Talibowie - Łukasiewicz Piotr - ebook

Talibowie ebook

Łukasiewicz Piotr

4,2

Opis

Święta wojna. Jak „boży posłańcy” zawładnęli Afganistanem?

Latami przebywali w ukryciu, by w XXI wieku zawładnąć areną międzynarodową i podbić media. Akty rebelii, zamachy samobójcze, pogarda dla kobiet – to talibowie widziani oczami Zachodu. Ale kim są w rzeczywistości? Śmiertelnie groźnymi fanatykami? Nadzieją na odzyskanie godności przez podbity naród i budowę nowoczesnego państwa? A może „zemstą Boga” w Azji Centralnej?

W opowieściach o talibach mity i zabobony mieszają się ze świadectwami okrucieństwa i przemocy. Prawdziwe oblicze wojowników próbuje ukazać Piotr Łukasiewicz, ostatni ambasador Polski w Afganistanie.

Łukasiewicz zna kraj od podszewki. Od 2006 roku mieszkał i pracował tam jako żołnierz, a później dyplomata – osobiście zamknął polską placówkę w Kabulu. Poznał wszystkie strony krwawej wojny domowej: talibów, żołnierzy, terrorystów, prezydentów, warlordów i zwykłych ludzi. Rozumie, że wpływy światowych hegemonów wycisnęły piętno na Afgańczykach, ale czy ci mogą teraz, po najdłuższej wojnie w historii Ameryki, choćby nadszarpnąć jej potęgę – tak jak wcześniej przyspieszyli upadek ZSRR?

Talibowie. Czy musieli powstać? Czy stoi za nimi wyrachowany interes?

Wiele z tego, co do tej pory wiedzieliśmy i myśleliśmy o talibach, straciło znaczenie. Przejmująca książka.

Tomasz Stawiszyński, dziennikarz, pisarz, autor podcastu Skądinąd

Arcyciekawa relacja z serca przeżartego wojnami Bliskiego Wschodu! Taki Afganistan pamiętam.

Radek Sikorski, były minister i marszałek Sejmu,

autor książki Prochy świętych. Afganistan. Czas wojny

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (15 ocen)
7
4
4
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MalgorzataMalinowska

Dobrze spędzony czas

Mądre, myślę, że wyważone podejście do sprawy. Lekko napisana, choć że względu na zawiłości historyczne, kulturowe itp., czasem czułam się zagubiona w wątkach. Polecam.
00

Popularność



Kolekcje



„Ja jestem talib!”

– Talibowie to, talibowie tamto… a kto to są talibowie? – Siedzący przede mną starszy mężczyzna trochę się obruszył, kiedy po raz kolejny próbowałem rozważać, jakie mamy szanse na dotarcie do porywaczy i podjęcie negocjacji. Zamilkłem i czekałem na dalszy ciąg. – Ja jestem talib! – wypalił po chwili milczenia. Przede mną siedział hadżi (pielgrzym) Nijaz, popijał herbatę i przyglądał mi się z rosnącym zniecierpliwieniem.

Było lato 2007 roku, a ja przebywałem w Kabulu zaledwie od kilku miesięcy. Z hadżim Nijazem widywałem się od kilku wieczorów, ponieważ świeżo poznani afgańscy przyjaciele przekonali mnie, że to człowiek wpływowy i znający sytuację w prowincjach. Przyjechałem do Afganistanu w lutym tego roku jako dyplomata wojskowy i ledwie zdążyłem się zaaklimatyzować i poznać miasto, w którym spędzę następne siedem lat, gdy znalazłem się w obliczu sytuacji kryzysowej. W Wardaku, prowincji położonej między Kabulem, stolicą Afganistanu, a Ghazni, prowincją, w której była rozmieszczona duża część polskiego kontyngentu wojskowego, porwano dwóch inżynierów pochodzących z jednego z państw koalicji. Pracowali dla organizacji pomocowej budującej mosty nad kanałami irygacyjnymi i podobnie jak ja byli w ­Afganistanie nowicjuszami.

Do porwań obcokrajowców dochodziło w Afganistanie dość często. Na taką napaść narażeni byli najczęściej pracownicy cywilnych organizacji pomocowych albo dziennikarze – jako osoby słabiej chronione niż żołnierze. Porywaczami bywali talibowie, ale znacznie częściej zdarzało się, że ofiary były wyciągane z samochodów albo z biur przez zwykłych bandytów, którzy następnie sprzedawali porwanych albo przekazywali ich innym grupom przestępczym. Z czasem zakładnicy trafiali w ręce talibów. Nowi „właściciele” ofiar mogli wtedy wysuwać żądania polityczne. W czasie wojny domowej w Afganistanie często coś zaczynało się jako przestępstwo, a potem stawało się aktem politycznym. Równie często bywało odwrotnie: to polityka prowadziła do przestępstwa.

Mężczyzn wyciągnięto z biura firmy budowlanej w Wardaku i wywieziono w nieznanym kierunku. Przez kilka dni była cisza, nikt nie domagał się pieniędzy ani nie stawiał ambasadzie żądań politycznych. To właśnie wtedy jeden z moich afgańskich znajomych zadzwonił i zapytał, czy słyszałem o porwanych. Odparłem, że nie. Znajomy powiedział mi wówczas, że jeślibym chciał się czegoś dowiedzieć, to on ma znajomego, który może pomóc. „Znajomy znajomego”… Nie miałem doświadczenia w rozwiązywaniu kryzysów z zakładnikami, ale postanowiłem zainteresować się tym „znajomym znajomego”. Byłem przecież oficerem koalicji wojskowej od 2001 roku zwalczającej talibów.

W ten sposób zaczęły się moje wieczorne spotkania z hadżim ­Nijazem, który twierdził, że jest talibem.

Wówczas, w 2007 roku, dla dyplomaty reprezentującego jedną z nacji koalicji wojskowej, poznanie rebelianta wydawało się czymś niecodziennym. Ruch zbrojny, który wyglądał na rozbity i zniszczony w Afganistanie w pierwszych miesiącach okupacji, zwanej czasem „interwencją” lub „misją stabilizacyjną”, zaczynał odzyskiwać dawną siłę i znaczenie. Coraz cięższe walki toczyły się na południu Afganistanu, w prowincjach Helmand i Kandahar, ale wokół Kabulu i w samym mieście panował względny spokój. Można było nawet spokojnie jechać na wycieczkę do pobliskiego Wardaku albo bez większych przeszkód w miarę bezpiecznie dotrzeć do Ghazni, gdzie stacjonowali już nasi żołnierze. W Logarze, około 60 kilometrów od Kabulu, można było zwiedzić ruiny dawnego klasztoru buddyjskiego i jednego ze ­starożytnych centrów hutniczych Azji Centralnej.

Mimo wszystko poznanie taliba w samym środku miasta, w jednej z tych przyjemnych restauracji kabulskich, gdzie serwowano doskonały kebab, a na deser najlepsze na świecie arbuzy, kojarzyło mi się nieco surrealistycznie. Nie znałem wówczas Kabulu wystarczająco dobrze, nie znałem też realiów afgańskich, w których władza czasami mieszała się z rebelią. Postać „taliba” wydawała mi się tajemnicza i niebezpieczna. Hadżi Nijaz ułatwiał mi jednak pierwsze kroki w zrozumieniu o co chodzi w Afganistanie i zaczął mnie nazywać „przyjacielem”, wtrącając co chwilę w swoje przemowy „my friend to, my friend tamto”. Wkrótce i ja nabrałem tego miłego zwyczaju nazywania spotykanych Afgańczyków przyjaciółmi, dost-e-man. Czasem była to tylko kurtuazja, a czasami głębsza przyjaźń, która w tamtejszych warunkach mogła różnie się skończyć.

*

Tropienie porwanych przebiegało powoli i bez większych nadziei na uwolnienie. Spotykałem się codziennie z hadżim Nijazem w tej samej restauracji, zamawialiśmy jedzenie, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Hadżi opowiadał o swojej wsi i plemieniu w Choście, prowincji na wschodnim pograniczu Afganistanu. Był starszym mężczyzną, z długą brodą przetykaną siwizną. Niski, ze szczerym, choć szczerbatym uśmiechem, w swoim wielkim turbanie budził popłoch wśród innych gości restauracji. Klientela składała się tu głównie z obcokrajowców albo młodych Afgańczyków wynoszących błyszczące garnitury i brylantynę we włosach nad tradycyjne stroje. Nijaz nie pasował do tej nowoczesności.

Od czasu do czasu wyciągał jeden ze swoich trzech telefonów komórkowych z przepastnych kieszeni kameez i dzwonił. Cichym paszto dogadywał się z nieznanymi mi ludźmi, od czasu do czasu pomrukując: Ho, ho, ho (tak, tak, tak). Po czym referował mojemu tłumaczowi długą historię o tym, co się obecnie dzieje z porwanymi. Tłumacz mówił mi tylko, że „są tu i tu, przewieźli ich tam i tam”. Muszę przyznać, że bardzo mi przeszkadzała ta bariera językowa.

Mimo to słowa: „Ja jestem talib”, zrozumiałem od razu. Spytałem naiwnie hadżiego Nijaza, czy to oznacza, że on z nami walczy? Czy jego plemię nie chce demokracji? Jest za Al-Kaidą? Wtedy tylko takie niemądre pytania przychodziły mi do głowy, ale Nijaz cierpliwie opowiadał mi o Pasztunach żyjących i cierpiących po obu stronach linii Duranda, o swoim podzielonym plemieniu. Jakiej linii? Chodzi o granicę z Pakistanem? Nie, o linię Duranda. Dopiero później miałem się dowiedzieć, o co chodzi.

*

Nijazowi zawdzięczam poznanie Asadullaha Chaleda, ówczesnego gubernatora prowincji Kandahar. W tamtych gorących dniach jeszcze nie wiedziałem, kim jest ów człowiek, który później odegra w historii niemałą rolę. Nijaz zawiózł mnie do rezydencji Chaleda, by zademonstrować swoje wpływy i pokazać, że ma możnych znajomych. Nie doceniłem wtedy znaczenia tego spotkania i o młodym, ambitnym afgańskim polityku z mroczną przeszłością (i przyszłością) wkrótce zapomniałem. W kolejnych latach jednak się zaprzyjaźniliśmy i dziś wspominam go z mieszanką podziwu i zniechęcenia, podobnie jak odnoszę się do wszystkich moich afgańskich wspomnień i ludzi tam poznanych.

Hadżi Nijaz okazał się talibem tylko częściowo, bo swoją pozycję społeczną i przywództwo w plemieniu zawdzięczał także współpracy z rządem afgańskim. Uczestniczył w popularnej wówczas wśród części talibów inicjatywie „Wzmacnianie Pokoju” (Takhim-e-Solh), dającej pokonanym rebeliantom szansę na udział we władzach.

Nijaz zaproponował mi nawet członkostwo honorowe w organizacji i nakazał przynieść na następne spotkanie fotografię. Rozbawiło mnie to, ale spełniłem jego prośbę. Kiedy dałem mu swoje zdjęcie, z namaszczeniem umieścił je w przygotowanej dla mnie legitymacji, po czym wyciągnął z kameez pieczęć i przystawił do dokumentu, ale okazała się całkowicie wyschnięta. Niestety nie miał przy sobie poduszeczki z atramentem. Zaczął więc chuchać na pieczęć, by wywołać z niej choć odrobinę koloru, ale i to nie pomogło. W końcu wylał na stolik kawiarniany trochę coca-coli i umoczył w niej pieczątkę. Przystawił ją do legitymacji i ku naszej radości okazało się, że napis i znak organizacyjny widać już całkiem wyraźnie.

Wciąż mam tę legitymację z pieczątką z coca-coli i widocznymi na niej znakami plemiennymi, choć już nie pamiętam, co oznaczają.

Potem hadżi Nijaz wstał od stołu, obszedł go i położył mi dłonie na ramionach. Ucałował mnie w oba policzki i z namaszczeniem powiedział: „Piotrze, witam cię w Afganistanie. Teraz ty też jesteś talibem”.

Powstanie idei

Bóg stworzył świat, a w nim różne krainy. Stworzył kraje pełne drzew, lasów i gajów, bardzo zielone i piękne, dające wytchnienie od słońca, ale także takie, gdzie tylko pustynia i piasek ciągną się po horyzont. Stworzył też krainy górzyste, z wiecznie ośnieżonymi szczytami, niedostępne. I takie, gdzie łagodne pastwiska ciągną się po horyzont. I kraje bure, z kamienną pustynią, z nagimi skałami, bez roślin, z zimnymi jak lód strumieniami i burzami tak ostrymi, że przecinają skórę.

Stworzył je wszystkie i zobaczył, że zostały mu jakieś resztki, trochę tego, trochę tamtego, sporo gruzu po budowie. Z tych resztek i gruzu ulepił Afganistan. I chyba później już o Afganistanie zapomniał. (­przypowieść afgańska o powstaniu kraju)

Wojna domowa

W Afganistanie w latach dziewięćdziesiątych toczyła się wojna domowa, okrutne zmagania warlordów i dowodzonych przez nich milicji oraz grup zbrojnych, o to, kto będzie rządził w kraju po obaleniu komunistycznej władzy. Walczono o ziemię, o wpływy, o to, kto będzie premierem, a kto ministrem w rządzie, którego znaczenie czasem było symboliczne i nie sięgało dalej niż przedmieścia Kabulu.

Partie afgańskie tworzyły luźne koalicje walczące najpierw z radzieckim okupantem Afganistanu, a po wycofaniu się Sowietów podjęły walkę z afgańskim reżimem komunistycznym pozostałym w Kabulu. Walka z Rosjanami była wojną narodowowyzwoleńczą z silną podbudową religijną, a mudżahedini prowadzilidżihad, święty wysiłek przeciwko ateistycznym okupantom. Ich żyjący przywódcy do dzisiaj nazywani są właśnie „liderami dżihadu”, komendantami świętej wojny o wyzwolenie spod radzieckiej okupacji, choć to religijne określenie odnosiło się bardziej do walki z okupantem niż z innowiercami. Zwali się mudżahidami, czyli bojownikami świętej sprawy. Świat określał ich jednak jako mudżahedinów, ponieważ nie rozróżniano liczby ­pojedynczej od mnogiej, i ta nazwa się przyjęła.

Ich walka została silnie wsparta przez Stany Zjednoczone i świat arabski, zwłaszcza przez Arabię Saudyjską. Za pośrednictwem pakistańskich służb specjalnych, Inter-Service Intelligence (ISI), w latach 1979–1989 przekazano mudżahedinom afgańskim pomoc wartości około trzech miliardów dolarów. Pozwoliło to ich partiom zorganizować nie tylko środki do walki, broń i amunicję, ale również prowadzić działalność polityczną oraz społeczną wśród olbrzymich mas ludzkich, które uciekły z Afganistanu z powodu wojny. Uchodźcy, których liczba dochodziła do czterech milionów, mieszkali w Pakistanie w obozach uchodźczych, które z czasem stawały się po prostu wsiami i miasteczkami, pozwalającymi na życie wprawdzie wolne od rosyjskich bomb, ale bardzo ubogie i pozbawione zorganizowanej opieki medycznej i edukacji.

Reżim komunistyczny pod wodzą prezydenta Mohammada Nadżibullaha, pozostawiony w Afganistanie przez Rosjan, przetrwał jeszcze trzy lata po ich wycofaniu się w 1989 roku. Rosjanie pozostawili po sobie całkiem przyzwoicie wyposażoną, około osiemdziesięciotysięczną armię i policję oraz instytucje państwowe, których styl działania i biurokracja na długo wyznaczyły wzorce sprawowania władzy w Afganistanie. Władze komunistyczne opierały się na finansowym wsparciu Związku Radzieckiego i początkowo sprawnie odpierały ofensywy partyzantów. Dopiero zakończenie pomocy przez Rosjan w 1992 roku oraz zmiany frontu przez afgańskich generałów Nadżibullaha pozwoliły mudżahedinom na ostateczne zwycięstwo i przejęcie władzy w 1992 roku. Zwycięskie ugrupowania mudżahedinów, którym udało się wreszcie pokonać komunizm w Afganistanie, nie zakończyły jednak wojny. Święta wojna z okupantem i jego miejscowymi poplecznikami zmieniła się w wojnę domową. A stronnictwa mudżahedinów przestały prowadzić wojnę narodowowyzwoleńczą i zaczęły walczyć o władzę między sobą.

Afgańscy mudżahedini zwalczali komunistów metodami partyzanckimi. Napadali na ciężarówki ze sprzętem i zaopatrzeniem oraz na posterunki armii afgańskiej na prowincji. Górzysty teren oraz słaba sieć dróg powodowała, że Rosjanie byli wystawieni na atak na przełęczach i w wąskich kotlinach górskich. Atak polegał na organizowaniu zasadzek, wymianie ognia i wycofywaniu się mudżahedinów, kiedy Rosjanie wzywali swoje wsparcie powietrzne w postaci lotnictwa bombardującego lub śmigłowców, wobec których mudżahedini długo byli bezsilni.

Dopiero dostarczenie przez Amerykanów ręcznych wyrzutni pocisków rakietowych Stinger wyrównało szanse mudżahedinów przeciwko Rosjanom. Innym sposobem walki były napaści na posterunki armii afgańskiej, rozmieszczone wokół miast i wsi afgańskich oraz wzdłuż głównych dróg. Mudżahedini dokonywali również zabójstw urzędników komunistycznego rządu, choć wtedy takie zamachy terrorystyczne, do jakich zaczęło dochodzić w Afganistanie po 2001 roku, były rzadkością. Nie organizowano zamachów samobójczych, które miały siać postrach w następnej fazie wojny domowej. Partyzantka mudżahedinów była bardzo intensywna do około 1985 roku, a pod koniec tych działań coraz częściej dochodziło do zawieszenia broni oraz miejscowych układów pokojowych między walczącymi stronami.

Wycofanie się Rosjan w 1989 roku istotnie zmieniło sposoby prowadzenia wojny przez Afgańczyków. Dżihad zastąpiła wojna domowa, która najpierw toczyła się w imię zlikwidowania pozostałości po okupacji radzieckiej, czyli władzy komunistów afgańskich prezydenta Nadżibullaha. Prezydent odnosił początkowo pewne sukcesy w walce z mudżahedinami, zwłaszcza że sam zdecydował się na zmianę ideowego profilu państwa. Otóż komuniści zaczęli ostrożnie wyrażać zniechęcenie dawnymi radzieckimi patronami, doszło nawet do tego, że Nadżibullah ogłosił świętem narodowym dzień wycofania się wojsk radzieckich z Afganistanu. Organizował również zwalczające mudżahedinów grupy milicyjne i paramilitarne we wsiach na południu i wschodzie kraju, ale za radzieckie ruble. Innymi słowy, postanowił umocnić swoją władzę, zwalczając partyzantkę antyrządową własną partyzantką. Jeszcze jedna odsłona bratobójczej walki.

Rozwiązanie ZSRR w grudniu 1991 roku zakończyło wsparcie finansowe dla lokalnych komunistów. W rezultacie przestano finansować milicję i programy pojednania narodowego. Wojna domowa przybrała na sile. Rebelia przeciwko siłom Nadżibullaha straciła przeciwnika w rejonach wiejskich, gdzie rozwiązano miejscowe oddziały milicji. Mudżahedini mogli śmielej prowadzić ofensywy przeciwko większym ośrodkom władzy komunistów, czyli takim miastom jak Dżalalabad na wschodzie kraju. Reżim upadł, kiedy jeden z generałów armii rządowej, Raszid Dostum, nie zgodził się, by siły rządowe lojalne wobec Nadżibullaha zajęły składy wojskowe w Hajratonie na granicy z Uzbekistanem. Dostum sam zajął te składy, przejął uzbrojenie i przeszedł na stronę opozycji, do mudżahedinów.

Reżim komunistyczny w Kabulu skończył się 15 kwietnia 1992 roku. Prezydent Nadżibullah usiłował tego dnia uciec samolotem do Indii, ale został zatrzymany na lotnisku przez żołnierzy Dostuma i schronił się w przedstawicielstwie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kabulu. Dwa dni później jego minister spraw zagranicznych Wakil rozpoczął przekazywanie władzy siłom Ahmada Szaha Masuda, z pochodzenia Tadżyka, dowódcy Sojuszu Północnego, jednego z najważniejszych ugrupowań mudżahedinów na północy kraju. Otoczył on miasto swoimi oddziałami i zablokował dostęp do stolicy innemu ugrupowaniu mudżahedinów, dowodzonemu przez Gulbuddina Hekmatjara. Ledwie tydzień po upadku rządu Nadżibullaha doszło do pierwszych starć wokół stolicy między zwycięskimi mudżahedinami.

Afgański dramat rozpoczął się tragicznie – bez pomocy z zewnątrz, powodowani tylko nienawiścią i żądzą władzy warlordowie rzucili się na siebie. Celem była władza nad państwem afgańskim. Obradujący w pakistańskim Peszawarze liderzy siedmiu stronnictw afgańskich powołali rząd pod wodzą Sibghatullaha Modżaddediego i zapewnili się nawzajem, że będą sprawować władzę rotacyjnie. Państwo afgańskie ustanowiło czarno-biało-zieloną flagę, w której środku widniała szahada: „Nie ma Boga nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem”. Modżaddedi sprawował urząd przez trzy miesiące i chciał przekazać ją następcy, profesorowi Rabbaniemu, którego najbliższym współpracownikiem i stronnikiem był Masud. Hekmatjar poczuł się wykluczany. Pod koniec kwietnia 1992 roku siły Masuda weszły do stolicy i rozpoczęły usuwanie z niej sił Hekmatjara, który ściągnął pod miasto posiłki i zaczął ostrzeliwać stolicę niedawno zdobytymi w magazynach armii komunistycznej pociskami ziemia-ziemia.

Wojna stawała się tym brutalniejsza, im mniej zysków z władzy było do podziału. Nie tylko komuniści stracili patrona w Związku Radzieckim. Również mudżahedini utracili pieniądze ze Stanów Zjednoczonych, Arabii Saudyjskiej i Pakistanu. Byli przydatnym narzędziem walki ze Związkiem Radzieckim, ale po zakończeniu okupacji ochota do ich wspierania w USA zmalała. Amerykanie wygrali zimną wojnę, pokonali „imperium zła” i rozpoczynali złotą dekadę neoliberalizmu i powojennej demobilizacji. Wspieranie jakiejkolwiek partyzantki nie cieszyło się wówczas popularnością.

Pozbawieni zewnętrznej pomocy finansowej warlordowie szybko zaczęli szukać własnych źródeł dochodu. Państwo afgańskie stało się „puste”. Warlordowie obsadzili co prawda poszczególne „ministerstwa”, ale nie byli zainteresowani sprawowaniem w nich władzy, bo instytucje te straciły znaczenie jako źródła środków i zasobów. Galopująca inflacja pozbawiała stanowiska urzędnicze atrakcyjności finansowej, a państwo przestało ściągać podatki na swoje utrzymanie.

Za to zaczęły je ściągać stronnictwa warlordów – na przejściach granicznych albo po prostu rozstawiając posterunki na drogach i opodatkowując przejeżdżające ciężarówki. Stronnictwa i partie coraz bardziej interesowały się sprawami lokalnymi, bo w prowincjach były jakieś pieniądze. Państwo afgańskie ich nie miało, więc nie było sensu walczyć o stanowiska.

Kabul liczył się jako symbol, ale nie jako stolica życia politycznego. To do Kabulu docierały konwoje z pomocą humanitarną ONZ. W stolicy Afganistanu można było spotkać dyplomatów ze świata, a przede wszystkim pracowników organizacji pozarządowych (NGO), które rozdawały pomoc humanitarną. Tutaj, w jednym z dawnych królewskich pałaców w centrum miasta pomimo ostrzałów pozostała misja ONZ. Odznaczała się tym, że na dachu wymalowała sobie wielkie litery UN (czyli ONZ) białą farbą, licząc, że dzięki temu uniknie bombardowania.

Bitwa o Kabul

Wojna o panowanie w Kabulu rozpoczęła się w kwietniu 1992 roku. Ledwie miesiąc wcześniej upadł rząd komunistów pod wodzą Mohammada Nadżibullaha, a jednym z generałów, którzy go opuścili, był wspomniany Raszid Dostum. Stał się postacią symboliczną dla ­następnych trzech dekad afgańskiej historii.

Szef rządu, Nadżibullah, próbował uciekać do Rosji, ale generałowie dawnej armii komunistycznej przegonili go z lotniska. Ukrył się w siedzibie ONZ przy głównej ulicy Kabulu, niedaleko budynku ministerstwa spraw zagranicznych. Szef misji ONZ, Benon Sevan, wielokrotnie namawiał przywódców mudżahedinów, by pozwolili prezydentowi wyjechać z kraju, co być może zniweczyłoby obawy, że zechce wrócić do władzy.

Partyzanci nie mogli na to jednak pozwolić z powodu tych samych obaw: Nadżibullah mógłby za granicą mobilizować dla siebie poparcie. Pamiętano mu, że zanim został prezydentem, dowodził znienawidzoną komunistyczną służbą bezpieczeństwa KhAD. W jej kazamatach w Kabulu i innych miastach torturowano i zabito wiele tysięcy ludzi. Masowe groby wokół stolicy odkrywane były jeszcze przez dwie dekady XXI wieku. Afgańczykom nigdy nie było dane rozliczyć się i pogodzić z historią komunistycznej władzy, narzuconej co prawda przez Rosjan, ale za której okrucieństwo odpowiadali także Afgańczycy. Nadżibullaha zatrzymano więc w siedzibie ONZ, gdzie spędził kolejne i jak się później okaże, ostatnie lata swojego życia.

Generałowie, widząc, że system się załamał, rozpoczęli negocjacje z mudżahedinami. Owszem, dzieliła ich wcześniej nienawiść, jaka zawsze rodzi się w krwawej walce, jednak mieli coś, co chcieli mieć partyzanci: dostęp do ciężkiego uzbrojenia, które mogło zdecydować o wyniku negocjacji o władzę nad wyzwolonym Afganistanem, a zwłaszcza jego stolicą. Dogadywali się więc z poszczególnymi frakcjami mudżahedinów, którzy otoczyli Kabul z wszystkich stron i czekali na znak swoich przywódców. Szef sztabu armii, generał Mohammad Nabi Azimi, udał się najpierw na rozmowy z Masudem, później zapewnił mieszkańców w odezwie radiowej, że żołnierze będą strzec ich bezpieczeństwa i wypełniać postanowienia porozumień pokojowych, które negocjowano pod okiem ONZ w Genewie. Azimi zapewniał, że „nie ma już potrzeby dalszej walki”*.

Jednak mudżahedini dopiero nabierali apetytu na władzę i sposobili się do walki. Okazało się, że zwycięscy partyzanci nie potrafią się dogadać i nawet pośrednictwo misji ONZ nie zapobiegło rozpadowi zwycięskiej koalicji. Hekmatjar pokłócił się z Masudem, ale udało mu się utrzymać południowo-wschodnią część stolicy. Ahmad Szah Masud z Dostumem rozlokowali się w centralnych dzielnicach oraz zajęli równiny na północ od miasta. Hekmatjar zdążył przekonać niektórych dawnych komunistycznych dowódców armii, by przyłączyli się do jego partii. Pozwoliło mu to na powolne przesuwanie linii podziału miasta i powiększanie kontroli nad terytorium. Zawodowi żołnierze umieli również obsługiwać skomplikowaną artylerię i pociski rakietowe, jakie wpadły w ręce Hekmatjara. Dyplomaci ONZ próbowali ratować pokój i skłonili przywódców afgańskich do podpisania „porozumienia genewskiego” pod koniec kwietnia 1992 roku, wprowadzając rotacyjną pozycję prezydenta, zmieniającego się co cztery miesiące, i formę spółdzielni nadzorującej rząd, czyli Radę Islamską.

Negocjujący w Genewie obdarowali się nawzajem tytułami prezydenckim, premierowskim i tytułami zastępców wymienionych. Hekmatjar nazywał władzę prezydenta Rabbaniego, Tadżyka i przyjaciela Masuda „reżimem, który zaraz się podda”. Przez radio groził Masudowi, że wejdzie do Kabulu z obnażonym mieczem, a Masud odpowiadał, że będzie bronił ludu afgańskiego.

Do miasta wprowadzano coraz więcej milicji, a walczące ze sobą ugrupowania zaczęły używać coraz cięższego sprzętu. Miały czołgi, artylerię, a nawet poradzieckie rakiety ziemia-ziemia. Korzystały również z zasobów ludzkich nagle zdemobilizowanej armii komunistycznej. Liczyła ona pod koniec władzy Nadżibullaha prawie 80 tysięcy żołnierzy, którzy nagle stracili przywódcę państwa, dowódców oraz wiarę w system, którego mieli bronić. Wielu z nich postanowiło robić to, co umieli najlepiej, czyli obsługiwać sprzęt wojskowy i bić się nadal.

*

Półtora miliona mieszkańców Kabulu dopiero teraz poczuło, czym jest wojna. Cały okres okupacji rosyjskiej kabulczycy przetrwali w spokoju. Inne afgańskiej miasta, jak Herat czy Mazar-e-Szarif, były w poprzedniej dekadzie sceną walk miejskich, zamachów oraz akcji specjalnych wojska i służb bezpieczeństwa. Pacyfikacja Heratu spowodowała ponad 10 tysięcy ofiar. Na tym tle Kabul wydawał się spokojny, w stolicy ­stacjonowało bardzo dużo jednostek wojska radzieckiego.

Jeden z moich znajomych kabulczyków w 2007 roku z rozrzewnieniem wspominał żołnierzy radzieckich. Pamiętał ich jako dziecko, że chodzili po ulicach bez karabinów i hełmów, często tylko z pistoletami u pasa i „rozdawali nam cukierki, bonbony”. Byli uśmiechnięci i pokojowo nastawieni. W Kabulu Rosjanie starali się ożywiać miejscowe życie kulturalne, jego ośrodkiem stało się „centrum kultury radzieckiej”, zbudowane w zachodniej części miasta, nieopodal okazałej radzieckiej ambasady. Kabul przeszedł więc czas okupacji nietknięty. I bardzo zielony! Jak wspominali go starsi mieszkańcy w późniejszych dekadach, było to miasto wielu drzew i parków. Zostały one niemal w całości wycięte na opał w następnych latach wojny domowej.

Kabul stał się obiektem pożądania wszystkich mudżahedińskich stronnictw po upadku komunistów**. Był nie tylko stolicą, ale również miejscem, gdzie swoje pierwsze kroki kierowali zagraniczni dyplomaci oferujący wsparcie polityczne dla różnych frakcji i przywożący pomoc humanitarną dla Afganistanu. W Kabulu dystrybuowano pieniądze, wpływy i prestiż, płynące później do prowincji. Nawet jeśli władza w Kabulu nie sięgała do prowincji, kontrolowanie stolicy dawało legitymację i poczucie ciągłości.

Żadna z grup rozpoczynających walkę nie była jednak na tyle silna, by zająć miasto i ogłosić się zwierzchnikiem stolicy, a zatem i całego afgańskiego państwa. Mudżahedini zajęli poszczególne dzielnice, bliskie ich ethnosom. Pasztuni Hekmatjara na południu, Hazarowie na zachodzie, Tadżycy, wiedzeni przez Masuda, na północy i w centrum. Ci ostatni – Tadżycy, Uzbecy i Hazarowie – mieli się czego obawiać. Uważali, że jeśli Hekmatjar wygra, w Afganistanie nastanie epoka tradycyjnej pasztuńskiej dominacji, znanej od trzystu lat. Pasztuni, zwłaszcza ci z południa, z gałęzi Durranich, rządzili krajem od założenia państwa w 1797 roku, podbijając i niewoląc inne narody. Tylko dwa razy przywódcą Afganistanu nie był Pasztun. Pierwszym był w 1929 roku niejaki Kalakani, zwany „synem nosiwody”, człek z ludu tadżyckiego, który obalił króla i na siedem miesięcy osiadł na tronie. Kolejnym Tadżykiem, który przez chwilę miał rządzić w Afganistanie, był właśnie Ahmad Szah Masud.

W tej wojnie pozycyjnej nikt nie mógł ustąpić, a zagraniczni sponsorzy dosyłali pieniądze i uzbrojenie, by kontynuować walkę. Pakistańczycy pomagali Hekmatjarowi, licząc, że pozwoli on utrzymać ich wpływy i „strategiczną głębię” w Afganistanie. Iran wspierał szyickich Hazarów. Masuda, o dziwo, zaczęli wspierać dawni przeciwnicy – ­Rosjanie i ­Hindusi, byle tylko zaszkodzić Pakistańczykom.

*

W Afganistanie w 1992 roku doszło do odwrócenia ról w teatrze działań wojennych. W latach osiemdziesiątych najbardziej ucierpiały afgańskie wsie i dystrykty, na które Rosjanie (i ich miejscowi zausznicy) zrzucali z samolotów bomby i napalm. Kabul pozostał nietknięty, ale po 1992 roku, kiedy wybuchła wojna między mudżahedinami, właśnie stolica stała się głównym obiektem działań wojennych. Masud, Hekmatjar, Hazarowie, Tadżycy, Pasztuni, wspierani przez dawnych żołnierzy komunistycznych i ich artylerię, zaczęli do siebie intensywnie strzelać. Dzielnice zachodnie i południowe, zamieszkane przez Hazarów i Pasztunów, zostały najmocniej zniszczone. Zrujnowano całe kwartały domów, zwłoki leżały na ulicach. Oblicza się, że w okresie 1992–1996 w Kabulu mogło zginąć nawet 20 tysięcy jego mieszkańców.

Symbolem zniszczenia stało się kabulskie zoo. W pewnym momencie front walk przechodził przez jego centrum, a mieszkające w nim zwierzęta, małpy, lwy i tygrysy padły ofiarą mudżahedinów. Historia mieszkającego w ogrodzie zoologicznym lwa o imieniu Mardżan powtarzana była przez kabulczyków jako dowód na zdziczenie zdobywców miasta. Któryś z pochodzących ze wsi partyzantów miał drażnić królewskie zwierzę, więc lew rzucił się na niego i go zabił. Brat okrutnika chciał go pomścić, więc wrzucił do wybiegu granat, który poranił i oślepił zwierzę. Mardżan jednak przeżył i stał się symbolem cierpienia miasta, a jego pomnik stoi przed wejściem do ogrodu zoologicznego.

Mój współpracownik, ten sam, który wspominał Rosjan rozdających cukierki, opowiadał mi, że z początku lat dziewięćdziesiątych zapamiętał to, iż „najeźdźcy” w ogóle nie potrafili się po stolicy poruszać. Nie znali miejskiego stylu życia, mieszkali w namiotach w miejskich parkach. „Nie wiedzieli, co to są buty!”, wykrzykiwał oburzony. Mudżahedini wyróżniali się nie tylko brakiem obuwia, ale również specyficznym strojem, zwłaszcza obszernymi turbanami, zwykle niestosowanymi przez mieszkańców stolicy. Grupy mudżahedinów kontrolujące miasto, dziwnie ubrane, bez butów i z karabinami na sznurkach były dla nich egzotycznym widokiem. W Kabulu rozpoczynała się drastyczna, trwająca następne trzy dekady przemiana kilkusettysięcznego miasta symbolizującego dawną pokojową afgańską republikę w ­wielomilionowy, rozległy i chaotyczny moloch.

Z tamtego czasu pochodzą najgorsze wspomnienia mieszkańców stolicy. Wielu kabulczyków wspominało dawną stolicę, jeszcze sprzed czasów rosyjskiej okupacji, jako zielone miasto wśród wzgórz, z łagodnym klimatem. Ostre zimy w latach 1992–1996 praktycznie ogołociły miasto z drzew, kiedy ludność masowo wycięła je na opał. A pewien mężczyzna, z którym spacerowałem po Kabulu w 2010 roku, opowiadał o tym, że jako dziesięcioletnie dziecko szedł z matką „królewską” drogą Dar-ul-Aman na położonych na zachodzie przedmieściach. Mówił mi, że mocno ściskał matczyną dłoń, kiedy nie umiał oderwać wzroku od leżących na poboczu ciał zabitych Hazarów.

Inny mężczyzna, Pasztun, opowiadał z wciąż widoczną na twarzy grozą, że w latach dziewięćdziesiątych taksówkarz odmówił mu kursu do hazarskiej dzielnicy, twierdząc, że tamtejsi mieszkańcy wyłapują Pasztunów, wrzucają ich do pieców chlebowych i upieczonych zjadają. Podzielone na dzielnice etniczne miasto pogrążało się w nienawiści i najwyraźniej w fantazjach o okrucieństwie wrogów etnicznych. Mity i zabobony mieszały się z prawdziwymi świadectwami przemocy ­popełnianej przez Afgańczyków na swoich ziomkach.

Wokół dawnego centrum lokowały się obozy uchodźców, które z czasem stawały się nowymi dzielnicami. Dawne królewskie pałace i domy członków rządu były bombardowane i niszczone, a wraz z nimi płonęła historia kabulskiej inteligencji i świadectwa lepszych czasów. W kabulskim zoo dogorywały zwierzęta, muzeum narodowe zostało ograbione, a znajdująca się tam kolekcja pięknych królewskich samochodów podziurawiona kulami. Do niedawna można było za kilkadziesiąt afgani zwiedzić ruiny królewskiego pałacu przy Dar-ul-Aman, okazałego klasycystycznego budynku na przedmieściach. Oprowadzający po nim chłopcy pokazywali podziurawione kulami sale i wielkie dziury w blaszanym dachu. Tajara, tajara! (samolot, samolot) – krzyczeli przy ziejących dziurach w przebitych przez bomby lotnicze podłogach i dachach.

*   Afghan Guerrillas Order Kabul Army To Surrender City, „The New York Times”, 18 kwietnia 1992.

** Gilles Dorronsoro, Kabul at War (1992-1996): State, Ethnicity and Social Classes, „South Asia Multidisciplinary Academic Journal”, 14 października 2007, http://journals.openedition.org/samaj/212

Okrucieństwo wojny domowej

– Cóż tu opowiadać, to były straszne czasy – odpowiedział Fahim na moje pytanie o lata dziewięćdziesiąte. Ludzie w Kabulu ginęli na ulicach, a ci, którym udało się po ostrzałach dotrzeć do szpitali lub punktów medycznych, umierali z powodu braku lekarzy albo środków opatrunkowych. Walczące strony utrzymywały niemalże stałe linie frontów przecinających miasto, co uniemożliwiało mieszkańcom ­poruszanie się do pracy albo spotykanie się z rodziną.

Ludzie Masuda, Hekmatjara albo Sajjafa poszukiwali wysokich budynków, z których można by razić sąsiednie dzielnice, a że w Kabulu było ich niewiele, miejscem szczególnie zaciętych walk był silos zbożowy w zachodniej części miasta. Trzy wysokie, połączone ze sobą okrągłe budynki pozwalały umieszczonym tam bojownikom na kontrolowanie całej sieci ulic zarówno dzięki broni snajperskiej, jak i popularnym wyrzutniom granatów RPG-7. Stronnicy Masuda zajęli na jakiś czas tzw. wzgórze telewizyjne, górę, wokół której położony jest Kabul, i stamtąd prowadzili regularne ostrzały artyleryjskie wszystkich wrogich dzielnic. Na zboczu góry z wieloma antenami telewizyjnymi widnieje ułożony z kamieni wielki napis „Afgańska Telewizja” – pozostałość po spokojnych dla stolicy czasach obecności Rosjan. Do niedawna można było na górze nazwanej później przez Amerykanów po prostu „TV Hill” zobaczyć zardzewiałe stare armaty albo skorupy wozów bojowych, broniących wzgórza i prowadzących ostrzał miasta niemalże na ślepo. Także sąsiednia tzw. góra radarowa (nazwa od anten radiowych oraz radaru naprowadzającego samoloty na lotnisko kabulskie) była idealnym miejscem dla obserwatorów i oficerów wywiadu sił Masuda, którzy mogli obserwować wystrzały przeciwników i natychmiast przez radio informować o nich dowództwo.

Jeden z dwóch szpitali prowadzonych przez Czerwony Krzyż w Kabulu bardzo szybko zapełnił się ofiarami w sierpniu 1992 roku, kiedy na dobre rozgorzały walki o miasto. Pracowali w nim lekarze afgańscy, sporadycznie wspomagani przez obcokrajowców. Dziennikarze widzieli korytarze pełne ludzi leżących na ziemi z braku łóżek, często umierających bez opieki. Zdarzało się widzieć ojców przywożących swoje ranne dzieci na taczkach. Jeden z lekarzy wspominał dziecko z urwaną nogą przywiezione w bagażniku taksówki; zmarło w drodze do szpitala po ostrzale z broni maszynowej.

Częstym widokiem były uciekające z miasta grupy mieszkańców, do których strzelali snajperzy z silosa zbożowego albo artylerzyści ze wzgórza telewizyjnego. Najczęściej pojawiającym się motywem w relacjach mieszkańców Kabulu z tamtego czasu były „zniknięcia” ludzi trafionych rakietą albo granatem moździerza.

„Zaczął się ostrzał artyleryjski dzielnic przez wojska Hekmatjara. Czekając na autobus, kupiłem od sprzedawcy na straganie paczkę orzeszków i rodzynek. Autobus przyjechał wreszcie, wsiadłem i po kilkudziesięciu metrach jazdy poczułem wybuch. Spojrzałem na miejsce, gdzie stał wózek straganiarza, i nie zobaczyłem nic. Mężczyzna znikł, wokół niego od wybuchu zginęło może ze dwadzieścia osób. Znaleziono wszystkie inne ciała, ale ten człowiek po prostu zniknął” – opowiadał świadek zdarzenia śledczym organizacji Human Rights Watch w 2003 roku***.

Ktoś inny widział krwawe strzępy człowieka trafionego granatem RPG, ktoś kobietę zbierającą do fartucha pozostałości po zabitym synu. Kabul znikał wraz z wybuchającymi na ulicach ludźmi.

Mieszkańcy wspominali, że w mieście nie było praktycznie miejsca, którego nie byłoby wolno ostrzeliwać. Wspominano, że pociski trafiały w szkoły, dworce autobusowe i szpitale równie często jak w domniemane pozycje wrogich sił. Część mieszkańców znalazła jednak schronienie w dawnym więzieniu Pul-e-Charkhi, zbudowanym jeszcze w czasach króla Zahira. Zamieniło się ono w obóz dla uchodźców z miasta. Szczególnie mocno wszystkie strony atakowały tzw. mikrojany, kwartały bloków mieszkalnych, zbudowane w czasach rosyjskiej okupacji. Zbudowano je w prestiżowej okolicy Kabulu, między centrum miasta a lotniskiem; mieszkały w nich rodziny urzędników, nauczycieli lub oficerów dawnej armii rządowej. Na tle burych kolorów domów w innych kabulskich dzielnicach wyróżniały się szaro-srebrzystymi elewacjami, a także podwórkami, ogrodami i parkami. Wyglądały dokładnie jak kopie osiedli w Polsce, Czechosłowacji czy innych demoludach.

Bombardowanie ludności cywilnej i pozycji przeciwników było tyleż aktem okrucieństwa, co bezsilności. Żadne z afgańskich stronnictw: ani ludzie Hekmatjara, ani Masuda i Dostuma, nie miało wystarczającej siły, by wyprzeć przeciwnika z jego dzielnic i zająć całe miasto. Walczące grupy mogły więc tylko nadawać pod swoim adresem wściekłe przekazy w radiu wojskowym, okraszone przekleństwami i zapowiedzią krwawej zemsty. Czerwony Krzyż i Human Rights Watch, organizacje, które sporządzały później raporty z tych wydarzeń, doniosły, że między majem a sierpniem 1992 roku zginęło ponad dwa i pół tysiąca ludzi. Codziennie dochodziło wówczas do nawet trzystu ostrzałów rakietami i granatami moździerzowymi.

W sierpniu strony konfliktu zrozumiały, że zwycięstwa nad miastem nie będzie i przestały planować odbijanie dzielnic z rąk wrogich frakcji. Rozpoczęła się wojna na wyniszczenie przy użyciu środków artyleryjskich, służących przeważnie do stosowania nawały ogniowej, a nie dokładnego rażenia przeciwnika. Walczący zaczęli używać rakiet wystrzeliwanych z wyrzutni BM-40, podobnych do słynnych radzieckich katiusz z czasów drugiej wojny światowej. Armia Radziecka używała ich do niszczenia oddziałów wroga na rozległym terenie, w którym trudno precyzyjnie trafić wroga. Zastosowanie ich w mieście miało piorunujący efekt niemal nalotów dywanowych. Obserwatorzy siedzący na szczytach gór wokół miasta wymyślili sobie krwawą rozrywkę: strzelali do wszystkiego, co się poruszyło na ulicach poniżej. Nie chodziło już o trafienie w siły wojskowe strony przeciwnej, ale po prostu o zaznaczenie obecności. Niektórzy świadkowie mówili wręcz o ­strzelaniu do miasta z nudów.

Początek wojny domowej po upadku komunistycznej władzy stał się orgią zabijania tych samych Afgańczyków, którzy jeszcze rok wcześniej stali zjednoczeni przeciwko władzy prezydenta Nadżibullaha. Najbardziej niepojęta była wtedy wściekłość, z jaką dawni partyzanci, nazywani przez demokratyczny świat freedom fighters, rzucili się na siebie. Zażartość walk była niespodziewana, a fakt, że ich ofiarami najczęściej zostawali niewinni cywile, nie do zaakceptowania. Przecież to o ich wyzwolenie spod okupacji walczyli niegdysiejsi freedom fighters, ­wojownicy o wolność.

Wojna przenosiła się również poza miasto, na prowincję afgańską, gdzie przybierała różne formy prześladowania cywilów. Chaos i okrucieństwa spadające na wsie afgańskie były ogromne. Dochodziło do prześladowań etnicznych, kiedy Pasztuni, Tadżycy, Uzbecy i Hazarowie organizowali regularne pogromy wrogich sobie grup etnicznych. Grupy zawierały od czasu do czasu taktyczne przymierze, by łatwiej zadać cierpienie przeciwnikom, po czym się rozdzielały, by zadawać je sobie wzajemnie.

Dochodziło do scen jak z horroru. „Hazarowie porywali Pasztunów, a Pasztuni Hazarów. Wyrywali paznokcie jeńcom wojennym, obcinali ręce i nogi. Wbijali gwoździe w głowy zatrzymanych” – opowiada ­świadek wydarzeń śledczym Human Rights Watch****.

Częstą „zabawą” w tych czasie było zamykanie ludzi w kontenerach do przewożenia towarów. Metalowe pudła nagrzewały się momentalnie w palącym słońcu, a jeńcy dusili się z gorąca. Czasem strażnicy, którzy zapełniali kontenery złapanymi przechodniami, po prostu strzelali do nich z granatnika, którego pocisk przebijał blachę i eksplodował w środku. Czasem sposobem na zwiększenie cierpienia było obłożenie kontenerów starymi oponami i podpalenie ich. Krzyki piekących się żywcem ludzi z wrogiej grupy cieszyły komendantów, którzy stosowali tę okrutną praktykę również po to, by przerazić wrogie stronnictwa.

Chaos wywoływały nie tylko bezpośrednie działania wojenne i pogromy, ale również praktyka porywania ludzi, grabież rzeczy i gwałty popełniane na kobietach i mężczyznach. Po upadku władzy komunistycznej Nadżibullaha wszystkie partie afgańskie rozpoczęły rabunek w domach i sklepach kabulczyków. Mikrojany, wspomniane już dzielnice urzędnicze i zamieszkane przez byłych wojskowych, były ulubionym miejscem grabieży. Żołnierze wchodzili do domów, niszczyli sprzęty, wybijali szyby. Według opowieści świadków zachowywali się jak zwierzęta. Żołnierze uzbeckiego warlorda Dostuma, tego samego, który najpierw zdradził Nadżibullaha, a później Masuda, weszli do pałacu prezydenckiego i wynieśli na plecach pralki, lodówki i bele materiału, czyli zdarte zasłony.

Nawet jeśli przywódcy poszczególnych stronnictw opłacali swoich bezpośrednich podkomendnych, to ci zachowywali pieniądze dla siebie, a żołnierzom pozwalali plądrować. O Bismullahu Chanie, przyszłym ministrze obrony, mówiono, że dostawał żołd dla wojska od Masuda, ale wydawał go na swoje samochody, domy i inne uciechy, a jego żołnierze chodzili boso. Pozwalał im więc na grabienie Kabulu. Żołnierze Dostuma nie tylko okradali mieszkańców, ale przy okazji się nad nimi znęcali. Popularną rozrywką było strzelanie pod nogi i krzyki: „Tańcz! tańcz!”.

Bardzo częste były gwałty popełniane na kobietach, a czasem i mężczyznach. Organizacjom międzynarodowym i prasie zagranicznej bardzo trudno było dokumentować te zbrodnie, bo rodziny ofiar odmawiały zeznań, bojąc się dalszych konsekwencji: utraty honoru i zemsty sprawców. Chętnie za to opowiadano o zasłyszanych przypadkach gwałtów w innych rodzinach, co składało się na ponury obraz stosowania seksu jako broni masowego rażenia wobec mieszkańców stolicy i prowincji.

– U nas się to nie zdarzyło, ale tam, za rogiem mieszkała rodzina, której kobiety zostały porwane i zniewolone – mówił mi pewien stary afgański parlamentarzysta, w którego domu gościłem w 2007 roku.

To był temat tabu, choć było wiadomo, że gwałty były powszechne. Kobiety były porywane, gwałcone, często zabijane i tylko lekarze w szpitalach mogli po pobieżnej obdukcji stwierdzić, że przed śmiercią ofiary doznały przemocy. Robili to żołnierze wszystkich formacji bez względu na narodowość.

Po sierpniu 1992 roku walki w mieście nieco przygasły, a liderzy stronnictw zintensyfikowali rozmowy. Nie udało im się osiągnąć  porozumienia i powrócono do starć ze zdwojoną energią zimą oraz na wiosnę następnego roku. Były takie tygodnie w lutym, kiedy szpitale raportowały o tysiącu zabitych i czterech tysiącach rannych. Wznowiono ostrzały artyleryjskie i rakietowe, a ludzie ponownie musieli się chować w piwnicach przed bombardowaniami. Do końca lutego zginęło prawie pięć tysięcy ludzi. Dochodziło do sytuacji, kiedy ostrzał ze wzgórza telewizyjnego i radarowego był tak intensywny, że rodziny nie nadążały z chowaniem swoich zmarłych przepisowo tego samego dnia, kiedy zginęli. Zwłoki trzymano w domach, w piwnicach, ponieważ organizacja pogrzebu była zbyt niebezpieczna dla żałobników. Ludzi chowano w przydomowych ogrodach, w nocy, bez świateł, by nie ściągnąć rakiet lub snajperów.

Rodziny traciły mężczyzn, którzy starali się zdobyć żywność dla swoich najbliższych. Pewna rodzina wysłała na poszukiwanie żywności syna, ale trafił go szrapnel w pobliżu bazaru. Nie można go było pochować za dnia, więc ojciec zrobił to pod osłoną ciemności. Kiedy następnego dnia sam wyszedł, usiłując znaleźć coś do jedzenia, został ranny od uderzenia moździerza. Pozostali synowie pobiegli po niego, przynieśli zakrwawionego do domu, gdzie zmarł. Pochowano go obok leżącego już w ogrodzie syna.

Ludzie uciekali. Pakowali swój dobytek na drewniane wózki i wychodzili z miasta. Najpierw docierali do rodzin na podmiejskich wsiach, ale te również były atakowane. Najczęściej wybierali więc pobliską granicę z Pakistanem, gdzie czekała ich bieda, ale przynajmniej nie było stałego bombardowania.

Zdarzało się, że partie w sekrecie przygotowywały ofensywę przeciwko zajętym przez wrogów częściom miasta. Ludzie czasami dowiadywali się z wyprzedzeniem od znajomych o przygotowywanej akcji i wielkimi grupami uciekali z miasta. Przeważnie zmierzali do Pakistanu, gdzie starali się dołączyć do już przebywającej tam rodziny.

– Uciekajcie, ta dzielnica za dwa dni zostanie zniszczona! – powiedział do swego kuzyna ochroniarz warlorda Hekmatjara. Ludzie wzięli więc podstawowe rzeczy i nocą opuścili swoje domy.

*

Prowincja ucierpiała najbardziej podczas okupacji radzieckiej, kiedy samoloty Armii Radzieckiej zrównywały z ziemią całe wsie. Teraz, po upadku komunistów, na prowincji toczyli swoje walki miejscowi komendanci, stosując często taktykę spalonej ziemi. Wielu Afgańczyków wspominało, że w latach dziewięćdziesiątych sady winorośli lub innych upraw na północ od Kabulu zostały dosłownie wycięte i spalone, by nikt nie mógł z nich korzystać, a miejscowi cierpieli głód. Ścinano drzewa, palono magazyny żywności, zabijano stada zwierząt, a ludzi wypędzano. Z równin Szomali (północy) albo z Karabachu (dosłownie ‘czarnego ogrodu’) ludzie uciekali albo do Pakistanu, albo do obozów uchodźców wokół Kabulu. A miasto Karabach i otaczające je uprawy winorośli, z których Afgańczycy wytwarzają najlepsze na świecie rodzynki, stawały się dosłownie czarne i szare od popiołu po starciach zwalczających się oddziałów mudżahedinów.

O ile główne siły walczyły o dominację nad Kabulem czy innymi dużymi miastami, o tyle we wsiach i mniejszych miasteczkach władzę próbowali przejąć pomniejsi komendanci, którzy z polityką nie mieli wiele wspólnego, za to chętnie parali się przestępstwem, gwałtami i grabieżą. Z czasów wojny domowej na prowincji jej mieszkańcy najgorzej wspominają pataki, czyli punkty kontrolne rozstawiane na drogach łączących wsie i na granicach miast. Każdy dowódca z kilkoma ludźmi był w stanie taki posterunek postawić i rozpocząć grabież podróżnych.

Afganistan jest krajem trudno dostępnym, poprzecinanym łańcuchami wysokich gór i długimi dolinami między nimi. Niełatwo jest się poruszać między prowincjami, zwłaszcza tymi, które nie leżą w bezpośrednim sąsiedztwie „Drogi Pierścieniowej” (Ring Road, jak nazywano ją w czasach okupacji zachodniej) spinającej cały kraj wokół centralnego masywu Hindukuszu. Budowę drogi skończyli w latach osiemdziesiątych Rosjanie, ale nawet przed czasami asfaltu była to główna arteria komunikacyjna Afganistanu.

Mimo że kraj jest tak trudno przejezdny, Afgańczycy często podróżują: do rodzin, za pracą, z towarami, na zbiory maku na południu. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych na drogach pojawiły się pataki,okazały się jedną z najdotkliwszych represji spadających na Afgańczyków. Uniemożliwiały bowiem bezpieczne poruszanie się i ograniczały życie społeczne. Blokowały możliwość przejazdu, a często były po prostu łańcuchami rozwieszonymi między słupami. Podjeżdżające samochody otaczali dawni mudżahedini, a obecnie rabusie i gwałciciele. Podchodzili do auta, wyciągali pasażerów i okradali ich ze wszystkiego. Kiedy w samochodzie jechały kobiety, zdarzało się, że były gwałcone oraz zabijane wraz z towarzyszącymi mężczyznami. Ale przeważnie ludzie na posterunkach byli pijani od opium, niezdolni do komunikacji, co tylko powiększało grozę podróżnych.

Okrucieństwo wojny domowej toczonej między Afgańczykami nakładało się na rozkład tkanki społecznej i zmiany wśród elit. Procesy te zostały zapoczątkowane przez rządy komunistów jeszcze w latach osiemdziesiątych. Do władzy doszli ludzie z grup społecznych, które nigdy nie rządziły Afganistanem. Przedstawiciele niewielkich plemion ze wschodu kraju, jak Taraki, Achundzi, zastępowali Gajlanich, Popalzajów czy Achazajów, dominujących w dekadach przed komunistyczną opresją. Tradycyjne struktury plemienne uświęcone związkami z rodziną królewską zastępowane były strukturami podlegania „silnorękim”.

Mudżahedini, którzy przejęli władzę po ustąpieniu komunistów, wywodzili się z grup, którym „władza się nie należała”, jak powiedział mi przedstawiciel rodziny Gajlanich w Kabulu, wywodzący swoje pochodzenie jeszcze ze szlachetnych, zamierzchłych czasów spędzonych w Bagdadzie. Malikowie i chanowie, czyli przywódcy plemienni, utracili swoją wysoką pozycję społeczną, a ich plemiona ulegały przemocy kulturowej komunistów. Afganistan wyszedł z czasów okupacji z przeoranym społeczeństwem, a wojna domowa dopełniła dzieła społecznego zniszczenia.

Rozkład więzi społecznych na pasztuńskiej wsi nakazywał ludziom poszukiwać nowej tożsamości. To, co było konserwatywne, pod wpływem opresji albo fizycznego zniszczenia zamieniało się w radykalne albo fundamentalistyczne. Silne religijne przekonania i zachowania zaczęły mieć decydujący wpływ przy odtwarzaniu zniszczonej tkanki społecznej, wcześniej bazującej na zwyczajach plemiennych, łączonych z prawami religijnymi opartymi w Afganistanie na łagodniejszej, ­sufickiej i mistycznej wersji islamu.

*

Młodzi bojownicy, którzy zaczęli się pojawiać w Afganistanie na przełomie 1994 i 1995 roku, starali się pokazać ludziom przede wszystkim jako gorliwi muzułmanie, ponieważ nie znali dobrze plemiennych zwyczajów ani tutejszego stylu życia. A nie znali go, ponieważ przeważnie wychowali się na uchodźstwie w Pakistanie, w obozach uciekinierów, w których dawne tradycje ulegały transformacji, podlegali innym wpływom religijnym, a dorastali w terenie nawet surowszym niż wieś afgańska. Czteroletnia wojna mudżahedinów zrujnowała miasta i cały kraj, który i tak już był solidnie zniszczony przez radzieckie bomby i karne ekspedycje. O ile jednak w czasie okupacji Afgańczycy mogli z dumą budować swoją tożsamość i wartości jako bojownicy o wolność i obrońcy niepodległości Afganistanu, o tyle wojna domowa uświadomiła im samym własne okrucieństwo. Pokazała dobitnie, jak potrafią się wzajemnie mordować i niszczyć.

Afgańczycy wyglądali w swoich własnych oczach i w oczach świata szlachetnie i godnie, kiedy walczyli z najeźdźcą. Wojna domowa nie tylko pokazała ich najgorsze oblicze, ale i stworzyła nowy rodzaj relacji społecznych. Wykreowała nowych Afgańczyków – zdemoralizowanych, pełnych niepewności i podejrzliwości w stosunku do pobratymców. Ten kraj po czterech latach bratobójczej wojny potrzebował odnowy moralnej i nowych wzorców społecznych. Potrzebował talibów. I znalazł ich w obozach uchodźczych poza swoimi granicami.

*** Human Rights Watch, Blood-Stained Hands: Past Atrocities in Kabul and Afghanistan’s Legacy of Impunity, 7 lipca 2005.

**** Tamże.

W obozach

Radziecka okupacja wygnała z Afganistanu do sąsiednich państw prawie cztery miliony ludzi. Uciekali przed bombardowaniami wsi, przed biedą, a czasami przed poborem synów do komunistycznego wojska albo do plemiennych milicji lub oddziałów mudżahedinów. Do obozów, powstających systematycznie od 1980 roku na terenach pakistańskiej Prowincji Granicznej, napływały wciąż nowe fale ludzi uciekających z Afganistanu.

Przybywały tam całe rodziny, często wiedzione przez kobiety, ponieważ mężczyźni albo zginęli, albo podjęli walkę po którejś stronie wojny domowej. Obozy z czasem zaczęły przypominać wsie albo małe miasteczka, kiedy namioty dostarczane przez ONZ-owską agencję do spraw uchodźców nie wytrzymywały ostrej zimy. Dzieci, głównie młodzi chłopcy, stawały się żywicielami całych rodzin i podejmowały się najgorszych prac, na przykład przy sortowaniu śmieci zwożonych z ulic pakistańskich miast albo z zaplecza pobliskich bazarów. To była jedna z najcięższych robót, trzeba było oddzielać złom lub makulaturę od resztek jedzenia, od gnijących warzyw. Mniej więcej dwunastoletni chłopcy przekopywali się przez góry śmieci na wysypiskach za miastem, w pobliżu obozu. Chorzy, pokryci bliznami i ranami od dotykania toksycznych śmieci, zmuszani byli do pracy przez własnych rodziców albo bywali najmowani za niewielkie sumy pakistańskich rupii przez miejscowych biznesmenów. „Sortowałem śmieci całe życie!”, chwalił się reporterowi „New York Timesa” czternastoletni Szahin Rabbani w 2002 roku, urodzony w Pakistanie, po tym jak jego rodzina musiała uciekać z Afganistanu podczas wojny z Armią Radziecką.

Partyzantka afgańska rozpoczęła się, zanim jeszcze żołnierze radzieccy weszli do Afganistanu z całą potęgą armii ZSRR. Od końca lat siedemdziesiątych mieszkańcy prowincji burzyli się przeciwko afgańskim komunistom próbującym przy wsparciu radzieckich doradców zmieniać wiejskie społeczności. W miastach wybuchały rewolty, bardzo często krwawo tłumione. W kwietniu 1978 roku zamachowcy zabili premiera Dauda wraz zrodziną – tego samego, który zresztą kilka lat wcześniej sam dokonał zamachu stanu i zdetronizował ostatniego afgańskiego króla Zahira. Upadała afgańska republika, a ludność, choć niespecjalnie chętna do obrony dawnych elit, przeczuwała, że reformy rolne i społeczne nowych komunistycznych władz będą jednak bardziej opresyjne. Stąd działania pierwszych afgańskich partyzantów, którzy jeszcze przed wkroczeniem Rosjan wzniecali opór przeciwko reformom. Odpowiedzią rządu na ich rewolty były pierwsze karne ekspedycje przeciw zbuntowanym wsiom oraz pierwsze fale uchodźców uciekających z dziećmi do Pakistanu. Wkroczenie wojsk radzieckich, by wspomóc komunistyczną władzę, tylko zaogniło gniew ludu i wzmogło jego opór.

Partyzantka afgańska gotowa była do walki z okupantem do samego końca, a dzieci i młodzi chłopcy byli bronią używaną przeciwko Rosjanom. Jeśli dzieci miały rodziny, to wychowywano je w duchu dżihadu, miały być gotowe do długiego wysiłku duchowego i fizycznego. Jeśli rodzin nie było, a ojcowie zginęli w walce, chłopcy w obozach uchodźców szli do miejscowych medres, czyli szkół, by tamtejszy mułła zastąpił im ojca i wykształcił w podstawowej wiedzy życiowej, wojskowej i oczywiście religijnej do pomszczenia „męczenników dżihadu”. Rosjanie prowadzili w Afganistanie walkę wyniszczającą w celu zduszenia ośrodków oporu, wypędzali ludzi ze zbuntowanych wsi i niszczyli podstawy materialne sprzyjające istnieniu partyzantki. Stąd fale uchodźców – ludzie uciekali, ponieważ Rosjanie nikogo nie oszczędzali i dokonywali zmasowanych nalotów albo ostrzałów pozycji mudżahedinów we wsiach.

Kiedy w afgańskiej wsi pojawiali się mudżahedini, istniało duże prawdopodobieństwo, że niebawem nad wsią pojawią się rosyjskie samoloty i śmigłowce. Skala nalotów przeszła wyobrażenie Afgańczyków, zatem po kilku karnych operacjach Rosjan wielu z nich wolało się spakować i uciec: najpierw do jaskiń w pobliskich górach, a następnie do obozów uchodźców w sąsiednim Pakistanie. Całe rodziny maszerowały, prowadząc jedno lub dwa juczne zwierzęta wyznaczone do dźwigania najcięższego dobytku. Dzieci były w takich sytuacjach najmocniej straumatyzowane, a w obozach pakistańskich często pojawiali się chłopcy i dziewczęta ranni w nalotach, czasami poparzeni od ognia. Niektórzy z nich padali ofiarą małych min przeciwpiechotnych. Całe pokolenia afgańskich chłopców i dziewcząt od 1979 roku wzrastały w cierpieniu i żałobie po zmarłych i poległych, często wykazując objawy tzw. stresu bojowego. Matki informowały lekarzy w obozach, że ich dzieci całymi dniami siedzą w stuporze, bez ruchu: „Moje dziecko już nie jest normalne. Tylko ze mną siedzi. Jak w więzieniu. Po prostu siedzimy całymi dniami”.

Ten fenomen miał się powtarzać w następnych dekadach. Afgańskie dzieci traciły rodziców i były świadkami śmierci swoich sąsiadów z rąk kolejnych opresorów. Nie było ważne, czy giną pod bombami Rosjan, czy od ostrzału artylerii armii afgańskiej, od działań milicji warlordów czy wreszcie z powodu uderzeń amerykańskich dronów. Pierwszą reakcją był szok, żałoba, a później chęć działania i pomszczenia zabitych – głównie z miłości i żalu, ale również z powodu obyczaju społecznego nakazującego pomstę ze strony pozostałych przy życiu potomków.

Kilkuletni chłopcy trafiali pod opiekę nauczycieli religijnych, którzy kierowali ich ku kontynuacji wojny. Przepytywani przez amerykańskich dziennikarzy w obozach uchodźców nie znali innej rzeczywistości niż wojna i ucieczka z kraju. Pytani o swoją przyszłość, przeważnie odpowiadali, że „po skończeniu szkoły chwycą za broń jak wszyscy inni wielcy mudżahedini i pomszczą śmierć ojca albo brata”. Pytani o przyszłość odpowiadali jedynie „dżihad”. Ogłaszali, że będą walczyć z Rosjanami do końca, do wygnania ich z ojczyzny. Ale też swojej ojczyzny właściwie nie pamiętali, nie wiedzieli dokładnie, co to znaczy być Afgańczykiem, czyli człowiekiem z wielonarodowego państwa. Kiedy uciekali z Afganistanu przed wojną i biedą, trafiali przeważnie do jednorodnych etnicznie obozów, gdzie zyskiwali nową tożsamość: uchodźcy, mściciela, człowieka religijnego. Ci, którzy trafiali do miejscowej medresy, spotykali podobne do siebie ofiary rosyjskiej inwazji, sieroty po zaginionych lub zabitych rodzicach.

Miejscowi komendanci szukali w obozach uchodźców żołnierzy do swoich oddziałów. Bardzo często żołnierzami stawały się kilkunastoletnie dzieci, którym nie było potrzebne wyrafinowane szkolenie wojskowe. Wystarczały proste czynności, jak nauka obsługi broni, bo w środowisku, gdzie broń nosi się na co dzień, gdzie mężczyźni codziennie paradują z karabinami przewieszonymi przez ramię, dodatkowe lekcje strzelectwa wydawały się zbędne. Zresztą niektórzy z przywódców medres zdawali sobie sprawę z zaklętego kręgu przemocy, w jakim znaleźli się ich podopieczni. Mówili zachodnim dziennikarzom odwiedzającym obozy, że woleliby, by ich chłopcy zostali kiedyś inżynierami albo lekarzami, a nie żołnierzami. Dużo w tym było usprawiedliwiania się przed światem, ale nie było widać chęci przerwania tego cyklu kształcenia młodocianych żołnierzy, których zastępować będą kolejni młodociani żołnierze. Nikt nie umiał przerwać tego cyklu, ponieważ ostatecznym argumentem w tych latach zawsze był zwrot: „…kiedy wyjdą Rosjanie”. Uważano, że po ich wyjściu wszystko wróci do normy tworzonej przez uczniów medres na uchodźstwie.

Edukacja religijna w medresach miała zapewnić wzorce moralne młodym chłopcom wkraczającym w życie. „Wojna z Rosjanami była usprawiedliwiona, ponieważ byli to bezbożni komuniści”, mówili nauczyciele. Kiedy Rosjan po 1992 roku zabrakło, w Afganistanie zmienił się powód moralnego oburzenia. Studenci nabierali przekonania, że za nieszczęścia afgańskie odpowiadają nie tylko okupanci, ale walczący ze sobą komendanci i przywódcy. To okrucieństwo wojny domowej w latach 1992–1996 spowodowało, że ruch nabrał przekonania o konieczności zaprowadzenia porządku własnymi siłami. Mudżahedini w Afganistanie sposobili się do bitwy o Kabul, a tymczasem w wielu innych miastach i wsiach ich mieszkańcy zamarzali, ponieważ na przykład miejscowy watażka skradł paliwo do generatora prądu. Dla talibów wciąż jeszcze przebywających w obozach chaos wojny domowej, demoralizacja warlordów i obce wpływy kulturowe były nie do zniesienia. Stąd też, począwszy od 1994 roku, zaczęli wyrażać polityczną wolę zmiany kraju z istniejącego na „lepszy”.

Nauka w medresach nie koncentrowała się bynajmniej na umiejętnościach wojskowych. Uczniowie nie uczyli się przecież rozkładania i składania karabinów kałasznikow ani nie trenowali strzelectwa. Ich tarczą miała być w pierwszym rzędzie religia. Pochylali się całymi dniami nad Koranem po to, by zdobyć tytuł i pozycję społeczną hafiza, czyli osoby recytującej z pamięci całą księgę w czasie ramadanu, świętego miesiąca muzułmanów. Uczyli się interpretacji pism koranicznych, a zwłaszcza szarii, systemu prawa wypływającego z Koranu, oraz fiqaa, zasad islamskiego prawodawstwa. Do curriculum wchodziły również elementy filozofii, matematyki, astronomii oraz w zależności od możliwości elementy nauk społecznych lub ścisłych. Nauka na poziomie podstawowym trwała do ośmiu lat. Większość z tysięcy medres rozsianych na terytorium Pakistanu wzdłuż granicy z Afganistanem dawała jedynie podstawową edukację, a otrzymywane po ich ukończeniu świadectwa nie były uznawane przez uniwersytety państwowe lub zagraniczne uczelnie religijne.

Znakomita większość absolwentów, którzy kończyli te szkoły, nie kontynuowała edukacji, pozostając przy tytule taliba, czyli „poszukiwacza wiedzy”. Ci, którzy decydowali się kontynuować naukę, mogli myśleć o uzyskaniu tytułu maulawiego, czyli osoby, która ukończyła medresę pod okiem różnych nauczycieli. Lepiej wykształceni absolwenci z czasem mogli zasilić szeregi ulemów, czyli afgańskich duchownych. Zakończenie pełnego ośmioletniego cyklu wiązało się z uzyskaniem tytułu nadawanego w czasie ceremonii wręczenia turbanu. Maulawi albo ulema mógł już planować dalszą pracę w meczecie albo myśleć o założeniu własnego ośrodka, najczęściej we wsi lub dystrykcie, z którego pochodził. Mógł także myśleć o karierze kariego (kaziego), czyli sędziego pełniącego posługę w wymiarze sprawiedliwości na niższych szczeblach sądownictwa. Najbardziej znamienici uczeni islamscy w Afganistanie nazywani byliustadami, czyli profesorami, którzy dostąpili zaszczytu studiowania na którymś ze znanych w świecie uniwersytetów islamskich, na przykład w Kairze. Tytułu mułła raczej nie używano, to słowo wymawiali (ze zgrozą) głównie obcokrajowcy, dla których mułła to ten, kto radykalizuje młodych i wysyła ich z misjami samobójczymi.

Medresy wypuszczały bojowników, ale również osoby tworzące ideowy i religijny rdzeń rodzącego się nowego ruchu religijnego, specyficznego islamu młodych chłopców. W latach osiemdziesiątych, po zakończeniu edukacji i osiągnięciu pełnoletności, około osiemnastego roku życia ruszali do Afganistanu, by walczyć w szeregach antykomunistycznej partyzantki. Po zakończeniu dżihadu, czyli wyjściu Rosjan z Afganistanu, wielu z nich wróciło na pewien czas do medres w Pakistanie, by kontynuować naukę. W największych tamtejszych medresach liczących do dwóch tysięcy studentów dużą część stanowili właśnie Afgańczycy. Otrzymywali oni wikt i opierunek od sponsorów medres, którymi byli przede wszystkim zamożni Pakistańczycy z prowincji Pendżab i Sind, ale również z innych państw muzułmańskich. Wiele medres po zakończeniu rosyjskiej okupacji Afganistanu w 1989 roku było wciąż finansowanych przez zamożnych Libijczyków, Saudyjczyków lub Irakijczyków. Dla sponsorów była to nie tylko okazja do odgrywania ważnej roli i wyraz społecznej odpowiedzialności, ale również zapewnienie, że ich państwo cieszy się odpowiednim uznaniem i utrzymuje swoje wpływy w tym centralnym dla ówczesnego islamu miejscu, jakim był Afganistan.

Dla chłopców medresa była wyzwoleniem i jedyną drogą ucieczki z piekła obozu uchodźczego. Pobyt w niej dawał chłopcom wyżywienie, skromne ubranie oraz wykształcenie. W 2000 roku w Pakistanie istniało około dziesięciu tysięcy szkół religijnych, do których uczęszczało półtora miliona chłopców. Była to prawdziwa armia ubogich ­pastuszków, gotowych do swojej dziecięcej krucjaty.

Śniący Robin Hood

W 1994 roku pojawiła się zatem grupa zbrojna różniąca się od już istniejących. Za cel swojego działania i za istotę swego istnienia przyjęła islam, a nie walkę narodowowyzwoleńczą, narodową albo w imię ochrony jakiejś grupy i jej przywódcy. Jej członkowie sami nazywali się „talibami” i byli też tak określani przez innych. Słowo to oznaczało „uczniów” albo „poszukujących wiedzy” i odróżniało ich od „mudżahedinów” (czyli „walczących o świętą sprawę”), jak zwykle w Afganistanie nazywali siebie bojownicy antyrządowi. Talibowie pojawili się na początku swojej drogi po władzę w 1994 roku jako ruch niemal wyłącznie religijny, w imię ideałów islamu przywracający porządek po chaosie wojny domowej. Był to ruch uczniów szkół religijnych, ubogich chłopców i mężczyzn pozbawionych swojej afgańskiej ojczyzny, których rodziny musiały uciekać do Pakistanu przed bombami pilotów radzieckich i ich ­afgańskich współpracowników.

Początki ruchu skrywa mgła apokryfów i ustnych opowieści. Nie ma zdjęć, jest jeden niewyraźny film pokazujący Omara, dokumenty są rozsiane po talibskich archiwach trudno dostępnych dla ludzi z zewnątrz. Mit założycielski opowiada o ubogim duchownym Omarze, który mieszkał i nauczał na początku lat dziewięćdziesiątych w medresie w prowincji Uruzgan, na przedmieściach miasta Tirin Kot. Cieszył się zaufaniem wieśniaków, których życie organizował i których wspierał. Był wysoki, postawny, obdarzony miękką charyzmą. Mówił cicho, więc trzeba było wytężyć słuch, by zrozumieć jego słowa.

Jak wielu Afgańczyków, odbył swój dżihad przeciwko Rosjanom i komunistom afgańskim. Miał też rys heroiczny, w 1988 roku stracił bowiem oko w czasie walki z szurawi, czyli Rosjanami, a ściślej radzieckimi najeźdźcami na Afganistan. Jego współtowarzysz broni, Zaif, późniejszy urzędnik Emiratu, wspominał, że stał dwadzieścia metrów od Omara, kiedy ten został trafiony odłamkiem rosyjskiej bomby. Według przyjaciela Omar miał sam się opatrzyć, a wieczorem, kiedy wspólnie świętowali ocalenie spod rosyjskich bomb, wziął udział w attanie, tańcu wojowników. Śpiewał ghazalę, pieśń miłosną: „Na moją miłosną chorobę nie ma lekarstwa, kwietny przyjacielu!”. Niedawno urodził mu się syn Jakub, a Omar przeżywał najbardziej heroiczne chwile swojego życia, walcząc z Rosjanami w gronie podobnych sobie młodych bojowników.

Zaif przytacza w swoich pamiętnikach inne ekstatyczne momenty tamtego wieczoru:

– Cóż za braterstwo wśród bojowników i męczenników! Niech Bóg będzie pochwalony! Nie martwiliśmy się wówczas o sprawy świata, nasze intencje były czyste i szlachetne. Kiedy teraz myślę o całej tej miłości i szacunku, jakim się wówczas darzyliśmy w gronie męczenników, myślę o tym jak o jakimś pięknym śnie!

Po zakończeniu walki z Rosjanami Omar powrócił w okolice Kandaharu i zamieszkał we wsi Sangisar, gdzie wcześniej walczył i stracił oko. Przekształcił dawną bazę w meczet. Stawał się poważanym w okolicy duchownym, znanym z tego, że nieustannie dokształcał się z prawa koranicznego i pomagał miejscowym organizować życie społeczne w czasach wielkiego zamętu. Podobno nie miał formalnego wykształcenia religijnego poza lekcjami udzielanymi mu przez innych duchownych w hudżrach, czyli świeckich pomieszczeniach przy meczetach, służących do edukacji albo spotkań towarzyskich w sprawach miejscowej społeczności.

Wokół dużych miast jak Kandahar czy Tirin Kot panoszyły się tymczasem oddziały milicji złożone z drobnych miejscowych watażków, chronione przez wielkich komendantów, warlordów, walczących w tym czasie o władzę nad Kabulem. Każdy z tych wielkich chciał rządzić, nie przejawiając jednak zdolności do kierowania organizmem państwowym, jakim mimo wszystko pozostał Afganistan.

Cierpliwość ludu afgańskiego się wyczerpywała. Pewnego razu wieśniacy poskarżyli się Omarowi, że drobny miejscowy watażka porwał, zniewolił i zabił dwie dziewczyny podróżujące wraz z rodziną przez Uruzgan do Kandaharu. Omar skrzyknął zaufanych ludzi i poszedł odzyskać ich ciała, które zostały obmyte i pochowane z należytą czcią. To wydarzenie zwiększyło jego sławę jako sprawnego lidera i człowieka dbającego o porządek życia. Tymczasem on, jak wielu mu podobnych, był zmęczony i przerażony chaosem wojny domowej i usiłował jakoś zaradzić grozie rozgrywającej się na oczach wszystkich.

Do Omara przybywali jego dawni współtowarzysze walki z Rosjanami, namawiając go do odegrania większej roli w przywracaniu porządku w prowincji. Zaif wspomina, że kiedy przyjechał do dawnego przyjaciela do Sanigisaru, długo musiał go namawiać do podjęcia wysiłku wraz z innymi. Omar miał odmawiać przyjęcia rolilidera, uznając, że jemu, nieznanemu nikomu duchownemu, nie przystoi stać na czele ruchu wojskowego. Po namowach i radach innych duchownych Omar ­zdecydował się jednak na przyjęcie nowej godności.

W otoczeniu kilkudziesięciu mężczyzn uznał swoje przywództwo wojskowe i odebrał przysięgę wierności, bajat, od zebranych. Każdy przysięgał na Koran, a na pierwszym spotkaniu nie przyjęto nazwy ani znaku nowej drużyny, która miała walczyć o spokój w Afganistanie. Grupa nie nazywała się jeszcze talibami. Talibowie, a więc uczniowie z medres z Pakistanu lub afgańskiej prowincji, mieli się do nowego ruchu Omara dopiero przyłączać, dając mu również nową nazwę „Taliban”.

Omar wydawał się idealnym kandydatem na przywódcę. Był nieznanym szerzej żołnierzem antyradzieckiego dżihadu w latach osiemdziesiątych, a okres upadku afgańskiej władzy komunistycznej spędził we własnej medresie pod Kandaharem. Nie wyróżniał się wielkimi zdolnościami oratorskimi, raczej stronił od zgromadzeń i przemówień. Wybranie go na lidera nowego ruchu miało przyczynę właśnie w tej anonimowości, bo zgromadzeni chcieli stworzyć nową siłę, a nie odtwarzać widoczne i dotkliwe dla wszystkich wzorce. W chaosie wojny domowej poszukiwali dla siebie oryginalnego miejsca, nie chcąc się łączyć z licznymi już wówczas milicjami innych komendantów. W tym sensie był to więc ruch nowatorski i rewolucyjny, jeśli rewolucją można nazwać zmaganie się z chaosem.

– Wybierzmy kogoś nieznanego, z czyich rąk nie została wyrządzona żadna krzywda prostym Afgańczykom, kogoś, kto jest głębokiej wiary i ma przekonanie do walki z niesprawiedliwością – tak według dostępnych relacji, w których legenda miesza się z prawdą, zebrani uzasadniali wybór Omara.

Był człowiekiem, którego Pasztunowie czasami nazywają czanrhi, małym ptaszkiem rzucanym przez wiatr tu i ówdzie, nieznanym i, jak się wydawało, niewiele znaczącym. Nie umiał pięknie przemawiać, zdania przerywał dłuższymi pauzami. Pauzy te mogły sprawiać wrażenie niezborności, ale dla jego bezpośredniego otoczenia, dawnych współtowarzyszy broni albo uczniów, jego medresy były oznaką namysłu i poszukiwania właściwych słów dla przekazania głębokich znaczeń.

Omar również śnił. Śnił sny szczególne, sny królewskie, niczym dawny władca Afganistanu, emir Abdur Rahman. Królowi zwanemu Żelaznym śnił się prorok Muhammad z czterema towarzyszami, którzy naznaczali go na władcę kraju. Śnił mu się miecz ze słowem „dżihad” wypisanym na klindze, którym miał pokonać wrogów i oczyścić ziemię z nieprawości. Podobne sny o posłannictwie nawiedzały także Omara i jego najbliższych. Jednej nocy przyśnił mu się prorok Muhammad, który uratował go we śnie przed wielką górą spadającą mu na głowę. Zapytał kiedyś pewnego pakistańskiego reportera BBC, czy zwiedził Biały Dom w Waszyngtonie. Dziennikarz odparł, że owszem, że tam pracował. Na to Omar miał mu powiedzieć, że jego młodszy brat śnił o białym domu, białym pałacu – w OGNIU i że musi go zapytać, jak ten prawdziwy Biały Dom wygląda.

Muzułmanie są podejrzliwi wobec swoich snów i śniących, których może wykorzystywać szejtan i pokazywać im rzeczy wiodące na pokuszenie. Według nich sny, wróżby, zaklęcia czasem przywodzą człowieka do czarów, jednego z najcięższych islamskich grzechów.

Omar, którego sny były znane przyjaciołom i uczniom z jego szkoły, był wolny od takiego niebezpieczeństwa. Jemu we śnie pojawiał się prorok albo nawet sam Allah i jego sen był uświęcony, był snem prawdziwym, al Ruya. Później, kiedy Omar miał powieść swoich talibów ku zwycięstwom w całym Afganistanie, czerpał natchnienie do zwycięstw militarnych z proroczych snów. Jego przyboczni mówili, że w późniejszym okresie władzy Emiratu nie podejmował żadnej ­decyzji administracyjnej bez skonsultowania jej w nocy z Bogiem.

W ten sposób mistycyzm mieszał się z polityką. W jego działalności pojawiały się coraz częściej wątki zaczerpnięte z deobandyzmu, z politycznej, narodowowyzwoleńczej idei islamskiej, o której jeszcze opowiemy. Sny Omara ewoluowały od mistycznej grozy spowodowanej chaosem wojny domowej, kiedy zwalał mu się na głowę cały świat, ku snom bardziej prozaicznym w późniejszym okresie, dającym mu natchnienie do rządzenia. Podobnie wyglądała również ewolucja talibów: od ruchu religijnego do ruchu politycznego.

Trudno zdecydowanie powiedzieć, ile prawdy jest w historii o wydarzeniach z początków ruchu talibów, mającej hagiograficzny, choć całkiem prawdopodobny charakter. Omar jawi się w nich jak afgański Robin Hood, którego chłopi wzywają na ratunek przeciw opresji możnych.

Nie ma jednak niczego dziwnego w opowieści o afgańskim duchownym, który w czasach chaosu dba, by niewinnym ofiarom przemocy zapewnić właściwy pogrzeb. Wiejskie meczety i ich „klerycy” poza sprawowaniem posługi religijnej odgrywają w Afganistanie wiele ról społecznych i usługowych. Czasami zajmują się karawanserajami, gościńcami dla przejezdnych, a czasami szpitalami lub miejscami, gdzie przygotowuje się zwłoki do pogrzebu obowiązkowo tego samego dnia, kiedy nastąpiła śmierć.

W chaosie katastrofalnych lat dziewięćdziesiątych w Afganistanie była wielka potrzeba wynajdywania ludzi świętych, porządkujących afgańską rzeczywistość i przypominających prostym ludziom, że dobro wciąż istnieje. W chaosie i niepewności, czy przeżyje się następny dzień, narodziła się potrzeba obecności ludzi świętych i szlachetnych, nawet jeśli miała to być tylko legenda.

Ciężarówki pod Spin Boldakiem

Za moment wkroczenia talibów w historię świecką można uznać dobrze udokumentowane uwolnienie przez mały oddział bojowników karawany pakistańskich ciężarówek jadących do Afganistanu w sierpniu 1994 roku.

Od lat osiemdziesiątych pakistańskie władze organizowały i przemycały do Afganistanu transporty żywności. Karawany kolorowych pakistańskich ciężarówek ciągnęły z portu w Karaczi do Peszawaru i później przez przejście Torcham do afgańskiego Dżalalabadu albo przez przełęcz Spin Boldak na południu do Kandaharu. System transportu ciężarowego został zorganizowany przez pakistańskich wojskowych, którzy utworzyli w 1978 firmę pod nazwą National Logistics Cell. Zatrudniała ona aktywnych lub emerytowanych żołnierzy i dzięki powiązaniom z wszechmocnymi wówczas generałami była na dobrej drodze do zmonopolizowania transportu między Afganistanem a Karaczi. Z Karaczi wieziono żywność, czasami broń i amunicję dla mudżahedinów walczących z Rosjanami, a z powrotem do Pakistanu narkotyki produkowane na południu Afganistanu.

Ambicją Pakistańczyków po zakończeniu okupacji radzieckiej było wydłużenie łańcuchów zaopatrzenia i tras ciężarówek. Chcieli