania rosyjskich władz zmuszają, by przypomnieć sobie niemieckie i włoskie aneksje oraz przejęcia poprzedzające II wojnę światową. Europa, przyzwyczajona do pokoju i względnego bezpieczeństwa, jest w szoku. Całkowitym zaskoczeniem okazało się dla niej to, że na wschodzie kontynentu powstał agresywny reżim zdolny wszcząć niewypowiedzianą wojnę z innym państwem europejskim.
Żyjąc w Niemczech, całkowicie upewniam się w tym, że Europejczycy w większości nie do końca rozumieją zagrożenie, które płynie ze strony rosyjskich władz. Liderzy państw europejskich zachowują się tak, jakby mowa była o jakimś taktycznym kryzysie polityki zagranicznej, który można rozwiązać zwykłymi metodami stosowanymi w takich sytuacjach, podczas gdy rosyjska agresja zagraża europejskiej demokracji i globalnemu bezpieczeństwu. To najgroźniejszy kryzys od połowy XX wieku.
Naturalne cechy reżimu wprowadzonego w Rosji sprawiają, że jest on skazany na drogę zewnętrznej ekspansji. W inny sposób po prostu nie będzie w stanie funkcjonować. Wyższe kierownictwo państwa jeszcze w czasach czekistowskiej młodości zostało zarażone bakcylem szowinizmu i ksenofobii. Ono potrzebuje wojny i agresji, ponieważ tylko tym może uzasadnić swoją władzę we własnych oczach. Świat poczuje się bezpiecznie dopiero po przejściu systemu Putina do historycznego niebytu.
Dlaczego tak bardzo nie znoszę Putina? Otóż właśnie dlatego. Nie znoszę go za tę jego rzeczowość gorszą od zbrodni; za jego cynizm, za rasizm, za kłamstwa, za gaz, którego użył przy oblężeniu teatru na Dubrowce; za rzeź niewiniątek, która trwała przez całą jego pierwszą prezydencką kadencję4. Trupy, których mogłoby nie być.
(Anna Politkowska)
„Ludzie w szarym” zaczynają i wygrywają
Zawsze organicznie ich nienawidziłem. Tych ludzi w szarych płaszczach i garniturach. Oni mają twarde, świdrujące spojrzenie, lubią ostre żarty i siłowe rozwiązania. Boją się i jednocześnie szanują swoich przełożonych, lubią poniżać podległych i zależnych od siebie. Gardzą inteligencją, widząc w niej przejaw słabości. W ich życiu nie ma twórczości, badawczych poszukiwań, znaczących czynów. Konsekwentnie podążają za panującymi w społeczeństwie stereotypami zachowań, bezkrytycznie przyjmują wszystko, co zostało zatwierdzone przez przełożonych, powszechnie uznane i zaakceptowane. Sami potrafią wyrażać się jedynie poprzez przemoc, podporządkowując sobie otoczenie.
Ludzie ci uważają za ułomnych wszystkich, którzy nie są do nich podobni. Są patriotami i ksenofobami. Nienawidzą mniejszości seksualnych, w sposób seksistowski, z pogardą odnoszą się do kobiet. Cudzoziemców uważają za śmiesznych niedoludzi. Durni amerykańcy, gej-Europejczycy, czurki, żydzi, czuczmecy – tak nazywają przedstawicieli innych nacji i państw. Są przekonani o swojej narodowej i kulturowej wyższości, o swojej poprawności. Dumni i zarozumiali, że mają szczęście być rosyjskimi prawosławnymi heteroseksualnymi zdrowymi fizycznie mężczyznami.
Psycholodzy nazywają takich ludzi osobowościami autorytarnymi. Właśnie na nich opiera się panowanie rosyjskiej biurokracji. Taki jest psychotyp większości rosyjskich sług państwa: naczelników, wojskowych, pracowników służb specjalnych, policjantów, lojalnych obywateli. Został uformowany jeszcze w Rosji carskiej. Zahartowano go i doszlifowano stalinowskim terrorem. Wijąc się ze złości, przeżył wesoły bałagan pieriestrojki. Epoka Putina stała się zaprawdę jego złotym wiekiem.
Od razu poznaję ich twarze, gdziekolwiek bym ich zobaczył. Boję się ich i nienawidzę. Śmierdzi od nich przemocą. Policjant na ulicy może cię zaczepić, zatrzymać i pobić. Oficer lub sierżant w wojsku starają się zrobić z ciebie swojego niewolnika. Urzędnik próbuje upokorzyć i zmusić do dziękowania za możliwość dania łapówki. Naczelnik chce złamać twój indywidualizm i uczynić trybikiem biurokratycznej maszyny.
Są wrogami kultury. Zastąpiono ją przemocą przykrytą pokazową nabożnością (w czasach sowieckich demonstrowali takie samo ostentacyjne przywiązanie do komunistycznej ideologii). Wielu z nich bije żony i dzieci, ale wykonują znak krzyża przed każdą cerkwią. Hipokryzja łączy się z chciwością i pragnieniem prymitywnych przyjemności zmysłowych. Ich słabości to sauna, wódka, żarcie, prostytutki, siłownia, piłka nożna w telewizji. Lubią władzę i pieniądze – tylko to w ich świecie może oszczędzić poniżenia i daje możliwość poniżania innych.
Rosyjskie media ciągle publikują materiały o torturach i gwałtach w policji, pobiciach zatrzymanych i aresztowanych. Przestępcy w pagonach (zwłaszcza jeśli znajduje się na nich duża liczba gwiazdek) zazwyczaj unikają surowej kary, nawet w przypadku, gdy sprawa staje się powszechnie znana.
Jeden z wielkich biznesmenów opowiedział mi o zasłyszanej od jego partnerów (wysokich rangą oficerów Federalnej Służby Bezpieczeństwa, pod których opieką się znajdował) strasznej tradycji, która funkcjonowała w kierownictwie FSB. Zgodnie z jego słowami co roku tamtejsi generałowie świętują dzień czekisty porwaniem na ulicach Moskwy i grupowym gwałtem kolejnej dziewczyny. I chociaż wygląda to na koszmarną bzdurę, sam fakt istnienia takich plotek jest bardzo charakterystyczny. Rosjanie nie wątpią w pierwotne okrucieństwo, zdolność do każdej zbrodni, a przede wszystkim całkowitą bezkarność „ludzi w szarym”, zwłaszcza jeśli należą oni do elity służb specjalnych.
31 grudnia włączam telewizor i widzę na ekranie „człowieka w szarym”. To nowy prezydent mojego kraju, były funkcjonariusz KGB, Władimir Putin. Zdaję sobie sprawę, że kraj i ja osobiście zostaniemy poddani ciężkiej próbie.
Jak Putin doszedł do władzy
Dla mnie nie była to jednak zupełnie niespodziewana wiadomość. Mniej więcej takiego rozwoju wydarzeń obawiałem się pod koniec lat 90. Wtedy faktyczna władza w państwie należała do oligarchów, czyli poważnych biznesmenów, którzy z pomocą wyższych urzędników byli w stanie zapanować nad najważniejszymi zasobami gospodarczymi i mediami. Oligarchowie potrzebowali cerbera, który ochroniłby zdobyty podczas prywatyzacji majątek.
Putin pasował im idealnie: wywodzący się ze służb specjalnych, szary i zarazem okrutny, był w stanie potwierdzić swoją lojalność poprzedniemu gospodarzowi – liberalnemu merowi Petersburga, Anatolijowi Sobczakowi. Nie mniej ważne było i to, że za Putinem, jeszcze z czasów jego pracy w petersburskim ratuszu, ciągnął się ogon korupcyjnych skandali. Przykładowo: w 1992 roku komisja specjalna Rady Miejskiej Petersburga doszła do wniosku, że zgodnie z dokumentami podpisanymi przez przedstawiciela Komitetu ds. Stosunków Zewnętrznych przy burmistrzu Petersburga, Władimira Putina, wywieziono za granicę metale ziem rzadkich, produkty naftowe i inne surowce na sumę ponad stu milionów dolarów. W zamian do miasta powinna być dostarczona żywność. Ale tak się nie stało. Natomiast pieniądze zaginęły. W ten sposób Putin był wygodny dla oligarchów również jako urzędnik z nadpsutą reputacją, z którym zawsze można się dogadać, a jeśli będzie trzeba – przypomni mu się dawne grzeszki.
Pod koniec lat 90. utrzymywałem regularne kontakty zawodowe z pewnym oligarchą (obecnie zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce rosyjskich bogaczy według „Forbesa”). Oligarcha ten – nie wiedzieć czemu – uważał, że może być ze mną szczery. Cytuję z pamięci, ale bliskie oryginału jego ówczesne słowa:
„Moja rodzina od dawna jest za granicą. Tutaj trzyma mnie wyłącznie możliwość zarabiania pieniędzy. Ci ludzie to bydło. Rozumieją wyłącznie język siły. Boris Niemcow to naiwny marzyciel. Chce wprowadzać tutaj zmiany. Wszystko to bzdury. On tym ludziom jest niepotrzebny. Im potrzebny jest człowiek, który będzie ich trzymać za mordę. Taki byłby jedyny, którego będą kochać i któremu będą posłuszni. Na przykład generał Lebiedź mógłby być takim człowiekiem. A ci liberałowie, oczywiście dobrzy ludzie, ale są słabi, nigdy nie dojdą do władzy. Pamiętasz – mówił dalej – pieriestrojka i wolność w państwie zaczęły się od kongresu Związku Autorów Zdjęć Filmowych w 1986 roku, kiedy to filmowcy zbuntowali się, obalili poprzednie kierownictwo i wypędzili Nikitę Michałkowa. A teraz, z kolejnym zjazdem filmowców, cała ta wolność ostatecznie się skończyła. Im znów będzie potrzebny pan. I oni tego właśnie Michałkowa pokornie zapraszają do królestwa, by został przewodniczącym ich związku. I to jest inteligencja, a czegóż dopiero oczekiwać od prostych obywateli. Oni już niedługo będą się czołgać przed nowym władcą Rosji…”.
Uderzyły mnie cynizm oligarchy i jego nienawiść do własnego kraju. Nie rozumiałem, dlaczego to wszystko mi mówi. Później zacząłem się domyślać, co stało za naszą rozmową. Oligarcha wskazał wtedy kryteria, według których oligarchia wybierała następcę Jelcyna, i wyjaśnił, dlaczego takim następcą nie może być Niemcow (widocznie dlatego, żebym mu to przekazał). O Putinie wtedy – oczywiście – jeszcze nie było mowy. Jednak kilka lat później został wskazany jako nowy władca Rosji, ponieważ najbardziej wpływowi oligarchowie uznali, że to właśnie on przy użyciu brutalnej siły będzie w stanie utrzymać państwo w posłuszeństwie.
Miałem możliwość wzięcia udziału w beznadziejnej próbie powstrzymania takiego rozwoju wypadków. Na początku lata 1997 roku w wywiadzie dla lokalnej gazety z Niżnego Nowogrodu (wtedy jeszcze tam mieszkałem) wydaje mi się, że po raz pierwszy w ówczesnej rosyjskiej praktyce zastosowałem termin „oligarchia” w odniesieniu do rządzącej grupy dużych przedsiębiorców, związanej z rosyjskimi władzami. W artykule opowiadałem o finansowej oligarchii, która sprywatyzowała władzę państwową w kraju.
Wywiad spodobał się Niemcowowi, który pełnił wtedy funkcję pierwszego wicepremiera. Jak się okazało – myślał bardzo podobnie. Przygotowałem dla niego notatkę na ten temat. Pisałem o możliwych metodach walki z władzą finansowej oligarchii, jej wpływem na aparat państwowy, telewizję, proces prywatyzacji; o potrzebie nowej antyoligarchicznej demokratycznej ideologii itd. W moich propozycjach władzy oligarchii przeciwstawiałem ideał ludowego kapitalizmu opartego na rozwoju małego i średniego biznesu, konsumenckiej i produkcyjnej kooperacji, gospodarce społecznej i rynkowej itd.
Kampania antyoligarchiczna okazała się niezwykle aktualna dla tzw. młodych reformatorów w rządzie (zaliczał się do nich również Boris), którzy popadli w poważny konflikt z niektórymi oligarchami. Ukazanie oligarchii jako najważniejszego wroga ideałów demokracji i interesów narodu stwarzało unikalną możliwość do przeniesienia tego konfliktu do sfery ideologicznej i przechylenia szali na korzyść przeciwników oligarchów.
W pewnym momencie wydawało się, że Niemcow i jego współpracownicy przekonali Jelcyna, by poparł antyoligarchiczną kampanię. Jelcyn nawet zgodził się na początku 1997 roku wystąpić na targach w Niżnym Nowogrodzie z mową przewodnią przeciwko oligarchom opartą na pomysłach zawartych właśnie w mojej notatce. Ale – jak można się było spodziewać – Jelcyna przekonano, by tego nie robił. Namówiła go jego córka Tatiana Diaczenko razem ze swoim przyszłym mężem Walentinem Jumaszewem, który już wtedy stanowił główną lobbingową siłę klanu oligarchii. Następnie w odwecie za próbę przeprowadzenia uczciwych aukcji prywatyzacyjnych i ogólnie ograniczenia wpływów oligarchów należące do nich media zrujnowały szaloną popularność Borisa. W konsekwencji stracił również stanowisko w rządzie.
W 1999 roku ta sama czołowa grupa kremlowskiej oligarchii, tzw. jelcynowska rodzina (Diaczenko, Abramowicz, Wołoszyn, Bieriezowski i inni) ponownie znalazła się w trudnej sytuacji. Prezydent Jelcyn był śmiertelnie chory, a do tego kończyła się jego druga kadencja. Do władzy rwał się konkurujący klan burmistrza Moskwy Jurija Łużkowa. Rodzina nie godziła się na – jak się wydawało – nieuniknioną porażkę i postawiła na Putina. W państwie rozegrał się krwawy dramat, który doprowadził go do władzy: ataki bojowników Basajewa na Dagestan, podłożone ładunki wybuchowe w domach w Moskwie i Wołgodońsku, druga wojna czeczeńska. Putin, groźnie rycząc: „Utopimy ich w wychodku!”, w roli obrońcy przed „czeczeńskimi terrorystami”, przy entuzjastycznych okrzykach plebejskich mas, praktycznie na białym koniu wjechał na Kreml. W rezultacie zginęło tysiące ludzi, ale kapitał i bezpieczeństwo rodziny zostały obronione. Prezydentem został, jak się wtedy wydawało, jej wierny protegowany, a w rzeczywistości podstępny czekista Putin. Interesy oligarchicznej rodziny i elity służb specjalnych były wówczas zbieżne – i dla jednych, i dla drugich prezydentura Putina wydawała się korzystna.
O tym, jak FSB organizowała wejście czeczeńskich bojowników do Dagestanu i wybuchy w moskiewskich i wołgodońskich domach, wiele ciekawego napisał w konsekwencji otruty przez rosyjskie służby specjalne były czekista Litwinienko. Nie będę powtarzać tego, o czym opowiadał w książce i swoich przemowach. Przypomnę tylko historię z riazańskim heksogenem – właśnie wtedy rosyjskie służby specjalne zawiodły. Kolejnej eksplozji domu przypadkowo zapobiegli czujni mieszkańcy – materiał wybuchowy (tak uważali Politkowska i Litwinienko) podłożony przez rosyjskie służby w piwnicy budynku został znaleziony. FSB nie pozostawało nic innego, jak przedstawić to jako element ćwiczeń antyterrorystycznych.
Znamienne, że po tych wydarzeniach zabito wielu z tych, którzy badali tę sprawę: wspomniany Litwinienko, posłowie Juszenkow i Szczekocichin, dziennikarka Politkowska.
Zachodnie służby specjalne i liderzy prawdopodobnie wiedzą, co naprawdę wydarzyło się w Rosji w 1999 roku. Ale milczą. Jeśli podaliby do wiadomości publicznej te informacje, Zachód już wtedy musiałby zerwać z rosyjskimi władzami bliskie stosunki (wyborcy nie zrozumieliby innej reakcji). A to pod względem gospodarczym i politycznym byłoby niezwykle niekorzystne.
Zarys do społeczno-psychologicznego portretu Putina
Wybór Putina pod wieloma względami wyznaczył „zdarzeń fatum”5 prowadzący kraj w kierunku katastrofy. Szczegółowo omawiać biografii Putina nie ma sensu. Opisano ją w setkach książek i tysiącach artykułów. Najważniejsze, co charakteryzuje naszego bohatera, to nie jakieś cechy szczególne, ale właśnie szarość, zwyczajność niczym niewyróżniającej się osobowości. Trocki nazywał Stalina najwybitniejszą miernotą, Putin od samego początku nawet miernotą był niezwykle pospolitą.
Jest on zwyczajnym parweniuszem pochodzącym z nizin społecznych zorientowanym na siłowe metody stosowane do osiągnięcia celów. Jego orientacje życiowe, osobliwości psychologiczne, poważne kompleksy ukształtowały się w podwórkowym leningradzkim środowisku (które on sam później porównywał do dżungli, nawiązując do panujących tam praw), wśród chuliganów i roboli, w ciemnych zaułkach, gdzie rację miał silniejszy, a słowo „inteligent” uważano za zniewagę.
Chociaż Putin urodził się w Petersburgu, jego przodkowie, zarówno ze strony ojca, jak i matki – jak podaje Wikipedia – przez trzysta lat byli chłopami z guberni twerskiej. Putin należał po ojcu do drugiego, a po matce do pierwszego pokolenia mieszczan. Petersburg znany jest jako kulturalna stolica Rosji. Już w XIX wieku nazywano go jedynym w Rosji prawdziwie europejskim miastem. Jednak po rewolucji październikowej oblicze miasta zaczęło się kardynalnie zmieniać. Znacząca część petersburskiej inteligencji zmuszona była emigrować lub została wysiedlona. Do miasta sprowadzono mieszkańców wsi, którzy pod wieloma względami zachowali chłopską mentalność (ten proces odbywał się również przed 1917 rokiem, ale później znacząco przyspieszył).
Chociaż dziadek Putina zamieszkał w Petersburgu nieco przed rewolucją, zarówno ojciec, jak i matka przyszłego rosyjskiego dyktatora należeli do tej nowej kategorii petersburżan. Postagrarne marginalne środowisko społeczne, które utraciło wiejską kulturę, a jednocześnie nie nabyło miejskiej, stworzyło półprzestępcze zaplecze leningradzkich nizin społecznych, z których wywodzi się przyszły rosyjski prezydent. Wychodźcy ze wsi mieszkali w znaczącej mierze w lokalach komunalnych, to znaczy w niewyobrażalnym stłoczeniu, po wiele rodzin w jednym mieszkaniu, z którego uciekli lub zostali wypędzeni poprzedni burżuazyjni właściciele. W takich właśnie warunkach spędził swoje dzieciństwo i młodość Putin.
Na całym świecie znany jest Petersburg Gogola i Dostojewskiego, Błoka i Biełego. Leningrad Putina nie miał z nimi żadnego związku. To miasto ordynarnych, słabo wykształconych i niekulturalnych ludzi z patriarchalną świadomością. W ich obrazie świata wieś została zastąpiona przez podwórko z takimi samymi „pierwszymi chłopakami”, miejscowymi głupkami i chuliganami. Wszystkie konflikty (również rodzinne) były tu rozwiązywane siłą i mordobiciem. Mieszkańców innych podwórek uważano w tym środowisku za podejrzanych obcych, z którymi trzeba co jakiś czas walczyć i w ogóle trzymać w strachu przed sobą. W innym wypadku „przestaną nas szanować i będą uderzać do naszych dziewczyn”. Bójki między sąsiednimi wsiami po przeprowadzce ich mieszkańców płynnie przeszły w starcia podwórko kontra podwórko. Ten wiejski stosunek do innych, do obcych jako do wrogów, przeciwników, królujący w podwórkowym środowisku, zgodnie ze słowami samego Putina pod wieloma względami ukształtował go, przeniósł do dorosłego życia. Putin kieruje się nim teraz w polityce międzynarodowej.
Słabowity chłopak z biednej rodziny, który doświadczył poniżenia, zaczął ćwiczyć dżudo, aby móc pokazać krzywdzicielom, gdzie ich miejsce. Od tego czasu postrzega świat jako agresywne środowisko, które próbuje go poniżyć i któremu można się przeciwstawić wyłącznie siłą. Zupełnie nieprzypadkowo przyznał: „Jeszcze pięćdziesiąt lat temu leningradzka ulica nauczyła mnie jednej zasady: jeśli walka jest nieunikniona, trzeba uderzać jako pierwszy”. A ponieważ cała światowa polityka to dla niego nieustająca konfrontacja („naturalna konkurencja państw i ich związków”), uważa więc, że należy atakować jako pierwszy i bić wszystkich, których uznaje za słabszych od siebie.
W późniejszym czasie Putin niejednokrotnie – w żartach i metaforach – obnażył swój psychotyp słabego chłopca, który został chuliganem, aby się zemścić na tych, którzy go poniżali. Wszystkie jego słynne zwroty – „dosyć żuć smarki”, „gdyby babcia miała cechy płciowe dziadka”, „obrzezają, żeby więcej nic nie wyrosło”, „silny chłop, dziesięć kobiet zgwałcił, wszyscy mu zazdrościmy!” (o byłym prezydencie Izraela Mosze Kacawie) itd. – ukazują agresywny, seksistowski, skłonny do przemocy sposób myślenia Putina. On szczerze wierzy, że słabi istnieją po to, by się podporządkować i zaspokajać potrzeby silnych. Lubi powtarzać: „Słabych biją”. Takie postawienie sprawy nie wzbudza w nim ani potępienia, ani zachwytu, lecz traktowane jest jak nieunikniona oczywistość, jak prawo natury. W głębi duszy bardzo się boi, że jeśli nie będzie brutalny i agresywny, zostanie zniszczony lub stanie się pośmiewiskiem. Podświadomie przyrównuje się do niedźwiedzia okrążonego przez ludzi, którzy „zawsze będą dążyć do tego, by wziąć go na łańcuch. A gdy tylko to się uda, wyrwą mu zęby i pazury”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pabiedobiesje (победобесие) – ogólna nazwa hipertroficznej zwycięskiej histerii, kultu zwycięstwa w Rosji Putina. Jest to powiedzenie rosyjskiego prawosławnego arcykapłana Mitrofanowa, który słusznie zauważył, że kult wielkiego zwycięstwa ma na celu militaryzację świadomości, oddanie społeczeństwa idei rosyjskiego świata i skupienie się ludności wokół narodowego przywódcy [przyp. tłum.]. [wróć]
Nieformały (ros. Неформалы) – zrzeszenia o charakterze nieformalnym (lub osoby wywodzące się z tych grup), w konotacji do formalnych struktur konsolidacji społecznej w państwie radzieckim, których geneza powiązana jest z polityką pieriestrojki [patrz: Eleonora Kirwiel, Nieformalne grupy i ruchy społeczne w ostatnich latach ZSRR – przyp. tłum.]. [wróć]
Gorki (горький) – gorzki [przyp. tłum.]. [wróć]
A. Politkowska, Rosja Putina, przeł. T. Korecki, wyd. Studio Emka, Warszawa 2004 [przyp. tłum.]. [wróć]
S. Jesienin, List do kobiety, przeł. W. Woroszylski [przyp. tłum.]. [wróć]