The Beatles. Jedyna autoryzowana biografia - Hunter Davies - ebook

The Beatles. Jedyna autoryzowana biografia ebook

Hunter Davies

4,6

Opis

Jedyna autoryzowana biografia.

Jest tylko jedna książka prawdziwie opisująca Beatlesów. Właśnie trzymasz ją w dłoni.

W latach 1967–1968 Hunter Davies spędził osiemnaście miesięcy z Beatlesami, którzy wówczas definiowali gusta nowej generacji i tworzyli podstawy współczesnej muzyki popularnej. Jako ich jedyny autoryzowany biograf miał nieograniczony dostęp nie tylko do Johna, Paula, George’a i Ringo, ale również do ich przyjaciół, rodzin i znajomych. Podczas współpracy z zespołem i jego otoczeniem zebrał pokaźne bogactwo materiałów – często intymnych i odsłaniających nieznane fakty. To czyni z niniejszej książki biografię-matkę, na której pozostali biografowie opierają swoje własne teksty.

The Beatles to rzetelne i kompletne dzieło, które aktualizuje historię członków zespołu o informacje na temat ich solowych karier i życia prywatnego. Dzięki archiwaliom autora i samych Beatlesów książka ta rzuca zupełnie nowe światło na legendę gigantów rock and rolla.

Opieka merytoryczna: Piotr Metz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 872

Rok wydania: 2013

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (5 ocen)
3
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




i

Część 1

Rozdział 1John

Fred Lennon, ojciec Johna, wychowywał się bez rodziców. Uczęszczał do szkoły Bluecoat w Liverpoolu, która w owym czasie przyjmowała w swe szeregi sieroty. Fred wspomina, że wsadzono go w galowy mundurek, który zdjął, kiedy stał się doskonale wyedukowany. Został sierotą w wieku dziewięciu lat, gdy w 1921 roku zmarł jego ojciec – Jack Lennon. Jack urodził się w Dublinie, ale większość życia spędził w Ameryce jako zawodowy śpiewak. Należał do pierwszego składu grupy Kentucky Minstrels21. Po zakończeniu kariery osiedlił się w Liverpoolu, gdzie na świat przyszedł Fred.

W wieku piętnastu lat Fred wyszedł z sierocińca z solidną porcją wiedzy i dwoma garniturami na nową drogę życia – został gońcem. „Pomyślicie, że się przechwalam, ale zaledwie po tygodniu pracy mój szef poprosił o skierowanie do niego kolejnych trzech chłopców z sierocińca. Powiedział, że jeśli będą choć w połowie tak energiczni jak ja, to nadadzą się idealnie. Uwielbiali mnie w tej pracy”. Uwielbiany czy nie, po roku Fred porzucił posadę w biurze na rzecz morza. Najpierw pływał w charakterze chłopca na posyłki, a następnie pracował jako kelner. Twierdzi, że był najlepszym ze wszystkich kelnerów, choć brakowało mu ambicji. Według jego własnej relacji był tak rozchwytywany, że statki nie chciały opuszczać portu Liverpool bez Freddiego Lennona na pokładzie.

Fred zaczął się spotykać z Julią Stanley na krótko przed tym, jak rozpoczęła się jego wielka morska kariera. Poznali się zaledwie tydzień po opuszczeniu przez Freda sierocińca.

„To było cudowne spotkanie. Miałem na sobie jeden z moich nowych garniturów. Siedzieliśmy sobie z kumplem w parku Sefton. Uczył mnie, jak podrywać dziewczyny. Wcześniej zakupiłem już cygarniczkę i melonik, czując, że to może robić wrażenie. Była tam taka jedna panna, która wpadła nam w oko. Gdy przespacerowałem się obok niej, powiedziała: »Wyglądasz śmiesznie«, a ja na to: »A ty pięknie« i usiadłem przy niej. Wszystko było takie niewinne. Nie miałem wówczas pojęcia o tych sprawach. Powiedziała, że jeśli chcę siedzieć u jej boku, muszę zdjąć ten durny kapelusz. Więc zdjąłem. Wrzuciłem go do jeziora i od tej chwili aż po dziś dzień nie miałem kapelusza na głowie”.

Fred i Julia spotykali się w przerwach między rejsami przez dziesięć kolejnych lat. Fred twierdzi, że matka Julii „oszalała na jego punkcie”, za to ojciec nie darzył go szczególną sympatią, ale to on nauczył córkę grać na banjo. „Często graliśmy i śpiewaliśmy wspólnie. Dziś bylibyśmy na szczycie jak nic. Pewnego dnia Julia zaproponowała: »Chodź się pobierzmy«. Odparłem, że trzeba najpierw dać na zapowiedzi i w ogóle zabrać się do tego porządnie, a ona na to: »Założę się, że tego nie zrobisz«, więc zrobiłem. Dla draki. Całe to branie ślubu to był jeden wielki ubaw”. Rodzina Stanleyów widziała to jednak trochę inaczej. „Wiedzieliśmy, że Julia spotyka się z Alfredem Lennonem – wspomina Mimi, jedna z sióstr Julii. – Owszem, przyznaję, był całkiem przystojny, ale nie mieliśmy złudzeń, że za wiele pożytku to z niego nie będzie, zwłaszcza dla Julii”.

Ślub odbył się w urzędzie stanu cywilnego przy ulicy Mount Pleasant 3 grudnia 1938 roku. W ceremonii nie brali udziału rodzice żadnej ze stron. Jako pierwszy zjawił się Fred – już o dziesiątej rano czekał przed hotelem Adelphi. Ponieważ nigdzie nie było widać Julii, postanowił pójść do brata, spróbować pożyczyć funta. Po powrocie okazało się, że Julia nadal nie dotarła na miejsce, więc zadzwonił do kina Trocadero. Julia spędzała tam sporo czasu, bo zawsze fascynował ją świat kina i estrady. Nigdy nie była pracownicą Trocadero, choć przy wypełnianiu aktu ślubu w rubryce zawód dla żartu wpisała „bileterka kinowa”. „Telefon odebrała jedna z jej koleżanek z Troc – wspomina Fred. – One wszystkie mnie tam kochały. Każda z nich mawiała: »Gdybyś kiedyś odkochał się w Julii, będę czekać«”.

Ostatecznie Julia przybyła na ceremonię, a w ramach „miesiąca miodowego” para wybrała się na seans filmowy. Po ślubie zarówno Julia, jak i Fred wrócili do swoich domów, a na drugi dzień pan młody wyruszył w kolejny rejs – tym razem do Indii Zachodnich, na trzy miesiące. Julia została w domu rodzinnym, gdzie i Fred pomieszkiwał przez kolejny rok, gdy wracał na suchy ląd. Po jednej z takich wizyt Julia odkryła, że jest w ciąży. Było to latem 1940 roku. Liverpool był intensywnie bombardowany, za to nikt nie wiedział, gdzie jest Fred Lennon.

Gdy rozpoczął się poród, Julię przywieziono do szpitala położniczego przy Oxford Street. Mały chłopiec przyszedł na świat podczas nalotu bombowego, 9 października 1940 roku o wpół do siódmej wieczorem i otrzymał imiona John Winston. Winston był wynikiem spontanicznego przypływu patriotyzmu, natomiast imię John wybrała mu ciocia Mimi, która po raz pierwszy zobaczyła go już dwadzieścia minut po narodzinach. „Jak tylko ujrzałam Johna – wspomina Mimi – przepadłam z kretesem. Chłopiec! Nie mogłam się nacieszyć. Nie mogłam też przestać się nim zachwycać, prawie zupełnie zapominając o Julii, która skwitowała to słowami: »Ja w sumie tylko go urodziłam«”.

Gdy John miał osiemnaście miesięcy, Julia udała się do kantorka portowego odebrać pieniądze, które jakimś cudem co jakiś czas przysyłał jej Fred. Powiedziano jej jednak, że przekazy się skończyły. „Alfred uciekł z tonącego okrętu – komentuje Mimi. – Nikt z nas nie miał pojęcia, co się z nim stało”. Pojawił się wprawdzie ponownie, ale małżeństwo było już dawno skończone, mimo że oficjalnie rozstali się dopiero rok później. Julia w końcu poznała innego mężczyznę, za którego zdecydowała się wyjść za mąż. „Nie byłoby jej łatwo wchodzić w nowy związek z Johnem na ręku, więc ja go przygarnęłam. Naturalnie sama tego chciałam i było to chyba najrozsądniejsze wyjście w tej sytuacji. John potrzebował przecież jakiegoś stałego punktu zaczepienia i kochającej rodziny. W sumie i tak od początku czuł się u mnie jak w drugim domu. Zarówno Julia, jak i Fred zgodzili się na adopcję i mam nawet potwierdzające to listy od każdego z nich, ale nigdy nie udało mi się zaciągnąć ich do biura, by podpisali oficjalną zgodę”.

Naturalnie historia tego małżeństwa i rzekomej „dezercji” przedstawiona przez Freda Lennona nieco odbiega od powyższej wersji. Fred twierdzi, że wybuch wojny zastał go w Nowym Jorku. Tam też dowiedział się, że ma zostać przeniesiony na statek typu „Liberty”22 w charakterze pomocnika stewarda, a nie, jak do tej pory, głównego kelnera. „To oznaczało, że straciłbym pozycję marynarza. Nie obchodziło mnie za bardzo, że zaangażuję się w tę wojnę, ale przecież nie mogłem sobie pozwolić na utratę statusu marynarza, prawda? Kapitan statku pasażerskiego, na którym wówczas pływałem, doradził mi, co zrobić. Powiedział: »Freddy, urżnij się i spóźnij się rano na statek«”.

Tak też Fred zrobił, w wyniku czego trafił do aresztu na wyspie Ellis. Tam ponownie kazano mu zaciągnąć się na „liberciaka”, ale Fred upierał się, że chce nadal pracować jako główny kelner na statku „Queen Mary”. Ostatecznie doprowadzono go siłą na statek płynący do Afryki Północnej. Po zejściu na ląd Fred trafił prosto do więzienia.

„Jeden z kucharzy okrętowych powiedział mi pewnego dnia, że w kajucie ma alkohol i mogę sobie wziąć butelkę. Właśnie opróżniałem jej zawartość, gdy napatoczyła się policja. Rzekomo napocząłem przewożony ładunek. Bzdura. To wszystko wydarzyło się jeszcze zanim wyszliśmy w morze, ale na ląd pozwolono zejść całej załodze oprócz mnie. Podobno ukradłem, bo nie próbowałem ustalić właściciela. Usiłowałem się bronić, ale na nic się to zdało”.

Fred spędził w więzieniu trzy miesiące. Twierdzi, że to wówczas przekazy pieniężne do Julii się skończyły. Nie miał jej czego wysyłać, ale podobno posłał jej kilka listów. „Uwielbiała moje listy. Pisałem jej, że jest wojna i żeby lepiej korzystała z życia. To był mój największy błąd w życiu. Zaczęła tak bardzo korzystać, że w końcu kogoś poznała. I pomyśleć, że to ja ją do tego zachęciłem”.

John niewiele pamięta z okresu, który spędził w domu Stanleyów, gdy opiekowała się nim mama, a tata pływał po morzach, choć to nic dziwnego, bo mógł mieć wówczas najwyżej cztery latka. „Pewnego dnia dziadek zabrał mnie na spacer do Pier Head23. Na nogach miałem nowe buty, które strasznie mnie obcierały. Dziadek wyciągnął scyzoryk i przeciął obydwa buty na piętach, żeby wygodniej mi się szło”. John twierdzi, że z opowieści mamy wynikało, że spędziła z jego ojcem wiele cudownych chwil. „Opowiadała mi, że nieustannie się wygłupiali i śmiali. Wydaje mi się, że Fred był bardzo lubianą osobą. Wysyłał nam listy koncertowe ze statków, na których przy piosence Begin the Beguine24 widniało jego nazwisko jako wykonawcy”.

Z relacji sióstr wynika, że Julia również uwielbiała śpiewać. „Była radosna, dowcipna i pełna zabawnych pomysłów – wspomina Mimi. – Ani do życia, ani do czegokolwiek innego nie podchodziła zbyt poważnie. Dla niej wszystko było zabawą, za to kompletnie nie potrafiła poznać się na ludziach, dopóki nie było za późno. Częściej to ona padała ofiarą ludzkich grzeszków, niż sama grzeszyła”.

Fred wrócił na morze, gdy Julia zamieszkała na stałe z innym mężczyzną, a John z Mimi. Podczas jednej z wizyt na lądzie postanowił odwiedzić syna. „Zadzwoniłem z Southampton i rozmawiałem z Johnem przez telefon. Miał wtedy chyba pięć lat. Pytałem go, co chciałby robić, gdy dorośnie, o tego typu rzeczy. Mówił przepiękną angielszczyzną. Gdy wiele lat później usłyszałem jego liverpoolski akcent, byłem przekonany, że to taka poza”. Fred przyjechał do Liverpoolu, bo, jak sam twierdzi, potwornie martwił się o Johna. „Zapytałem go, czy miałby ochotę pojechać ze mną do Blackpool25, pójść do wesołego miasteczka i pobawić się w piasku nad morzem. Był zachwycony. Spytałem Mimi o pozwolenie. Powiedziała, że nie ma serca nam odmówić. No więc zabrałem Johna, choć wcale nie miałem zamiaru przywieźć go z powrotem”.

Fred i pięcioletni John zatrzymali się na kilka tygodni u znajomego. „W tamtym okresie miałem kupę kasy. Takie to były czasy tuż po wojnie. Brałem udział w licznych machlojkach, głównie zajmowałem się sprowadzaniem pończoch na czarny rynek. Pewnie do dziś w Blackpool sprzedają towary, które przemyciłem”. Znajomy Freda planował właśnie wyjazd na stałe do Nowej Zelandii, więc Fred postanowił popłynąć z nim. Przygotowania dopięte były na ostatni guzik, gdy pewnego dnia w drzwiach domu zjawiła się Julia. „Powiedziała, że przyjechała po Johna i że teraz ma wreszcie przytulny dom, do którego może go zabrać. Ja z kolei odparłem, że zdążyłem przyzwyczaić się do niego i że chcę go zabrać ze sobą do Nowej Zelandii. Widziałem, że Julia nadal mnie kocha. Spytałem więc, czemu nie pojedzie z nami. Powiedziałem, że moglibyśmy zacząć wszystko od nowa. Nie zgodziła się. Chciała tylko odzyskać Johna. Zaczęliśmy się kłócić i w końcu zaproponowałem, żebyśmy pozwolili zdecydować Johnowi. Zawołałem go. Przybiegł i wskoczył mi na kolana. Przywarł do mnie, pytając, czy ona wraca. Nic w tym dziwnego, że tego właśnie chciał. Zaprzeczyłem i powiedziałem, że musi wybrać, z kim chce zostać. Wybrał mnie. Julia spytała jeszcze raz, ale John ponownie wskazał na mnie. Skierowała się do drzwi, ale gdy już prawie była na ulicy, John poderwał się i pobiegł za nią. Odtąd nie widziałem go ani nie miałem od niego żadnych wiadomości, dopóki ktoś nie powiedział mi, że jest jednym z Beatlesów”.

John wrócił z mamą do Liverpoolu, ale nie zamieszkał z nią. Okazało się, że to ciocia Mimi chciała go odzyskać. Tak więc tym razem na dobre zamieszkał z nią i jej mężem George’em w bliźniaku przy Menlove Avenue, w Woolton, na przedmieściach Liverpoolu. „Nigdy nie opowiadałam Johnowi o jego rodzicach – mówi Mimi. – Po prostu chciałam mu tego wszystkiego oszczędzić. Może byłam nadopiekuńcza. Nie wiem. Chciałam tylko jego szczęścia”. John był bardzo wdzięczny Mimi za to, co dla niego zrobiła. „Była dla mnie bardzo dobra. Pewnie przeraziły ją warunki, w jakich musiałem dorastać, i założę się, że ciągle im [rodzicom] przypominała, żeby pamiętali o bezpieczeństwie dziecka. Przypuszczam, że w końcu pozwolili jej się mną zaopiekować, bo jej ufali”.

John szybko zadomowił się u Mimi. Wychowała go jak własne dziecko. Była surowym opiekunem i nie pozwalała na głupoty, ale nigdy na niego nie krzyknęła ani nie podniosła ręki, uznając takie zachowanie za dowód słabości rodzica. Najgorszą karą, do jakiej się posuwała, było ignorowanie go. „Nienawidził tego. Zawsze mówił: »Mimi, nie gnoruj mnie«”. Jednocześnie Mimi nie ograniczała jego osobowości. „Zawsze byliśmy rodziną indywidualistów. Moja mama nie wierzyła w potęgę konwencjonalnych zachowań i ja również w nią nie wierzę. Nigdy nie nosiła obrączki, podobnie jak ja. Niby po co?”.

Najsłabszym ogniwem, któremu zdarzało się rozpieszczać Johna, był wujek George, prowadzący rodzinny interes mleczarski. „Nierzadko znajdowałam liściki, które John wkładał George’owi pod poduszkę. »Kochany wujku, wykąpiesz mnie dziś zamiast cioci?« albo »Kochany wujku, weźmiesz mnie do kina?«”. Mimi godziła się zaledwie na dwa tego typu wyjścia w roku – na bożonarodzeniową pantomimę wystawianą w Liverpool Empire oraz latem na jeden z filmów Disneya. Ale było też sporo pomniejszych rozrywek, jak choćby Strawberry Fields, czyli lokalny dom kultury dla dzieci prowadzony przez Armię Zbawienia, gdzie każdego lata odbywał się wielki piknik. „Jak tylko odzywały się odgłosy orkiestry Armii Zbawienia, John zaczynał podskakiwać i krzyczał: »Mimi, chodź już, bo się spóźnimy«”.

Pierwszą szkołą Johna była podstawówka Dovedale. „Pan dyrektor Evans powiedział mi kiedyś, że John ma umysł ostry jak brzytwa. Potrafi zrobić wszystko, jeśli tylko chce. Za to nie znosi czynności nudnych i pospolitych”. Zaledwie po pięciu miesiącach spędzonych w szkole, a także dzięki pomocy wujka George’a, John potrafił czytać i pisać, choć jego ortografia już wtedy pozostawiała wiele do życzenia. Przykładowo w jego wydaniu „ospa wietrzna” była „ospą wieczną”. „Pojechał kiedyś na wakacje do mojej siostry, mieszkającej w Edynburgu, skąd przysłał mi pocztówkę z takimi oto słowami: »Kończy misie kasa«. I tak zrozumiałam, co chciał powiedzieć”.

Mimi osobiście chciała zaprowadzać i odbierać Johna ze szkoły, ale ten już po trzecim dniu powiedział jej, że tylko robi mu wstyd i zabronił jej chodzić ze sobą. Musiała uciekać się do śledzenia. Podążała za nim w odstępie mniej więcej dwudziestu metrów, by mieć pewność, że nic mu nie grozi.

„Do jego ulubionych piosenek należały Let Him Go, Let Him Tarry oraz Wee Willie Winkie. Miał ładny głos. Śpiewał w chórze kościoła pod wezwaniem Świętego Piotra w Woolton. Zawsze uczęszczał do szkółki niedzielnej, a w wieku piętnastu lat z własnej woli przystąpił do bierzmowania. Nigdy nie zmuszaliśmy go do chodzenia do kościoła. Sam wykazywał zainteresowanie religią aż do wieku nastoletniego”.

Do czternastego roku życia Mimi dawała mu tylko pięć szylingów kieszonkowego. „Chciałam nauczyć go wartości pieniądza, ale jakoś nie działało”. By zdobyć dodatkowe fundusze, John musiał na nie zapracować, pomagając w ogrodzie. „Nie chciał tego robić, chyba że był już naprawdę w finansowym dołku. Dało się wtedy słyszeć z impetem otwierane drzwi do szopy, z której wyciągał kosiarkę. Pędził z nią po trawniku na przestrzeni metra kwadratowego z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, po czym wpadał do domu po pieniądze. Te jednak same w sobie przedstawiały dla niego niewielką wartość. Nie dbał o nie. Gdy miał cokolwiek, wydawał wszystko niezwykle lekką ręką”.

John zaczął pisać własne książeczki w wieku siedmiu lat. Mimi nadal ma ich całą stertę. Pierwsza seria nosiła tytuł Sport i pęd – w opracowaniu i z ilustracjami J.W. Lennona26, a zawierała dowcipy, historyjki obrazkowe, rysunki oraz wklejane zdjęcia gwiazd filmowych i piłkarzy. Była to opowieść w odcinkach, a cotygodniowe wydanie kończyło się słowami: „Jeśli wam się podobało, bądźcie z nami za tydzień, będzie jeszcze lepiej”.

„Uwielbiałem Alicję w Krainie Czarów i rysowałem wszystkie postaci. Pisałem też wiersze w stylu Dżabbersmoka27. Dosłownie żyłem przygodami Alicji oraz bohatera serii Just William. Pisałem własne williamowe opowieści, których sam byłem bohaterem. Gdy z czasem zacząłem pisać poważniejsze, bardziej emocjonalne wiersze, stosowałem sekretny charakter pisma, zupełnie nieczytelny, żeby Mimi nie mogła ich przeczytać. Tak, pod twardą skorupą musiała jednak kryć się wrażliwa dusza. O Czym szumią wierzby – uwielbiałem tę książkę. Czytałem ją wielokrotnie i odgrywałem opisywane w niej wydarzenia. To był jeden z powodów, dla których chciałem mieć własną bandę w szkole. Chciałem, żeby inni bawili się w to, co ja im zaproponuję – w to, o czym czytałem w książkach”.

Jako dziecko miał blond włosy i był podobny raczej do rodziny ze strony matki. Ludzie zawsze brali go za syna Mimi, co bardzo ją cieszyło. W przypadku nieznajomych nigdy nie zaprzeczała. Mimi była szalenie opiekuńcza i z tego nadmiaru troski nie pozwalała mu się zadawać z tak zwanymi „prostymi chłopcami”. „Pewnego dnia, idąc wzdłuż Penny Lane, zauważyłam grupę chłopców otaczających wianuszkiem dwóch bijących się kolegów. »Zupełnie jak ci prości obszarpańcy«, powiedziałam. Byli z innej szkoły niż John. Gdy w końcu się rozstąpili, z kotłowaniny wyłoniło się paskudne chłopaczysko w zwisającym luźno płaszczu. Ku mojemu przerażeniu rozpoznałam w nim nie kogo innego jak swojego siostrzeńca. John lubił, gdy opowiadałam mu tę historię. »Cała ty. Wszyscy dookoła to prostaki«, mawiał wtedy”. Mimi wspomina, że we wszelkich zabawach na podwórku John zawsze musiał być przywódcą.

W szkole natomiast było jeszcze gorzej. Miał własną bandę, w wyniku czego stale się z kimś bił, by bronić swojej pozycji lidera. Ivan Vaughan i Pete Shotton – jego najbliżsi kumple – wspominają, że John bez przerwy brał udział w bójkach. Mimo że Mimi zabraniała mu kolegować się z większością chłopców, tych dwóch akurat lubiła, ponieważ mieszkali w tej samej okolicy.

„Biłem się właściwie przez całą podstawówkę, a tych większych od siebie pokonywałem w wojnie psychologicznej. Straszyłem ich, mówiąc, że bez problemu dam im radę, a oni mi wierzyli. Chodziłem też z jednym kumplem kraść jabłka. Przemieszczaliśmy się razem po mieście na zderzakach tramwajów jeżdżących wzdłuż Penny Lane. Przemierzaliśmy tak kilometry, nie płacąc ani grosza. Srałem w gacie ze strachu na tych zderzakach. Byłem królem wśród moich rówieśników, bo w dzieciństwie nauczyłem się sprośnych kawałów od takiej jednej dziewczyny z sąsiedztwa. Moja banda zajmowała się też takimi rzeczami jak drobne kradzieże w sklepach czy ściąganie dziewczynom majtek. Gdy robiło się gorąco, ja w przeciwieństwie do pozostałych nigdy nie dawałem się złapać. Czasami się bałem, ale Mimi była jedynym opiekunem, który o niczym nie wiedział. Za to rodzice innych dzieciaków mnie nie znosili. Zabraniali im się ze mną kolegować, bo zawsze byłem pyskaty w obecności dorosłych. Większość nauczycieli też mnie nienawidziła. Z czasem przerzuciliśmy się z podkradania w sklepach bezużytecznych rzeczy jak cukierki na podbieranie fajek, w takich ilościach, żebyśmy jeszcze mogli je sprzedać”.

Pozornie John wychował się w porządnej rodzinie, z kochającą, dobrą, choć surową Mimi. Mimo że ona nie opowiedziała mu jego historii, John zachował kilka mglistych wspomnień z wczesnego dzieciństwa i wraz z upływem czasu w jego głowie powstawało coraz więcej pytań bez odpowiedzi. „Podczas wizyt Julii raz czy dwa próbował wypytywać mnie o różne rzeczy – wspomina Mimi. – Nie chciałam go jednak wtajemniczać w całą tę sprawę. Jakże bym mogła? Był taki szczęśliwy. Przyznanie, że z jego ojca był ladaco, a matka znalazła sobie kogoś innego, byłoby błędem. John był taki radosny, stale śpiewał”.

John pamięta, że gdy w dzieciństwie zaczął podpytywać Mimi, ta zawsze udzielała tych samych odpowiedzi. „Mówiła, że rodzice po prostu się odkochali. Nigdy nie powiedziała niczego przeciwko matce czy ojcu. Ojca dość szybko zapomniałem. Było zupełnie tak, jakby umarł. Ale mamę widywałem od czasu do czasu i moje uczucia do niej nigdy nie wygasły. Często sobie o niej myślałem, choć długo nie zdawałem sobie sprawy, że mieszkała zaledwie kilkanaście kilometrów dalej. Pewnego dnia mama przyszła do nas w odwiedziny w czarnym płaszczu i z zakrwawioną twarzą. Miała jakiś wypadek. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Wiedziałem, że oto przede mną siedzi moja mama i krwawi, ale musiałem wyjść do ogrodu. Kochałem ją, ale nie chciałem się angażować. Chyba byłem swego rodzaju emocjonalnym tchórzem. Chciałem ukryć uczucia”.

Johnowi mogło się wydawać, że potrafi tłumić emocje, ale Mimi i trzy inne ciotki – Anne, Elizabeth i Harriet – opowiadają, że w ich odczuciu John miał szalenie otwartą i pogodną naturę. Podobno był wyjątkowo szczęśliwym chłopcem.

Rozdział 2John i The Quarrymen

Gdy w 1952 roku John rozpoczął naukę w Quarry Bank High School, była to niewielka podmiejska szkoła średnia w Allerton, na przedmieściach Liverpoolu, niedaleko domu Mimi. Założona w 1922 roku, nie była może aż tak duża i znana jak położony w centrum miasta Liverpool Institute, ale cieszyła się całkiem dobrą opinią. Dwóch spośród jej absolwentów – Peter Shore oraz William Rodgers – zostało ministrami w rządzie laburzystów28.

Mimi bardzo się cieszyła, że John uczęszcza do szkoły blisko domu, a nie dojeżdża do miasta. W ten sposób mogła mieć go zawsze na oku. Pete Shotton z podstawówki również przeszedł do Quarry Bank, ale drugi przyjaciel Johna – Ivan Vaughan – uczęszczał do Institute, co dla niego było zbawiennym posunięciem. Ivan jako jedyny w grupie Johna interesował się nauką, ale wiedział, że jeśli pozostanie w tym towarzystwie, niewiele się nauczy. Niemniej po lekcjach nadal był członkiem bandy Johna. Wkrótce do grupy dołączyli inni chłopcy z jego nowej szkoły. „Najpierw przyprowadziłem ze sobą Lena Garry’ego, ale ogólnie nie wprowadzałem za wielu. Starannie dobierałem ludzi, których chciałem przedstawić Johnowi”.

John bardzo dokładnie pamięta swój pierwszy dzień w Quarry Bank. „Spojrzałem na setki nowych twarzy i pomyślałem: Chryste, trzeba się będzie bić z każdym z nich i to po tym, jak wreszcie pokonałem wszystkich w Dovedale. A było tam kilku niezłych osiłków. Pierwszą bójkę, w którą się wdałem, przegrałem. Straciłem panowanie nad sobą, gdy porządnie mnie zabolało. Nie żeby było w tym wszystkim za dużo walki. Najpierw trochę powrzeszczałem i poprzeklinałem, a potem dostałem w nos. Jak tylko pojawiała się krew, przestawaliśmy. Po tej bójce, gdy przypuszczałem, że ktoś może mieć silniejszy cios niż ja, sugerowałem zapasy. Byłem agresywny, bo chciałem być lubiany. Chciałem być przywódcą. To znacznie lepsze niż bycie jednym z wielu wyjętych spod sztancy. Chciałem, żeby wszyscy mnie słuchali i robili to, co im każę. Żeby śmiali się z moich dowcipów i pozwolili mi stać na czele”.

Już w pierwszej klasie został przyłapany na posiadaniu obscenicznych rysunków. „To wyrobiło mi opinię wśród nauczycieli”. Wkrótce potem Mimi znalazła sprośny wiersz autorstwa Johna. „Znalazła go pod poduszką. Powiedziałem jej, że kolega zmusił mnie, żebym go dla niego przepisał, bo sam nie za dobrze włada długopisem. Oczywiście w rzeczywistości sam go napisałem. Czytałem wcześniej kilka takich wierszy – tych, co to się czyta, żeby ci stanął. Zastanawiałem się, kto je pisał, a potem postanowiłem sam spróbować. Chyba początkowo próbowałem przykładać się do nauki, podobne próby podejmowałem zresztą w Dovedale. Tam przynajmniej zawsze byłem szczery i przyznawałem się do wszystkiego. Ale w liceum zorientowałem się, że to głupia strategia, bo nauczyciele mają cię w garści. Więc zacząłem kłamać jak najęty”.

Od końca pierwszej klasy sytuacja w szkole przebiegała według ustalonego scenariusza: Lennon i Shotton kontra reszta szkoły. Chłopcy ustawicznie odmawiali posłuszeństwa i stosowania się do zasad. Pete uważa, że pewnie bez wiernego sprzymierzeńca w osobie Johna poddałby się i podporządkował regulaminowi, natomiast John na pewno by tego nie zrobił. „We dwójkę dużo łatwiej jest bronić własnego zdania – mówi Pete. – Zawsze jest ktoś, z kim można pośmiać się z własnej porażki. Właściwie to śmialiśmy się bez przerwy. Śmiejąc się, przebrnęliśmy przez całą szkołę. Było super”.

Pete przyznaje, że z perspektywy czasu ich ekscesy nie brzmią może aż tak zabawnie jak kiedyś, ale nadal wywołują uśmiech na jego twarzy, gdy wraca pamięcią do tamtych dni. „To musiało być jakoś na samym początku szkoły, gdy pierwszy raz wylądowaliśmy na dywaniku u dyrektora. Siedział za biurkiem, gdy weszliśmy. Rozstawił nas po swojej prawej i lewej stronie i krzyczał na nas w najlepsze, gdy nagle John zaczął smyrać go po włosach. Gość był prawie łysy, ale na czubku głowy zostało mu kilka pojedynczych kosmyków. Nie zorientował się, skąd pochodzi łaskotanie, i co chwilę podnosił rękę, by podrapać się po głowie, nie przerywając oczywiście swojej tyrady. To było straszne. Ja zgiąłem się wpół ze śmiechu, a John normalnie zsikał się w gacie. Poważnie. Siki zacięły spływać mu po nogach, bo miał na sobie szorty, stąd wniosek, że byliśmy jeszcze całkiem mali. W końcu na podłodze pojawiła się kałuża, a dyrektor rozejrzał się i pyta: »Co to? Co to?«”.

John miał talent artystyczny i dobrze go wykorzystywał. Pete z kolei interesował się matematyką, czego John bardzo mu zazdrościł, ponieważ sam nie miał smykałki do liczb, więc zawsze próbował Pete’owi przeszkadzać. „Rozpraszał mnie, kładąc przede mną przeróżne rysunki. Niektóre były sprośne, ale większość po prostu była zabawna, więc parskałem na ich widok śmiechem. »Proszę pana, niech pan popatrzy na Shottona«, wołała reszta klasy, gdy ja tymczasem zwijałem się ze śmiechu. Gdy lądowałem przy tablicy, a nauczyciel akurat stał tyłem do klasy, John podnosił się z miejsca i na tle jego pleców pokazywał mi jakiś zabawny rysunek. Byłem bez szans. Nie potrafiłem opanować śmiechu”.

Nawet gdy wylądowali u dyrektora na pierwsze lanie, John nadal wyglądał, jakby władza nie robiła na nim najmniejszego wrażenia, nawet jeśli była to tylko poza. „Najpierw wezwano Johna, a ja czekałem za drzwiami – opowiada Pete. – To była istna męka. Byłem cały spięty i martwiłem się, co się za chwilę ze mną stanie. Czekałem zaledwie kilka minut, ale miałem wrażenie, że minęło kilka godzin. W końcu drzwi się otworzyły i pojawił się John. Szedł na czworakach, wydając z siebie przeraźliwe jęki. Na ten widok parsknąłem śmiechem. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że do pokoju dyrektora prowadziło dwoje drzwi, a John gramolił się z małego przedsionka, więc z samego gabinetu nie było go w ogóle widać. Przyszła kolej na mnie. Musiałem wejść do dyrektora, choć ciągle nie mogłem powstrzymać śmiechu, a takie zachowanie nie wróży niczego dobrego”.

Z roku na rok John zachowywał się coraz gorzej. Zaczął szkołę jako jeden z lepszych uczniów, ale zanim doszedł do trzeciej klasy, został zdegradowany do grupy „tych złych”. Jego świadectwa pełne były uwag typu: „Beznadziejny”. „Błazen klasowy”. „Szokujące”. „Tylko marnuje czas innych uczniów”. Pod spodem znajdowało się miejsce na uwagi od rodziców. Na tym konkretnym Mimi dopisała: „Sześć razy przez kolano”. Mimi stale zwracała mu uwagę w domu, ale nie miała pojęcia, jak fatalnie zachowywał się w szkole. „Tylko raz dostałem lanie od Mimi. Za to, że wziąłem jej pieniądze z portfela. Zawsze podbierałem jej drobne na głupoty typu samochodziki, ale tego dnia musiałem wziąć za dużo”.

John i wujek George z kolei dogadywali się coraz lepiej. „Świetnie się rozumieliśmy. Był dobry i życzliwy”. Jednak w czerwcu 1953 roku, gdy John miał już prawie trzynaście lat, George zmarł na skutek wylewu. „To się wydarzyło nagle pewnej niedzieli – wspomina Mimi. – George nigdy nie opuścił ani jednego dnia w pracy z powodu choroby. John bardzo go kochał, podczas naszych sprzeczek George zawsze stawał po jego stronie. Często razem wychodzili. Czasem nawet im zazdrościłam, że się razem tak dobrze bawią. Myślę, że śmierć George’a niezwykle wstrząsnęła Johnem, choć nigdy tego nie okazał”.

„Nie wiedziałem, jak można okazać smutek publicznie – mówi John. – Nie miałem pojęcia, co się wtedy robi albo mówi, więc poszedłem sam na górę do swojego pokoju. Potem przyjechała kuzynka i dołączyła do mnie. Dostaliśmy napadu śmiechu. Chichraliśmy się bez końca. Miałem potem ogromne poczucie winy”.

W bezpośrednim okresie po śmierci wujka ktoś inny zaczął odgrywać w życiu Johna coraz większe znaczenie – jego mama Julia. Utrzymywała regularny kontakt z Mimi, choć Mimi bardzo niewiele opowiadała o niej Johnowi. Matka oczywiście z ciekawością patrzyła, jak jej syn się rozwija, rośnie i jak kształtuje się jego charakter. Nastoletni wówczas John z kolei fascynował się nią jeszcze bardziej. Julia urodziła swojemu drugiemu mężowi dwie córki. „To Julia dała mi pierwszą kolorową koszulę – wspomina John. – Zacząłem odwiedzać ją w nowym domu. Poznałem jej nowego faceta, ale nieszczególnie go polubiłem. Mówili na niego Nerwus, chociaż w sumie gość był w porządku. Zacząłem traktować Julię jak młodszą ciotkę albo starszą siostrę. Im byłem starszy, tym częściej kłóciłem się z Mimi. Często wprowadzałem się do Julii na cały weekend”.

Zarówno Pete Shotton, jak i Ivan Vaughan, dwóch najwierniejszych kumpli Johna, wyraźnie pamiętają, że Julia stawała się coraz ważniejszą figurą w życiu Johna i wywierała coraz większy wpływ na całą ich trójkę. Pete wspomina, że opowieści o Julii zintensyfikowały się, gdy chłopcy byli w drugiej lub trzeciej klasie Quarry Bank. Do tej pory z każdej strony słyszeli tylko ostrzeżenia, jakie to okropne rzeczy czekają ich w życiu. Rodzice Pete’a i ciocia Mimi stale przestrzegali przed przyszłością. Chłopcy śmiali się z tego czarnowidztwa. A potem pojawiła się Julia i otwarcie śmiała się razem z nimi. Śmiali się z nauczycieli, z rodziców, ze wszystkiego. „Była świetna – mówi Pete. – Totalny luz. Ciągle mawiała: »Olej to«, gdy opowiadaliśmy jej, co nas rzekomo czeka. Kochaliśmy ją. Tylko ona z nich wszystkich była do nas podobna. Mówiła to, co chcieliśmy słyszeć. Wszystko, co robiła, robiła dla draki, zupełnie jak my”.

Julia mieszkała w Allerton, więc chłopcy często wpadali do niej po szkole, a czasem ona odwiedzała ich. „Raz przyszła z pantalonami na głowie w charakterze chustki. Nogawki zwisały jej na ramiona. Udawała, że nie wie, o co chodzi, gdy ludzie przyglądali jej się podejrzliwie. Padliśmy ze śmiechu. Innym razem szliśmy sobie wszyscy ulicą, a Julia miała na nosie okulary bez szkieł. Zagadywała ludzi, ale oni niespecjalnie się orientowali, więc nagle w środku rozmowy zaczynała pocierać oko, wsadzając palec przez pustą oprawkę. Ludzie gapili się oniemiali”.

Ivan uważa, że to właśnie Julia pomogła Johnowi stać się buntownikiem. Zachęcała go do bycia sobą, śmiejąc się ze wszystkiego, co robił, podczas gdy Mimi traktowała go niezwykle surowo, choć nie bardziej niż inne matki swoje dzieci. Po prostu próbowała uchronić go przed piciem i paleniem. Z czasem musiała trochę wyluzować, ale John i tak wolał Julię i to dlatego ciągle u niej pomieszkiwał. Julia była czarną owcą, albo przynajmniej najbardziej szaloną owcą w rodzinie. Chciała, by John był taki sam jak ona, choć on tak czy inaczej taki był.

John trafił do grupy 4C – po raz pierwszy do „C”, czyli do grupy najsłabszych uczniów. „Tym razem naprawdę było mi wstyd, że wylądowałem z najbardziej tępymi osobnikami. W „B” nie było aż tak źle, bo do „A” chodzili sami nudziarze. Zacząłem też oszukiwać na sprawdzianach, ale nie było sensu rywalizować z tymi wszystkimi mongołami, więc szło mi tak samo słabo jak zawsze”. Pete Shotton spadał w rankingu uczniów co roku razem ze swoim kumplem. „Jemu też zniszczyłem życie”. Tuż przed zakończeniem czwartej klasy spadł na pozycję dwudziestą, czyli był na szarym końcu w klasie. „Bez dwóch zdań jest na dobrej drodze do niezdania”, napisał jeden z nauczycieli na jego świadectwie.

Gdy John był w piątej klasie, w szkole pojawił się nowy dyrektor – pan Pobjoy. Szybko się zorientował, że Lennon i Shotton to pierwsze łobuzy w szkole, ale za to trzeba szczerze przyznać, że naprawdę złapał jakiś kontakt z Johnem, podczas gdy reszta nauczycieli nie miała już żadnego. Znali go zbyt dobrze. „To było prawdziwe utrapienie, nic tylko żarty i wygłupy. Naprawdę nie potrafiłem go zrozumieć. Przykro mi o tym mówić, ale raz sam spuściłem mu lanie. Przykro, bo sam jestem przeciwnikiem kar cielesnych. Taki system odziedziczyłem w spadku, ale szybko wycofałem bicie”.

Pan Pobjoy był zaskoczony, gdy John oblał wszystkie przedmioty podczas egzaminu O-level29. „Myślałem, że da radę. Z każdego przedmiotu zabrakło mu jednej oceny wyżej, by zdać, i chyba właśnie dlatego postanowiłem pomóc mu dostać się do szkoły artystycznej. Wiedziałem, że jest w tym dobry, i uznałem, że zasługuje na drugą szansę”. Gdy ważyły się dalsze losy Johna, Mimi poszła rozmówić się z dyrektorem. „Spytał, co zamierzam z nim zrobić. Ja na to: »Co wy zamierzacie? Mieliście go przez pięć lat«”. Mimi spodobał się pomysł szkoły artystycznej, choć pewnie nie zdawała sobie sprawy, ile szczęścia miał John, że w ogóle się tam dostał. „Chciałam, żeby zdobył jakieś kwalifikacje, które pozwolą mu się utrzymać na przyzwoitym poziomie. Chciałam, żeby był kimś. W głowie ciągle kołatała mi się myśl o jego ojcu i o tym, jak skończył, ale tego oczywiście nie mogłam powiedzieć Johnowi”.

Z perspektywy czasu John nie żałuje dziś absolutnie niczego ze swych lat szkolnych. „Okazało się, że to ja miałem rację. Oni wszyscy się mylili, a ja miałem rację. To oni ciągle tam tkwią, co nie? Więc to oni muszą być nieudacznikami. To byli głupi nauczyciele, wszyscy co do jednego, no może poza jednym czy dwoma. Nigdy nie zwracałem na nich uwagi. Ja po prostu uwielbiałem się dobrze bawić. Tylko jednemu nauczycielowi podobały się moje rysunki, zabierał je nawet ze sobą do domu. Szkoła powinna dawać człowiekowi czas na rozwój, zachęcać go do zgłębiania zainteresowań. Ja zawsze interesowałem się sztuką i przez wiele lat byłem najlepszy w klasie, ale jakoś żadnego z nauczycieli to nie obchodziło. Byłem rozczarowany, gdy oblałem sztukę na egzaminach O-level, ale ostatecznie to olałem. Oni chcieli tylko, żeby było porządnie, a ja nigdy nie byłem porządny. Często mieszałem wszystkie kolory. Jedno z zadań polegało na wykonaniu rysunku pod tytułem Podróż. Namalowałem garbusa całego pokrytego brodawkami. Naturalnie im się nie spodobało. Ogólnie muszę przyznać, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Owszem, może i byłem agresywny, ale przynajmniej nie byłem nieszczęśliwy. Zawsze się śmiałem. W końcu i tak ciągle wyobrażałem sobie, że jestem bohaterem Just William”.

Pod koniec szkoły John zainteresował się muzyką rozrywkową, choć Mimi nigdy tego nie pochwalała. Nie lubiła, gdy śpiewał piosenki pop, których jako mały chłopiec uczył się z radia. John nie miał żadnego wykształcenia muzycznego, ale jako tako nauczył się sam grać na harmonijce, którą okazyjnie kupił mu wujek George.

„Wysłałabym go we wczesnym dzieciństwie na jakieś lekcje muzyki – mówi Mimi – na fortepian albo skrzypce, ale nie chciał. Nie interesowało go nic, co było związane z nauką. On chciał mieć wszystko od ręki, a nie tracić czas na naukę. Jedyna zachęta do pójścia w stronę muzyki, jaką John kiedykolwiek usłyszał, pochodziła od kierowcy autobusu z Liverpoolu do Edynburga. Co roku wysyłaliśmy go do mojej siostry i jego kuzynów w Edynburgu. Dostał akurat od George’a starą, używaną harmonijkę i grał na niej przez całą drogę, działając pewnie wszystkim na nerwy. Ale kierowcy autobusu bardzo przypadł do gustu. Gdy dotarli do Edynburga, powiedział Johnowi, że jak przyjdzie na dworzec na drugi dzień z samego rana, to dostanie zupełnie nową harmonijkę. Całą noc nie mógł zasnąć i bladym świtem już czekał na stacji. Co więcej, to była naprawdę dobra harmonijka. John mógł mieć wówczas dziesięć lat. Tak właśnie wyglądała ta pierwsza zachęta. Kierowca na pewno sam nie wiedział, co rozpętał”.

Jeśli już słuchał piosenek popowych, były to na przykład utwory Johnniego Raya czy Frankiego Laine’a. „Ale nie zwracałem na nie specjalnej uwagi”, wspomina. Nikt nie zwracał na nie szczególnej uwagi, a już na pewno nie chłopcy w Anglii w wieku Johna Lennona. Aż do połowy lat pięćdziesiątych muzyka popularna była dość oderwana od rzeczywistości. Praktycznie w całości pochodziła z Ameryki, a tworzyli ją profesjonaliści z show-biznesu w pięknych garniturkach z pięknymi uśmiechami na twarzach, którzy śpiewali piękne ballady, głównie dla ekspedientek i młodych mam.

Potem wydarzyły się trzy istotne rzeczy. 12 kwietnia 1954 roku zespół Bill Haley & His Comets nagrał Rock Around the Clock. Zanim piosenka ta przyjęła się w Wielkiej Brytanii, minął rok. Ale gdy w końcu nastąpił ten moment, za sprawą wykorzystania jej jako tematu muzycznego w filmie Szkolna dżungla, rock and roll rozlał się falą po kraju, a sale kinowe w zastraszającym tempie zaczęły się zamieniać w sale koncertowe.

Drugie wydarzenie miało miejsce w styczniu 1956 roku, gdy Lonnie Donegan wydał Rock Island Line. Mimo mylącego tytułu30 utwór ten nie miał wiele wspólnego z szaloną muzyką rockandrollową. Nowością było natomiast to, że zagrano ją na instrumentach, na których grać mógłby każdy. Lonnie Donegan spopularyzował muzykę skifflową31. Po raz pierwszy każdy mógł popróbować bycia muzykiem, mimo braku wykształcenia muzycznego, a nawet talentu. Nawet na najtrudniejszym z instrumentów typowych dla skiffle – gitarze – mógł zagrać każdy, kto opanował kilka podstawowych chwytów. Inne instrumenty, jak tarka do prania czy wiadro, nadawały się dla pierwszego lepszego głupka.

Trzecim i w pewnym sensie najbardziej ekscytującym wydarzeniem w muzyce pop w latach pięćdziesiątych okazało się pojawienie nikogo innego jak najbardziej wpływowej osoby w świecie muzyki popularnej przed erą Beatlesów – Elvisa Presleya. On również zaistniał na początku 1956 roku, a już w maju tego rokuHeartbreak Hotelbył w czołówce list przebojów w czternastu różnych krajach. W pewnym sensie pojawienie się kogoś takiego jak Elvis było nieuniknione. Wystarczyło popatrzeć na Billa Haleya – przysadzisty, o wyglądzie pana w średnim wieku, totalnie aseksualny – by zrozumieć, że ta nowa, ekscytująca muzyka, ten cały rock and roll, w końcu musi doczekać się równie ekscytującego wykonawcy. I istotnie, rock and roll rzucił na kolana całą młodzież, a Elvis był ekscytującym piosenkarzem i wykonywał ekscytujące piosenki. „Przed Elvisem mało co robiło na mnie wrażenie”, mówi John. Wszyscy Beatlesi, tak jak miliony ich rówieśników, byli pod wrażeniem. Wszyscy mają z tego okresu podobne wspomnienia – w każdej klasie, w każdej szkole i na każdym podwórku jak grzyby po deszczu powstawały zespoły. Jednej nocy w samym Liverpoolu potrafiło odbywać się ze sto imprez tanecznych, a zespoły skifflowe ustawiały się w kolejce, by wystąpić. Po raz pierwszy od wielu pokoleń muzyka przestała być własnością muzyków. Każdy mógł spróbować swoich sił. To tak, jakby małpom rozdać przybory do malowania. Któraś w końcu stworzy coś wielkiego.

John Lennon nie miał ani gitary, ani żadnego innego instrumentu, gdy zaczęło się całe to szaleństwo. Pożyczył gitarę od jednego z chłopaków ze szkoły, ale okazało się, że nie umie na niej grać, więc zaraz ją oddał. Wiedział za to, że Julia umie grać na banjo, więc udał się właśnie do niej. Mama kupiła mu używaną gitarę za dziesięć funtów. Na gitarze była naklejka z napisem: „Gwarancja, że nie pęknie”. Wziął kilka lekcji, ale jakoś nie mógł się nauczyć. Julia pokazała mu więc kilka chwytów na banjo. Pierwszą melodią, jaką zdołał opanować, było That’ll Be the Day32.

Ćwiczył, kiedy Mimi nie było w domu. Gdy wracała, kazała mu zamykać się na oszklonym ganku i tam grać i śpiewać dla siebie samego. „Gitara jest w porządku jako hobby – mawiała z częstotliwością dziesięciu razy na dzień – ale z niej nie wyżyjesz”.

„W końcu założyliśmy z chłopakami ze szkoły zespół. O ile pamiętam, kumpel, który wpadł na ten pomysł, ostatecznie nie dostał się do składu. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w jego domu. Na gitarze grał Eric Griffiths, na tarce do prania Pete Shotton, był też Len Garry, Colin Hanton na perkusji i Rod na banjo. Pierwszy raz wystąpiliśmy na Rose Street w ramach obchodów Dni Imperium. Wszyscy świętowali na ulicy, a my graliśmy z przyczepy ciężarówki. Nie dostaliśmy za ten występ kasy ani nic. Potem dawaliśmy koncerty za grosze na wszystkich imprezach u chłopaków i na weselach. W sumie to graliśmy głównie dla zabawy”.

Nazwali się The Quarrymen33, a jakże. Wszyscy członkowie ubierali się w styluteddy boysów, a włosy zaczesywali do tyłu na brylantynę, jak Elvis. John był największy z nich wszystkich i między innymi dlatego matki ostrzegały swych synów, by trzymali się od niego z daleka. Nie musiały nawet same go widzieć – wystarczyło, że słyszały krążące o nim opowieści. Podczas tych pierwszych kilku miesięcy 1956 roku, gdy John rzekomo ostro przykładał się do nauki, wszystko było jeszcze na pół gwizdka i bez jakiejkolwiek regularności. Czasami nawet kilka tygodni mijało bez grania. Była też spora rotacja muzyków, w zależności od tego, kto akurat się pojawił na imprezie lub kto miał po prostu ochotę spróbować. „To była tylko zabawa w zakładanie zespołu – mówi Pete Shotton. – Skiffle był na fali, więc każdy coś tam kombinował po swojemu. Ja grałem na tarce do prania, bo nie miałem zielonego pojęcia o muzyce. Kumplowałem się z Johnem, więcmusiałem być w zespole”.

Z Johnem w roli lidera kłótnie były na porządku dziennym, wskutek czego wiele osób rezygnowało z gry. „Kłóciłem się z nimi, bo chciałem ich zmusić do odejścia. Jak się ktoś zaczynał stawiać, nie było odwrotu – wylatywał z zespołu”. Jeden ze stałych członków, Nigel Whalley, grywał od czasu do czasu, ale głównie zajmował się ugadywaniem występów, czyli działał jako menedżer.

W tym samym czasie w Liverpool Institute działo się dokładnie to samo – zespoły mnożyły się w zastraszającym tempie, choć na przykład Ivan Vaughan przyprowadził Lena Garry’ego z Institute do zespołu Johna. Transfer wydawał się całkiem udany.

6 lipca 1957 roku Ivan przyprowadził jeszcze jednego kumpla ze szkoły, by poznać go z Lennonem. „Wiedziałem, że to był spoko koleś – mówi Ivan – tylko takich poznawałem z Johnem”. Chłopcy poznali się przy okazji odpustu w parafialnym kościele w Woolton, położonym niedaleko domu Johna. John znał tam kilka osób i wyprosił pozwolenie na występ zespołu. Ivan sporo opowiadał w szkole o Johnie i jego kapeli. Wiedział, że jego kumpel interesuje się tego typu działalnością, choć sam Ivan nie miał pociągu do grania.

„Mimi powiedziała mi tego dnia, że w końcu dopiąłem swego – mówi John. – Teraz byłem prawdziwym teddy boyem. Tego dnia chyba wszyscy byli mną zdegustowani, nie tylko Mimi. Dziś patrzę na swoje zdjęcia z tego występu w Woolton. Ależ byłem gołowąsem”. Wspomnienia Johna z tamtego dnia są lekko mgliste. Upił się, choć do pełnoletności brakowało mu jeszcze kilku lat. Za to są tacy, którzy pamiętają ten dzień bardzo wyraźnie, zwłaszcza kolega, którego przyprowadził Ivan – Paul McCartney. „To właśnie tego dnia – mówi John – kiedy poznałem Paula, wszystko nabrało tempa”.

Rozdział 3Paul

Paul, a właściwie James Paul McCartney, przyszedł na świat 18 czerwca 1942 roku w prywatnym oddziale położniczym szpitala Walton w Liverpoolu i był jedynym Beatlesem, któremu dane było urodzić się w takich luksusach. Mimo że jego rodzina należała do klasy robotniczej, a wokół szalała wojna, przyjście Paula na świat odbyło się w tak wyjątkowych warunkach, ponieważ swego czasu jego matka była przełożoną na tymże oddziale. Gdy miała rodzić swe pierwsze dziecko, Paula, potraktowano ją więc po królewsku. Mary Patricia zrezygnowała z pracy w szpitalu zaledwie rok wcześniej, gdy wyszła za ojca Paula i została opiekunką środowiskową. Jej nazwisko panieńskie brzmiało Mohin i, podobnie jak jej mąż, miała irlandzkie korzenie.

Jim McCartney – ojciec Paula – zaczął pracować już jako czternastolatek. Był chłopcem od próbek w firmie A. Hannay and Co., zajmującej się handlem bawełną, z siedzibą przy Chapel Street w Liverpoolu. W przeciwieństwie do żony Jim nie był katolikiem, zawsze uważał się za agnostyka. Urodził się w 1902 roku. Oprócz niego w domu było jeszcze dwóch braci i trzy siostry.

Jim miał duże szczęście, że zaraz po szkole dostał pracę w przemyśle bawełnianym. Przemysł ten był bowiem wówczas w rozkwicie, a Liverpool stanowił główny port importowy dla bawełny przeznaczonej do fabryk w hrabstwie Lancashire. Kto załapał się do tej branży, był ustawiony na całe życie. Jako chłopiec od próbek Jim McCartney zarabiał sześć szylingów tygodniowo, a jego zadanie polegało na bieganiu od kupca do kupca i prezentowaniu próbek bawełny. Firma Hannay sprowadzała, sortowała i klasyfikowała bawełnę, którą następnie sprzedawano do fabryk. Jim dobrze się spisywał, więc w wieku dwudziestu ośmiu lat awansował na sprzedawcę bawełny, co dla prostego chłopaka było nie lada sukcesem – sprzedawcy bawełny wywodzili się bowiem zazwyczaj z klasy średniej. Jim zawsze wyglądał schludnie i szykownie, z uśmiechem na swej okrągłej twarzy o delikatnych rysach.

Gdy otrzymał swój wielki awans, zaczął zarabiać dwieście pięćdziesiąt funtów rocznie – pensja nie zawrotna, ale godziwa. Jim był za młody, by walczyć, gdy wybuchła I wojna światowa, i za stary, gdy wybuchła II, chociaż z całkowitym ubytkiem słuchu w jednym uchu – na skutek pęknięcia błony bębenkowej, gdy spadł z murku jako dziesięciolatek – i tak nie otrzymałby powołania. Został za to powołany do innych zadań związanych z wojną. Gdy giełda bawełniana została zamknięta z powodu wybuchu wojny, firma wysłała go do pracy z zakładach inżynieryjnych Napiers.

W 1941 roku, w wieku trzydziestu dziewięciu lat Jim poślubił Mary Patricię. Przeprowadzili się na stancję w Anfield. W czasie gdy na świat przyszedł Paul, w ciągu dnia Jim pracował dla Napiers, a wieczorami dorabiał jako strażak. Mógł odwiedzać żonę na porodówce, kiedy tylko chciał, nie trzymając się wizyt o wyznaczonych godzinach, ze względu na specjalne względy na oddziale położniczym.

„Wyglądał paskudnie. Nie mogłem tego przeżyć. Koszmar. Jedno oko miał otwarte i stale pojękiwał. Gdy podnieśli go do góry, przypominał kawałek surowego, czerwonego mięsa. Wróciłem do domu i rozpłakałem się – po raz pierwszy od wielu lat”. Mimo że żona pracowała w szpitalu, Jim nie znosił wszelkich chorób i dolegliwości. Na sam zapach szpitala stawał się spięty i lęk ten przekazał Paulowi. „Za to na drugi dzień już bardziej przypominał człowieka i z każdym dniem było coraz lepiej. Ostatecznie wyrósł na ślicznego chłopca”.

Pewnego dnia, gdy Paul bawił się w przydomowym ogrodzie, mama spostrzegła, że jest cały umorusany. Stwierdziła, że mocno zanieczyszczona dzielnica robotnicza nie jest odpowiednim miejscem dla dziecka, i uznała, że czas się przeprowadzić. Ponieważ praca nad silnikami Sabre dla zakładów Napiers traktowana była jako praca dla Royal Air Force, Jimowi przysługiwał dom na osiedlu Knowlsely w miasteczku Wallasey. Było to osiedle domów komunalnych, z których część była zarezerwowana dla pracowników Ministerstwa Sił Powietrznych. „Nazywaliśmy je półdomami, bo były malusieńkie, w środku z gołej cegły. Ale lepsze to niż stancja, jak się mieszka z małym dzieckiem”.

Jim zakończył współpracę z Napiers jeszcze przed końcem wojny i został przeniesiony do Liverpoolu jako tymczasowy inspektor w Miejskich Zakładach Oczyszczania Miasta. Do jego obowiązków należało kontrolowanie pracy śmieciarzy. Ponieważ Jim otrzymywał raczej skromne wynagrodzenie, jego żona zdecydowała się na powrót do pracy w charakterze opiekunki środowiskowej i pracowała aż do narodzin drugiego syna, Michaela, w 1944 roku. Nie przepadała jednak za tym zajęciem, ponieważ czuła się skrępowana pracą na etat, więc ostatecznie wróciła do położnictwa. Zatrudniła się w dwóch szpitalach w charakterze położnej dochodzącej do pacjentek, co oznaczało, że miała pod swoją opieką wszystkie ciężarne kobiety w okolicy. Razem z posadą Mary Patricia otrzymała dom komunalny. Jej pierwszy rewir obejmował Western Avenue w dzielnicy Speke, a drugi Ardwick Road. Co noc była wzywana na wizyty domowe. Jim twierdzi, że żona zawsze za dużo pracowała, więcej niż powinna, ale taki już miała charakter.

Najwcześniejsze wspomnienie Paula, z czasu, gdy miał zaledwie trzy lub cztery lata, związane jest właśnie z mamą. Pamięta, jak ktoś przyniósł jej prezent w postaci gipsowej figurki psa. „To chyba był wyraz wdzięczności za jakiś poród, który przyjęła. Ludzie stale wręczali jej tego typu podarunki. Mam także inne wspomnienie: chowam się przed kimś, a potem uderzam go żelaznym prętem w głowę. Choć w sumie myślę, że jednak to z gipsowym psem jest wcześniejsze”. Paul pamięta też, że mama stale poprawiała jego wymowę. „Mówiłem bardzo niedbale, z regionalnymi naleciałościami, tak jak wszystkie dzieci w okolicy. Gdy mnie krytykowała, przedrzeźniałem jej akcent, czym robiłem jej dużą przykrość, co z kolei wkurzało mnie”.

Paul zaczął chodzić do podstawówki Stockton Wood Road, gdy jeszcze mieszkali w Speke. Mama nie chciała, by uczęszczał do szkoły katolickiej, ponieważ wystarczająco się napatrzyła jako opiekunka środowiskowa i nie darzyła szkół katolickich sympatią. Wkrótce do Stockton Wood Road poszedł Michael. „Pamiętam, że dyrektorka nie mogła się nadziwić, jak dobrze nasi chłopcy dogadują się z młodszymi uczniami – wspomina Jim – i jak się wstawiają za słabszymi. Mówiła, że Michael na pewno będzie jakimś przywódcą, pewnie dlatego, że ciągle się z kimś kłócił. Paul znacznie spokojniej załatwiał swoje sprawy. Miał o wiele więcej zdrowego rozsądku niż brat. Mike zawsze się narażał, za to Paul unikał kłopotów”.

W miarę upływu czasu szkoła zaczynała się przeludniać i część uczniów, w tym Paul i Mike, została przeniesiona do innej podstawówki – Joseph Williams Primary w Gateacre. Z wiekiem Paul stał się jeszcze większym dyplomatą, załatwiając wszystko drogą pokojową – jak mama, a nie hałaśliwie – jak brat. „Kiedyś spuściłem Michaelowi lanie, bo coś przeskrobał – opowiada Jim. – Paul stał obok i krzyczał do brata: »Powiedz, że to nie ty, to przestanie cię bić«. Ostatecznie Mike przyznał się do winy, za to Paul zawsze potrafił się wyłgać od odpowiedzialności”. „Byłem dość cwany – przyznaje Paul. – Zawsze, gdy dostałem za coś burę, szedłem do sypialni rodziców, jeśli nie było ich w domu, i targałem u samego dołu ich koronkowe firanki. Nie za dużo, tylko troszeczkę. To była moja zemsta”.

Paul bez problemu zdał egzamin Eleven Plus34 i poszedł do najlepszej szkoły ogólnokształcącej w mieście – Liverpool Institute. Szkoła ta powstała w 1825 roku jako Mechanics’ Institute i właśnie stąd wywodzi się jej nazwa. Liverpool Art College, który mieści się w tym samym budynku, był do lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku częścią Institute. Z tych samych korzeni wyrósł później Uniwersytet w Liverpoolu. Na przełomie wieków szkoła zmieniła profil i przyjmowała tylko chłopców, zrezygnowano też z kursów dla dorosłych. Do sławnych absolwentów Institute należą Arthur Askey35, James Laver36, Sędzia Sądu Apelacyjnego John William Morris oraz zmarły niedawno Sydney Silverman37.

Michael również dostał się do tej samej szkoły, ale szybko trafił do klasy ze słabszymi uczniami. Paul uczył się bardzo dobrze i zawsze był wśród najlepszych w klasie.

„Potrafił jednocześnie odrabiać lekcje i oglądać telewizję – mówi Jim. – Ganiłem go za to, sądząc, że nie da się robić obu tych rzeczy naraz, ale pewnego razu spytałem go, co właśnie ogląda i oczywiście od razu odpowiedział, co leci w telewizji, a w tym czasie zdążył też napisać wypracowanie. Był wystarczająco mądry, by pójść na studia. Zawsze marzyłem, by tak właśnie się stało. Chciałem, żeby zdobył tytuł licencjata nauk społecznych albo technicznych i wtedy byłby ustawiony. Ale gdy Paul zorientował się, co mi chodzi po głowie, od razu zaczął robić mi na złość i opuścił się w nauce. Zawsze był dobry z łaciny, ale gdy tylko powiedziałem, że łacina przyda mu się na studiach, natychmiast sobie odpuścił”.

W szkole średniej Paul był bodaj najbardziej uświadomionym seksualnie chłopcem w klasie. Od wczesnych lat wiedział wszystko, no, może prawie wszystko o tych sprawach. „Kiedyś narysowałem taki sprośny rysunek dla kolegów z klasy. To właśnie ja byłem w mojej klasie tym, który zajmował się takimi rysunkami. Ten był na złożonej kartce papieru, tak że początkowo widać było tylko głowę i stopy kobiety, ale jak się rozłożyło kartkę, ukazywała się cała nagusieńka. Typowy obrazek uczniaka. Dorzuciłem nawet owłosienie łonowe, choć oczywiście nie miałem pojęcia, jak wygląda. Nieopatrznie zostawiłem rysunek w kieszeni koszuli, w której zazwyczaj trzymałem kupony na stołówkę i którą mama zawsze przeszukiwała przed praniem, wiedząc, że często ich nie wyjmuję.

Wróciłem pewnego dnia ze szkoły, a w progu stoi mama z rysunkiem w dłoni i pyta: »To twoje dzieło?«. Powiedziałem, że nie, słowo honoru. Powiedziałem, że to Kenny Alpin, taki chłopak z naszej klasy, i że pewnie włożył mi to do kieszeni. »Przyznałbym się, gdybym to ja to narysował«. Przez dwa dni udało mi się trzymać tej wersji. Potem się przyznałem. Koszmarny wstyd”.

Na zakończenie pierwszej klasy, gdy zdobył dziewięćdziesiąt procent na teście z łaciny, uznał, że ma dość szkoły. „W pierwszej klasie byłem jeszcze potulny jak baranek. Nie wychylałem się i przykładałem do pracy, bo wydawało mi się, że tego się ode mnie oczekuje. A potem jakoś wszystko zrobiło się mętne. Ani razu przez całą pierwszą klasę nikt mi jasno i wyraźnie nie powiedział, po co mi ta cała edukacja, jaki to wszystko ma sens. Owszem, tata ciągle ględził o tym, jak to potrzebne są w życiu dyplomy i takie tam, ale go nie słuchałem. Za często człowiek to słyszał. Nasi nauczyciele po prostu lali nas po łapach linijkami albo opowiadali jakieś farmazony o wakacjach w Walii i o służbie w wojsku. Praca domowa to była dopiero nuda. Po prostu nie mogłem wytrzymać w domu nad lekcjami, zwłaszcza w letnie wieczory, gdy wszystkie dzieciaki bawiły się na zewnątrz. Naprzeciwko naszego domu w Ardwick było takie duże pole, które widziałem z okna, i patrzyłem, jak się wszyscy świetnie bawią. W naszej okolicy nie było za wielu uczniów z Institute. Mnie nazywali budyniem z College’u, pieprzonym budyniem z College’u. Tak mnie nazywali.

Marzyłem tylko o kobietach, pieniądzach i ciuchach. Trochę nawet kradłem, na przykład fajki. Wchodziliśmy z chłopakami do sklepów, gdy właściciel był akurat na zapleczu, i zwijaliśmy kilka sztuk, zanim zdążył wrócić. Przez całe lata moim największym marzeniem było sto funtów. Myślałem, że za taką forsę kupię sobie dom, gitarę i samochód. Także gdybym faktycznie miał kasę, chyba bym oszalał”.

Mimo wszystko Paul całkiem dobrze się uczył. W 1953 roku otrzymał za swój esej szkolną nagrodę w postaci książki Geoffreya Trease’a Seven Queens of England38, wydaną przez wydawnictwo Heinemann, którą do dziś ma w swych zbiorach. Zawsze dostawał dobre stopnie z wypracowań. „Pamiętam, jak raz wizytator zapytał, jakim cudem napisałem tak szczegółowe wypracowania na temat speleologii. A ja po prostu słyszałem o tym audycję, leżąc w łóżku ze słuchawkami na uszach – uwielbiałem te słuchawki, można było wieczorami słuchać radia w łóżku. Co za szkoła wyobraźni”.

Jim zamontował dwie pary słuchawek sięgające do łóżka każdego z synów. To był jego sposób na wygonienie ich do łóżek w miarę wcześnie i zarazem środek zaradczy na kłótnie. Chłopcy sporo się kłócili, choć nie więcej niż przeciętne rodzeństwo. Michael nazywał Paula złośliwie „Grubaskiem”. „Paul był prześlicznym dzieckiem, miał wielkie oczy i długie rzęsy – wspomina Jim. – Ludzie często mówili: »Kiedyś złamie niejedno serce«”. Ale jako nastolatek przeszedł fazę, gdy był dość pulchny”.

Rodzina McCartneyów wyprowadziła się z Ardwick, gdy Paul miał około trzynastu lat. Mama porzuciła pracę położnej, choć później jeszcze wróciła do zawodu opiekunki środowiskowej. Dostali dom czynszowy pod numerem dwudziestym przy Forthlin Road w Allerton, gdzie Paul spędził resztę dzieciństwa. Dom mieści się w rzędzie dość niskich szeregowców, jest przyciasny i niezbyt okazały, ale za to elegancki i schludny. Ulica Menlove Avenue znajduje się zaledwie trzy kilometry dalej. Wkrótce po przeprowadzce Mary Patricia zaczęła odczuwać dziwne bóle w okolicach piersi. Paul miał wówczas czternaście lat. Bóle powracały przez kolejne trzy–cztery tygodnie, ale Mary Patricia wzięła je za oznaki menopauzy. Miała wówczas czterdzieści pięć lat. „To musi być już ta zmiana”, mawiała do Jima. Mówiła o swoich kłopotach różnym lekarzom, ale wszyscy zgodzili się z jej diagnozą i radzili, by się tym nie przejmować. Ale bóle nie mijały, a nawet przybierały na sile. Pewnego dnia Michael wszedł do domu i zastał matkę we łzach. Pomyślał, że to pewnie z powodu złego zachowania jego i Paula. „Naprawdę potrafiliśmy im ostro dawać w tyłek”, wspomina. Nie zapytał, jaki był powód płaczu, a i ona sama się nie przyznała, ale tym razem postanowiła zasięgnąć opinii specjalisty. Lekarz zdiagnozował raka. Poddano ją operacji, której nie przeżyła. Wszystko zamknęło się w przeciągu miesiąca, odkąd bóle zaczęły być wyjątkowo silne.

„Załamałem się – wspomina Jim. – Nie potrafiłem tego wszystkiego zrozumieć. Co za koszmar dla naszych chłopców, zwłaszcza dla Michaela, który miał dopiero dwanaście lat i był z nią bardzo zżyty. Nie byli załamani ani nic takiego. Ta tragedia docierała do nich dość powoli”.

„Nie pamiętam za dobrze tego dnia, gdy się dowiedzieliśmy – mówi Michael. – Pamiętam tylko, że jeden z nas, nie wiem już dziś który, powiedział jakiś idiotyczny, żartobliwy komentarz. Przez wiele kolejnych miesięcy nie mogliśmy sobie tego darować”. Paul pamięta to dokładnie. „To byłem ja. W pierwszym odruchu powiedziałem: »Jak my sobie poradzimy bez jej pensji?«”. Za to każdy z nich tej nocy płakał cicho w poduszkę. Przez długi czas Paul modlił się co noc, by wróciła. „Durne modlitwy w stylu: jeśli przywrócisz ją do życia, to już zawsze będę grzeczny. To chyba pokazuje, jak głupia jest religia, bo widzisz, modlitwy nie zadziałały wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebowałem”. Kilka pierwszych dni od pogrzebu chłopcy spędzili w domu ciotki Jinny. „Wydaje mi się, że tata po prostu nie chciał, żebyśmy widzieli jego cierpienie – mówi Paul. – U cioci Jinny było beznadziejnie. Musieliśmy spać w jednym łóżku”.

Za to największy problem miał teraz Jim, który nigdy wcześniej nie zajmował się domem, bo o wszystko dbała żona. Teraz, jako pięćdziesięciotrzyletni mężczyzna, został z dwójką dzieci w wieku dwunastu i czternastu lat, czyli w najtrudniejszym okresie życia. Do tego dochodziły problemy finansowe. Jako położna żona zarabiała więcej niż on, co tak okrutnie skomentował Paul. W 1956 roku jego pensja wynosiła osiem funtów tygodniowo. Każdy inny robotnik zaczynał w tym okresie odczuwać rosnącą koniunkturę, ale branża bawełniana, w której Jim miał być rzekomo ustawiony na całe życie, akurat przeżywała kryzys. Nieocenioną pomocą okazały się w tym okresie jego dwie siostry – Milly i Jinny. Co tydzień jedna z nich wpadała porządnie wysprzątać dom. Gdy chłopcy byli mali, często przychodziły, by otworzyć im drzwi, gdy wracali ze szkoły.

„Najgorzej było zimą – wspomina Jim. – Chłopcy musieli samodzielnie rozpalać ogień po powrocie ze szkoły. Ja za to miałem na głowie gotowanie. Mój największy dylemat dotyczył tego, jakim rodzicem powinienem być. Gdy żyła żona, ja byłem tym od dyscypliny. Wkraczałem w trudnych sytuacjach, gdy potrzebna była twarda ręka ojca. Od miłości i troski była ona. Gdy czasem posyłaliśmy ich do łóżka bez kolacji w ramach kary, to ona zanosiła im coś do sypialni, choć najczęściej za moją namową. Nagle musiałem zdecydować, czy mam być ojcem, czy matką, czy może jednym i drugim. A może powinienem bardziej polegać na nich i wprowadzić model przyjacielski, w ramach którego każdy pomaga każdemu. Musiałem nauczyć się im ufać. Mówiłem zawsze: nie wracajcie ze szkoły do domu, jeśli nie ma tu żadnej z waszych ciotek. Inaczej zapraszaliby kolegów i roznieśliby ten dom na kawałki. Czasem po powrocie do domu stwierdzałem, że z lodówki zniknęło pięć jajek. Na początku nie chcieli się przyznawać i twierdzili, że nie wiedzą, co się z nimi stało. Potem dopiero nagle któryś mówił, że faktycznie poczęstowali kolegów jajkami sadzonymi. Ogólnie chłopcy byli grzeczni, ale i tak brakowało mi ich matki. Jej śmierć zupełnie mnie zaskoczyła”.

Michael nie rozumie, jak ojcu udało się przetrwać ten okres. „Byliśmy okropni, okrutni nawet. A on był, kurczę, niesamowity. I to przez cały ten czas bez kobiety u boku. Nie wyobrażam sobie tego. Paul wiele zawdzięcza ojcu. Obaj wiele mu zawdzięczamy”. Synowie uwielbiali naśmiewać się z jego dwóch ulubionych nauk życiowych. „Oto on i jego dwa owania”, mawiali. Jim zawsze powtarzał im, że w życiu najważniejsze jest tolerowanie i umiarkowanie. „Tolerowanie innych naprawdę jest szalenie ważne – mówi Jim. – Chłopcy naśmiewali się z ludzi z ułomnościami, jak to dzieci. Pytałem ich wówczas, czy sami chcieliby być w takiej sytuacji. A co do umiarkowania, bez tego wpada się nierzadko w ciężkie tarapaty. Ciągle się słyszy, jak ludzie mówią: »Powiesiłbym drania«, ale nie zastanawiają się, co mogłoby danej osobie realnie pomóc”.

Jim zawsze rozważa, co jest dla ludzi najlepsze. Ma wrodzony czar i dla każdego jest uprzejmy, ale zupełnie nie w typie czarującego sprzedawcy. Jest w nim głęboko zakorzeniona, autentyczna uprzejmość. W rękach mniej troskliwego i uczuciowego ojca chłopcy łatwo mogli zejść na złą drogę po śmierci matki. Po niej Paul odziedziczył pracowitość i zaangażowanie. Jest jednym z tych, którzy zawsze dochodzą do celu, jeśli są wystarczająco zdeterminowani.

W pewnym sensie Paul, tak samo jak John, gardził szkołą i całym systemem przekazywania sztucznie utrwalonych zasad postępowania. Ale zawsze była w nim też silna potrzeba, by nie zawieść samego siebie. Potrafił zmusić się do wytężonej pracy, nawet jeśli odbywało się to na zasadzie niesystematycznych zrywów, by jakoś podołać wszystkim zadaniom. John z kolei buntował się i odmawiał współpracy. Paul by tak nie potrafił. Michael twierdzi, że śmierć matki zaowocowała jedną konkretną rzeczą w przypadku Paula: „Zaczęło się zaraz po tym, jak umarła. To była obsesja. Zawładnęła całym jego życiem. Czy to jest faktycznie tak, że traci się matkę, a znajduje gitarę? Nie wiem. Być może akurat wtedy wpadła mu w ręce i stała się idealną formą ucieczki. Ale od czego?”.

Rozdział 4Paul i The Quarrymen

W dzieciństwie Paul nie przejawiał zainteresowania muzyką. Rodzice wysłali nawet obu synów na kilka lekcji gry na pianinie, ale nic z tego nie wyszło. „Popełniliśmy błąd, że zorganizowaliśmy te lekcje w czasie wakacji – mówi Jim. – Nauczyciel gry przychodził do nas, a dzieciaki z sąsiedztwa co chwilę pukały do drzwi, pytając, czy chłopcy mogą wyjść się pobawić. Postanowiłem więc, że lepiej będzie wysyłać ich do domu nauczyciela, ale i tak nie wytrzymali zbyt długo”.

Jim chciał też, by Paul zapisał się do Liverpoolskiego Chóru Katedralnego. „Kazałem mu iść na przesłuchanie, ale na złość zaśpiewał łamiącym się głosem. Później sam na jakiś czas zapisał się do Chóru Świętego Barnaby niedaleko Penny Lane”. Jeszcze później wujek podarował Paulowi starą trąbkę i chłopcu udało się nawet opanować samodzielnie kilka melodii. Talent do gry ze słuchu odziedziczył po ojcu. Jako młody chłopak Jim nauczył się grać na pianinie. Był jedynym spośród wszystkich rodziców Beatlesów, który miał jakiekolwiek doświadczenie muzyczne. „Nigdy nie brałem lekcji. Jakoś sam trafiałem we właściwe akordy, grając na starym, używanym pianinie, które dostaliśmy, gdy miałem jakieś czternaście lat i mieszkaliśmy w Everton. Pianino pochodziło ze sklepu North End Music Stores, czyli NEMS. Pamiętam, że tak właśnie się nazywało. Miałem dobre wyczucie rytmu i potrafiłem zagrać większość zasłyszanych melodii. Nigdy się nie zbłaźniłem”.