Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Stina Seger – wraz z dwiema najlepszymi przyjaciółkami, Amelie i Karoliną – wybiera się na wakacje do Hiszpanii. Kiedy wraca do domu w Szwecji, pogodny nastrój kobiety ulega diametralnej zmianie. Wbrew jej woli zostaje przeniesiona do wydziału cold case, zajmującego się niewyjaśnionymi sprawami z przeszłości.
Na domiar złego Amelie nagle znika bez śladu, a Stinie nie wolno angażować się w tę sprawę. Policjantka ignoruje jednak polecenia przełożonych i trafia w sam środek niebezpiecznej rozgrywki, w której prawda miesza się z kłamstwem. Funkcjonariuszka wkrótce orientuje się, że rozwiązanie zagadki znajduje się o wiele bliżej, niż myślała na początku. Oby tylko zdążyła w porę uratować swoją przyjaciółkę…
„Więzy krwi” to utrzymana w klaustrofobicznym klimacie opowieść o kłamstwach i tajemnicach z przeszłości. To również trzecia część serii przedstawiającej losy niepokornej i buntowniczej Stiny Seger.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 279
Rok wydania: 2024
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Råttfångaren
Przekład z języka szwedzkiego: Patrycja Włóczyk-Nastały
Copyright © Kamilla Oresvärd, 2024
This edition: © Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S, Copenhagen 2024
Projekt graficzny okładki: Mette Breth
Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz
Korekta: Aneta Iwan
ISBN 978-91-8076-143-7
Konwersja i produkcja e-booka: www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S
Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.wordaudio.se
Prolog
Miękkie światło wydobywa piękno ich opalonej skóry oraz błyszczących oczu. Słychać perlisty śmiech, a rozmowie towarzyszy szum morza wdzierającego się na plażę przed ogródkiem restauracyjnym.
Od czasu do czasu zapalają papierosa i zaciągają się z rozkoszą, po czym wydmuchują dym, który unosi się na łagodnej morskiej bryzie, by w końcu rozpłynąć się w ciemnościach. Czasami wiatr zawraca i, jakby się drocząc, niesie lekki zapach fajek zmieszany z korzennymi perfumami. Kiedy zamykam oczy i podnoszę głowę, mogę się nim sztachnąć.
Na stole przed nimi leży niedojedzona kolacja. Uśmiechają się do młodego kelnera i z gracją pomagają mu pozbierać talerze oraz kieliszki. Ich białe zęby lśnią, gdy różowe języki przesuwają się po pełnych ustach i zlizują ostatnie krople wina. Posyłają mu przyjazne uśmiechy, gdy odpowiada na ich pytania, a ja widzę, jak wyciera spocone dłonie w poplamiony fartuch, żeby porządnie chwycić stos talerzy. Pewnym ruchem podnosi je do góry, a na jego umięśnionych ramionach uwidaczniają się niebieskie, napięte żyły. Jego czarne oczy błyszczą, gdy lawiruje z talerzami pomiędzy ciasno ustawionymi stolikami, a czarny kucyk podskakuje rytmicznie na karku, kiedy znika za drzwiami wahadłowymi w głośnej kuchni. Niemal wyczuwam jego ulgę, gdy oddala się od ich uwodzicielskich spojrzeń.
Nie są same. Towarzyszą im młodsze i starsze dzieci. Poziomkowe usta dziewczynek i ich niewinne oczy się uśmiechają. W jednej chwili rozmawiają, a już w następnej popijają colę i owijają palce różową gumą do żucia. Mają na sobie spódniczki, zdecydowanie za krótkie i odsłaniające gołe, brązowe nogi, gładkie niczym aksamit. Odgarniają miękkie blond kosmyki z pięknych twarzy, a na ich smukłych przedramionach pobrzękują bransoletki. Chłopak ma ciemne, kręcone włosy, które odrzuca z czoła. Jest poważniejszy od całego towarzystwa, lecz gdy schodzi nad morze i bawi się z malcem, też się śmieje.
Przyglądam się temu wszystkiemu. Obrazy przesuwają mi się przed oczami, gdy tak siedzę w tym restauracyjnym ogródku, a wokół mnie zapada śródziemnomorska ciemność. Siedzę tak, w ciszy i pustce, jeszcze długo po ich zniknięciu. Długo po tym, jak uśmiechnięci i roześmiani odchodzą nadmorskim deptakiem, trzymając się pod rękę.
Tkwię tak, dopóki lokal nie opustoszeje, lampy nie zgasną, a poplamione obrusy nie znikną ze stołów. Pozwalam się otulić cichej, czarnej nocy pieszczącej moje gołe ramiona. Siedzę tam, póki para czarnych oczu i okrągła taca z rachunkiem nie wyrwą mnie z zamyślenia i nie wygonią samej w ciemną noc. Wsuwam dłoń do kieszeni i tak mocno zaciskam ją wokół kamyka, że ten wbija mi się w ciało. Ta chwila jest początkiem.
1
Dwa kieliszki wina i lunch zalegający w żołądku sprawiają, że Stina robi się senna. Tęskni za leżakiem na plaży i szumem fal kołyszących ją do snu. Przestawienie się na leniwy, wakacyjny rytm zajęło jej prawie dwa tygodnie, ale teraz chwilami nawet czuje spokój. Tak jak w tym momencie. Ciepło, spokój, przyjemny wiatr od morza, przyjaciółki i dzieci, które śmieją się i rozmawiają ze sobą, pochłaniając resztki jedzenia. Stina prostuje nogi pod stołem i spogląda na Lilly.
– Pójdziemy przodem – informuje córka, kładąc sztućce na talerzu.
– Okej. – Stina kiwa głową, patrząc, jak nastolatki wstają od stołu. Ależ urosły. Jej córki, czyli Lilly i Annie, oraz Valerie i Vanessa, córki Amelie, wszystkie szwedzkie blondynki, idą slalomem między stolikami i głośno się śmiejąc, wychodzą na nadmorską promenadę w Marbelli. Za nimi, ale trochę wolniej, człapie Joel, syn Caroliny, a obok niego najmłodsze dziecko Amelie, czyli Elliot. Z wyjątkiem Elliota wszyscy są prawie dorośli. Jak to się stało? Jeszcze nie tak dawno bawili się w piaskownicy.
– My chyba też się zbieramy? – sugeruje Carolina.
– Tak – mówi Stina.
Dopijają wino i wstają z wiklinowych krzeseł, na których leżą niebieskie poduszki, po czym opuszczają restaurację Cappuccino i wychodzą na brukowaną promenadę. Na plaży poniżej stoją równe rzędy leżaków pod parasolami przypominającymi hawajskie spódnice. Słońce jest intensywne, więc Stina stara się pozostać w cieniu palm, gdy obie z Caroliną idą w milczeniu. To ich ostatni dzień w Marbelli i dopada je melancholijny nastrój. Żadna z nich nie chce wracać do domu.
Po jakimś czasie kostka brukowa się kończy, a zamiast niej pojawia się żółty, drobny piasek. Nagle Carolina się zatrzymuje. Lekki wiatr podrywa chmurę piaskowego pyłu i trzepocze jej szeroką niebieską spódnicą. Carolina zakłada swoje ciemne loki za ucho, podnosi rękę i pokazuje palcem.
– Tutaj mieszkałam – mówi.
Stina przystaje tuż za nią, patrzy w górę, na ogromny biały dom, prawie całkiem schowany za wysokim kamiennym murem i rozłożystymi liśćmi palm. Dostrzega dwie górne kondygnacje i czerwoną dachówkę.
– Co? – pyta, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Mieszkałaś tu? Ale jak to?
– To tutaj mieszkałam w wakacje pomiędzy szesnastym a osiemnastym rokiem życia – uściśla Carolina, jakby to było coś oczywistego.
Stina spogląda pytająco na Amelie, która również się zatrzymała i teraz rozkłada ręce. Ten duży dom, w tym miejscu, nie jest czymś, co skojarzyłaby z Caroliną. A ona twierdzi, że tu mieszkała?
– Czegoś tutaj nie rozumiem. Przechodziłyśmy tędy pewnie z dziesięć razy, ale nigdy nie wspomniałaś o tym ani słowem – stwierdza Stina.
Carolina spogląda na nią i śmieje się beztrosko.
– Serio?
Stina nie widzi jej oczu ukrytych za okularami przeciwsłonecznymi i przez chwilę nawet się zastanawia, czy Carolina przypadkiem nie żartuje. Ale po siedemnastu latach przyjaźni zna ją zbyt dobrze i zdaje sobie sprawę, że przyjaciółka mówi poważnie. Znowu spogląda na budynek. Naprawdę tu mieszkała? W tym domu? Ale dlaczego nigdy o tym nie wspomniała?
2
Stina chowa się w cieniu parasola. Sięga po telefon i włącza audiobooka, po czym prostuje nogi i wzdycha z zadowoleniem.
– Halo! – woła Amelie, pojawiając się na plaży z lodami. Część szybko rozdaje, a potem biegnie lekkim krokiem po gorącym piasku i wręcza jednego Stinie.
– Dzięki – mówi Stina, obserwując, jak Amelie pochyla się nad drzemiącą Caroliną i kładzie jej loda na plecach rozgrzanych słońcem. Carolina podrywa się z krzykiem.
– Cholera jasna! – wrzeszczy, potrząsając ciemnymi lokami.
– Przynajmniej się obudziłaś – śmieje się Amelie.
– A ty nie chcesz? – pyta Stina, rozrywając papierek i wkładając prawie roztopionego loda do ust.
– Nie, napiję się wody – odpowiada Amelie, siadając na brzegu leżaka Stiny. Bierze kilka łyków wody z butelki i poprawia słomkowy kapelusz z szerokim rondem, po czym spogląda na Stinę. – Masz na nosie czekoladę.
Stina wyciera nos ręką. – Już?
Amelie kiwa głową, a Stina w milczeniu je lody.
– Co będziesz robić po powrocie do domu? – przerywa w końcu ciszę Amelie.
– A o co pytasz?
– O pracę.
– Aha. – Stina dojada loda. Myśli o tym, że kilka słów może ją znowu pogrążyć w mroku. Nie chce myśleć o powrocie do domu. O tym, że urlop zaraz się skończy i że czeka ją powrót do szarej rzeczywistości. – Nie wiem – odpowiada. – W poniedziałek spotkam się z szefem i będziemy o tym rozmawiać.
– Może czeka cię miękki start?
– Aha, już to widzę – mówi Stina i wciskając w piasek patyczek po lodzie, rysuje nim gwiazdki i serduszka. Słowa Amelie przypominają jej o lekarce, u której wylądowała po załamaniu nerwowym. Wydała jej się taka młoda. Miała góra trzydzieści lat. Stinie dźwięczą w uszach jej słowa. Oświadczyła, że wysyła ją na zwolnienie i że Stina musi wypocząć, zanim wróci do pracy. Potem przepisała jej leki i zaleciła psychoterapię. Co najmniej raz w tygodniu.
Stina spogląda na Amelie i wzdycha.
– Nic mi nie jest – zapewnia, rozmazując gwiazdę i czując pod dłonią ciepły piasek. – Nie poprawi mi się od snucia się po domu i roztrząsania tego wszystkiego. Mamie to życia nie wróci, a mnóstwo ludzi potrzebuje mojej pomocy. Policja ma braki kadrowe. Poza tym przecież teraz odpoczywam. – Stina wyrzuca patyczek po lodzie i rozkłada ręce. – Już mnie plecy bolą od tego ciągłego wylegiwania się.
Spojrzenia przyjaciółek się krzyżują, a Stina wie, że miała tego nie zobaczyć.
– No co? – Ponownie rozkłada ręce i zauważa plamę po lodzie waniliowym na ręczniku. – Przecież ja też mogę mieć czasem gorszy moment. Jak wszyscy. Co wcale nie oznacza, że jestem wypalona czy chora – oświadcza, nieudolnie starając się usunąć plamę.
– Ale zrozum, że… – zaczyna Amelie.
– Nie. Nie chcę teraz o tym gadać – przerywa jej Stina, podnosząc rękę. – Ale co do ciebie – mówi do Caroliny relaksującej się na leżaku. – Nigdy nie wspominałaś, że mieszkałaś w tym luksusowym domu w Marbelli.
– Próbujesz zmienić temat?
– Skąd – odpowiada Stina. – Po prostu uważam, że możemy pogadać o czymś innym niż ja i moje zwolnienie lekarskie. To zaczyna być nudne.
– Mnie też ciekawi ta twoja marbellska historia – mówi Amelie, poprawiając kapelusz.
– Co za sensacja – prycha Carolina i unosi brwi.
– Daj spokój – udaje oburzenie Amelie.
– Opowiadaj – prosi Stina.
– W sumie to nie ma o czym.
– Jesteś pewna, że nie możemy tam pójść z wizytą?
Carolina kręci głową ze śmiechem.
– Nie ma szans.
– Co za dom! – mówi Amelie, przewracając oczami.
– Przecież nawet nie wiesz, jaki jest w środku – protestuje Carolina.
– Zgadza się, ale mogę to sobie wyobrazić. To prawdziwy pałac.
Carolina wzrusza ramionami.
– Owszem, jest ładny – stwierdza i wstaje. – Dobra, idę do wody, bo zaraz się roztopię w tym upale. Wrócimy do tego później.
Stina odprowadza przyjaciółkę wzrokiem, gdy ta biegnie w stronę morza i rzuca się w fale. Carolina najwyraźniej nie chce o tym mówić. Wiele razy próbowały ją z Amelie pociągnąć za język, lecz na próżno. Jednak z jakiegoś powodu wspomniała im o tym, że mieszkała w tym domu. Stina kręci głową. O co tu chodzi?
3
Carolina wyłania się z morza i wyżyma wodę z włosów. Jej stopy grzęzną w piasku i są obmywane przez fale, gdy z mozołem idzie w kierunku brzegu. Jakby morze chciało ją zatrzymać, ale ona i tak stawia mu opór.
Dociera do leżaka i rozciąga się na nim. Gruby ręcznik frotté jest ciepły i miękki. Otulając się nim, czuje się tak, jakby się wślizgiwała do swojego łóżka po długiej nieobecności w domu. Carolina nigdy nie przywiązywała wagi do przedmiotów, ale ceni sobie poczucie bezpieczeństwa związane z tym, co dobrze zna. To ją uspokaja. Nie miała go w życiu zbyt wiele.
Osusza ręce i wyjmuje z torebki papierosa. Zapala go i kilka razy mocno i szybko się zaciąga, obserwując młodzież w wodzie i na plaży. Słyszy głośne śmiechy i radosne okrzyki, widzi śnieżnobiałe zęby, śniade twarze i wodę pryskającą na opalone ciała. Prawdziwa i niczym nieskrępowana radość. Carolina się uśmiecha i opiera głowę na leżaku.
Kątem oka widzi Stinę siedzącą z zamkniętymi oczami, ze słuchawkami na uszach, i Amelie starannie smarującą swoje dziewczęce ciało kremem z filtrem. Potem zaczyna się przyglądać sobie. Kropelki wody lśnią, a w niektórych miejscach już wyschły. Jej brzuch jest płaski, za to na nogach gdzieniegdzie widać włoski, w miejscach, które przeoczyła przy goleniu. Odruchowo kieruje rękę do boku, tuż poniżej talii, i kładzie palec wskazujący na skórze. Powoli przesuwa nim w górę, wzdłuż jednej z tych cienkich białych blizn, które ma na ciele. Opuszką wyczuwa znajome zgrubienie zagojonej tkanki. Albo tak jej się wydaje. Być może istnieje tylko w jej głowie.
Blizny przez wiele lat były intensywnie czerwone, lecz obecnie musi się naprawdę przyjrzeć, by je dostrzec. Jeśli ktoś nie wie, że tam są, prawdopodobnie ich nie zauważy. Przez lata wyblakły, ale tylko z zewnątrz. W środku będą już zawsze.
Wciska peta w piasek i znowu opiera się na leżaku. Przygląda się Joelowi. On i Valerie wyszli z wody i grają w tenisa plażowego. Obserwuje ich przez okulary przeciwsłoneczne. Jej syn Joel i Valerie, córka Amelie, są swoimi przeciwieństwami. On wysoki i szczupły, ona niska i krągła. On ma ciemne, prawie czarne loki, miękko okalające jego urodziwą twarz, która w ostatnim czasie nabrała bardziej męskich rysów. Ona ma długie, cienkie, jasnoblond włosy, które wiatr rozwiewa wokół jej okrągłej, słodkiej buzi. Razem są uderzająco piękni, mają po siedemnaście lat i właśnie wkraczają w dorosłość. Przez te dwa tygodnie mieli mnóstwo czasu na grę, a mała czarna piłeczka lata między nimi w zawrotnym tempie i słychać każde uderzenie gumy o drewno.
Carolina kilka razy przesuwa stopami po pasiastym ręczniku. Słyszy głośny śmiech Joela i okrzyki radości Valerie. Te dźwięki przypominają jej o wakacjach, które spędziła tutaj w młodości.
Kiedy Amelie poinformowała ją o tym, że zabukowała dla nich wszystkich pobyt w Marbelli, Carolina najpierw pomyślała, że musi się z tego wymiksować. Spośród wszystkich miejsc na ziemi musiała wybrać właśnie to?! Potem jednak zmieniła zdanie. Nadszedł czas, by tutaj wrócić, a stwierdziła, że najlepiej będzie, jeśli to zrobi z najlepszymi przyjaciółkami. Postąpiłaby głupio, opowiadając im o wydarzeniach sprzed lat, ale dziwnie się czuła, codziennie przechodząc obok tego domu.
Stina i Amelie spytały ją, czy mogą złożyć wizytę właścicielom tego domu. Gdyby tylko wiedziały, jaki to absurdalny pomysł. „Do Telmy i Pabla po prostu się nie wpada” – oświadczyła i ruszyła dalej z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku.
Teraz zamyka oczy i unosi twarz w kierunku łagodnej morskiej bryzy. Nie, do nich po prostu się nie wpada.
Mimo to zadzwoniła. Już drugiego dnia pobytu w Marbelli wybrała numer, który wciąż pamiętała. Nie udało jej się porozmawiać ani z Telmą, ani z Pablem, lecz zostawiła wiadomość kobiecie, która odebrała telefon, i poprosiła ją, by im przekazała, że jest w Marbelli. A więc wiedzieli, że tu jest, ale nie zdecydowali się na to, żeby się do niej odezwać. Nie chcieli się z nią spotkać.
Może i dobrze. Carolina bierze głęboki wdech i myśli o tym, że tak mocno jak kocha ciepło i szum fal, tak samo mocno nienawidzi Telmy i Pabla za to, co jej zrobili.
4
Zostali na plaży dłużej niż zazwyczaj. Stina chce maksymalnie skorzystać z ciepła i słońca. Jutro wracają do jesieni, deszczowego i wietrznego Göteborga, co wcale nie jest kuszące. Zebrali swoje rzeczy, rozdali dmuchane materace i zabawki dzieciom na plaży i idą pod górę do hotelu, gdy nagle czuje ucisk w klatce piersiowej. Nie wie, co ją czeka po powrocie do domu. Czy będzie miała jeszcze pracę, czy może udało jej się wszystko zniszczyć? Nawet nie wie, czy chce wrócić do pracy i dalej taplać się w tym bagnie.
– Mamo?
– Słucham? – pyta Stina, wzdrygając się na dźwięk głosu Annie.
– Pytałam, czy możemy wejść i zrobić zakupy?
Zatrzymali się przed małym sklepem. Stina odgarnia z twarzy kosmyk włosów sztywny od soli i czuje, jak bardzo chce jej się pić. Spogląda w górę, na zielony neon, na którym w wyrazie „Supermercado” świeci się tylko „Super”.
– Jasne – odpowiada, widząc, że pozostali już weszli do środka.
Sklep jest mały i ciasny, a oni wypełniają wszystkie alejki, biorąc z półki wodę, owoce oraz paczkę chipsów. Przy kasie jak zawsze siedzi ten sam czterdziestolatek z przetłuszczonymi włosami i w przepoconej beżowej koszuli. Śledzi ich wzrokiem, gmerając dłonią w opakowaniu z pistacjami, rozłupując orzeszki i zlizując sól z palców.
Jest w nim coś obleśnego. Jakby pod tym bladym czołem kłębiły się jakieś chore myśli. Rzeczy, które normalnym ludziom nigdy nie przyszłyby do głowy. Właściwie to Stina nie lubi się tu zaopatrywać, lecz to ostatni sklep na głównej ulicy, zanim zacznie się podejście do ich hotelu, a w tym upale żadne z nich nie chce nieść butelek z wodą i owoców dłużej niż to konieczne.
Przygląda mu się, stojąc w kolejce do kasy. Widzi pot perlący się na jego czole i mizerny zarost pod nosem. Mężczyzna spogląda na Annie i nie da się przeoczyć tego jego błysku w oku. Stina unosi butelkę z wodą, zastanawiając się, jak ten oblech ma czelność gapić się na jej córkę. Głośno stawia butelkę na ladzie przed nim i pyta go, czy mówi po angielsku, ale on tylko kręci głową. Szkoda – myśli Stina. Chętnie wygarnęłaby mu, co myśli na temat jego zachowania, lecz musi się zadowolić ostentacyjnym rzuceniem mu pieniędzy i spojrzeniem, które – ma nadzieję – mówi wszystko.
– Naprawdę za nim nie przepadasz, co? – Amelie śmieje się ze Stiny, lekko ją szturchając.
– No. Mam nadzieję, że to do niego dotarło.
– Myślę, że tak – mówi Amelie. – Dałaś mu to jasno do zrozumienia.
Odwracają się, słysząc, jak Carolina wygłasza długą tyradę po hiszpańsku. Mężczyzna odpowiada piskliwym głosem, a ona tak na niego wrzeszczy, że ten się cofa, uderzając w półkę z zapalniczkami i zrzucając na podłogę gipsową figurkę słonia.
Stina się śmieje, gdy Carolina wychodzi ze sklepu.
– Co mu powiedziałaś?
– Pieprzony zbok!
– Tylko tyle?
– Coś w tym stylu.
– Świetnie! – śmieje się Stina. – Ale wyrzuciłaś z siebie więcej hiszpańskich słów.
Carolina chichocze.
– Cóż, może to trochę rozwinęłam, żeby na pewno mnie zrozumiał.
Ruszają pod górę. Za ich plecami słońce chowa się w morzu, rzucając na jego powierzchnię świetlisty pas. Cykady śpiewają, a Stina odkręca butelkę i zachłannie pije zimną wodę. Dzieciaki idą daleko z przodu, więc odwraca się w stronę Caroliny. Ma zrelaksowaną twarz, a ostatnie promienie słońca mienią się w jej ciemnych lokach. Stina postanawia, że podejmie jeszcze jedną próbę.
– Możesz nam teraz o tym opowiedzieć? – prosi.
– O czym? – pyta Carolina.
– O swoim tajemniczym życiu w Marbelli.
Carolina się śmieje i przesuwa językiem po zębach, które na tle opalonej twarzy wydają się jeszcze bielsze niż zwykle.
– Wiedziałam, że nie odpuścisz.
– Naprawdę?
– Tak. To nie w twoim stylu. Ty nigdy nie odpuszczasz. Ale pewnie dlatego jesteś dobrym gliną.
– Zboczenie zawodowe.
– Możliwe. A może po prostu taka jesteś.
– Opowiesz nam w końcu? – niecierpliwi się Amelie, idąca po drugiej stronie Caroliny, i poprawia aparat fotograficzny, który zawsze nosi na ramieniu.
– Myślałam, że już wam o tym mówiłam – oznajmia, a bransoletki na jej nadgarstku podzwaniają, gdy wyjmuje papierosa z paczki.
– Nie, nie mówiłaś – oświadcza Amelie. – Napomknęłaś kiedyś, że w dzieciństwie byłaś w Hiszpanii, co w sumie nie jest takie dziwne, bo twój tato jest Hiszpanem. Ale nigdy nie wspominałaś o tym miejscu. Pamiętałabym o tym, wierz mi.
– Z pewnością – stwierdza Carolina, zatrzymuje się, a jej oczy rozświetla płomień zapalniczki. Zaciąga się i powoli wypuszcza dym, po czym odpowiada: – W sumie nie ma o czym mówić. Spędziłam tu kilka wakacji u moich krewnych. Po śmierci mamy tata stwierdził, że dobrze mi to zrobi. To tyle.
– Pewnie miał rację. Potrzebowałaś zmienić otoczenie – oznajmia Amelie.
– Możliwe – mówi Carolina i ponownie się zaciąga, a papieros świeci w ciemności.
5
Stina schodzi na śniadanie. Dotyka delikatnych kwiatów bugenwilli płożącej się po szarym kamiennym murze niczym piękny fuksjowo-zielony welon. Poniżej, przy basenie, stoją puste leżaki i złożone parasole. Poranne, nieśmiałe promienie słońca błyszczą w spokojnych zmarszczkach wody. W powietrzu unosi się woń chloru i zapach świeżo podlanych rabat, a Stina bierze głęboki wdech. Nie chce opuszczać tego spokojnego i ciepłego miejsca. Pragnie czuć, jak słońce pieści jej twarz każdego ranka.
Idzie za róg budynku i wchodzi do ogródka, w którym jest serwowane śniadanie. Amelie już tam czeka, siedzi obok Elliota. On macza chleb w dużym kleksie nutelli, podczas gdy Amelie starannie kroi arbuza na kawałeczki, by później zrobić zdjęcie i opublikować je na swoim blogu. Stina kieruje kroki w ich stronę, ale zanim zdąży się z nimi przywitać, widzi Lilly i Valerie biegnące w ich kierunku. Wyblakłe od słońca, długie włosy stanowią dla nich tło, a sandały rytmicznie stukają o kamienną alejkę. Wtedy zauważa ten wyraz twarzy swojej córki.
– Okropność! – woła Lilly z daleka, a w jej głosie słychać obrzydzenie identyczne jak to wymalowane na twarzy.
Stina zauważa, że córka zerka na ludzi jedzących śniadanie, jakby chciała się upewnić, że ją słyszą.
– Wiecie, co się stało? – dodaje równie głośno. – Masakra!
Stina się rozgląda i stwierdza, że Lilly skutecznie zdobyła uwagę pozostałych gości. Wszyscy patrzą na nią.
– Wczoraj jakiś facet został zamordowany w sklepie – ciągnie.
Stina robi wielkie oczy.
– Tym sklepie, w którym robimy zakupy – informuje tak szybko, że plącze jej się język. – Do którego zaglądamy w drodze z plaży.
Większość gości zamarła. Stina widzi otwarte usta i zaciekawione spojrzenia skierowane na ich stolik. Każdy chce usłyszeć, co ta blond dziewczyna ma do powiedzenia. Prawie nikt jej nie rozumie, lecz wszyscy wiedzą, że coś się stało.
– Musi chodzić o niego! – Valerie z trudem zachowuje spokój. – No wiecie, tego, który zawsze tak obleśnie się gapi i oblizuje palce. Wiecie, kogo mam na myśli?
Stina kiwa głową i napotyka spojrzenie Amelie.
– Skąd o tym wiesz? – Za Stiną pojawia się Carolina i Lilly spogląda na nią swoimi niebieskimi oczami.
– W recepcji spotkałam Karla. Tego od surfingu – precyzuje Lilly. – To właśnie on go znalazł. Wszedł do sklepu po wodę i zobaczył tego faceta leżącego na podłodze. – Lilly robi dziwną minę i wygląda jak urocza małpka.
– Wiesz, dlaczego został zamordowany? To był napad rabunkowy? – dopytuje Stina.
– Nie, nie wiem. – Lilly trochę się uspokoiła. – Ale chyba został zmasakrowany.
– Jak to zmasakrowany? – pyta Amelie sztywno, odkładając sztućce.
– Karl powiedział, że wszędzie była krew. Jak w horrorze. Nawet na suficie. Zrobił zdjęcie i mi je pokazał.
– Ja pierdzielę – rzuca Valerie, stojąca obok Lilly. – Dobrze, że dzisiaj wracamy do domu. Kto chciałby tutaj zostać?
– No – zgadza się z nią Lilly, marszcząc nos. Jej pięć minut dobiegło końca i rozgląda się wokół. – Zjemy coś? – pyta.
– Tak – odpowiada Valerie.
Dziewczyny ruszają w kierunku bufetu. Stina patrzy na ich szczupłe plecy, chude nogi i długie blond włosy. Nawet tutaj nie uciekła od przemocy. Spogląda na Carolinę i Amelie.
– Zaraz wracam – informuje. – Zapomniałam czegoś z pokoju.
Wraca na alejkę. Musi zażyć sobril, żeby się uspokoić. Potem zje śniadanie.
6
Deszcz zacina o szyby, a słońce w Marbelli wydaje się Stinie abstrakcją, gdy siedzi na kanapie w gabinecie komendanta Hassego Janzona. Na parapecie dogorywa biała orchidea, a obok niej leży stos książek w wydaniu kieszonkowym. Stina odnotowuje, że to same kryminały, i uśmiecha się pod nosem. Mają ze sobą coś wspólnego. Ona również je lubi. A najbardziej podoba jej się to, że zazwyczaj jest bystrzejsza od autora i rozwiązuje zagadkę na długo przed końcem.
– Jak tam urlop? – pyta Hasse, opierając się na fotelu.
– Dziękuję, dobrze. – Stina odwraca wzrok od okna i spogląda w stronę komendanta. On uśmiecha się szeroko. Ma ładny uśmiech i Stina jest zrelaksowana, chociaż wie, że nie powinna.
Zaraz usłyszy wyrok. Za chwilę się dowie, co z nią będzie.
– To fajnie – mówi Janzon i uderza dłonią w podłokietnik. – Byłaś w Hiszpanii, tak?
Stina kiwa głową.
– Na stałym lądzie?
– Tak. W Marbelli.
– Super – stwierdza Janzon i zapada cisza.
Hasse pochyla się i opiera ręce na kolanach, po czym splata dłonie.
– Mam nadzieję, że wypoczęłaś – dodaje, a jego uśmiech znika. – Z tego, co zrozumiałem, nie czułaś się za dobrze do czasu tego nieszczęśliwego, jak by to nazwać, incydentu w Pałacu Dicksona.
Stina wzrusza ramionami. Janzon może to nazwać, jak chce. Incydent, katastrofa, pobicie, totalne załamanie. Tak, można to określić na wiele sposobów, chociaż akurat „incydent” jest pewnym umniejszeniem.
Nie jest do końca pewna, ile Janzon wie o tym zdarzeniu i co mu powiedzieli jej koledzy. David prawdopodobnie tylko to, co absolutnie konieczne. Za to Lovisa przypuszczalnie nie tylko opowiedziała wszystko, co widziała, ale być może dodała jeszcze coś od siebie, chcąc skorzystać na całej sprawie.
Hasse odchrząkuje.
– Szczerze mówiąc, Christino, wpłynęło na ciebie kilka skarg. Niektóre jeszcze przed tym incydentem.
– Naprawdę? – Stina marszczy czoło. Myśli, że powie mu, że może ją nazywać Stiną, jak wszyscy inni, ale zmienia zdanie. Teraz to nie ma żadnego znaczenia. Kto mógł złożyć na nią skargę?
– Tak. Często się spóźniasz. Słabo komunikujesz się z innymi i wywyższasz się w stosunku do osób, których nie lubisz.
Stina robi wielkie oczy. Co on wygaduje? Czy naprawdę dobrze usłyszała? Powiedział, że się wywyższa? Ona, która zawsze tak się stara być dla wszystkich miła, została oskarżona o zadzieranie nosa? Te słowa bolą, ale przede wszystkim wydają jej się cholernie niesprawiedliwe.
– Wiem, że masz trudny czas – dodaje Janzon. – Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie.
Rozwiązanie? Stina odstawia filiżankę po kawie, kładzie dłonie na kolanach i pochyla się, tak że siedzą w tej samej pozycji i gapią się na siebie.
– Co właściwie próbujesz mi powiedzieć?
Komendant nie ucieka wzrokiem, tylko kontynuuje:
– Nie będę owijał w bawełnę i po prostu to powiem. Masz problem ze współpracą. Jesteś świetną policjantką. Fantastyczną policjantką. Problem polega na tym, że nikt już nie chce z tobą pracować.
Stina jest zaskoczona i kręci głową. Niczego nie rozumie. Dlaczego nikt nie chce z nią pracować? Z nią, która zawsze daje z siebie wszystko. Okej, może czasami jest trochę zbyt wymagająca, ale przecież to nie przedszkole.
Przygląda mu się, próbując zrozumieć, co się dzieje w jego głowie. Zamierza ją zwolnić? Nie, to niemożliwe. Nie może się pozbyć policjantki z dwudziestoletnim stażem. W dodatku przebywającej na zwolnieniu lekarskim.
Hasse jest nowym komendantem i nie zna go na tyle długo, żeby móc ocenić, na co go stać. Jasno dał im do zrozumienia, że chce wprowadzić pewne zmiany i w takim razie być może nie ma dla niej miejsca w zespole. Możliwe, że jest tylko dla osób pokroju Lovisy. Stina nie ma ochoty pracować w takim miejscu. Prawdę mówiąc, jeśli jej tutaj nie chcą, to ona też nie chce tu zostać.
Wstaje.
– W takim razie składam wypowiedzenie.
– Christino – mówi Janzon, spoglądając na nią. – Usiądź. Naprawdę tego nie chcę. Wierzę, że znajdziemy jakieś rozwiązanie.
– My?
– Owszem, my. Posłuchaj. Jestem przekonany, że wszystko, co się wydarzyło, ma związek z tym, przez co przechodziłaś w ostatnich latach. Jesteś tylko człowiekiem i towarzyszenie matce odchodzącej na ALS i równocześnie prowadzenie wymagających spraw musiało być dla ciebie trudne. Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej.
Stina postanawia, że da mu szansę, i powoli znowu siada.
– Sprawa wygląda tak – dodaje Janzon, patrząc jej prosto w oczy. – Nie wydaje mi się, żebyś była gotowa do powrotu do pracy na pełnych obrotach, ale równocześnie podejrzewam, że chcesz pracować. Mam rację?
Mężczyzna unosi brwi pytająco, a ona kiwa głową.
– Poza tym uważam, że trzeba coś robić. Oczywiście pod warunkiem, że ma się na to siłę.
Stina wzrusza ramionami i wbija wzrok w ścianę za nim.
– Dlatego proponuję, żebyś wróciła na niepełny etat. Powiedzmy, że zaczniesz od jednej czwartej wymiaru godzin i wesprzesz zespół cold case zajmujący się starymi, niewyjaśnionymi sprawami.
Stina odrywa wzrok od szarej ściany i wbija go w Janzona. A więc zamierza ją przesunąć do sortowania papierów?
– Dobrze wiem, co sobie myślisz – dodaje Janzon.
– Nie sądzę – mówi Stina.
Może to i lepiej – myśli. Bo teraz mam ochotę dać ci w mordę.
– Wierz mi, wiem – upiera się mężczyzna, a ona dostrzega uśmiech błądzący w kąciku jego ust. – Jak już wspomniałem, jesteś cholernie dobrą policjantką. Chciałbym cię zatrzymać, ale nie mogę cię przywrócić do pełnej służby. To byłoby wobec ciebie nie w porządku. Cold case to dla ciebie sposób na powrót.
Stina niechętnie przyznaje w duchu, że Janzon ma rację, co wcale nie oznacza, że zamierza się na wszystko godzić. Potrzebuje czasu, żeby się nad tym zastanowić, a przede wszystkim, by przetrawić to, że koledzy nie chcą z nią współpracować. Te słowa bolą ją bardziej, niż gdyby ją uderzył.
Kiwa głową.
– Muszę to przemyśleć – oznajmia.
– Jasne. Daj sobie kilka dni. – Janzon się uśmiecha, pokazując równe białe zęby. – Możemy się umówić, że w czwartek dasz mi znać?
Stina ponownie kiwa głową, cały czas zastanawiając się nad tym, kto nie chce z nią pracować.
7
Nie może spać. Wiatr zacina o szyby, a chrapanie Ulfa niesie się po sypialni i ustaje tylko na krótką chwilę, gdy Stina go szturchnie. Jej mąż wydaje z siebie odgłosy jak piła tartaczna. Niech to szlag! – myśli Stina, dając za wygraną. Nie pamięta, żeby tak chrapał, gdy byli świeżo po ślubie, osiemnaście lat temu. Kiedy to się zaczęło?
Odrzuca kołdrę, sięga po swój telefon leżący na stoliku nocnym i wstaje. Idzie do łazienki, włącza światło i kilka razy mruga, bo ją razi. Kiedy już się do niego przyzwyczaja, z kosmetyczki, która wciąż stoi na podłodze, tylko częściowo rozpakowana po urlopie w Marbelli, wyjmuje dwie tabletki imovane i popija je wodą.
Siada na sedesie i gapi się w ścianę. Minie pół godziny, zanim lek nasenny zacznie działać, więc nie ma sensu od razu się kłaść. Przyciąga do siebie dywanik łazienkowy i stawia na nim zimne, opalone stopy. Zalewa ją fala wspomnień o tych wszystkich nocach, kiedy tutaj siedziała i płakała, podczas gdy przeklęty ALS powoli pożerał ciało jej mamy. Stopniowo niszczył jej mięśnie, aż w końcu nie mogła się poruszać. Strach przed odchodzeniem, ból i w końcu ta miłosierna śmierć.
Stina kręci głową. Nie chce już myśleć o śmierci mamy, więc sięga po telefon i zaczyna przeglądać Facebooka oraz Instagrama. Potem wchodzi na Google i niewiele się zastanawiając, w pole wyszukiwania wpisuje „Aguilera”, czyli nazwisko panieńskie Caroliny, które powinno być również nazwiskiem jej stryja. Otrzymuje siedemdziesiąt trzy miliony wyników, ale większość z nich dotyczy Christiny Aguilery.
– Cholera – bąka pod nosem.
Później przypomina sobie, że Carolina wspomniała kiedyś, że stryj ma na imię Pablo, a jego żona Telma, więc próbując zawęzić liczbę wyników, wpisuje w wyszukiwarkę „Pablo Aguilera” i tym razem dostaje sto siedemdziesiąt dziewięć tysięcy wyników. Wchodzi na kilka stron. Większość z nich jest po hiszpańsku, a jej dość skromna znajomość tego języka jeszcze z czasów szkolnych nie wystarcza, więc korzysta z Google Translate. Teksty przetłumaczone maszynowo bywają trochę dziwne, ale zazwyczaj da się zrozumieć z kontekstu, o co chodzi.
Jedno jest pewne. Pablo i Telma są obrzydliwie bogaci. Wprawdzie uzmysłowiła to sobie, patrząc na ich dom w jednej z najbardziej ekskluzywnych dzielnic Marbelli, lecz wtedy nie miała jeszcze świadomości, jak bardzo bogaci. Posiadłość w Marbelli jest jedną z trzech należących do rodziny. Poza nią mają jeszcze jedną w Madrycie i jedną w Londynie.
Natrafia na artykuł w amerykańskim magazynie wnętrzarskim ze zdjęciami zarówno tego domu, jak i Telmy, czyli kobiety, która jest ciotką Caroliny. Telma siedzi na jasnej kanapie w pudroworóżowym kostiumie i szpilkach i z uśmiechem patrzy prosto w obiektyw aparatu, perfekcyjnie uczesana i z ogromnym diamentem na palcu serdecznym. Zdjęcie posiadłości pojawia się w serii reportaży o pięknych miejscach w Europie. Artykuł ma kilka lat, lecz kobieta na zdjęciu wygląda tak ponadczasowo, że równie dobrze mogłoby zostać zrobione wczoraj.
Telma zdradza w artykule, że pomimo zbyt małego metrażu zdecydowali się zatrzymać ten dom. Ma on dla nich znaczenie sentymentalne, bo Telma i Pablo zbudowali go w latach siedemdziesiątych. Poza tym jest wyjątkowo pięknie położony, z widokiem na Gibraltar i Afrykę, a bliskość morza ułatwia dotarcie do nich przyjaciołom pływającym jachtem po Morzu Śródziemnym.
Stina się odchyla i czuje na plecach zimno porcelanowej spłuczki. Ziewając, kontynuuje czytanie.
Wszystko zaczęło się od niejakiego Diego Aguilery, który musiał być dziadkiem Caroliny od strony ojca. To on na początku lat trzydziestych kupił swój pierwszy statek i stworzył średniej wielkości firmę żeglugową, którą na początku lat sześćdziesiątych przejął Pablo. W dziewięćdziesiątym szóstym ożenił się z Telmą, córką innego hiszpańskiego armatora. Chociaż to było dawno temu, w internecie można znaleźć sporo zdjęć oraz artykułów o ich ślubie, spektakularnym i jak na tamte czasy szeroko komentowanym przez media. Ponad tysiąc gości przetransportowano na prywatną wyspę wynajętą specjalnie na tę okazję. W kolejnych latach Pablo razem z ojcem Telmy stworzyli wpływowe przedsiębiorstwo żeglugowe i po jego śmierci Telma odziedziczyła całą firmę, którą później dalej prowadziła z Pablem.
Stina mruga. Imovan zaczął działać i właśnie zamykają jej się oczy, gdy natrafia na wzmiankę o ojcu Caroliny. Przymulona lekiem, postanawia, że tylko ją przeczyta i wraca do łóżka.
Artykuł nie jest zbyt długi, ale Stina dowiaduje się z niego, że ojciec Caroliny nie był zainteresowany prowadzeniem interesów w tamtym czasie. Bardziej zależało mu na prowadzeniu wystawnego życia i scedował firmę na Pabla. Mimo że zdjęcie jest stare, Stina go rozpoznaje. Siedzi uśmiechnięty na kanapie, w jakimś klubie w Marbelli. Wznosi toast szampanem z mężczyzną w okularach w rogowych oprawkach, z wydatnym nosem i w golfie, obejmującym piękną kobietę o południowej urodzie. Stina pociera czoło. Zdjęcie nijak się ma do tego, co wie o tym mężczyźnie. Spotkała ojca Caroliny wiele razy i zawsze postrzegała go jako spokojnego, nieco wycofanego mężczyznę, dlatego trudno jej uwierzyć, że to on siedzi na tej kanapie.
Mimo zmęczenia kontynuuje czytanie i dowiaduje się, że Pablo i Telma mają dwoje dzieci, córkę i syna. Po chwili się wzdryga i uświadamia sobie, że przysnęła na sedesie. Wstaje, kręcąc głową. Gasi światło, wraca do łóżka i wślizguje się pod kołdrę. Jest jej zimno, więc szczelnie się nią otula i natychmiast zasypia.
8
W to pochmurne popołudnie deszcz wisi w powietrzu. Amelie stoi na szczycie nagiej skały, a poniżej huczy morze. Przygląda się jego dzikiemu tańcowi i robi krok do tyłu, gdy fala uderza tak mocno, że muska jej kalosze. Jest sama pośród tych nagich, mokrych skał wyłaniających się z szaroczarnego krajobrazu. Wiatr smaga jej policzki, a ona czuje w ustach smak soli.
Zgrabiałymi palcami odgarnia z twarzy mokry kosmyk włosów i wędruje wzrokiem wzdłuż horyzontu, ledwo mogąc rozróżnić, gdzie kończy się niebo, a zaczyna stalowoszare, spienione morze.
Przed chwilą, idąc po skałach krętą ścieżką, zastanawiała się, co ona właściwie tutaj robi, zamiast pójść na przyjemny masaż w spa w Hagabadet lub po prostu skulić się na kanapie, pod kocem, z filiżanką herbaty i obejrzeć odcinek Gry o tron. Ale teraz, kiedy stoi na szczycie skały i patrzy w dal, stwierdza, że w całej swojej surowości to miejsce jest urzekająco piękne. Zupełnie inne niż w słoneczny letni dzień, gdy zatoka jest pełna roześmianych dzieci, a skały są obwieszone kolorowymi ręcznikami i opalającymi się ludźmi. Musi to uchwycić na zdjęciu.
Przykłada aparat do twarzy, obraca się i zauważa, że nie jest sama. Kawałek dalej ktoś stoi. Amelie marszczy czoło. Kto wychodzi z domu w taką paskudną pogodę? Poza nią samą oczywiście? Powiększa obraz i widzi swoje odbicie. Mężczyzna stoi odwrócony w jej stronę z aparatem przyciśniętym do twarzy.
Kto to jest, do cholery? Czyżby jakiś paparazzi? Jak udało mu się ją namierzyć? Śledził ją czy jak? Amelie opuszcza aparat. Magiczny nastrój prysł.
Widzi, że mężczyzna zmierza w jej kierunku posuwistym krokiem. Jej pierwsza myśl jest taka, żeby się odwrócić i uciec, lecz zmienia zdanie i zostaje, chociaż nie ma na twarzy ani grama makijażu i ryzykuje uwiecznienie na zdjęciu w takim stanie. Wkurza ją, że ktoś ją tutaj namierzył, i postanawia, że przynajmniej powie jednej z tych hien, co o nich myśli.
Obserwuje go, jak idzie w jej stronę pewnym krokiem. Przeskakuje ze skały na skałę i wydaje się dokładnie wiedzieć, gdzie postawić stopę, by szybko się przemieścić po mokrej nawierzchni. Jak jakaś przeklęta kozica.
Ale coś w jego wyglądzie sprawia, że Amelie przychodzi do głowy, że to nie jest zwykły paparazzi. Jej ciekawość zostaje rozbudzona.
Już z daleka woła do niej „dzień dobry” i zwalnia.
– Miło spotkać koleżankę po fachu – mówi.
Uśmiech na jej twarzy zamiera. Koleżankę? Za kogo on ją właściwie bierze? Przecież jest tylko fotografką amatorką, która zostawia dzieci w przedszkolu i jedzie SUV-em na lokalne kąpielisko, żeby fotografować morze.
Stwierdza, że to żałosne. Tak jakby miała się stać profesjonalną fotografką tylko dlatego, że włożyła sztormiak oraz kalosze i wyszła na wiatr.
Czuje się jak kompletna idiotka. Spotyka zawodowca, a sama tak naprawdę nie ma pojęcia o fotografii. Wprawdzie zrobiła kurs w ramach fakultetów w dziewiątej klasie, lecz ograniczał się do tego, że snuła się po mieście i cykała foty znajomym, po czym je wywoływała w czerwonych miskach ze śmierdzącym płynem, w ciemni, w szkolnej piwnicy, w czasach, gdy aparaty cyfrowe jeszcze nie istniały. Czy naprawdę myśli, że to czyni ją fotografką?
Pieką ją policzki, a zdecydowanie za drogi aparat ciąży jej w dłoni i nagle dociera do niej, czyj głos słyszy w głowie. To głos matki i innych osób w jej życiu, które mówiły „nie sądź, że jesteś kimś”.
Pod powiekami pieką ją łzy wściekłości. Jak ta kobieta może mieć na nią tak duży wpływ? Jak to możliwe, że ma nad nią taką władzę, skoro nawet nie jest teraz blisko? Nie widują się. Ostatni raz przypadkowo wpadły na siebie w IKEA. Amelie zauważyła ją zbyt późno. Usłyszała zachrypnięty głos matki wołający jej imię i nie zdążyła się schować. Wyniszczona postać nagle wyrosła tuż przed nią. Tanie ubrania matki przypomniały jej, skąd pochodzi i gdzie mogła wylądować.
Pieniądze, które jej wysyła co miesiąc, trochę uciszają wyrzuty sumienia i Amelie usiłuje sobie wmówić, że matka kupuje za nie jedzenie i ubrania oraz opłaca czynsz, lecz w głębi ducha wie, że wydaje je na tanie wino i papierosy. Niech ją szlag – myśli Amelie. Nie powinna się litować nad matką.
To samej siebie powinno jej być szkoda. To ją wielokrotnie zawiedziono. Po spotkaniu w IKEA matka dzwoniła do niej wiele razy, lecz Amelie nie odpowiadała. W końcu się wkurzyła, odebrała i dodając sobie animuszu kieliszkiem wina, powiedziała matce ostro, że nie ma sensu, by dzwoniła, bo nie dostanie od niej ani korony więcej.
Nagle fotograf staje naprzeciwko niej. Ma lekko zdyszany głos i wyciąga rękę w jej stronę.
– Mam nadzieję, że się nie narzucam. Zobaczyłem, że stoisz tu z aparatem, i po prostu chciałem się przywitać. Nazywam się Michael Hell.
9
Stina zapomniała przełożyć sesję u psychologa. Odwlekała ją tak długo, jak tylko się dało, ponieważ uważa, że każdy kontakt z nim jest tylko męczącą stratą czasu. Teraz czeka na połączenie telefoniczne i musi słuchać muzyki, która pewnie ma mieć działanie uspokajające, a jej przypomina się stary film Lot nad kukułczym gniazdem z Jackiem Nicholsonem. Czekając, wygląda przez okno przy dyżurce. Brązowe jesienne liście spadają z drzew i wirują na wietrze, po czym lądują na mokrym asfalcie.
– Stino!
Usłyszawszy swoje imię, Stina się odwraca. Szeroko uśmiechnięty David Sandberg-Saliba zmierza w jej kierunku.
– Promieniejesz – stwierdza David.
Mężczyzna uśmiecha się jeszcze szerzej, a Stina chłonie ciepło jego spojrzenia.
– Dzięki, przystojniaku – mówi. – Ty też nieźle się prezentujesz.
David się śmieje, dobrze zdając sobie sprawę, że jest tutaj najprzystojniejszym policjantem, i podchodzi do niej, żeby ją serdecznie uściskać. Przyjemnie pachnie wodą po goleniu. Niewiele osób przytula Stinę. Nie należy do kobiet, które lubią takie rzeczy. Zbudowała wokół siebie mur. Ale są ludzie, tacy jak David, którzy nie wyczuwają tego jej dystansu, z czego w sumie się cieszy.
Mężczyzna wypuszcza ją z objęć i robi krok do tyłu. – Wróciłaś do służby? – pyta.
Muzyka w telefonie cichnie i Stina słyszy, że ktoś odbiera połączenie. – Poczekaj chwilkę – prosi Davida. Następnie rozmawia z pielęgniarką i przekłada termin wizyty na następny dzień. Nawet nie próbuje ściemniać, że ta data jej nie pasuje, tylko się zgadza i kończy rozmowę, by wrócić do pogawędki z Davidem.
– Przyszłam tylko po to, żeby podpisać w kadrach jakieś papiery – wyjaśnia.
David kiwa głową, a ona sobie uświadamia, jak bardzo się za nim stęskniła. Jest jedną z tych osób, które naprawdę lubi. Prostolinijny. Nie obraża się, gdy jest obcesowa. Rozumie, o co jej chodzi, mimo że nie zawsze wyraża się jasno i precyzyjnie. David czasami wybucha i nie odziedziczył tego po swoim ojcu z Norrlandii, tylko raczej po cudownej mamie z Libanu, lecz najczęściej jest spokojny. Dobrze im się ze sobą pracuje i Stina ma do niego zaufanie.
Teraz myśli o tym, co powiedział jej Hasse, że nikt już nie chce z nią współpracować, i robi jej się przykro. Czy dotyczy to również Davida?
– Naprawdę potrzebowałaś trochę odpocząć, co? – pyta mężczyzna.
Stina kiwa głową i robi jej się na tyle głupio, że czuje gulę w gardle.
– Tak, pewnie tak.
– Lepiej się już czujesz?
Stina odchrząkuje.
– Lepiej? Co masz na myśli?
David przekrzywia głowę.
– Daj spokój, nic mi nie jest. Po prostu byłam trochę zmęczona.
– Okej. Wypoczęłaś?
Stina krzyżuje ramiona.
– O co ci właściwie chodzi? Jestem tylko człowiekiem. Nie mogę zawsze być w dobrej formie. Czasami nawet ja przestaję kontrolować sytuację.
– Przestajesz kontrolować sytuację?
– No tak.
– Stino, do diabła! – mówi David i pochyla się w jej stronę, ściszając głos. – Byłaś naćpana i prawie zabiłaś podejrzanego. Potem zwymiotowałaś i ledwo był z tobą kontakt, siedziałaś na podłodze i śmiałaś się w głos. To chyba coś więcej niż „przestałam kontrolować sytuację”?
Stina robi wielkie oczy.
– Spokojnie – dodaje David i odsuwa się od niej, jakby wiedział, co sobie pomyślała. – Z nikim o tym nie gadałem. Ale z Lovisą może być gorzej, jak się pewnie domyślasz.
– Z nią sobie poradzę.
– Miejmy nadzieję. Nie jest tak wyrozumiała jak ja.
Stina się śmieje. Eufemizm dnia – myśli. Dla Lovisy liczy się tylko jedno, a mianowicie wspinanie się po szczeblach kariery. Stina by się nie zdziwiła, gdyby młodsza koleżanka wepchnęła ją pod autobus, żeby zapunktować u przełożonych.
– Rozmawiała z Hassem? – pyta Stina.
– Z pewnością. Przecież są przyjaciółmi. No wiesz, ich rodziny się znają.
Stina kiwa głową. Hasse i Lovisa. Mieszkańcy Onsali. Karierowiczka, która próbuje go wykorzystać, a on najwyraźniej niczego nie kuma. Myśli, że są przyjaciółmi. Niektórzy są strasznie naiwni.
– Miałam z nim wczoraj spotkanie – oznajmia. – Wyjaśnił mi, że nie umiem współpracować.
David patrzy na nią. Dlaczego nic nie mówi? Dlaczego nie jest zdziwiony? Tylko to nieprzeniknione spojrzenie, którego ona kompletnie nie rozumie.
– Ty też uważasz, że trudno się ze mną pracuje? – pyta w końcu Stina.
David unosi rękę i drapie się za uchem. Potem wzdycha.
– Nie, nie uważam. To znaczy… – Waha się. – Ostatnio miałaś trudny czas z powodu tego wszystkiego, co się wydarzyło. Wiesz, nie wszyscy sobie z tym radzili i wtedy unikali rozmowy z tobą.
– Więc ludzie obwiniają mnie za swoje własne problemy?
– No cóż, szczerze mówiąc, jesteś dość trudna.
– Aha.
Czyli on też tak uważa. Że trudno się ze mną pracuje i nie powinnam wrócić na swoje dotychczasowe stanowisko – myśli Stina.
Przez chwilę stoją w milczeniu.
– Zaproponował mi pracę na jedną czwartą etatu. W zespole cold case.
David powoli kiwa głową.
– I?
Stina wzrusza ramionami. Trochę jej przykro, że David nie jest tym oburzony.
– Zastanawiam się.
– Uważam, że powinnaś przyjąć jego propozycję. Potraktuj to jak rozbieg. Potem wrócisz do nas z przytupem. Stino, potrzebujemy cię.
Winda za nią się otwiera, więc Stina przesuwa się na bok, żeby przepuścić kobietę o długich, ciemnych włosach i źle obciętej grzywce. Chyba ma na imię Agneta, ale Stina nie jest tego pewna.
– Ach, to ty! – rzuca kobieta, zatrzymując się. Uśmiecha się, gdy napotyka spojrzenie Davida, po czym znowu spogląda na Stinę i robi się poważna. – Wróciłaś? – pyta, stając naprzeciwko nich.
– Myślę o tym – odpowiada Stina.
– Aha. Słuchaj, właśnie miałam do ciebie dzwonić. Szukał cię jakiś policjant z Hiszpanii, a ja nie bardzo wiedziałam, co mu powiedzieć. Pogadasz z nim?
– Jasne – deklaruje Stina i zdziwiona spogląda na karteczkę, którą podaje jej Agneta. – A czego chciał?
– Nie powiedział. Ale prosił, żebyś do niego zadzwoniła. Pewnie chodzi o coś, co się wydarzyło podczas waszego pobytu w Marbelli.
10
Amelie patrzy na mężczyznę, a jego słowa dźwięczą jej w uszach. Miło spotkać koleżankę po fachu. Mocno ściska jej rękę, a ona spogląda mu prosto w oczy. Są duże i niebieskie, otoczone długimi, czarnymi rzęsami.
– Amelie Zachrisson – przedstawia się Amelie.
Czeka, aż w jego oczach pojawi się podziw, gdy zrozumie, kim ona jest, lecz nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego mężczyzna dodaje:
– Światło jest dzisiaj fantastyczne, prawda?
Amelie kiwa głową i spogląda w dół, na aparat w jego lewej ręce. Zarówno sprzęt, jak i sposób, w jaki go trzyma, świadczą o tym, że jest profesjonalistą, a co więcej, wygląda na to, że on myśli o niej to samo. Z przyzwyczajenia zerka na jego dłoń i odnotowuje, że nie ma obrączki na palcu.
Nagle zaczyna się denerwować. To do niej niepodobne. Nawet nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zestresowało ją spotkanie z mężczyzną. To jeden z niewielu obszarów życia, w których zawsze czuje się pewnie. Zna ich reakcje i wie, jak postępować. Ale pomiędzy nią a tym fotografem jest jakieś napięcie, które sprawia, że Amelie ma motyle w brzuchu. Napotyka jego spojrzenie, zastanawiając się, czy on też to czuje.
– Jakieś ciekawe zlecenie? – pyta mężczyzna z uśmiechem.
– Zlecenie? – dziwi się Amelie. Potem wybucha śmiechem, gdy sobie uświadamia, co on miał na myśli. – Nie, skąd. Jestem amatorką. – Amelie na chwilę zawiesza głos, po czym dodaje: – Ale chciałabym zająć się tym profesjonalnie.
Natychmiast żałuje swoich słów. Dlaczego to powiedziała? To tylko obcy mężczyzna, na którego przypadkiem się natknęła, a do tego fotograf. Wie, co teraz nastąpi, i jest gotowa zgrywać głupią blondynkę, ale nie robi tego, widząc, że mężczyzna wcale się z niej nie śmieje, tylko z powagą kiwa głową.
– Tak, każdy musi od czegoś zacząć. Sam robiłem to, co ty. Wychodziłem na zewnątrz i cykałem zdjęcia wszystkiemu. To jedyny sposób, by stawać się coraz lepszym.
Amelie spogląda na niego zaskoczona. W jego głosie nie ma wyższości, wręcz przeciwnie, mężczyzna sprawia wrażenie, jakby czuł, że mają ze sobą wiele wspólnego.
– Z odrobiną talentu i dużymi ambicjami można zajść naprawdę daleko. To tylko kwestia chęci. – Mężczyzna poprawia czapkę z daszkiem, a jego spojrzenie wędruje po krajobrazie. – A zdaje się, że tobie ich nie brakuje, w przeciwnym razie nie wyszłabyś z domu w taką pogodę.
Amelie nie może powstrzymać uśmiechu. To takie niespotykane i przyjemnie wyzwalające spotkać człowieka, który nie jest uprzedzony do niej ani do jej umiejętności. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że w nią wierzy. Tak po prostu, chociaż poznali się przed chwilą. Kiedy ostatnio spotkało ją coś takiego? O ile w ogóle?
Amelie się rozluźnia i pierwszy raz od wielu lat czuje się komfortowo w obecności dopiero co poznanego człowieka.
– A ty? – pyta. – Co tutaj robisz w taki dzień?
– Zlecenie z Göteborg & Co. Zamówili nowatorskie zdjęcia miasta i okolic. Mam pokazać Liseberg, Posejdona, Avenyn i most Älvsborgsbron z nowej perspektywy.
– Aha, a co z tym? – Amelie wyciąga rękę.
– Słyszałem, że Hovås to najbardziej znana plaża w Göteborgu. To prawda?
– Chyba tak.
Mężczyzna kiwa głową w kierunku morza.
– Spójrz na ten żywioł, szarość, potęgę natury, coś takiego znajdziesz tylko tutaj. Wiesz, co mam na myśli?
Amelie potakuje. Podoba jej się sposób, w jaki Michael z nią rozmawia. Jakby była jego koleżanką. Chce się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Skąd pochodzi, jaką ma przeszłość i co będzie robił, gdy zrealizuje to zlecenie.
– Dobrze znasz Göteborg i okolice? – pyta nagle mężczyzna.
Amelie kiwa głową.
– Owszem.
– Może miałabyś ochotę…
– Na co?
Mężczyzna odwraca wzrok, a potem znowu na nią spogląda.
– Nie, to głupie.
– No, powiedz.
– Pomyślałem, że masz dobre oko, a ja nie znam Göteborga zbyt dobrze. Może, jeśli masz czas i ochotę, mogłabyś mi pokazać okolicę?
Amelie kiwa głową z uśmiechem i myśli, że jasne, ma ochotę. Niczego bardziej nie pragnie. Odwraca się i nie widzi triumfu w jego oczach.
11
Stina wpatruje się w żółtą karteczkę samoprzylepną, którą dała jej Agneta. Widnieje na niej numer telefonu Manuela Galveza starannie zapisany niebieskim atramentem. Stina podchodzi do najbliższego krzesła w salce konferencyjnej, siada na nim i podjeżdża nim do stołu. Wyjmuje swój telefon, wybiera ten numer i słyszy sygnał łączenia. Odległy i stłumiony, charakterystyczny dla połączeń z zagranicą.
– Hola – odpowiada nagle jakiś mężczyzna.
Stina się przedstawia, a Manuel Galvez zaczyna z nią rozmawiać łamanym angielskim. Rozumie go, ale musi się trochę wysilić i prosi o powtórzenie, jednocześnie sięgając po notes.
– Podczas pani pobytu tutaj doszło do napadu. Zginął człowiek.
– Tak – potwierdza Stina, domyślając się, że chodzi o tego faceta ze sklepu.
– Przesłuchujemy świadków, sprawdzamy wszystkie tropy i o ile zrozumiałem, to robiła tam pani zakupy tego samego popołudnia, gdy to się wydarzyło.
– Zgadza się.
– Po pierwsze, chciałbym zapytać, czy coś pani widziała. Pomyślałem, że jako policjantka być może dostrzega pani rzeczy, których inni świadkowie nie zauważają.
– Wiem, że znalazł go Karl pracujący w naszym hotelu i że zrobił zdjęcie.
– Wiemy o tym i już z nim rozmawialiśmy.
Stina bierze głęboki wdech, wpatrując się w biały ekran projekcyjny.
– Mhm. – Opuszcza wzrok i spogląda na okruchy pozostawione na stole i plamę po kawie, której ktoś nie wytarł. – Bywaliśmy tam prawie codziennie podczas tych dwóch tygodni. Zaglądaliśmy tam w drodze z plaży do hotelu. Zawsze trzeba było coś kupić.
– Okej.
– Ostatniego dnia wpadliśmy trochę później niż zwykle. Była mniej więcej dziewiętnasta, może dziewiętnasta trzydzieści.
Stina próbuje sobie zwizualizować ten mały, ciasny sklepik. Pełen wszystkiego, od dmuchanych zabawek do wody, kapeluszy, kremów do opalania i pareo po wina, suweniry, chleb oraz chipsy. Dźwięk wentylatora, który kręcił się za mężczyzną stojącym przy kasie, i odgłos rozłupywanych przez niego pistacji. Jak wściekła rzuciła butelkę z wodą na ladę.
I nagle sobie przypomina.
– Nad kasą znajdowała się kamera monitoringu. Nie macie nagrań?
– Niestety nie. Kamera była zepsuta.
– Aha – odpowiada Stina. Właściwie nie jest zdziwiona. Neon na zewnątrz sklepu działał tylko do połowy, jedna z lodówek przeciekała, czemu miał zaradzić zwinięty w rulon ręcznik frotté, prądu zabrakło dwa razy, gdy tam byli. Działająca kamera monitoringu w tej norze byłaby czymś mało prawdopodobnym. Pewnie wisiała tam dla odstraszenia potencjalnych złodziei albo po prostu nikt nie pomyślał o tym, żeby ją naprawić lub zdjąć, gdy się zepsuła.
– Ten sklep był trochę zapuszczony. Przykro mi – oznajmia Stina. – W tej chwili niczego sobie nie przypominam, ale zastanowię się jeszcze nad tym. Jeśli pan chce, mogę porozmawiać z przyjaciółkami i dziećmi. Może pamiętają coś więcej.
– Naprawdę?
– Jasne. Zadzwonię, gdy już z nimi pogadam.
– Dziękuję. Miło z pani strony.
– Z tego, co zrozumiałam, to była brutalna napaść – dodaje Stina.
– Bardzo brutalna. Napastnik użył jakiegoś narzędzia i zmasakrował nim właściciela sklepu, a najbardziej twarz. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nasi technicy podejrzewają, że to mogła być pałka.
– Pałka policyjna?
– Cóż, każdy może teraz taką kupić, więc nie mamy pewności.
Stina marszczy czoło.
– Tak czy owak, to nie brzmi jak zwyczajny napad.
– Nie mamy co do tego pewności. Może chodzi o zemstę? Albo ostrzeżenie? A może po prostu zrobił to jakiś szaleniec błąkający się po ulicach Marbelli.
Stina się wzdryga, zadowolona, że już nie są w Hiszpanii. Owszem, w Göteborgu ciągle coś się dzieje, ale nie czułaby się komfortowo, mając świadomość, że w mieście grasuje taki psychol.
12
Jest popołudnie, Christer wrócił z planu zdjęciowego w USA i wszystko znowu wraca do normy. Jej mąż zawładnął każdym metrem kwadratowym ich trzystumetrowego domu, jakby to było coś oczywistego, co ją strasznie irytuje. Jego rzeczy są porozrzucane wszędzie, a ona słyszy, jak mąż rozmawia przez telefon o ustawieniach kamery, scenariuszu i kwestiach dialogowych.
– Wychodzę – informuje Amelie.
Christer odruchowo kiwa głową, nie kończąc ani nie przerywając rozmowy, a Amelie bierze torebkę i opuszcza dom.
Umówiła się z Michaelem w parku Slottsskogen. Powiedział, że chce znaleźć jakiś wyjątkowy widok. Uchwycić tajemnicze światło deszczowego i mglistego poranka, z cieniami tańczącymi w jesiennych drzewach.
– Chodzi ci o jakieś znane miejsce?
– Tak.
Rozmawiali przez chwilę, jakby naprawdę chciał się jej poradzić i jej opinia miała jakieś znaczenie. Nie chodziło mu tylko o to, żeby się do niej dobrać, ani o to, że jest żoną Christera Zachrissona, on naprawdę chciał poznać jej zdanie. Spodobało mu się, gdy zaproponowała Slottsskogen.
Kiedy dociera na miejsce, Michael już tam jest. Czeka odwrócony do niej plecami, lecz ona widzi jego odbicie w sadzawce, na której powierzchni unoszą się jesiennie wybarwione liście. Ma tę samą czapkę z daszkiem co ostatnio, ale teraz jest ubrany cały na czarno.
Nagle Amelie zaczyna się stresować, że Slottsskogen nie przypadnie mu do gustu. Żałuje, że zaproponowała to miejsce. Dochodzi do wniosku, że to był naprawdę zły pomysł. Co jej strzeliło do głowy? Zabierać Michaela, przyzwyczajonego do fotografowania najpiękniejszych miejsc na świecie, do Slottskogen. Co ona sobie właściwie myślała?
Bardzo chciała zrobić na nim dobre wrażenie, ale uświadamia sobie, że wszystko poszło nie tak. Właśnie ma się stamtąd ulotnić, gdy Michael się odwraca i macha do niej z uśmiechem. Ależ z niego przystojniak – myśli Amelie, sama zaskoczona swoją reakcją. Uśmiech, oczy i pociągająca charyzma.
– Hej, Michael – wita się Amelie, odwzajemniając uśmiech. – Długo czekasz?
– Nie, skąd. Właśnie przyszedłem. Zastanawiałem się, gdzie robić zdjęcia. Pięknie tu. – Przesuwa wzrokiem po drzewach. – Te jesienne kolory będą się doskonale prezentować.
Amelie podąża za jego spojrzeniem, kiwa głową i czuje się spokojniejsza.
– Idziemy? – pyta Michael, zakłada plecak i przewiesza sobie przez ramię torbę ze sprzętem fotograficznym.
– Pewnie. Pójdziemy pod górę. – Amelie wskazuje palcem długie wzniesienie. – Wydaje mi się, że znajdziesz tam interesujące widoki. – Niepewność mija, gdy Michael jej odpowiada:
– Brzmi wspaniale. Jeszcze raz dziękuję, że zechciałaś być moją przewodniczką. – Mężczyzna odwraca głowę w jej stronę i się uśmiecha.
– Drobiazg – zapewnia Amelie, odwzajemniając uśmiech. – Liczę na twoje wskazówki. Mam coś wziąć?
– Tak, możesz wziąć blendę. Nic nie waży, ale jest nieporęczna.
– Jasne.
Pstrykają zdjęcia przez trzy godziny, a ona chętnie zostałaby w parku jeszcze dłużej, lecz zrobiło się ciemno, a Michael jest zadowolony z efektów swojej pracy.
– Może podrzucę cię do domu? – pyta Amelie, gdy docierają do parkingu. Stoją obok jej czarnego volvo XC90 lśniącego w świetle latarni. Amelie nie chce, żeby ten wieczór się skończył. Jeszcze nie.
– Nie trzeba – odpowiada mężczyzna. – Przyjechałem autem.
– Gdzie mieszkasz?
Michael spogląda na nią, a ona czuje, że się rumieni. Naprawdę nie chce się z nim rozstawać. Pragnie być blisko niego, uczyć się od niego i słuchać jego motywujących słów. Te godziny spędzone z nim w parku były fantastyczne, o wiele lepsze, niż się spodziewała. Tak cudowne, że nie myślała o niczym innym, była tu i teraz.
– Może masz ochotę wpaść do mnie na chwilę? Moglibyśmy szybko przejrzeć zdjęcia – proponuje Michael. – Oczywiście nic na siłę – dodaje.
Amelie bierze głęboki wdech i zamyka oczy. Czy ma ochotę? Spytał ją o coś, o czym ledwo miała odwagę pomyśleć. Cudownie się czuje w jego towarzystwie. Michael traktuje ją po partnersku, a nie jak jakąś słodką idiotkę czy kobietę paprotkę, i dlatego bez wahania odpowiada:
– Tak, chętnie.
Mężczyzna spogląda na nią poważnie:
– Tylko nie spodziewaj się nie wiadomo czego. Mieszkam dość skromnie, ale to mi odpowiada. Nie zabawię tutaj zbyt długo. Dokończę zlecenie i ruszam dalej.
Amelie ponownie bierze głęboki wdech. Michael nie może zniknąć z jej życia. Nie teraz.
– Spoko – mówi Amelie z uśmiechem.
– Świetnie. Mieszkam bardzo blisko, tylko tam nie bardzo jest gdzie zaparkować. – Michael spogląda na jej samochód. – Masz dość duże auto. Zostawmy je tutaj, a potem cię tu odwiozę.
Amelie kiwa głową i czuje podekscytowanie, siadając z przodu, obok Michaela.
13
Amelie idzie tuż za nim. Patrzy na jego czarny płaszcz i plecak odcinające się na tle wieczornego nieba. Światło latarni próbuje przeniknąć przez mglistą ciemność i wielkie drzewa. Amelie robi uniki, żeby rozłożyste gałęzie nie podrapały jej twarzy, i aż podskakuje, czując, że wdepnęła w coś miękkiego.
– Wszystko w porządku? – pyta Michael, jakby wyczuwał jej niepokój.
– Tak, jasne – odpowiada Amelie. – Ale z przyjemnością wejdę do środka – dodaje, bardziej by przerwać ciszę niż z nim konwersować, lecz jej głos zlewa się z głośnym skrzypnięciem drzwi i kobieta nie dostaje odpowiedzi.
Wchodzi za nim do ciemnego przedpokoju i przystaje. Michael zapala górne światło, a ona rozgląda się wokół. Nad starą komodą wisi pęknięte lustro w złotej ramie, a na wieszaku niebieski sztormiak. Na dywaniku stoi para czarnych butów. Michael uprzedził ją, że mieszka skromnie, ale nie spodziewała się, że aż tak.
Waha się. Co ona właściwie tutaj robi? Może powinna wrócić do domu? Ale przecież nie może mu powiedzieć, że się rozmyśliła. Musi chociaż na chwilę wejść do środka. I kto wie, może dalej jest trochę lepiej. Poza tym widziała już gorsze mieszkania. Wprawdzie to było dawno, lecz miejsce, z którego pochodzi, nie zawsze wyglądało ładnie.
– Odstaw blendę i chodźmy na górę – proponuje Michael z uśmiechem, wskazując palcem na piętro.
Amelie stawia blendę na podłodze i podąża za nim. Drewniane schody skrzypią pod jej ciężarem, a ona czuje w żołądku niepewność. Pogięło ją? Nie zna tego mężczyzny. Cała ona. Impulsywna jak zawsze. Dlaczego zawsze tak jej się śpieszy?
Wchodzi na górę, a potem do dużego pokoju. Rozgląda się w mroku i myśli, że kiedyś musiało tu być ładnie, ale teraz brązowo-zielone tapety w medaliony są brudne i zniszczone, a parkiet w jodełkę jest matowy i pełen szpar.
– Usiądź – mówi Michael, wskazując ręką kanapę.
Amelie bez słowa wykonuje jego polecenie. Siada na krawędzi i ostrożnie kładzie rękę na podłokietniku. Dwa różne fotele i stół z okrągłymi zaciekami oraz czarnymi śladami wypalonymi przez papierosa to jedyne meble w tym dużym pomieszczeniu.
Przełyka ślinę i nie wie, gdzie podziać wzrok. Wszystko tutaj jest odpychające i Amelie żałuje, że z nim przyszła. Podnosi wzrok i napotyka spojrzenie Michaela. Ma zmarszczone czoło i przygnębienie wypisane na twarzy.
– Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałem – odzywa się, według niej ze smutkiem w głosie.
Amelie się śmieje i kręci głową. Ależ jest głupia. Mówi, że chce zostać fotografką i być w centrum wydarzeń, a ma cykora na widok odrobiny kurzu i zniszczonych mebli. Przecież ją uprzedzał. Nie próbował jej w nic wmanewrować. Musi ją mieć za panikarę.
– Owszem, ostrzegałeś – odpowiada Amelie, a na jej twarzy pojawia się uśmiech. – Szkoda takiego domu – dodaje, próbując zatuszować swoje zachowanie. – Byłby naprawdę piękny, gdyby trochę nad nim popracować.
– Zdecydowanie. – Michael kiwa głową z entuzjazmem. – Masz ochotę na lampkę wina? – pyta.
Amelie się waha. Będzie musiała wrócić samochodem, ale pół kieliszka może wypić. To może rozluźnić atmosferę.
– Dziękuję, chętnie.
– Skoczę do kuchni. Czuj się jak u siebie.
Michael szybko zbiega po skrzypiących schodach, a ona się uśmiecha, konstatując, jak bardzo mu się śpieszy. Słyszy jego szamotaninę w kuchni i wstaje z kanapy, strzepuje spodnie, po czym pociera o nie dłońmi, jakby chciała się pozbyć wyimaginowanego brudu.
Jej wzrok pada na czarną torbę z aparatem stojącą na podłodze. Czym są odrobina brudu i zaniedbany dom? Jemu to oczywiście nie przeszkadza. Żyje swoją sztuką, czego mu zazdrości, jedyne, co się dla niego liczy, to jego praca. Chociaż mieszka w obskurnym miejscu, to ma drogi sprzęt fotograficzny, co może oznaczać, że odnosi sukcesy i jest przy kasie, ale wydaje ją na to, co uważa za istotne.
Amelie rozgląda się po pomieszczeniu. Musi skorzystać z toalety, więc idzie do ciemnego przedpokoju i podchodzi do pierwszych zamkniętych drzwi. Na korytarzu nie ma żadnej lampki, ale na jego końcu znajduje się okrągłe okno, przez które wpada poblask księżyca w pełni. Amelie kładzie dłoń na klamce i popycha drzwi. Zastyga, słysząc, jak głośno skrzypią, i przeklina w duchu stare domy. Michael wciąż jest na dole, w kuchni, więc Amelie ostrożnie zagląda do środka.
Wybrała złe drzwi. Tuż przed nią, na podłodze, leży szeroki materac z kołdrą i poduszką. Obok stoi taboret, a na nim grube świece i pudełko zapałek. To tutaj Michael śpi.
Amelie postanawia się trochę rozejrzeć. Zobaczyć, czy może się zbliżyć do tego człowieka. Potem będzie kontynuować miłą rozmowę o fotografii, napije się wina i wróci do domu, aby położyć się w wygodnym łóżku kontynentalnym z czystą pościelą.
Wchodzi do pokoju i marszczy nos. W środku panuje zaduch, a poza tym wyczuwa jeszcze inny, lekko drażniący zapach. Taki, jaki wydziela drukarka fotograficzna, którą ma w domu. To wzbudza jej ciekawość. Przecież jeszcze nie widziała żadnych jego zdjęć.
Przy ścianie stoi biurko zawalone wydrukowanymi zdjęciami. Podchodzi do niego, pochyla się, spogląda na nie i wstrzymuje oddech.
Cholera – myśli, cofając się szybko, z nieprzyjemnym uczuciem w ciele.
14