Tak właśnie wygląda miłość - Mason Deaver - ebook + książka

Tak właśnie wygląda miłość ebook

Deaver Mason

4,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Na kilka dni przed przerwą wiosenną Neil Kearney ma lecieć na drugi koniec kraju, aby wziąć udział w ślubie brata. Wszystko jest w porządku do czasu, gdy Josh, przyjaciel Neila, wyznaje mu miłość, ale Neil nie odwzajemnia jego uczuć.

Niespodziewanie na horyzoncie pojawia się nowa relacja - Wyatt, współlokator Neila, który na początku nie pała do niego sympatią. Ale kiedy docierają do Los Angeles, Wyatt zaczyna dostrzegać, skąd się to bierze. Stopniowo Neil i Wyatt zaczynają się rozumieć. I może – tylko może – zakochują się po raz pierwszy w życiu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 351

Rok wydania: 2024

Oceny
4,0 (6 ocen)
2
3
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Siljen
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Mimo pewnych niekonsekwencji czyta się świetnie. Mam wrażenie, że jest może zbytnie stężenie queerowości, by było to bardzo wiarygodne, ale w końcu to opowieść o nastolatkach próbujących zrozumieć siebie, o pierwszej miłości, o emocjach, o problemach spotykających osoby nieheteronormatywne. Mimo niewielkich zastrzeżeń nie mogłam się oderwać.
00

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Feeling of Falling in Love

Copyright © 2022 by Mason Deaver

All rights reserved.

 

Copyright © for the Polish translation by Artur Łuksza, 2024

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024

 

Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza

Marketing i promocja: Aleksandra Kotlewska, Anna Fiałkowska

 

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Katarzyna Chmielecka, Iga Wiśniewska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt oryginalnej okładki: Maeve Norton

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67974-45-5

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla każdej osoby transpłciowej,

która kiedykolwiek pomyślała,

że jest zbyt skomplikowana,

by mieć własną historię miłosną

 

 

 

 

 

Czwartek

 

14 KWIETNIA

 

 

 

– Kocham cię – mówi.

Dzwony w mojej głowie biją na alarm. Z początku zastanawiam się, czy dobrze go zrozumiałem poprzez nasze ciężkie oddechy, odgłosy całowania i cichą muzykę, którą włączył. Właściwie to na pewno się przesłyszałem. Może to było w piosence?

Nagle jednak odrywam się od Josha, który patrzy na mnie swoimi wielkimi brązowymi oczami, jakby spodziewał się ode mnie jakiejś odpowiedzi.

W tym momencie dociera do mnie, że wpadłem po uszy.

A myślałem, że to będzie takie przyjemne spotkanie, trochę całowania, może czegoś więcej przed popołudniowymi lekcjami.

Ale nie.

Zamiast tego powiedział te dwa słowa i teraz czeka, aż ja też je wypowiem. Później wrócimy do całowania, padniemy na łóżko i pewnie opuścimy lekcję lub dwie, ale to bez znaczenia, bo przecież się kochamy! I żyjemy w idealnym świecie!

Tylko że wcale nie.

A teraz muszę odbyć tę rozmowę. Jakie to wkurzające.

– Neil? – Nadal na mnie patrzy.

– Okej.

Mina mu rzednie, uśmiech znika w mgnieniu oka.

– Okej? – powtarza.

– To powiedziałem. – Chcę zejść z jego kolan, ale jego dłonie nadal trzymają mnie w pasie.

– Powiedziałem „kocham cię” – mówi ponownie. Jakbym go nie słyszał za pierwszym razem.

– A ja powiedziałem „okej” – prycham i odrywam się od niego; jego dłonie ustępują.

Od początku uwielbia mnie dotykać, a mnie zazwyczaj to nie przeszkadza. Ręka obejmująca mnie w pasie albo spoczywająca na moich łopatkach, drapiąca mnie lekko po plecach, gdy oglądamy filmy. Zawsze się wkurza, bo zasypiam podczas oglądania, ale wiem też, że jego zdaniem to urocze. Uzgodniliśmy, że wieczory filmowe będą jedyną aktywnością, która w jakikolwiek sposób zasugeruje, że ze sobą jesteśmy, a to tylko dlatego, że dzięki temu dostaję fajne drapanko po pleckach, a Josh czasem bawi się moimi włosami.

Na samym początku, kiedy to wszystko się zaczęło, Josh i ja ustaliliśmy jasne zasady. Miał to być tylko sposób na odstresowanie.

Obaj się na to zgodziliśmy.

– Co chcesz, żebym ci powiedział? – pytam.

Josh wygląda, jakby był w szoku.

– Chciałbym, żebyś powiedział coś oprócz „okej”.

– Dziękuję? – Chociaż tego nie chciałem, zabrzmiało jak pytanie.

Jedyne, co jestem w stanie zrobić, gdy on przetwarza to, cokolwiek mu się kotłuje w głowie, to stać niezręcznie. Na jego twarzy malują się rozczarowanie, gniew, smutek, żal… cały wachlarz emocji, jakie przeżywa przez te dwa słowa, które do mnie skierował.

– Wiedziałem, że to błąd – mówi Josh, łkając. Nie chcę zabrzmieć niemiło albo coś, ale to trochę żałosne. – Wiedziałem.

– Skoro wiedziałeś, to czemu to powiedziałeś? – pytam.

– Nie wiem. – Zwiesza głowę ze wstydem. – Myślę, że część mnie po prostu… Chyba miała nadzieję, że odpowiesz tym samym.

– Nie ma szans, sorki… – Spoglądam na rolexa na mojej ręce: Oyster Perpetual, ten z ładną czarną tarczą. Jeśli nie załatwimy tego szybko, obaj spóźnimy się na lekcje.

Powinienem był wiedzieć, że coś jest na rzeczy; powinienem był to wyczuć. Czy miałem jakieś przeczucie, że coś takiego się wydarzy? Nie, niespecjalnie, ale i tak powinienem był to przewidzieć.

Przyszedłem tutaj tylko dlatego, że mnie poprosił. Napisał do mnie, żebym wpadł przed angielskim, więc pomyślałem: czemu nie? Pokój Josha jest w innej części internatu, bliżej budynku, w którym mamy angielski. Poszedłem więc, pomimo ryzyka, że przez resztę dnia będę chodził z malinkami na szyi. Wyobrażałem sobie, że całowanie choć trochę uprzyjemni siedzenie na lekcjach.

– Myślałem… – zaczyna Josh. Urywa, ale po chwili kontynuuje: – Chcesz mi powiedzieć, że tego nie czujesz? Nie uważasz, że między nami jest coś prawdziwego?

Mam wrażenie, że w jego oczach zbierają się łzy; wydają się wilgotniejsze niż zwykle. Sięga po moją dłoń, ale ją cofam. Jego ręka opada.

– Mieliśmy umowę, Josh. Żadnych uczuć, żadnych randek, żadnych emocji. Tylko zabawa. Słuchaj, lubię spędzać z tobą czas, ale to dlatego, że byliśmy przyjaciółmi, jeszcze zanim to wszystko w ogóle przyszło nam do głowy. Tak właśnie nas widzę: jako przyjaciół, którzy od czasu do czasu uprawiają seks.

Aż do teraz był to prawdziwie idealny układ. On ma w internacie pojedynczy pokój, więc gdy chcieliśmy pobyć we dwóch, nie musieliśmy się przejmować żadnym współlokatorem. No i Josh całkiem nieźle całuje; może ma trochę nadaktywny język, ale to jego jedyna wada.

Zaczynając ten układ na początku roku szkolnego, postawiliśmy sprawę jasno: to tylko przyjacielska zabawa, seks i całowanie, sposób na rozładowanie napięcia i pomaganie sobie nawzajem. Wprowadziliśmy nawet klauzulę Odspuszczenia – Josh wymyślił tę nazwę – która zakładała, że jeśli którykolwiek z nas poczuje coś więcej do tego drugiego, odpuścimy sobie całą sprawę i wrócimy do stanu sprzed umowy.

To nigdy nie miało prowadzić do miłości, żadnych uczuć ani tego typu głupot. Jesteśmy w liceum, do kurwy nędzy, kto w ogóle się zakochuje, chodząc do liceum?

A teraz, przez te dwa słowa, które powiedział, wszystko przepadło.

– Chyba powinienem iść – stwierdzam.

– Nie, czekaj! – Josh zrywa się na równe nogi. – Proszę, zaczekaj!

Patrzę na niego wyczekująco; jego oczy są wielkie od nagłego ożywienia. Choć znam go od wielu lat, nigdy nie widziałem go tak nakręconego. Nie należy do najgłośniejszych osób. Jest chudy, ale ma troszkę mięśni, a jego wzrost przydaje się, gdy gra w koszykówkę.

Może gdy sprawy się uspokoją, spiknę go z kimś, kto chce tego samego co on. Miejmy tylko nadzieję, że ten potencjalny chłopak nie będzie miał nic przeciwko wszystkim tym zestawom Lego Star Wars, które stoją w pokoju Josha. Unikając jego spojrzenia, skupiam wzrok na tym wielkim czymś, co on nazywa Y-Wingiem; cholernie trudno było go dostać, bo najwyraźniej został „wycofany”. Żeby go znaleźć, musiałem założyć konto na specjalnej stronie Lego, a potem spędziliśmy dwanaście godzin na budowaniu tego gówna.

– Przepraszam – mówi cicho.

– Josh. – Zamykam oczy, szczypiąc się w grzbiet nosa. – Muszę iść na lekcję.

– Nie możesz chociaż ze mną porozmawiać?

– Nie wiem, co miałbym powiedzieć.

– Cokolwiek.

– Powiedziałem już dużo i nie wydawałeś się usatysfakcjonowany, więc wybacz mi, jeśli nie rozumiem twojego zachowania. – Spoglądam na swój zegarek, obliczając czas, jaki zajmie mi dotarcie na angielski z panem Johnsonem. Chyba mam jeszcze ze trzy minuty, takie naciągane.

– Co jeśli to odkręcimy? – pyta Josh. – Co jeśli po prostu przewiniemy czas do tyłu, zapomnimy o ostatnich paru minutach i będziemy udawać, że nic się nie stało? Cofam to, co powiedziałem, okej? Mówię serio. Po prostu o tym zapomnijmy.

Och, naprawdę bym tego chciał: żeby ktoś oślepił nas jakimś laserem, który wymaże naszą pamięć krótkotrwałą. Ale teraz znam już prawdę. A skoro wiem, jaki jest stosunek Josha do naszego układu, nie ma już odwrotu. Muszę to uciąć.

– Pa, Josh. Widzimy się na obiedzie?

Zna mnie od prawie dziesięciu lat, więc powinien wiedzieć, że wcale nie zachowuję się inaczej niż zwykle. Zawsze doceniał moją bezceremonialność, zdolność mówienia prawdy.

– Żartujesz sobie, prawda?

– No co? Przecież to nie jest zerwanie. Po prostu myślę, że będzie lepiej, jeśli wrócimy do bycia przyjaciółmi bez dodatkowych korzyści. W sensie tych seksualnych.

Wiem już, że powinienem był to zakończyć wcześniej. Przyswajam rozczarowanie na jego twarzy, kwaśną minę, i wydaję z siebie niski jęk.

– Josh – mówię. – Pozwól, że zapytam: czego się spodziewałeś?

W końcu ponownie podnosi na mnie wzrok i wpatruje się w moje oczy. Przez chwilę zastanawia się, co powiedzieć, i otwiera usta.

– Myślałem… myślałem, że może zmieniłeś zdanie albo że nasze „zasady” już nie obowiązują.

– I co, nadal tak myślisz?

Okej, może to było trochę wredne. Ale robię się poirytowany i nie chcę się spóźnić na zajęcia.

– Nie musisz być złośliwy.

– Nic złego nie zrobiłem, Josh. Wiedziałeś, na co się piszesz.

– Nie mówię, że zrobiłeś coś złego – odpowiada. – Po prostu liczyłem na trochę współczucia.

– Porozmawiamy później, okej?

Zwiesza ramiona. Nigdy nie widziałem go tak zrezyg­nowanego.

– No… spoko.

Zabieram swój plecak z krzesła stojącego przy biurku i wychodzę na korytarz tak szybko, jak mogę, a potem przyspieszam kroku na tyle, na ile pozwalają mi krótkie nogi. Moje myśli pędzą, gdy próbuję przetworzyć wszystko, co się wydarzyło. Pocieram czoło, żeby uspokoić ból głowy, który czuję, że nadciąga. I oczywiście, Josh musiał wyznać te swoje uczucia na dwa dni przed tym, jak mieliśmy jechać na ślub Michaela. Josh miał być buforem między mną a moją rodziną; siatką bezpieczeństwa, w którą mogłem wpaść. Ale teraz wszystko poszło się jebać.

Czeka mnie cały tydzień w Beverly Hills, w otoczeniu okropnych ludzi, którzy składają się na moją rodzinę. Josh miał mnie od tego ratować, odciągać mnie od moich dziadków, gdy ci będą pytali o moją korektę płci. Zajmować mnie na brunchach i próbnych kolacjach.

Teraz będę musiał spędzić ten tydzień, unikając zarówno jego, jak i mojej rodziny.

No wspaniale.

Może to moja wina? Może poświęcałem Joshowi za dużo uwagi, za dużo czasu, za dużo wysiłku?

Nie. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dostrzegam, że to jego wina. Nie dałem mu żadnego znaku, że możemy się zakochać, że możliwe jest bycie w związku, że odjedziemy w stronę zachodzącego słońca, trzymając się za ręce. No kurwa, przecież jesteśmy nastolatkami. To nic poważnego.

To nie moja wina, na pewno nie.

Chyba że po prostu nie da się mnie nie kochać i teraz muszę cierpieć.

 

*

 

Myślałem, że ten dzień nie może być gorszy… Po akcji z Joshem, dwóch niezapowiedzianych kartkówkach, które bankowo oblałem, i byciu tak rozproszonym na biologii, że zapomniałem robić notatki, nie mogę się doczekać, aż ten dzień się już po prostu skończy.

Żołądek też mi nie pomaga; burczy na tyle głośno, że słyszą to ludzie dookoła mnie. Gdyby Josh nie zaciągnął mnie do swojego pokoju, miałbym czas, żeby zjeść lunch. Umieram z głodu, a jeszcze kilka godzin, zanim stołówka otworzy się na obiad.

Mrożona kawa, którą rano kupiłem w kampusowej kawiarni, dawno wyparowała z mojego organizmu. Już obmyślam plan, żeby wrócić do internatu i rzucić się na pudełko z batonikami zbożowymi ukryte pod moim łóżkiem, zanim przyjdzie Fowler i zmusi mnie do gadania.

Chryste, i kolejna rzecz, którą mi odebrano. Josh ma jeden z nielicznych pojedynczych pokoi w internacie, bezpieczną przystań, sanktuarium, do którego mogłem pójść, gdy tego potrzebowałem. Dał mi swój klucz. Mogłem być tam sam i, co najważniejsze, z dala od tego harcerzyka, z którym muszę dzielić swoją przestrzeń.

A teraz już tego nie mam.

Zaje-kurwa-biście.

Rozlega się ostatni dzwonek i jako pierwszy wychodzę z sali lekcyjnej. Miałem WOS w budynku Henry’ego. Mój budynek jest po drugiej stronie kampusu, więc dotarcie tam chwilę mi zajmie. Jeśli się jednak nie mylę, Fowler powinien być na kółku muzycznym do siedemnastej albo osiemnastej, więc może przez parę godzin będę miał spokój.

Kiedy docieram pod drzwi mojego pokoju, sięgam do kieszeni w poszukiwaniu swoich kluczy, których tam nie ma.

Sięgam do drugiej kieszeni. Jest w niej tylko telefon.

Portfel w prawej tylnej kieszeni. Lewa tylna pusta jak zawsze.

Okej, Neil, nie panikuj. Nie martw się tym, że z jakiegoś powodu nie masz kluczy w kieszeni, w której zawsze je trzymasz. Pewnie wrzuciłeś je tylko do plecaka, do którejś z przegródek.

Tylko że wcale nie.

Nawet po opróżnieniu plecaka na podłogę okazuje się, że wśród stosu rzeczy nie ma żadnego klucza.

Powoli uderzam głową o drzwi. Ile uderzeń potrzeba, żebym dostał wstrząśnienia mózgu? Widziałem futbolistów obrywających w głowę dużo mocniej i chyba nie było z nimi najgorzej. Może powinienem walić z większym impetem? Przynajmniej będę miał wymówkę, żeby nie jechać w weekend na ślub.

Tylko że kiedy ponownie walę w nie czołem, drzwi się otwierają, a ja tracę równowagę i padam na podłogę; tym razem naprawdę uderzam się w głowę. W efekcie czuję ostry ból, którego nie przegoni turlanie się po podłodze i pocieranie czoła.

Ignorując go, powoli otwieram oczy i widzę Wyatta Fowlera patrzącego na mnie z góry. Dosłownie i może w przenośni.

– Dziękuję – mówię cicho.

– Waliłeś w drzwi.

– Zgubiłem klucze.

Wyatt spogląda na mój stolik nocny i coś z niego bierze.

– Tu są. – Rzuca je do mnie, ale nawet się nie fatyguję, żeby je złapać; z brzękiem lądują na moim brzuchu.

Podnoszę się.

Wyatt jest ubrany w szkolny mundurek. No, prawie; marynarka, którą ewidentnie ma z drugiej ręki, została niedbale rzucona na łóżko i czeka na powieszenie. Wygląda na to, że dzisiaj odwołano kółko muzyczne i dlatego już wrócił. Zrzucam plecak na podłogę i padam twarzą na łóżko. Rozkoszuję się dotykiem pluszowego koca na mojej skórze. A potem wydaję z siebie najgłośniejszy jęk, na jaki mnie stać.

– Co tam?

Nie odpowiadam mu.

– Ciężki dzień?

– Przestań mówić – wyjękuję ściszonym przez koc głosem.

– Coś się stało?

– Nie twoja sprawa.

– Jak chcesz – mówi, zaciągając.

Nie wiem, skąd dokładnie pochodzi, ale wiem, że jest z Karoliny Północnej. Powiedział mi to. A nawet gdyby tego nie powiedział, już sam jego akcent byłby dowodem na to, że jest z Południa, w tej samej mierze co biscuits and gravy[1], które serwuje chyba każda restauracja w Charlotte. Czasami wypowiada słowa powoli, a czasami mamrocze tak szybko, że nic nie mogę zrozumieć.

– Przestań gadać – ponownie go proszę.

Wyatt gwiżdże, podgłaśniając jakieś gówniane indie, którego zawsze słucha albo gra na gitarze.

– Przycisz to – rzucam.

Ignoruje mnie.

– Ej, powiedziałem, żebyś przyciszył. Nie słyszałeś?

– Słyszałem – mówi. – Nie słyszałem za to „proszę”.

– Nie będę cię błagał, żebyś przyciszył muzykę. – Odwracam głowę w jego kierunku i widzę zadowolony uśmieszek i tę głupią przerwę między górnymi jedynkami.

– To nie błaganie – odpowiada. – To się nazywa dobre maniery.

– Nieważne. – Nie zamierzam się z nim kłócić. Chcę tylko spać.

Nawet nie pamiętam, kiedy postanowiłem, że drzemka naprawi całe zło tego dnia, więc postanawiam to teraz. Tylko że w piosence wchodzi bas i bit i robi się naprawdę głośna, więc pospiesznie wstaję, podchodzę do regału, na którym leży przedpotopowy iPhone Wyatta (w sensie nadal ma przycisk z przodu, no błagam), i wyłączam muzykę.

– Ej! – protestuje.

– Poprosiłem miło. – Wracam do swojego łóżka.

– Tego akurat nie zrobiłeś. – Podchodzi do swojego telefonu i na powrót włącza muzykę.

– Próbowałem drzemać.

– Co jest z tobą dzisiaj? – pyta. – Nigdy tak dużo do mnie nie mówisz.

– Ciesz się, że w ogóle zauważam twoją egzystencję – mamroczę w poduszkę. – Po prostu jestem w złym humorze.

– Cóż, nie wiem, co cię wprawiło w zły humor, ale to nie moja wina, nawet jeśli zmuszony jesteś dzielić ze mną pokój.

Chryste.

Najgorsze jest to, że ma rację. Ale to, że ma rację, i to, jaki zawsze jest szczery, doprowadza mnie do szału. Tego właśnie nie mogę w nim znieść, jest zwyczajnie za…

Dobry.

Zawsze pyta mnie o to, jak mi minął dzień i czy dobrze mi poszedł sprawdzian. Kiedy wychodzę, pyta, dokąd idę, i mówi, żebym na siebie uważał. I chociaż ja nigdy, przenigdy nie pytam, on zawsze mówi mi, dokąd on idzie i czy będzie późno.

Już chcę wstać, żeby znowu wyłączyć jego muzykę, ale ratuje mnie mój telefon. A właściwie mój telefon ratuje Wyatta. Dzwoni Samuel.

– Czego? – odbieram.

– Oho, ktoś tutaj wstał lewą nogą. – Głos w słuchawce się śmieje i jestem w stanie doskonale sobie wyobrazić, jak usta Samuela rozciągają się w uśmiechu, kiedy to mówi. Chciałbym być przy nim i zmazać mu ten uśmieszek z twarzy.

– Czego chcesz, Samuel?

– Dzwoniłem tylko, żeby zapytać, co tam.

– Jestem w pokoju.

Spoglądam na Wyatta i dopiero teraz zauważam na jego łóżku otwartą walizkę. Podchodzi teraz do swojej szafy i wyciąga jedną ze znoszonych koszulek z zespołami, które nosi, kiedy nie musimy mieć na sobie mundurka. Z tyłu tej, którą trzyma, jest zdjęcie jakiejś blondynki, a na przodzie znajdują się słowa „Tiny Hot Topic Bitch”. Choć mieszkamy ze sobą już rok, zawsze zabawnie jest widzieć go w tej dziwnej grunge’owej stylówce gitarzysty. Koleś nosi nawet kolczyki. Codziennie zakłada malutkie kółeczka, żeby dziurki się nie zasklepiły.

Samuel mamrocze coś do kogoś obok siebie, po czym zwraca się do mnie:

– Idziemy pod most, chcesz iść?

– Nie.

Za duże szanse, że będzie tam Josh.

– Czemu nie? Ostatnia akcja przed feriami wiosennymi. Josha nie będzie – dodaje, jakby czytał mi w myślach.

– Czemu to powiedziałeś? Co za różnica, czy będzie, czy nie?

– Pokłóciliście się, nieprawdaż?

– Kto ci powiedział?

– Zastanówmy się… – Samuel robi „hm, hm, hm”. – Usłyszałem to od Juliena, który z kolei dowiedział się od Hoona, który usłyszał to od Marka, który wie prosto od Josha, że zerwaliście.

Przynajmniej mieli na tyle rozsądku, żeby nie rozmawiać o tym na naszym czacie grupowym.

– Nie „zerwaliśmy”, bo nie można zerwać, jeśli się ze sobą nie jest. – Uświadamiam sobie, że może za dużo mówię przy Wyattcie, ale ten nawet się nie odwraca.

– Cóż, posty Josha na Insta i Snapie zdecydowanie sugerują, że to było zerwanie.

Stop.

– Co?

– Obczaj jego stories, są dość smutne. Żal mi biedaka.

– To nie było zerwanie, nie powinno ci być go żal!

– Jak chcesz. Ale przyjdź dzisiaj.

– Odpuszczę.

Rozłączam się, zanim udaje mu się powiedzieć kolejne słowo, i chwilę później dostaję od niego wiadomość.

 

SAMUEL: :(

 

Ignoruję go i zastanawiam się, czy powinienem zacząć się pakować teraz, czy mogę poczekać z tym do wieczora. Z jednej strony nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wesele będzie wyglądało bez Josha; z drugiej – w sumie nie muszę, bo i tak tam będzie.

Zastanawiam się, jak bardzo wkurzyłby się Michael, gdybym zrezygnował z roli drużby. W sumie i tak za bardzo nie gadamy. Nie pisze, nie dzwoni. Co jakiś czas polubi moje posty na Instagramie i widujemy się od święta.

Pewnie nawet nie zgadlibyście, że jesteśmy braćmi.

Jest taki podobny do taty.

A ja… cóż, zanim zacząłem brać testosteron, bardzo przypominałem mamę. Ale potem moje ramiona zrobiły się szersze, szczęka pełniejsza i zaczął mi rosnąć zarost. Nieważne, że to bardziej szczecina. Więc teraz już nie wyglądam jak ona.

Gdyby tylko istniała technologia, która pozwoliłaby mi wymazać resztę jej genów z mojego DNA.

Nie mogę iść na ślub sam. Nie mogę spędzić tygodnia w Beverly Hills z mamą, Michaelem i ich kłótniami, z garniturami, rodzinnymi posiłkami i imprezami, i babcią i dziadkiem, którzy z całą pewnością zapytają mnie, czy już „wróciłem do bycia dziewczyną” albo czy „zrobiłem sobie operację na to, co mam między nogami”. Kurwa, a Josh i tak tam będzie, bo jego brat jest najlepszym przyjacielem Michaela.

Już wolałbym wyrwać sobie każdy ząb po kolei. Nie będę w stanie znieść mamy przypominającej mi przy każdej okazji, że wszystko zepsułem, oraz komentarzy rodziny na mój temat, które będą padały za moimi plecami.

Wydaję z siebie kolejny przeciągły jęk, po czym wstaję i wyciągam swoją walizkę z szafy. Spodnie, koszule, bielizna, skarpetki, buty – wszystko ląduje w walizce i jest tego tak dużo, że nie mogę domknąć tego gówna.

Ciągnę za zamek, ale nie chce się ruszyć, no bo jakżeby inaczej.

– Za dużo napakowałeś – zauważa Wyatt.

Zasłaniam przed nim walizkę i jeszcze raz ciągnę za zamek, i kolejny, i jeszcze raz. Za każdym razem przesuwa się centymetr albo dwa, po czym zacina się na amen.

– Rozwalisz zamek – mówi. – Gdybyś poskładał ubrania, to nie miałbyś tego problemu.

– „Gdybyś poskładał ubrania, to nie miałbyś tego problemu”– przedrzeźniam go, naśmiewając się z jego akcentu. – Nie potrzebuję twojej pomocy.

– Jak widać.

Ściągam walizkę na podłogę, siadam na niej swoim stukilogramowym ciałem i dalej ciągnę.

Ciągnę i ciągnę, i ciągnę, aż w końcu nagle padam do tyłu, na swoje łóżko. Uderzam głową w bok materaca, a zaraz potem tyłkiem w drewnianą podłogę.

Jak tak siedzę i patrzę na rozerwany zamek, którego wyrwaną część nadal trzymam w dłoni, dociera do mnie, co tak właściwie się wydarzyło.

– Ja pierdolę.

– Mówiłem.

– Odpuść sobie – ucinam. – Błagam, na miłość boską, po prostu zajmij się czymś innym.

Rzucam resztkę zamka na podłogę i przyciągam kolana do klatki piersiowej, by schować w nich twarz. Czy ten dzień może się już skończyć? Proszę. Tak dobrze się zaczął. Wypiłem mrożoną kawę, słońce świeciło, w drodze na chemię zrobiłem sobie mały spacer i wraz z Hoonem dokończyliśmy projekt na angielski.

A potem Josh musiał wszystko zepsuć tymi dwoma słowami.

To wszystko jego wina.

Wszystko.

– Nie martw się. Łatwo to naprawić – mówi Wyatt, podnosząc wyrwaną część zamka.

– Zostaw to.

– Mam swój zestaw do szycia…

– Powiedziałem: zostaw! – wykrzykuję, przerywając mu. Wstaję i w ułamku sekundy postanawiam wziąć swój telefon i z powrotem założyć buty.

– Dokąd idziesz? – pyta.

– Na zewnątrz.

– Ale gdzie?

– Na zewnątrz – powtarzam i zamykam za sobą z trzaskiem drzwi.

Przechodzę obok swoich znajomych z klasy, wyciągam telefon i dzwonię do Samuela.

– No hej…

– Widzimy się pod mostem – mówię, nie dopuszczając go do głosu. A potem się rozłączam.

 

*

 

Obiecuję, że przesiadywanie pod starymi, nieużytkowanymi mostami nie wejdzie mi w nawyk.

Przysięgam.

Hoon znalazł to miejsce, niedaleko na południe od naszego kampusu, gdzie nikt za bardzo nie chodzi, bo nic tam nie ma. Mark kupił kanapę w second handzie i przytargał ją aż tam z Samuelem, a Julien zawsze jest gotów zaopatrzyć nas w coś do picia, na ogół kradnąc z barku swojego taty.

I tak oto narodziła się nasza własna baza, idealna dla dwóch białych transpłciowych gejów (Samuel i ja), biseksualnego chłopaka o koreańskich korzeniach (Hoon), czarnego biseksualnego chłopaka (Julien), czarnego chłopaka, który miał być naszym hetero rodzynkiem, ale przechodzi okres odkrywania swojej tożsamości psychoseksualnej (Mark) i białego cis geja (Joshua).

Jesteśmy trochę jak Power Rangersi, tylko queer i nie mamy kombinezonów, każdy swojego w innym kolorze tęczy.

– Przyszedł! – krzyczy Samuel, gdy powoli schodzę ze stromego wzniesienia, którego używamy, żeby się dostać pod most.

– Przyszedłem – potwierdzam, idąc w ich stronę.

Rozpalili nawet ognisko, chociaż słońce jeszcze nie zaszło. Samuel i Julien siedzą na kanapie. Hoon przyniósł ze swojego pokoju składane krzesła, bo, tak jak ja, nie ufa kanapom, które stoją na dworze.

– Gdzie Mark? – pytam, gdy zauważam, że nie ma jednego z nas.

Albo w sumie dwóch.

– Rodzice przyjechali po niego wcześniej – wyjaśnia Hoon.

Julien wyciąga piwo z siatki i mi je podaje. A to nowość.

– A burbon? – pytam.

– Tata zaczął łączyć kropki – mówi. – Muszę być ostrożny. Zniknięcia paru tanich piw za to na pewno nie zauważy.

Rodzice Juliena mieszkają w Charlotte, więc zazwyczaj tam właśnie spędza weekendy i zawsze przywozi nam jakieś dobre rzeczy.

– Spoko. – Otwieram puszkę i biorę łyka; moja twarz wykrzywia się od gorzkiego smaku. – Oblecha.

– Nie marudź – docina mi Julien. – Jak ci nie smakuje, to nie pij. – Wyciąga rękę, żeby zabrać mi piwko, ale przyciągam je do siebie.

– O nie, po takim dniu potrzebuję tego.

– No tak, słyszeliśmy o… – zaczyna Hoon, ale nie daję mu dokończyć.

– Nawet nie wspominaj o Joshu. Dzisiaj to jest strefa pozbawiona Josha. Nie chcę o nim myśleć, nie chcę o nim rozmawiać i nawet nie chcę już słyszeć jego imienia. Nic. – Siadam obok Hoona na swoim składanym krześle.

Nagle zapada całkowita cisza, nie licząc trzasku ognia i śpiewu cykad w oddali. Chłopaki z całych sił starają się na mnie nie patrzeć. Już widzę, do czego to wszystko zmierza.

– W każdym razie… – Samuel pochyla się lekko. – Co się między wami stało?

– Powiedziałem, żebyś nie wypowiadał jego imienia.

– Ale nie powiedział – wcina się Hoon.

Rzucam Hoonowi gniewne spojrzenie i wracam do swojego piwa. Nie przepadam za większością alkoholi – chyba jak pozostali w naszej grupie – ale picie stało się swego rodzaju rytuałem.

– Nieważne. Nie chcę o tym gadać.

– Czy teraz będzie niezręcznie? – pyta Hoon. Wypieki na jego twarzy zdradzają, że zanim przyszedłem, już swoje wypił.

– Nie wiem, Hoon, zapytaj Josha. To on złamał zasady.

– Zasady? – powtarza Julien.

Nie odpowiadam mu. Znowu zapada cisza i nagle żałuję, że w ogóle przyszedłem.

– Gdzie Josh? – pyta Hoon.

Rzucam mu kolejne spojrzenie.

– W swoim pokoju – mówi Julien. – Wpadłem do niego wcześniej, ale powiedział, że chce być całkowicie sam. Chyba naprawdę złamałeś mu serce, Neil.

– Przejdzie mu – stwierdzam. Koniec tematu.

Tylko że Julien nie łapie aluzji. Pyta:

– Widziałeś, co wrzucał? Dość smutne rzeczy.

Ech, chyba powinienem sprawdzić, o czym mówią. Otwieram snapchata Josha, żeby obejrzeć, co opublikował. Emotki złamanego serca, tekst piosenki Olivii Rodrigo, który sugeruje, że chociaż go nie zdradziłem z inną osobą, to i tak w jakiś sposób zdradziłem; jest też snap ze słowami „nie chcę o tym gadać”.

– Widzę, że nawet napisane bez wielkich liter – zauważam. – No proszę, czyli sprawa jest poważna.

Co za drama queen.

– Mógłbyś przynajmniej być dla niego milszy – dodaje Julien. Zaczynam myśleć, że dobrze się bawi.

– A co mam zrobić? – pytam wszystkich. – To była tylko zabawa, przyjaźń z dodatkowymi korzyściami. Na samym początku ustaliliśmy, że powiemy sobie, jeśli w grę zaczną wchodzić uczucia, i wszystko zakończymy.

Tym razem, po chwili ciszy, odzywa się Hoon.

– No ale… on przez ciebie płakał.

Przez chwilę ignoruję tę myśl; burczenie w brzuchu z każdą chwilą robi się coraz głośniejsze.

– Okej, wracam do pokoju. Nie przyszedłem tutaj, żebyście mnie osądzali. – Odstawiam piwo na ziemię, wstaję i zaczynam odchodzić. Jeśli chcą tak to roztrząsać, to mogą to robić beze mnie.

– Nie, czekaj… – Samuel podnosi się z kanapy, podbiega i bierze mnie za rękę. Z bliska widzę meszek na jego policzkach. – Tylko tak gadamy. Nie psuj imprezy.

Samuel zdecydowanie nie jest jeszcze pijany, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy jest wstawiony. Zawsze jest nadaktywną, chaotyczną kulką energii, która, tak szczerze, zazwyczaj jest dość męcząca.

Z drugiej strony jest jedną z sześciu osób w tej szkole, które się ze mną zadają (cóż… teraz już pięciu). Chyba powinienem zrobić coś dla przyjaciół, których nadal mam.

– Koniec gadania o Joshu – ostrzegam, spoglądając na niego i resztę chłopaków.

– Dobra, jasne. Koniec. – Samuel udaje, że zasuwa zamek na swoich wargach i wyrzuca niewidzialny klucz.

Reszta potakuje, Hoon dodatkowo też zasuwa usta.

– Okej.

Siadam na swoim miejscu i popijam piwo, które powoli robi się coraz lepsze. Następnie Julien wyciąga mały głośniczek, puszcza z niego muzykę i tak sobie siedzimy. I, ot tak, wieczór znowu zrobił się taki jak zwykle. Samuel zaczyna oglądać TikToka na swoim telefonie i namawia Hoona, żeby usiadł na kanapie koło niego, bo jest w nim totalnie zabujany. Julien rozkręca swoje własne karaoke, a po godzinie Hoon wyciąga z plecaka karty UNO i zaczyna je starannie tasować.

Kończę pierwszy, pozbywając się swoich kart w okrutnym ruchu, przez który Julien musi dobrać sześć.

– Nie ma odbijania! – krzyczy.

– Nikt nie powiedział, że nie możemy odbijać. – Śmieję się i otwieram drugie piwo.

Lubimy grać tak długo, jak to możliwe, a nie kończyć, kiedy ktoś wygra, co oznacza, że partia trwa kolejną godzinę, a ostateczna bitwa rozgrywa się między Hoonem i Julienem.

Nie wiem, kiedy zrobiło się tak gorąco, ale w pewnym momencie rozpinam parę górnych guzików koszuli i podwijam rękawy. Jest mi też trochę niedobrze. Pewnie powinienem był coś zjeść przed przyjściem tutaj.

– Wyglądasz, jakbyś myślał – stwierdza Samuel. Teraz już zdecydowanie jest wstawiony.

– Nie myślę – zaprzeczam. Przenieśliśmy się na kanapę, nie martwiąc się potencjalną pleśnią czy robakami.

– Myślisz. – Pochyla się ku mnie. – Robi ci się taka zmarszczka o tu. – Prowadzi palec po skórze między moimi brwiami.

– Przestań. – Odsuwam się od niego.

– Będziesz miał zmarszczki!

– A ty będziesz miał limo pod okiem – mówię.

Samuel unosi ręce, jakby się poddawał.

– Łoo, okej, stary. Koniec tego. Nie ma co się złościć.

– Nie złoszczę się.

– Złościsz. – Przysuwa się bliżej mnie. – Jak przetrwasz teraz wesele? Josh i tak tam będzie, co nie?

– Nie wiem. Jego brat jest świadkiem Michaela i Josh dostał własne zaproszenie.

– Idziesz sam? Nie będzie fajnie.

– Cóż, nie za bardzo mam czas na znalezienie partnera. – Nie żebym chciał, nawet gdybym dysponował tym czasem.

– Wiesz… – Samuel obejmuje mnie ramieniem. Jedyna sytuacja, w której uchodzi mu to na sucho, to kiedy jest pijany. – Gdybym nie jechał do rodziców do Nowego Jorku, totalnie bym z tobą poszedł.

– A skąd wiesz, że bym tego chciał?

– Jak śmiesz! – rzuca z leniwym uśmiechem. – Jestem świetną partią!

Mógłbym pójść z Samuelem. Pewnie zapewniłby mi dobrą odskocznię od mojej rodziny albo przynajmniej odwracałby moją uwagę. Nie ma jednak opcji, żebym go na to skazał. Pewnie, dla obcej osoby transpłciowej może byliby milsi, ale i tak wolałbym nie ryzykować.

– Możesz zapytać jednego z chłopaków.

– Na przykład Hoona? – żartuję.

A Samuel rumieni się jak na zawołanie. Pewnie powinienem mieć wyrzuty sumienia, że naśmiewam się z jego zauroczenia, ale przysięgam, że to, jak bardzo się w sobie podkochują, jest dla wszystkich oczywiste, a jednak nic z tym nie chcą zrobić. To frustrujące. Zwłaszcza że to na mnie spada wspieranie w tym Samuela.

– Wszyscy już mają plany – mówię. – Poza tym nie skażę ich na przebywanie z moją rodziną.

– A co z twoim współlokatorem? – pyta Samuel; jego głos jest lekko przyciszony ze wstydu. – Założę się, że wsparłby cię w potrzebie. Wyatt jest miły, czarujący, zabawny…

– Tymi samymi słowami można by opisać większość seryjnych morderców – stwierdzam. – No i od kiedy tak bardzo się spuszczasz nad Fowlerem?

Na chwilę go zatyka.

– Znowu jesteś chamski.

– Nie, nie jestem. Czekaj… znowu?

Samuel nachyla się jeszcze bliżej.

– Dla Josha też jesteś chamski.

– Nie chcę o tym rozmawiać.

– Ale musisz. Nie możesz go tak po prostu rzucić.

– Nie rzuciłem go! Nie byliśmy ze sobą!

Samuel pierdzi ustami.

– Ja bym się dał nabrać.

Co to ma niby znaczyć? Prawie nigdy nie dałem się dotykać Joshowi przy innych ludziach, a już na pewno sam go nie dotykałem. Jak ktoś mógł się czegoś między nami doszukać? Chyba że Josh mówił im, co robiliśmy, gdy byliśmy sami…

Przysięgam na Boga.

– Idę. – Wstaję odrobinę za szybko i chwiejnym krokiem oddalam się od Samuela.

– Neil, czekaj! Wróć! – jęczy błagalnie. – Nie chciałem!

Kiedy idę, czuję, jakbym brodził w bagnie. Moje nogi wydają się takie ciężkie, że już po paru krokach potykam się i za wszelką cenę próbuję utrzymać równowagę. Nie udaje mi się i padam na ziemię.

Cholera.

Samuel chwilę się śmieje, po czym podchodzi i mnie podnosi, trzymając za ramiona.

– No chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju.

– Dam sobie radę sam. – Dlaczego mój głos wydaje się taki odległy? I nagle język mi się strasznie plącze.

– Jesteś pijany – mówi Samuel.

– Też jesteś pijany.

– No, ale mniej pijany.

Spoglądam na pozostałych za nim.

– Pa, chłopaki! – Macham do nich. Nadal siedzą wokół skrzynki po piwie i grają w UNO. – Bawcie się dobrze przez ferie!

Samuel obejmuje mnie ramieniem i wspinamy się po zboczu. Ponownie się potykam i jeszcze bardziej brudzę swoją koszulę. Te plamy będą niesamowicie trudne do usunięcia.

Kiedy już jesteśmy na płaskim terenie, chodzenie staje się łatwiejsze, nawet jeśli kampusowe chodniki są nierówne. To nie powinna być długa przechadzka, ale wydaje się ciągnąć w nieskończoność.

– No weź, Neil. Musisz mi trochę pomóc.

– Nie chce mi się.

Bo taka prawda. Nie chce mi się iść i nie chcę wracać do swojego pokoju. Nie chcę jechać na ślub. Chcę pojechać gdzieś bardzo daleko, do domku w sercu lasu z dala od wszystkich. Od Samuela, Hoona, Juliena i Marka.

Od Wyatta.

I od Josha.

– Wypiłeś jakieś trzy piwa, cieniasie.

– Nie jadłem lunchu. – Ani obiadu.

– To by trochę tłumaczyło. Masz klucze? – pyta.

– Nie wiem. – Brałem je?

– Sprawdź w kieszeniach.

– Ty sprawdź.

Samuel wzdycha, opiera mnie o ścianę i poklepuje po kieszeniach.

– Nie tykaj mojego tyłka. – Odpycham go.

– Uwierz, że chcę tego jeszcze mniej niż ty. – Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu. – Zapomniałeś kluczy?

– Możliwe – mamroczę.

– Dobra. – Samuel puka głośno w drzwi, raz, drugi, trzeci.

– Ciii. – Klepię go w dłoń, żeby przestał. – Obudzisz stróża.

– Jest dwudziesta trzydzieści.

Słyszę kroki na panelach; Wyatt przekręca zamek i otwiera powoli drzwi.

– Tak?

– Tak? – Naśmiewam się z jego akcentu. – Dlaczego tak gadasz?

Widzę, jak na jego twarz wpełza rozczarowanie.

– Teraz jest twoim problemem. – Samuel wymyka się spod moich ramion i macha na pożegnanie. – Pa, Neil. Baw się dobrze na weselu.

– Czekaj, nie możesz go tak zostawić! Serio? – woła Wyatt, ale Samuel jest już daleko na korytarzu; idzie sprężystym krokiem, a jego włosy w kolorze truskawkowego blondu podrygują w rytm kroków. Wyatt zwraca się do mnie: – Wyglądasz okropnie.

– Zamknij się.

– I śmierdzisz. – Patrzy na moją koszulę. – I jesteś brudny. Idź pod prysznic.

– Nie jesteś moją mamą – mówię, chwiejnym krokiem wchodząc do pokoju, i siadam na podłodze.

– Musisz się umyć. Nie możesz pójść spać spocony i ubrudzony ziemią. – Wyatt klaszcze w dłonie. – Gdzie twoja kosmetyczka?

Wskazuję na swoją szafę.

– Chodź – mówi, kiedy trzyma ją już w dłoni.

– Gdzie?

– Pod prysznic, przed ciszą nocną.

– Nie musisz iść ze mną. – Z całych sił próbuję wstać. Koniec końców udaje mi się podnieść, ale chwieję się i Wyatt musi mnie łapać. – Jestem dużym chłopcem. Poradzę sobie.

– Bardziej się martwię o samego siebie. Wiesz, jakie mogę mieć problemy, jeśli się utopisz albo spadniesz ze schodów?

– To się nie stanie. – Zrzucam jego dłonie ze swoich ramion.

Idzie za mną, chociaż powiedziałem mu, żeby tego nie robił. Parę razy sunę ramieniem po ścianie, ratując się przed upadkiem na podłogę.

– Ile wypiłeś? – pyta.

– Dwa piwa.

– Wow… naprawdę masz słabą głowę.

– Co nie? A pomyśleć by można, że dzięki ilości ginu i wódki, którą spożywa moja mama, będę miał wyrobioną jakąś naturalną odporność.

– Genetyka tak nie działa – wytyka, zmuszając mnie, żebym stanął prosto.

– To był żart – odpowiadam beznamiętnie.

– Wybacz. Nie jestem przyzwyczajony do tego, że żartujesz.

Mam wrażenie, jakbyśmy całą wieczność pokonywali te kilkadziesiąt metrów do wspólnych łazienek, które dzielimy z pozostałymi chłopakami na piętrze. Wyatt prowadzi mnie do pryszniców, ustawionych w dwóch rzędach po obu stronach pomieszczenia, którego środkiem biegnie długa ławka, jak w szatni.

Wszystko w Steerfield wygląda tak samo jak w dziewiętnastym wieku, gdy kampus został wybudowany.

– Masz, idź pod prysznic. – Wciska mi w dłonie moją kosmetyczkę i ręcznik.

– Co, nie będziesz mnie tam trzymał za rączkę?

Wyatt parska, a jego brwi znikają pod grzywką.

– A co, chciałbyś?

Czuję falę ciepła za uszami.

– Zamknij się.

Przechodzę przez pierwszą zasłonę, za którą jest mała przebieralnia, gdzie mogę zostawić swój brudny mundurek. Uporczywie staram się nie myśleć o tym, że Wyatt jest tak blisko i tylko plastikowa zasłona zapobiega temu, żeby mógł zobaczyć mnie nago. Niemal decyduję się umyć w ubraniach, żebym nie musiał na siebie patrzeć, ale Wyatt by na mnie nakrzyczał, więc wychodzę z gniazda w postaci moich spodni, bielizny i butów i puszczam wodę prawie tak gorącą, jak to tylko możliwe. Moje ciało natychmiast zaczyna parować.

Nie mogę się oprzeć i staję tuż pod strumieniem wody, która spływa po mnie, gdy szoruję twarz bez żadnego żelu, wiedząc, że to tylko wysuszy mi skórę.

Ale mam to gdzieś. Dobrze, że Wyatt mnie tu zaciągnął – jest tak przyjemnie.

Przynajmniej przez chwilę; potem zaczynam prowadzić dłonie po swojej klatce piersiowej. Zacząłem używać blokerów odrobinę zbyt późno, by uniknąć binderów i operacji. Pamiętam, jak lekarze polecali mi krem, mówiąc, że moje blizny koniec końców same znikną, ale krem pomoże. Na początku rzeczywiście pomagał i skóra na klatce była miękka, ale po jakimś czasie, gdy poczułem się uleczony, przestałem go używać. W sumie nie wiem czemu. Może dlatego, że lubię swoje blizny. Lubię je pokazywać… przynajmniej samemu sobie.

A później prowadzę je niżej, na brzuch, który zwisa nad moim pasem, i na rozstępy na biodrach. Te części, które podobno powinienem w sobie nienawidzić, które są takie obrzydliwe dla ludzi, których opinia o moim ciele nie powinna mnie obchodzić.

I nie obchodzi.

Joshowi się podobały. To, jak sunęły jego dłonie… Wydawało się, że nie mógł się nacieszyć moją klatką piersiową i ani razu nie wspomniał o mojej wadze.

– Wszystko okej? – Głos Wyatta rezonuje na ściennych kafelkach.

– Tak – odpowiadam. Sięgam do baterii i zakręcam wodę. Stoję tak jeszcze przez chwilę, a mokre włosy kleją się do mojego czoła. Wycieram się, zakładam ubrania i rozsuwam zasłonę.

– Lepiej? – pyta mnie Wyatt.

Wtedy to czuję: nagłe uderzenie ciepła w żołądku i wezbranie żółci w gardle.

– Będę rzygał – oznajmiam.

– Co?

I wymiotuję skromną zawartością swojego żołądka prosto na buty Wyatta.

 

*

 

– Kupię ci nowe – mówię, gdy Wyatt kładzie mnie do łóżka. Zaciągam kołdrę na głowę, żeby ukryć wstyd. Nie chcę widzieć jego miny.

– Nie musisz – zapewnia, chociaż słychać, że jest zmęczony.

– Czemu je w ogóle nosisz? – pytam, spoglądając na świeżo wyszorowane limonkowe crocsy przy jego łóżku.

Serio. Limonkowe crocsy.

– Widziałeś niektórych w tej szkole? – odpowiada. – Nie wierzę, że leczą grzybicę i mi ona nie zagraża.

– Rozumiem. – Odwracam się do ściany. – I tak ci kupię nowe.

– Nie musisz.

Wiem, że muszę; słyszę to w jego głosie. I jak w ogóle będzie wyglądało moje życie teraz, gdy Wyatt musiał się zająć pijanym mną? Nigdy mi tego nie zapomni, ale też nigdy tego nie wypomni, bo jest zbyt miły. Pozwoli, by zżerało mnie sumienie.

– Ten dzień był, kurwa, tragiczny – mówię, mając gdzieś, czy Wyatt słucha.

– Tak?

– To wszystko wina Josha.

– Tak?

– Tak.

– Taki jesteś pewien? – Jego głos jest cichy.

– No.

– Zerwaliście?

– Mam dość tego pytania – mamroczę.

– Okej, zapomnij, że coś mówiłem. Masz rację. Josh totalnie zepsuł ci dzień.

Pewnie powinienem to uznać za protekcjonalne, ale teraz chyba nawet nie stać mnie na udawanie, że mnie to rusza.

– Dzięki.

Słyszę, jak chichocze, a potem rozlega się odgłos czegoś odkładanego na jego biurko.

– Za co?

Chce, żebym podziękował mu za zaprowadzenie pod prysznic, za dopilnowanie, bym umył zęby trzy albo cztery razy, za posprzątanie bałaganu, którego narobiłem.

Chce poczuć satysfakcję, że dobrze się zachował.

Ludzie tacy jak on to lubią.

– Za to, że przyznałeś mi rację.

Ponownie się śmieje.

– Dobranoc, Kearney.

– Branoc, Fowler.

Leżę tak jeszcze przez chwilkę; mój oddech zwalnia, alkohol w końcu zaczyna puszczać, uporczywy smak w ustach jest już ledwie wyczuwalny dzięki miętowej paście, którą umyłem zęby.

– Chcę się cofnąć do poranka – mamroczę. Jak w filmach, w których główny bohater przeżywa w kółko ten sam dzień. Josh zmusił mnie, żebyśmy taki obejrzeli, Śmierć nadejdzie dziś. I tego właśnie chcę. Tylko bez zabijania.

Cóż…

Może z odrobinką zabijania.

Chcę się cofnąć do poranka…

Ale to niemożliwe.

 

 

 

[1] Popularne zwłaszcza na południu Stanów Zjednoczonych danie z miękkimi bułeczkami lub plackami polanymi sosem.

 

 

 

 

 

Piątek

 

15 KWIETNIA

 

 

 

Kiedy się budzę, wszystko mnie boli.

Głowa, szczęka, oczy, nawet z jakiegoś powodu dłonie.

– Kurwa, ja pierdolę. – Próbuję powoli usiąść na łóżku, ale żałuję tego natychmiast, gdy to robię. Pokój znowu zaczyna wirować i oślepia mnie coś jaskrawego, od czego widzę przed oczami plamki; skądś dobiega dźwięk gitary. – Co jest, kurwa?

– No dzień dobry! – słyszę Wyatta, ale go nie widzę. Nie odważyłem się jeszcze otworzyć oczu. Słyszę jednak, że jest zdecydowanie zbyt głośny jak na tak wczesną godzinę.

– Co, do cholery? – Wkładam głowę pod poduszkę. – Czemu tak wcześnie wstałeś?

– Jest trzynasta.

– Kurwa.

– Nie przeklinaj.

– Zamknij się. – Przewracam się na plecy i zasłaniam oczy dłońmi. – Jest wolne, prawda? Nie ma lekcji?

– Dokładnie.

Spoglądam na podłogę i dostrzegam stertę ubrań pokrytych ziemią i plamami z trawy. Wyatt siedzi na swoim łóżku z gitarą i pobrzękuje; jego palce płynnie uderzają w struny. Nie rozpoznaję tej piosenki.

– Ej, spoko, jeśli zacząłeś doić krowy czy coś, ale mógłbyś chociaż sprzątać po sobie brudne ubrania – mówię.

Wyatt spogląda na mnie, a jego usta powoli rozciągają się w uśmiechu.

– Są twoje.

– Nieprawda. – Bo jeśli są moje, to oznacza, że wczorajszy wieczór wcale nie był snem. Wyciągam rękę, ledwie sięgając koszuli, którą łapię za kołnierzyk i przyciągam do siebie.

Na metce jest rozmiar XL. Jestem prawie pewien, że Wyatt nosi L, ale nie dam sobie uciąć ręki. Może i lubuje się w oversize’owych flanelowych koszulach, ale jego mundurek leży na nim jak skrojony na miarę.

Czyli wczorajszy wieczór naprawdę się wydarzył… czyli tak naprawdę co?

– Co się wydarzyło? – pytam go.

– Samuel cię przyprowadził, wziąłeś prysznic, bo byłeś cały w ziemi, a potem zwymiotowałeś na moje buty i znowu musiałeś wziąć prysznic, a potem padłeś jak zabity.

– Zwymiotowałem na twoje crocksy?

– Następnym razem jeśli będziesz chciał mi dać znać, że moje buty są brzydkie, to po prostu powiedz. – Uśmiecha się i wraca do tego, co robił, zanim się obudziłem: nadal się pakuje, z tego, co widzę. – Przez chwilę myślałem, że może nie żyjesz. Musiałem się upewnić, że oddychasz.

– Patrzyłeś, jak śpię? – pytam go. – I kazałeś mi się umyć? Creep.

– Nie schlebiaj sobie – mówi. – I czy możesz, proszę, zrobić coś ze swoim telefonem?

– Hę?

– Ciągle dzwoni ktoś zapisany jako „Nie Odbierać”.

Kurwa.

Przez chwilę szukam komórki i odnajduję ją pod kołdrą. I rzeczywiście, mam pięć nieodebranych połączeń, co nie zwiastuje niczego dobrego.

– Potrzebujesz czegoś? – pyta Wyatt. – Tabletek na ból głowy? Wody?

– Co? Nie, daj mi spokój.

– Dobrze, że wracasz do formy. – Wzdycha. – Idę siku.

– Dzięki za info.

Kiedy odblokowuję telefon, oślepia mnie ekran i przez parę sekund muszę walczyć z suwakiem jasności w ustawieniach.

Wyatt bierze swój portfel, wkłada buty i gdy otwiera drzwi, nagle prostuje się zaskoczony.

– O, hej, Josh! – mówi.

Kurwa!

– Hej, Wyatt. Jest Neil?

Dzięki temu, że drzwi otwierają się na połowę pokoju Wyatta, moje łóżko jest całkowicie ukryte, więc Josh mnie jeszcze nie widział. Wyatt spogląda w moim kierunku, jakby to wcale nie było podejrzane, ale i tak mówię bezgłośnie: „Nie!”, w nadziei, że zrozumie.

Wyatt kiwa głową na znak, że rozumie.

Dzięki Bogu.

– Tak, jest w łóżku. Może wejdziesz? – Wyatt schodzi na bok, przytrzymując drzwi jak prawdziwy dżentelmen, którym jest, i Josh natychmiast wchodzi. – Mam przeczucie, że to prywatna rozmowa, więc zostawię was samych.

– Dzięki – mówi Josh.

Wyatt robi w moją stronę pistolet z palców, a ja pokazuję mu swój środkowy. Gdyby wzrok mógł zabić, Wyatt już by nie żył.

Co do Josha – nie zamierzam dawać mu okazji, by wygłosił jakiś niezręczny wstęp. Przyszedł tu z oślepiająco wyraźnego powodu i im szybciej będziemy to mieli za sobą, tym szybciej sobie pójdzie.

– O co chodzi, Josh? – pytam.

– Po prostu… chciałem z tobą porozmawiać.

Czyli nie skończy się tak szybko, co? Pochylam się, biorę koszulę z podłogi i zarzucam na siebie. Tak, Josh widział mnie kompletnie nagiego; myślę, że widział mnie nawet z każdego możliwego kąta. Ale to było wcześniej, a teraz jest teraz.

– Chyba nie ma już o czym rozmawiać. – Wsuwam ręce w rękawy. – Wszystko przegadane.

– Cóż, pomyślałem, że może moglibyśmy… – Odchrząkuje. – Chciałem pogadać o tym, co poszło nie tak.

– Josh…

– Nie, proszę. Tylko mnie wysłuchaj. Chciałbym kontrolować swoje uczucia, ale nie potrafię. Wiem, że ustaliliśmy, że jeśli ktoś zacznie coś czuć, to odpuszczamy. Ale nie chcę cię stracić.

– No ale przecież mnie nie stracisz. O ile mi wiadomo, nadal jesteśmy przyjaciółmi. O ile tego chcesz.

– Czyli jesteś gotów porzucić to, co było między nami? To, co mieliśmy?

– Ile razy mam ci powtarzać, że między nami nic nie było? Żadnych uczuć, żadnego związku. Przynajmniej nie z mojej strony. – Odwracam wzrok. – To, co mieliśmy, było całkiem dobre, ale musiało się skończyć, jak wszystko, co dobre. Więc się skończyło.

– Chciałbym, żebyśmy o tym porozmawiali.

– A czy właśnie tego nie robimy?

– To, co teraz robisz, to jest projekcja.

– No błagam, nie jesteś moim terapeutą, Josh.

– Nie, ale jestem twoim przyjacielem, podobno.

Wzdycham.

– Słuchaj. To koniec. I tyle. A ja jestem gotów zapomnieć o całej sprawie.

– Czyli nie było żadnych uczuć? Absolutnie nic do mnie nie czułeś?

– Czemu tak trudno ci w to uwierzyć?

Wzrusza ramionami.

– No nie wiem. Miałem wrażenie, że sprawy między nami się… zmieniają.

Nie ma już odwrotu.

Chwilę milczę, zaciskając szczękę tak mocno, że zaczyna mnie boleć. Nie powinienem go słuchać.

Ale Josh jest moim przyjacielem. Po tym, jak zrobiło się gorąco, mama szukała miejsca, do którego mogła mnie wysłać, takiego, które „buduje charakter” – co okazało się hasłem, pod którym kryło się „miejsce na tyle daleko, żebym nie musiała się z tobą użerać”.

Wysłała mnie więc najdalej, jak mogła. Zna rodziców Josha od lat; pomogli jej stworzyć hotelarskie imperium i nawet zarządzali paroma swoimi. To był prosty wybór. Tydzień później byłem już zapisany do tej samej szkoły co Josh, a miesiąc później zostałem odwieziony na lotnisko z trzema walizkami i pospiesznym pożegnaniem.

Na początku było ciężko. Nowa szkoła, nowe miasto, nowy stan. Ale Josh był przy mnie i byłem mu za to wdzięczny. Zapoznał mnie z Samuelem, Hoonem, Markiem i Julienem i po raz pierwszy od długiego czasu naprawdę poczułem, że mam przyjaciół, a nie tylko ludzi, którzy chcieli się ze mną przyjaźnić dla moich pieniędzy albo kontaktów.

Chcę, żeby Josh pozostał moim przyjacielem. Już mi trochę brakuje tego, co straciliśmy.

Dlaczego on nie może po prostu odpuścić?

Nie chcę dawać mu nadziei, ale też nie chcę wszystkiego między nami zepsuć.