Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Czy jesteś pewien, że na ich miejscu nie zrobiłbyś tego samego?
Kiedy pewnej styczniowej nocy 2003 roku dwudziestoletni wówczas Jason Bautista odcinał nożem kuchennym głowę swojej matki, jego nastoletni brat wyszedł na papierosa. Wiedział, że Jason będzie potrzebował pomocy przy ukrywaniu ciała. Wiedział też, że brat udusił matkę dla ich wspólnego dobra. Nie mieli innego wyjścia.
Jane Bautista zamieniła życie synów w piekło. Przemoc fizyczna i psychiczna, irracjonalne zachowania, wybuchy złości i paranoje były w ich domu na porządku dziennym. Schizofreniczne urojenia kazały kobiecie wierzyć, że na jej życie czyhają tajemniczy prześladowcy – aż wreszcie jej samospełniające się proroctwo doprowadziło do tragicznej, desperackiej zbrodni. Wszyscy wiedzieli, że z Jane dzieje się coś złego, ale każdy odwracał wzrok.
Kto tak naprawdę zawinił: matka znęcająca się nad dziećmi, synowie wymierzający sprawiedliwość na własną rękę czy może zobojętniałe społeczeństwo?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 299
1
Peter Martinez jak zwykle się nudził. Jednak po odsłużeniu dwudziestu pięciu lat w Korpusie Piechoty Morskiej Armii Stanów Zjednoczonych, w których trakcie odbył dwie misje w Wietnamie, i dosłużeniu się rangi starszego sierżanta, nie narzekał na spokojną pracę ochroniarza na luksusowym prywatnym osiedlu. Saint Malo Beach w kalifornijskim mieście Oceanside składało się z ponad osiemdziesięciu domów, wartych wiele milionów dolarów i malowniczo położonych przy samej plaży. Martinez szczególnie upodobał sobie te noce, w których trakcie nic nie zakłócało mu spokoju. Mógł całymi godzinami przesiadywać w stróżówce, wsłuchując się w monotonny szum pobliskiego oceanu.
Mimo że miasteczku Oceanside nie sposób odmówić uroku, większość podróżujących autostradą międzystanową numer 5 się tutaj nie zatrzymywało – wybierali cieszące się większą popularnością San Diego, oddalone o zaledwie dwadzieścia minut jazdy. San Diego przyciągało nie tylko plażami, ale też odwiedzanym przez tłumy turystów parkiem rozrywki SeaWorld. A ponieważ Oceanside nie było nawet widoczne z autostrady, turyści, a wraz z nimi kłopoty, zasadniczo trzymali się z daleka.
Martinez był uzbrojony. Jako zawodowy żołnierz nosił u pasa pistolet – zwyczaj ten pielęgnował od osiemnastego roku życia. Ale przez ostatnie osiem lat, które przepracował jako ochroniarz w Saint Malo Beach, ani razu nie miał okazji wyciągnąć broni z kabury.
Mimo to zamarł, gdy tuż przed 2 w nocy 14 stycznia 2003 roku ciemność przecięły snopy przednich reflektorów nadjeżdżającego samochodu.
Oldsmobile intrigue, rocznik 2000, zatrzymał się parę domów od stróżówki, ale Martinez i tak dostrzegł, jak dwie osoby, które wysiadły z auta, wyciągają z bagażnika jakiś worek. Musiał sporo ważyć, bo z najwyższym trudem nieznajomi dźwignęli go nad głowy. Szykowali się, by wrzucić go do wysokiego na ponad dwa metry kontenera na śmieci, stojącego przed zadbanym dwukondygnacyjnym budynkiem mieszkalnym o numerze 2041 przy South Pacific Street.
„Jakiś cwaniaczek próbuje pod osłoną nocy pozbyć się śmieci” – pomyślał Martinez. Jako że miało to miejsce na terenie prywatnego osiedla, musiał interweniować. Ruszył w stronę samochodu, zamierzając w sposób uprzejmy, lecz kategoryczny upomnieć intruzów.
Zbliżył się do wysokiego, mierzącego ponad sto osiemdziesiąt centymetrów mężczyzny i niższego chłopaka, wyglądającego na nastolatka, gdy obaj wciąż siłowali się z workiem.
– Co tam macie? – spytał.
Nigdy się nie dowiemy, dlaczego to pytanie tak zmroziło Jasona Bautistę. Może dlatego, że jako dwudziestolatek wciąż miał zwyczaj słuchania starszych. A może zareagował tak, ponieważ odchodził od zmysłów ze strachu i nie wiedział, co robić.
W każdym razie Jason upuścił worek na ziemię i zamarł. Matthew Montejo, jego piętnastoletni przyrodni brat, poszedł za jego przykładem. Obaj młodzieńcy wlepili wzrok w Martineza. Na twarzy młodszego z nich, którego ochroniarz momentalnie uznał za pomocnika starszego, odmalował się strach.
– Po prostu wyrzucamy śmieci – wyjaśnił Jason.
– Tutaj nie możecie – poinformował Martinez. – Zabierajcie ten worek i jedźcie gdzie indziej.
– Przepraszamy – bąknął Jason, po czym zwrócił się do Matthew: – Pomóż mi, musimy zanieść go z powrotem do samochodu.
W tym czasie doświadczony pracownik ochrony dokładniej przyjrzał się workowi. W trakcie późniejszego przesłuchania powie, że przypominał worek na zwłoki, jakie widywał wiele razy, gdy służył w wojsku. W rzeczywistości był to ciemnobrązowy śpiwór. Martinez oczywiście nie wiedział, co kryje się w środku. Ale coś w nim było. Kiedy chłopcy, chwyciwszy z obu końców, podnieśli go z ziemi, jego środkowa część się zapadła.
Matthew posłusznie wykonywał polecenia starszego brata. Chłopcy spróbowali unieść worek jeszcze raz i wtedy Martinez zobaczył, jak spośród fałd śpiwora wysuwa się ludzka stopa.
Ten widok nim wstrząsnął. Wpatrywał się w dyndającą w powietrzu stopę, a w głowie miał pustkę. Przez chwilę łudził się, że to część lalki albo manekina. Ściśnięty żołądek podpowiadał mu jednak coś zgoła innego.
– Ejże! – zawołał. – Stójcie, odłóżcie ten worek na ziemię! Chcę zerknąć do środka.
Ale Jason miał inne plany.
– Nie – odparł krótko, po czym wrzucił worek do bagażnika i zatrzasnął klapę. – Nie zrobisz tego.
Instynktownie Martinez sięgnął po pistolet kaliber .357 i wycelował w podejrzanych.
– Nie ruszać się! – zawołał.
– Spierdalaj! – odpyskował Jason. – Jesteś zwykłym ochroniarzem. Gówno mi zrobisz.
Po tych słowach zamknął bagażnik i usiadł za kierownicą.
Martinez stał bez ruchu, mierząc z pistoletu. Koniec końców nie pociągnął za spust, uznawszy, że tej nocy dość już było przemocy. Zamiast tego, kiedy samochód się oddalał, postarał się zapamiętać numer rejestracyjny. Po powrocie do stróżówki wzburzony przedzwonił na posterunek policji w Oceanside. Już po chwili kojący szum fal został zagłuszony przez głos dyspozytorki.
Dnia 14 stycznia o 8.30 Andre Spencer, detektyw z wydziału zabójstw w biurze szeryfa okręgu Orange, spoglądał w dół jaru o stromych zboczach przy autostradzie Ortega. Zgłoszenie, odebrane wcześniej tego dnia od kierowcy podróżującego autostradą międzystanową numer 5, dotyczyło zauważonych przezeń ludzkich szczątków leżących na polu na wysokości znacznika 79 mili. Jako że Spencer pełnił dyżur tego dnia, to jemu przypadło prowadzenie dochodzenia w tej sprawie. Przez trzynaście lat służby policyjnej zdążył przywyknąć do śmierci. Mimo to, gdy teraz lustrował przez lornetkę wyjątkowo spadzisty teren na poboczu szosy, widok zwłok był dla niego wstrząsem: mniej więcej pięćdziesiąt metrów niżej ujrzał ludzki tułów; pozbawiony głowy i dłoni korpus białej kobiety, ubranej jedynie w figi. Trup był upiornie blady, ponieważ zabójca zadał sobie trud, żeby pozbawić go większości krwi.
Dla Spencera od razu stało się jasne, że to będzie twardy orzech do zgryzienia. „Gdyby ciało było kompletne, gdyby miało głowę albo dłonie, pobralibyśmy odciski palców albo wykonalibyśmy odlew zębów” – pomyślał. W tej sytuacji pozostawało jedynie pobranie wymazów z nadzieją, że uda się zidentyfikować zwłoki na drodze analizy DNA. Umysł detektywa pracował na przyspieszonych obrotach: Spencer musiał się dowiedzieć, co to za kobieta i jak to się stało, że spotkał ją tak makabryczny koniec.
Dopiero po siedmiu dniach na jego biurko trafił numer rejestracyjny zapisany przez ochroniarza Petera Martineza, co później pozwoliło ustalić, że tułów odnaleziony na dnie jaru należał do czterdziestojednoletniej Jane Bautisty. Jak się okazało, kobieta obsesyjnie lękała się, że na jej życie dybią jacyś bezimienni nieznajomi. Koniec końców zginęła z ręki jedynych ludzi, którym pozwalała się do siebie zbliżyć – swoich synów: Jasona i Matthew.
2
W młodości miała opinię atrakcyjnej kobiety. Szczupła, wysoka – mierzyła sto siedemdziesiąt centymetrów – o bladej karnacji, na której tle tym efektowniej prezentowały się jej olśniewające, długie, rude włosy. Mówiono, że nie istnieje mężczyzna, który byłby w stanie się oprzeć spojrzeniu jej błękitnych oczu. Oto jak opisał ją jeden z sąsiadów: „Nie nosiła się w krzykliwym stylu. Nie należała do kobiet, które nakładają tapetę na twarz. Była zwyczajna, ale ładna”. Zapewne mogła przebierać w facetach, ale zakochała się w prostej złotej rączce z Belize. Armando Bautista poznał Jane, gdy studiowała na University of Wisconsin-Parkside i marzyła o tym, by zostać nauczycielką. Miała dziewiętnaście lat, gdy w 1981 roku pojechała z Armandem do jego domu w Corozal, miasteczku zarabiającym głównie na eksporcie homarów, położonym na północnym wybrzeżu Belize, i tam przyjęła jego oświadczyny. Do ślubu założyła różową sukienkę, pożyczoną od siostry Armanda, która bawiła się w niej na studniówce. Jane przyrzekła swojemu wybrankowi, że odtąd już zawsze będzie go kochać, szanować i troszczyć się o niego.
Rodzina Armanda nie zapałała sympatią do jego żony. Jane szybko zyskała opinię snobki. Podpadła nowym teściom już na samym początku, gdy uparła się, żeby Armando na czas ich pobytu w Corozal wynajął dla nich pokój hotelowy, mimo że jego rodzina proponowała, by zatrzymali się u nich. Szczególnie dotknięta, a potem wściekła, była Elida Centeno, matka Armanda. Ale dla pana młodego najbardziej liczyło się teraz dogadzanie żonie, dlatego pożyczył pieniądze od matki, by pokryć wydatki na hotel i posiłki z hotelowej restauracji.
Nie ulega wątpliwości, że państwo młodzi stanowili dość oryginalną czy wręcz kontrowersyjną parę. Jane pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny pobożnych białych chrześcijan. U boku swojego ubogiego imigranckiego narzeczonego wyglądała dość osobliwie. Jak wspominali sąsiedzi, ta dziewczyna zawsze miała jednak duszę buntowniczki. Jej starsza siostra była spokojniejsza i nigdy nie sprawiała rodzicom kłopotów, za to Jane błyszczała, a zarazem cechowała ją krnąbrność, która czyniła z niej czarną owcę w rodzinie. Szczególnie trudne relacje łączyły ją z matką, Nellie Osborne.
Jane Marie Osborne urodziła się 18 grudnia 1961 roku w małym podmiejskim szpitalu w Waukegan w stanie Illinois. Była wnuczką Benjamina Cloyce’a Funderburka, założyciela odnoszącej duże sukcesy firmy budowlanej Funderburk Builders. Firma ta miała znakomitą renomę; miejscowi agenci nieruchomości wiedzieli, że jeżeli nieruchomość została „zbudowana przez Funderburka”, to mogą wystawić ją po wyższej cenie. Rodzinny majątek sprawił, że Jane ani starszej od niej o sześć lat Deborze niczego nie brakowało. Dzieciństwo spędzane w małym miasteczku upływało im spokojnie. Nellie i Don Osborne ubierali córki elegancko, posyłali je do drogich prywatnych szkół, a charakterystyczne dla Illinois mroźne zimy spędzali na wakacjach w Meksyku, najchętniej w kurorcie Acapulco.
Kiedy Jane uczęszczała do szkoły podstawowej, rodzice przeprowadzili się z małego miasteczka Zion do jeszcze mniejszej miejscowości Winthrop Harbor, też znajdującej się w stanie Illinois, w której nawet obecnie liczba mieszkańców nie przekracza sześciu tysięcy siedmiuset. Mimo majątku rodziny i znajomości w branży budowlanej państwo Osborne zamieszkali w skromnym, jednokondygnacyjnym ceglanym domku, z garażem na dwa auta i dużym trawnikiem od frontu, na działce o powierzchni około dwóch tysięcy metrów kwadratowych. Podwórko za domem nie było może przesadnie duże, ale przestrzeni wystarczyło, by postawić rodzinny stół piknikowy i urządzić grilla. Przez większą część życia Jane jej dziadkowie mieszkali w niedużym domu na sąsiedniej działce tej samej wielkości, przy Russell Avenue.
Winthrop Harbor skupia zagorzałych baptystów, a kościołów jest tu więcej niż sklepów. Jak łatwo się domyślić, mieszkańcy mają poglądy konserwatywne i patriotyczne. Na werandach większości domów można zobaczyć dumnie powiewającą flagę amerykańską. To nie przypadek, że przy Sheridan Road, głównej ulicy miasteczka, najbardziej rzuca się w oczy placówka Veterans of Foreign Wars, organizacji zrzeszającej weteranów armii amerykańskiej, a także sklep Outdoorsman, w którym można zaopatrzyć się w strzelby i artykuły wędkarskie. Jest tu również parę restauracyjek – rodzinnych biznesów – między innymi Gyros-N-Heros, od frontu ozdobiona flagami konfederatów i wielkim szyldem z hasłem „Bohaterowie są mile widziani”. Nieopodal można natknąć się na konkurencję w postaci Stone Creek Grill, lokalu będącego własnością klanu Funderburków. Ta specjalizująca się w stekach restauracja cieszy się taką renomą, że przyciąga klientów nawet z Wisconsin, choć to wbrew pozorom nic nadzwyczajnego, jako że Winthrop Harbor leży przy samej granicy Illinois i Wisconsin. W letnich miesiącach miejscowy port zapełnia się łódkami i jachtami urlopowiczów z sąsiedniego stanu.
– To zawsze była zabita dechami dziura. I tak już zostanie – powiedział jeden ze starych mieszkańców Winthrop Harbor. – Od lat zabiegamy, żeby Target albo Walmart otworzyły tu swoje markety. Ale nic z tego. Jesteśmy po prostu za mali i im się nie opłaca.
Ojciec Jane, Don Osborne, nie chciał pracować w rodzinnym biznesie i zamiast tego zatrudnił się w lokalnej firmie produkującej łodzie, jako specjalista do spraw odlewania ciśnieniowego. Zarabiał wystarczająco dużo, by Nellie mogła realizować się jako pani domu i mama. Jeśli wierzyć sąsiadom państwa Osborne’ów, aż do przesady pilnowała porządku w domu i była świetnie zorganizowaną i zdyscyplinowaną kobietą.
– Nellie była szczera do bólu i zawsze chciała szefować – wspominała wieloletnia sąsiadka i przyjaciółka rodziny. – Ogólnie rzecz biorąc, była dobrą matką, chociaż jak na mój gust zbyt apodyktyczną.
Na porządku dziennym dochodziło do spięć Nellie z córką, obdarzoną równie silną osobowością. Zdaniem sąsiadów i przyjaciół Jane z dzieciństwa awantury wybuchały o to, co zwykle bywa kością niezgody między rodzicami a nastolatkami: o szlabany, o chłopaków, o obowiązki domowe. Miejscowi twierdzili, że nawet gdyby konflikty zahaczały o coś poważniejszego, mało prawdopodobne, by ktokolwiek z sąsiadów się o tym dowiedział:
– Matka Jane przywiązywała dużą wagę do tego, co inni myślą na temat niej samej i jej rodziny. To nie był typ człowieka, który publicznie pierze swoje brudy.
W dzieciństwie Jane miała opinię miłej dziewczynki, która bez problemu nawiązywała nowe znajomości w szkole. Była wesoła, towarzyska i często wiodła prym w zabawie. Zapisała się nawet do skautów, a sąsiedzi nadal pamiętają, jak niesamowicie prezentowała się w zielonym mundurku i z burzą rudych włosów. Ale już wtedy dała się poznać swoim rówieśnikom jako uparta i wybuchowa. Jak wspomniała jedna z jej ówczesnych koleżanek:
– Kiedy raz jej podpadłaś, było po sprawie. Potrafiła bardzo szybko odsunąć się od osoby, która zalazła jej za skórę.
Przez jakiś czas uczęszczała do liceum w Zion-Benton, jednak nie zabawiła tam długo; po tym, jak na dziedzińcu szkolnym zaczęło dochodzić do bójek, Nellie postanowiła posłać córkę do prywatnego liceum chrześcijańskiego w Grayslake, w stanie Illinois. Szkoła ta była oddalona o trzydzieści minut jazdy od ich domu. W Westlake Christian Academy obowiązywały dwa egzaminy wstępne – jeden sprawdzający wiedzę, drugi wiarę, tak by upewnić się, że kandydat na ucznia jest pobożnym chrześcijaninem. Oba testy Jane zdała bez najmniejszego wysiłku. Jak wyjawił ojciec w wywiadzie dla gazety udzielonym po śmierci córki, przez krótki czas dziewczyna była do tego stopnia zafascynowana naukami kościelnymi, że zastanawiała się, czy przypadkiem jej powołaniem nie jest życie zakonne. Ambicje te poszły jednak w zapomnienie, gdy zdała na studia. Jako dwudziestolatka obiecała sobie, że nigdy więcej nie otworzy Biblii.
Na początku jej rozwoju duchowego mogła liczyć na wsparcie rodziny, która z chęcią płaciła tysiąc dolarów czesnego rocznie i zapisała Jane na lekcje związane z religią, między innymi teologię. Dziewczyna zawsze miała opinię wyjątkowo bystrej uczennicy i nie zmieniły tego nawet bardzo surowe porządki panujące w prywatnej szkole ani obowiązkowe codzienne uczestnictwo w nabożeństwie w kaplicy.
Sąsiadka Joyce Yonke poznała Jane w drugiej klasie liceum. Dziewczęta chętnie nocowały to u jednej, to u drugiej.
– Czasami trudno było się domyślić, co siedzi w jej głowie – wspominała Joyce. – Ale spotykałyśmy się wtedy w grupce przyjaciół i z Jane często dobrze się bawiliśmy.
Na tym etapie swojego życia Jane była otwarta i towarzyska. Uwielbiała kibicować podczas szkolnych meczów koszykówki albo wieczorami krążyć z koleżankami samochodem po mieście, słuchając muzyki. Małe miasteczko nie miało zbyt wiele do zaoferowania spragnionym rozrywki nastolatkom, ale dziewczęta bawiły się jak umiały. Jane sprawiała wrażenie szczęśliwej.
Nawet spośród grupy przyjaciółek wyróżniała się wynikami w nauce.
– Była bardzo dobrą uczennicą. Ponieważ ze mnie był raczej przeciętniak, chodziłyśmy razem na niewiele lekcji – opowiadała Joyce. – Spotykałyśmy się na zajęciach wychowania fizycznego i w kaplicy, ale już lekcje matematyki i przedmiotów ścisłych miałyśmy osobno, bo byłyśmy na różnych poziomach. Jane zawsze chodziła do klas z rozszerzonym programem nauczania, po prostu przyswajała wiedzę szybciej od innych. Ale ponieważ to była bardzo mała szkoła, wszyscy i tak się znali.
To wtedy przylgnęło do niej przezwisko „Matka Jane”, które zawdzięczała swojej skłonności do udzielania rad. Sprawiała wrażenie osoby dojrzałej i mądrej, czym zaskarbiała sobie zaufanie koleżanek. Joyce prowadziła z nią wielogodzinne rozmowy telefoniczne, w których trakcie zwierzała się ze swoich rozterek sercowych, i zawsze bardzo ceniła wskazówki, jakich udzielała jej Jane.
Jane uwielbiała słuchać o problemach przyjaciółek. Ale, co ciekawe, sama bardzo niechętnie opowiadała o sobie, i to do tego stopnia, że uchodziła za skrytą. Joyce podejrzewała co prawda, że jest chłopiec, który podoba się przyjaciółce, ale nie miała pewności, czy są parą, czy po prostu tylko się przyjaźnią, a główna zainteresowana nie pomagała jej rozstrzygnąć tego dylematu.
Jeszcze mniej chętnie opowiadała o matce, ojcu, siostrze, a nawet uwielbianej przez siebie babce.
– I to właśnie dlatego tak trudno było mi ją rozgryźć – stwierdziła Joyce. – Jane była pierwsza do udzielania rad innym, ale ja nawet nie wiedziałam, jak blisko żyje ze swoją babką… Niewiele zdradzała na swój temat. Chyba po prostu trudno jej się było zdobyć na zaufanie. Robiła na mnie wrażenie osoby, która wiecznie ogląda się przez ramię.
Liceum, z ocenami celującymi, ukończyła rok wcześniej od rówieśników. Z dokumentów szkolnych wynika, że w klasie z rozszerzonym materiałem uplasowała się na piątym miejscu w rankingu.
Po maturze, jesienią 1979 roku, rozpoczęła studia na University of Wisconsin-Parkside, mniej więcej godzinę jazdy na północ od Winthrop Harbor. W tym okresie Jane wspominała, że chciałaby zostać nauczycielką. Najbardziej lubiła naukę języków obcych. Mówiła już niemal płynnie po hiszpańsku, co w dużej mierze było zasługą częstych wakacji w Acapulco.
Na studiach jednak passa sukcesów naukowych Jane się skończyła. Na zajęciach pojawiała się od przypadku do przypadku. W rezultacie studia zajęły jej z przerwami niemal dekadę, od 1979 do 1988 roku. Jak jednak wiemy z dokumentacji akademickiej, nigdy nie uzyskała tytułu magistra. Babka Jane twierdziła, że od obrony dyplomu wnuczkę dzieliły trzy miesiące, gdy ostatecznie rzuciła szkołę.
Po maturze pogorszeniu uległy również relacje Jane z matką. Dziewczyna była przekonana, że Nellie faworyzuje jej siostrę Deborę, i miała o to do niej wielki żal.
Napięcie w relacjach z Nellie sięgnęło zenitu pewnego wieczoru w 1980 roku, gdy Jane miała dziewiętnaście lat. Postanowiła, że pożyczy od mamy samochód, bo chciała zabrać znajomych na przejażdżkę po mieście. Nellie zazwyczaj chętnie użyczała córce auta, żeby ułatwić jej przemieszczanie się między uczelnią a domem albo gdy Jane wybierała się do miasta z koleżankami. Tego wieczoru jednak, jako że sama potrzebowała samochodu, nie zgodziła się. Jane wpadła w szał. Wrzeszczała tak głośno i tak długo, że matka zaczęła się jej bać. Kiedy spróbowała objąć Jane, żeby ją uspokoić, to tylko dodatkowo sprowokowało dziewczynę. Jane zaczęła okładać matkę pięściami po głowie i brzuchu. Nellie próbowała ją powstrzymać, ale ostatecznie odniosła tak poważne obrażenia, że niezbędna okazała się wizyta w szpitalu, gdzie opatrzono jej liczne rany i stłuczenia. Nellie nie zgłosiła pobicia na policję; będąc osobą ceniącą prywatność, wolała rozwiązać ten problem dyskretniej. Zapewne wychodziła z założenia, że obecność policyjnych radiowozów pod domem wzbudziłaby sensację wśród wścibskich sąsiadów.
Był to pierwszy wyraźny sygnał, że z Jane dzieje się coś niedobrego. W tej wesołej, towarzyskiej i atrakcyjnej dziewczynie ujawniała się druga, mroczniejsza strona. W miarę jak wzrastała jej wybuchowość, odsuwały się od niej bliskie osoby. W tamtym momencie nikt nie przypuszczał, że jej zachowanie mogło być rozpaczliwym wołaniem o pomoc.
Jane ukojenia szukała w ramionach swojej babki. Charlie Mae Funderburk zawsze ze zrozumieniem wysłuchiwała utyskiwań wnuczki na matkę. Nawet jeśli nie we wszystkim zgadzała się z Jane, starsza pani o łagodnym głosie umiała jak nikt inny uspokoić porywczą dziewczynę. Na przestrzeni lat Jane spędzała u dziadków nie mniej czasu niż w domu rodziców. Często oferowała dziadkom pomoc w sprzątaniu. W podzięce Mae czasami dawała swojej ulubionej wnuczce trochę pieniędzy.
– To dla mojej ukochanej wnusi – mawiała.
3
Już na początku studiów Jane poznała mężczyznę, który miał w zasadniczy sposób wpłynąć na jej późniejsze życie. Armando Bautistę po raz pierwszy spotkała w domu swojej koleżanki. Przybył do USA z Belize i został miejscową złotą rączką. Teoretycznie nie był typem faceta, którym mogłaby się zainteresować dziewczyna z dobrego domu pokroju Jane. Co prawda miał smykałkę do naprawiania elektryki, dzięki czemu dostawał wiele zleceń, lecz brak wykształcenia powodował, że zazwyczaj był spłukany. Do Stanów Zjednoczonych przyjechał razem z siostrą w poszukiwaniu lepszego życia. A kiedy spodobał się Jane Osborne, pomyślał, że w końcu los się do niego uśmiechnął.
Zdaniem Joyce Yonke tych, którzy znali wcześniejsze romanse Jane, związek z Armandem raczej nie powinien dziwić. Mimo że sama wychowała się w środowisku białych, ciągnęło ją do mężczyzn o ciemniejszym kolorze skóry.
– Można było odnieść wrażenie, że podobają jej się wyłącznie Latynosi. Ewidentnie pociągali ją bardziej od innych.
Co ciekawe, z reguły jej partnerzy nie dorównywali jej pod względem intelektualnym. Być może dobierała ich celowo, dzięki czemu z łatwością mogła dominować w związku, a może jedynie słabsi mężczyźni gotowi byli potulnie znosić jej napady złości. W każdym razie wzorzec ten miał towarzyszyć jej przez całe życie.
W marcu 1981 roku, po niespełna roku randkowania, Jane i Armando wzięli ślub. Ceremonia odbyła się na północnym wybrzeżu Belize w obecności krewnych Armanda. Na ślubie nie pojawił się nikt z rodziny Jane.
– Ona po prostu nie była związana z matką – tłumaczyła sąsiadka. – Z kolei jej siostra Debora świetnie się dogadywała z Nellie, czego Jane nie umiała zaakceptować. W efekcie z siostrą też nie utrzymywała bliskich kontaktów.
Kiedy jednak nowożeńcy przylecieli z powrotem do kraju, na chicagowskim lotnisku czekał na nich Don Osborne. Sąsiedzi zapamiętali, jak dużym zaskoczeniem było dla nich odkrycie, że Jane nagle wróciła do domu jako żona niewykształconego i ledwo wiążącego koniec z końcem imigranta.
– Ta dziewczyna mogła mieć każdego faceta – wspominała jedna z sąsiadek. – Była zdolna i miała te olśniewające rude włosy. Jej wybór mógł dziwić.
Jane wydawała się szczęśliwa i chętnie pokazywała się z mężem. Sąsiedzi w końcu zaakceptowali parę. Rodzice, jak się zdawało, również. Ale związek Jane i Armando bynajmniej nie należał do udanych. Pierwsze problemy pojawiły się niemal natychmiast po ślubie.
Mimo że wywodziła się z zamożnej rodziny, Jane jako mężatce przyszło wieść życie niemal w ubóstwie. Rodzice wspomagali ją finansowo w niewielkim stopniu bądź wcale. Świeżo upieczona żona mogła natomiast liczyć na pomoc ze strony babki Mae. Podobnie jak w dzieciństwie, Jane przychodziła do niej ze wszystkimi problemami, również wtedy, gdy brakowało jej pieniędzy. Zwyczaj ten miał zresztą towarzyszyć jej do końca życia.
Ponieważ Armando nie mógł znaleźć stałej pracy w charakterze złotej rączki, para przeprowadziła się do Waukegan, miejscowości oddalonej o szesnaście kilometrów na południe od Winthrop Harbor. Waukegan, z populacją około dziewięćdziesięciu tysięcy, mogło się wydawać metropolią w porównaniu z maleńkim Winthrop Harbor. Marne zarobki, jakie z dorywczych fuch przynosił do domu Armando, skazały parę na zamieszkanie w Hickory Manor Apartments, usytuowanym przy szosie Continental Drive kompleksie tanich budynków mieszkalnych, oferującym obskurne jedno- i dwupokojowe mieszkania.
Jane znalazła pracę biurową w pobliskiej elektrowni Cherry Electric. Problemy finansowe pary stawały się jednak coraz poważniejsze. Osiem miesięcy po ślubie Jane zaszła w ciążę.
25 sierpnia 1982 roku w szpitalu Waukegan urodził się Jason Victor. Nie wiemy, co Jane czuła w dniu, który teoretycznie powinien należeć do najszczęśliwszych w jej życiu. Osoby, które ją znały, wspominały, że bezpośrednio przed porodem i po nim rzadko się pokazywała. Zresztą, z wieloma znajomymi z liceum już wcześniej zerwała kontakt. Jeżeli nawet zorganizowała baby shower, to jej ówcześni znajomi nie zostali zaproszeni.
Wkrótce po urodzeniu Jasona Jane w końcu odezwała się do swojej przyjaciółki z liceum Joyce Yonke, żeby podzielić się z nią radosną nowiną. Joyce wówczas też była już mężatką i zajmowała się wychowaniem dziecka. Dlatego gdy Jane wspomniała, że potrzebuje kogoś, kto zaopiekowałby się Jasonem, podczas gdy ona i Armando są w pracy, Joyce ochoczo zgodziła się pomóc. Niestety już po paru dniach, w których trakcie zajmowała się Jasonem, u chłopca wystąpiła wysypka od mokrej pieluchy. Joyce zapewniła przyjaciółkę, że przewijała Jasona tak samo często jak własne dziecko, u którego nie zaobserwowała żadnej wysypki.
– W porządku – powiedziała Jane. – Wcale się na ciebie nie gniewam. Po prostu uważam, że lepiej będzie, jeśli Jasonem zajmie się ktoś inny.
Jane odezwała się do Joyce ponownie dopiero po ponad roku, gdy wydarzyła się tragedia.
Radość macierzyństwa mąciły problemy małżeńskie. Jeszcze przed pierwszymi urodzinami Jasona Jane odeszła od Armanda. W sierpniu 1983 roku zabrała synka i wyprowadziła się do innego niskobudżetowego dwupokojowego mieszkania na terenie tego samego miasta. Co prawda cena wynajmu opiewała na około dziewięćset piętnaście dolarów, jednak Jane z własnej kieszeni wykładała tylko dwadzieścia siedem dolarów miesięcznie, co oznacza, że korzystała z pomocy socjalnej. W ramach lokalnych programów mieszkalnictwa komunalnego władze okręgu pokrywały większość kosztów wynajmu osobom samotnie wychowującym dzieci i o niskich zarobkach.
Dla Armanda rozpad małżeństwa był wielkim ciosem. Popadł w depresję i wielokrotnie próbował się pogodzić z Jane. Mimo częstych gwałtownych awantur nie wyobrażał sobie życia bez swojej rodziny, o czym starał się teraz przekonać swoją żonę. Jane jednak odrzucała jego przeprosiny i powtarzała, że to koniec. Twierdziła, że już go nie kocha.
Armando nie zamierzał jednak zaakceptować decyzji żony.
W dniu 3 kwietnia 1984 roku złożył Jane wizytę, podczas której zażądał, żeby do niego wróciła. Zapewniał, że mimo problemów finansowych wspólnie sobie poradzą. Jane z właściwym dla siebie uporem zignorowała jego nalegania. Dała mu do zrozumienia, że nie traktuje go już poważnie. Rozmowa szybko przerodziła się w kłótnię. Po jakimś czasie doszło do przepychanek. Jane zagroziła, że zgłosi zachowanie męża na policję. Twierdziła, że jeśli będzie chciała, doprowadzi do jego deportacji. Blef poskutkował i przestraszony Armando salwował się ucieczką.
Już parę dni później Armando postanowił udowodnić Jane, jak wielka jest jego desperacja. Bez żony i nowo narodzonego syna uważał się za mężczyznę, który nie ma nic do stracenia.
Było spokojne popołudnie 7 kwietnia 1984 roku. Jane załatwiała sprawunki z małym Jasonem u boku. Przed godziną 18 jechali na zachód Sunset Avenue, kierując się do mieszkania. Po drodze mijali biuro Jane w Cherry Electric. Kobieta zwróciła wówczas uwagę na stojącego na parkingu Chevroleta Monte Carlo rocznik 1975. Od razu rozpoznała w nim samochód Armanda. Ale czego właściwie były partner szukał w jej zakładzie pracy? Poirytowana zjechała na parking, żeby zorientować się, o co chodzi.
Zaparkowała obok chevroleta, ale w pierwszej chwili nie zauważyła w środku Armanda. Dopiero gdy podeszła bliżej i zajrzała przez okno po stronie kierowcy, dostrzegła męża – jego ciało bezwładnie osunęło się na bok, tak że głowa leżała na fotelu pasażera. Mężczyzna miał na piersi otwartą krwawą ranę. Jane rzuciła się biegiem do drzwi po stronie pasażera. Otworzyła je i wyciągnęła rękę do Armanda, żeby nim potrząsnąć. Dopiero wtedy kątem oka zarejestrowała leżący na podłodze wozu rewolwer kalibru .357, z którego mężczyzna się zastrzelił. Kula przeszyła jego ciało na wylot i utkwiła głęboko w oparciu fotela.
Jane pognała do dyżurki stróża na terenie firmy i opowiedziała, co się stało. O godzinie 18.27 na parkingu roiło się już od śledczych z komendy policji oraz biura koronera. Z początku trudno było jednoznacznie stwierdzić, kiedy nastąpił zgon, ale specjaliści z wydziału zabójstw szacowali, że mężczyzna nie żył od kilku godzin.
Jak tłumaczył podkomisarz Mark Stevens z wydziału policji z Waukegan po powtórnym zapoznaniu się z raportem policyjnym w sprawie podejrzenia samobójstwa:
– Jako że w pojeździe było dużo krwi i cała zdążyła wsiąknąć w fotele, denat musiał przebywać tam już pewien czas.
– Poza tym doszło już do stężenia pośmiertnego – zauważył Jim Wipper, zastępca koronera okręgu Lake. Jego zdaniem, jako że ciało Armanda zaczynało już sztywnieć, od momentu śmierci musiały upłynąć co najmniej trzy godziny. – Przy niskich temperaturach mniej więcej tyle czasu musi upłynąć, zanim dojdzie do stężenia – dodał. – A tutaj w kwietniu bywa jeszcze dość chłodno. Dlatego obstawiałbym te trzy godziny.
Cała ta scena musiała być niezwykle poruszająca – mężczyzna zrozpaczony z powodu rozpadu małżeństwa odbiera sobie życie w miejscu pracy swojej żony. Co gorsza, nie dość, że to właśnie żona znajduje ciało, to jeszcze ma ze sobą ich synka. Na szczęście Jason był wtedy tak mały, że raczej nic z tego nie zapamiętał.
W ostatnim akcie desperacji – lub okrucieństwa, zależy z której strony spojrzeć – Armando zostawił dwustronicowy list pożegnalny, w którym winą za swoje samobójstwo obarczył żonę.
– List był zaadresowany do Jane – powiedział Wipper. – Armando powtarzał w nim raz za razem, że nie może bez niej żyć. Używał innych słów, ale sens był ten sam: pisał, jak bardzo kocha ją i syna i że nie umie bez nich żyć.
Oto co napisał Armando: „Tobie, Jasonowi, całej mojej rodzinie i bliskim życzę szczęścia. Mój doczesny dobytek przekazuję tobie i Jasonowi. Życie bez was nie ma sensu, równie dobrze mogę umrzeć. Pogodziłem się już ze sobą i zaakceptowałem to, że szczęśliwe życie bez ciebie jest dla mnie niemożliwe”. O swojej matce, żyjącej w Belize, pisał, że jakoś przeboleje stratę syna: „Wiara jej pomoże”. Co do Jasona, który miał wychowywać się bez ojca, stwierdził: „Pewnego dnia zrozumie”. Informował też w liście, że czynsz za mieszkanie jest opłacony, więc Jane nie musi się o to martwić. List skończył kolejnymi deklaracjami miłości i wyznaniem, że życie bez Jane nie ma dla niego sensu. „Jesteś wszystkim, o czym marzyłem”.
Ilekroć ktoś umiera, a przyczyna śmierci nie jest naturalna – nie jest to zawał, wylew ani tym podobne – policja wszczyna dochodzenie. Mimo że przy nieboszczyku znaleziono list pożegnalny, tym razem również nie obeszło się bez śledztwa. Policjanci nie mogli zbyć milczeniem faktu, że ciało odnalazła akurat żona denata, która wcześniej od niego odeszła. Jane opowiedziała na komendzie o tym, jak trudny był ich związek. Nie omieszkała wspomnieć, że parę dni przed samobójstwem Armanda doszło między nimi do szarpaniny. Nasuwało się pytanie: czy to możliwe, żeby feralnego dnia miał miejsce dalszy ciąg tamtej kłótni, która zakończyła się morderstwem? Jakim cudem trup przesiedział kilka godzin niezauważony w otwartym aucie na środku zapełnionego parkingu, dopóki nie odkryła go Jane?
– Jak dla mnie, kiedy teraz analizuję tamten raport, wygląda to dość podejrzanie – przyznał Stevens. – Wokół tej śmierci jest sporo niejasności. Ale ostatecznie nie udało się powiązać Jane z ewentualnym zabójstwem.
Mimo to ludzie gadali. Sąsiedzi zwrócili uwagę na te same dwuznaczności co policja. Dla nich nie miało znaczenia, że stróże prawa oczyścili Jane ze wszystkich podejrzeń, ani nawet to, że Armando przed śmiercią napisał długi przejmujący list. Plotkowali i tak.
Cała ta sytuacja – śmierć męża, znalezienie jego ciała, a potem również rzucane szeptem przez sąsiadów oskarżenia pod jej adresem – była dla Jane ogromnym wstrząsem. Kobieta stała się kłębkiem nerwów.
Parę dni po śmierci Armanda ni stąd, ni zowąd zdumiona Joyce odebrała telefon od przyjaciółki z liceum. Jane nie chciała wtajemniczać jej w szczegóły. Oświadczyła wymijająco, że jej mąż zmarł.
– Była w kiepskim stanie – wspominała Joyce. Mimo że ich rozmowa trwała krótko i dotyczyła w głównej mierze szczegółów pogrzebu Armanda, Joyce słyszała cierpienie w głosie przyjaciółki. – Od razu się zorientowałam, że źle znosi śmierć męża.
Joyce, która w tamtym czasie spodziewała się drugiego dziecka, zamierzała pojawić się na pogrzebie. Ostatecznie jednak na niego nie dotarła, pokonana przez bardzo uciążliwe poranne mdłości. Nigdy nie znała Armanda; Jane go jej nie przedstawiła, zresztą podobnie jak innym przyjaciołom z liceum. Teraz, jako wdowa, jeszcze bardziej odsunęła się od znajomych. Wprawdzie mieszkała jeszcze przez kilka lat w Waukegan, jednak nigdy więcej nie odezwała się do Joyce.
– Czasami, gdy na ulicy spotykałam naszych wspólnych znajomych, pytałam, czy mieli z nią jakiś kontakt – wspominała Joyce. – Odpowiedź zawsze była ta sama: nie odezwała się do nikogo. Jane po prostu zapadła się pod ziemię.
4
Jane nadal pracowała w biurze, a dodatkowo od czasu do czasu uczęszczała na zajęcia uniwersyteckie. Wiązała jakoś koniec z końcem dzięki zastrzykom gotówki od babki. Po śmierci Armanda mogła też liczyć na zasiłek – jako dziecku, które straciło ojca, Jasonowi aż do ukończenia osiemnastego roku życia przysługiwały świadczenia z tytułu ubezpieczenia społecznego.
Stosunki Jane z rodziną męża pozostawały napięte, ale udawało jej się spędzić trochę czasu z siostrą Armanda, Quirią, która nadal żyła w Illinois. Quiria nie cierpiała Jane, którą obwiniała za śmierć brata, ale godziła się na spotkania, tylko po to, by jej rodzina całkiem nie straciła kontaktu z Jasonem; odcięcie się od Jane byłoby równoznaczne z porzuceniem jedynego potomka Armanda. Dlatego Quiria tolerowała bratową i od czasu do czasu zapraszała ją do siebie na obiad.
Ludzie, którzy porzucili ojczyznę, mają w zwyczaju trzymać się blisko tych, którzy pokonali tę samą drogę co oni. Stąd w domu Quirii zawsze pełno było imigrantów. Jednym z jej częstych gości byli Jose Montejo oraz jego matka, przybyli z Belize. W ten sposób wczesną wiosną 1986 roku w trakcie małego piątkowego przyjęcia Jose Montejo poznał Jane. Z jasną skórą i burzą rudych włosów niewątpliwie się wyróżniała. Montejo, dwudziestoczteroletni blacharz, nie potrafił oderwać od niej wzroku. Kiedy matka zauważyła jego reakcję, momentalnie próbowała go zniechęcić.
– Niedawno straciła męża – powiedziała. – I wszyscy odnoszą się do niej nieufnie. Trzymaj się od niej z daleka, zrozumiano?
– Wszyscy mi powtarzali: „Lepiej na nią uważaj” – wspominał Jose. – Te ostrzeżenia brały się stąd, że ludzie podejrzewali ją o zabójstwo męża. Ale ja nie zwracałem uwagi na ich gadanie. Nie wierzyłem w te plotki. Byłem dorosłym facetem. Matce zapowiedziałem, że będę robić, na co mam ochotę.
Jose zdawał sobie sprawę, że siostra Armanda jest bardzo rozżalona po śmierci brata i szuka winnego, a Jane była łatwym celem. Quiria przekonywała wszystkich, że jej brat nigdy nie odebrałby sobie życia; zresztą, nawet jeżeli to on pociągnął za spust, i tak wina leżała po stronie Jane, ponieważ to ona doprowadziła go do stanu niepoczytalności. W jej oczach bratowa była morderczynią i nic nie mogło tego zmienić. Ale Jose to nie powstrzymało – zignorował wszystkie ostrzeżenia i zaprosił Jane na randkę.
– Potrafiła być naprawdę zabawna – wspominał Montejo. – Dużo się śmiała i żartowała. Razem bardzo miło spędzaliśmy czas. Przy sprzyjającej pogodzie chodziliśmy na plażę z Jasonem. Wydawało mi się, że jest szczęśliwa.
Mimo że nadal wynajmowała tanie mieszkanie i pracowała na niepełny etat jako recepcjonistka, nigdy nie narzekała na brak pieniędzy. Zazwyczaj miała więcej gotówki od Jose, dlatego to ona płaciła podczas wspólnych wypadów na miasto.
– Była taka życzliwa i hojna – twierdził Jose. – Dowiedziałem się od niej, że jej rodzina dorobiła się na biznesie budowlanym. Wspomniała też, że finansowo pomaga jej babka.
Jose od lat nadużywał alkoholu, ale odkąd poznał Jane, ograniczył picie. A gdy bardziej się do niej zbliżył, a potem również do jej synka, całkowicie rozstał się z nałogiem.
– To była jej zasługa – oświadczył. – Przy niej nie musiałem już dłużej pić, bo razem byliśmy szczęśliwi.
Najlepiej wspominał momenty, gdy zostawali w domu. Wtedy wszyscy razem wylegiwali się na kanapie i oglądali telewizję.
– Przez cały czas pękaliśmy ze śmiechu. Kiedy ją poznałem, nie było w niej tej bezwzględności, z której potem zasłynęła. Ale tak naprawdę to jeszcze jej wtedy nie znałem.
Trzy miesiące później Jose wprowadził się do mieszkania Jane i Jasona. Miał nadzieję, że za jakiś czas wezmą ślub, może nawet doczekają się własnych dzieci. Ale Jane się nie spieszyło. Zdaniem Jose miało to związek z tym, że korzystała z pomocy społecznej; w momencie ponownego zamążpójścia utraciłaby prawo do zasiłku, ponieważ do jej dochodów wliczałyby się wówczas również zarobki męża. Tak czy inaczej, niedługo potem Jose sam miał już własny powód, by wstrzymać się z oświadczynami.
– Jane miała porywczy charakter – powiedział. – Bardzo łatwo wpadała w złość.
Jose większą część życia spędził w Stanach Zjednoczonych, lecz mimo to nie opanował języka angielskiego w sposób, który umożliwiałby mu płynną komunikację. Kiedy opowiadał o pierwszych miesiącach życia z Jane pod jednym dachem, nie potrafił znaleźć wystarczająco mocnych angielskich słów na opisanie jej napadów gniewu. Po chwili zastanowienia stwierdził:
– To tak, jakby była dwiema różnymi osobami. W jednej chwili potrafiła być bardzo serdeczna, ale już dwie sekundy później zmieniała się w monstrum z piekła rodem i nie dało jej się w żaden sposób ugłaskać. Po takim wybuchu zaczynała się nad sobą użalać. Płakała wtedy i mówiła: „Pomóż mi. Proszę, pomóż mi”.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że stan psychiczny Jane stopniowo się pogarszał. Jose, imigrant władający jedynie dość prymitywną angielszczyzną, mógł do końca nie rozumieć, co się z nią dzieje. Jane raz była cudowna, raz przerażająca, a jeszcze kiedy indziej żałosna. Jose nie miał jednak pojęcia, co z tym począć.
Na początku uznał, że być może nie docenił tego, jak wielkim szokiem dla Jane było samobójstwo męża. Kobieta nie pozwalała partnerowi ani innym osobom ze swojego otoczenia wspominać imienia nieżyjącego Armanda. Wcale jednak nie chodziło o to, że nadal opłakiwała jego śmierć.
– Nienawidzę tego skurwiela – mówiła. Nawet świadomość, że jego szczątki spoczywają teraz w grobie, nie ostudziła w niej tej niechęci.
Momentami Jane wyładowywała złość na Jose, który nie zawsze wiedział, czym właściwie podpadł. Zdarzało się, że po prostu spędzał czas z Jasonem, bawił się z nim albo go karmił, gdy ni stąd, ni zowąd Jane dostawała ataku szału. Wrzeszczała wtedy: „Jesteś taki sam jak on! Niczym się nie różnisz od tego pieprzonego Armanda!”.
Z czasem Jose odkrył pewną prawidłowość rządzącą tymi wybuchami: Jane wściekała się, ilekroć poświęcał uwagę Jasonowi. Mimo że nie był biologicznym ojcem chłopca, pokochał malucha i chętnie się z nim bawił. Z jakiegoś powodu to doprowadzało Jane do szewskiej pasji. Najwidoczniej nienawidziła nie tylko Armanda, ale też ich syna.
– Jason był wtedy mały. To nie była jego wina – wspominał Jose. – Czasami wystarczyło, że leżałem obok niego, by Jane zaczęła się na mnie wydzierać: „Co ty wyprawiasz? Przecież on nie jest twoim synem!”.
Czasami Jose, mimo że kiepsko zarabiał, kupował Jasonowi zabawkę albo zabierał go na hamburgera, ulubione danie chłopca.
– Czemu to robisz? – pytała Jane. – Po co wydajesz na niego pieniądze? Niczego mu nie kupuj!
Jane nie była typem kobiety, która przechwalałaby się swoim maleństwem. Nigdy też nie okazywała mu uczuć. Nie należała do tych mam, które przy byle okazji zasypują swoje dziecko buziakami i je przytulają. Mimo to potrafiła zapewnić chłopcu należytą opiekę: Jason nigdy nie chodził głodny, zawsze był czysty i zdrowy. Jose starał się zaspokoić inne potrzeby dziecka, na które jego matka pozostawała głucha. Wspominał potem, że Jason był nerwowym, niespokojnym, bardzo wrażliwym dzieckiem – sprawiał zawsze wrażenie, jakby zaraz miał się rozpłakać. Najbardziej oczywistym sygnałem, że coś jest z nim nie w porządku, było ciągłe moczenie nocne. Wprawdzie chłopiec miał wówczas dopiero trzy lata, jednak jego przypadłość była dla Jane zawstydzająca. I wywoływała jej gniew. Za każdym razem, gdy Jason budził się rano w mokrej pościeli, dostawał lanie.
– Prała go po tyłku z całej siły – wspominał Jose. – Nie miała litości dla tego chłopca. Lała go czym popadnie: drewnianymi łyżkami, pasami, tym, co tylko wpadło jej w ręce.
Jeszcze bardziej obrywał, gdy matka uznała, że dotykał się w nieprzyzwoity sposób.
– Był wtedy jeszcze bardzo mały – opowiadał Jose. – Dzieci w tym wieku są bardzo ciekawe swojej anatomii. I zdarzało się, że Jason bawił się siusiakiem. Pamiętam jedną sytuację, gdy Jane go na tym przyłapała. Dostał wtedy tęgie lanie, potem związała te jego maleńkie rączki, a na koniec postawiła do kąta, w którym miał spędzić cały dzień.
Jose nie krył, że sam również bywał wybuchowy. Najgorsze awantury wybuchały o postępowanie Jane wobec Jasona. W Belize, kiedy ojciec Jose wracał w nocy do domu pijany, często szukał zwady. Jeżeli nie spotkał na ulicy żadnego faceta, z którym mógłby spróbować swoich sił, frustracje wyładowywał na rodzinie. Zazwyczaj wybierał sobie jedynego sparingpartnera, który nie był w stanie przed nim uciec – Jose. Kiedy więc teraz Jose patrzył, jak Jane pastwi się nad Jasonem, budziło to w nim najgorsze wspomnienia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki