Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
32 osoby interesują się tą książką
Tę lipcową sobotę pamiętają wszyscy mieszkańcy Łodzi. Rozpisywały się o niej gazety, doszło wtedy do wielu niewyjaśnionych wypadków. Tamtego dnia w łódzkiej mgle rozpłynął się też Adrian Nadzieja.
Po blisko dwóch latach do doświadczonej reportażystki i byłego policjanta zgłasza się tajemniczy zleceniodawca. Agata Kryspin i Michał Dziedzic zostają wciągnięci w grę, której stawką jest nie tylko odnalezienie studenta prawa, ale też odsłonięcie własnych tajemnic. Zagłębiając się w tkankę śledztwa, odkrywają, że wiele śladów zostało zatartych, kłamstwa nabrały mocy, a brud i mrok miasta zdążyły przykryć szczelnie każdy trop.
Dlaczego policja umyła ręce, a bliscy Adriana sznurują usta? Jaką zagadkę nosił w sobie chłopak, którego wszyscy tak uwielbiali i dokąd go zaprowadziła?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 590
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ZAMGLONE
Copyright © by Marcel Frątczak 2025
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Niebieskie 2025
Redaktor prowadzący – Michał Chudziński
Redakcja – Anna Rozenberg
Korekta – Przemysław Radzyński, Magdalena Białek
Okładka, projekt typograficzny i skład – Łukasz Pryczkat
Zdjęcie autora na IV stronie okładki – Małgorzata Hałas
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe, a imiona i nazwiska są fikcyjne.
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie lub elektronicznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez zgody wydawcy. W przypadku cytowania należy podać źródło pochodzenia oraz obowiązuje zakaz zmiany treści. Dziękujemy za uszanowanie pracy autora i zespołu redakcyjnego.
Wydanie I
Kraków 2025
ISBN: 978-83-971367-4-8
Wydawnictwo Niebieskie Sp. z o.o.
www.wydawnictwoniebieskie.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
– Wybacz, kochana, ale to słaby temat. Wszystkim ulżyło, że to już koniec. Po co teraz nagle do tego wracać?
Siedziały w ciemnej sali pubu Biblioteka. Światło wpadało tu jedynie przez wąskie okno pod sufitem. Płomienie świec powbijanych w butelki Jacka Danielsa rozgarniały mrok, ale tylko trochę. Agata Kryspin, ubrana w czarny top i skórzane spodnie, odrzuciła włosy za ramię i zaciągnęła się elektronicznym papierosem. Na jej prawej ręce zamajaczyły dwa tatuaże, jeden przedstawiał różę, drugi – kotwicę. W uszach zakołysały się ogromne kolczyki koła.
– A ja uważam, że to może chwycić – odpowiedziała Agata i wypuściła dym przez nos.
W pubie panował gwar. Co chwila rozlegał się czyjś śmiech albo brzęk uderzającego o siebie szkła. Dookoła widać było przede wszystkim grupki licealistów i studentów. Agata czuła się za stara na to miejsce o dobre dwie dekady. Z głośnika, chyba po raz trzeci, odkąd weszły do knajpy, dochodziło Wake Me Up When September Ends Green Daya – chociaż był czerwiec i lato dopiero nabierało rozpędu.
– Naprawdę? Bo jeszcze jakiś czas temu sama mówiłaś, że ten temat ci nie leży. – Magda nie zamierzała się tak po prostu poddać.
Ich przyjaźń zaczęła się na początku lat dwutysięcznych, gdy obie grały w tym samym girlsbandzie, którego Agata była frontmanką. Magda Kochanowska, dobiegająca czterdziestki, miała teraz długie, czarne włosy, obfity biust i pulchne dłonie zakończone paznokciami w kolorze purpury. Jej palce już od dawna nie dotykały gitarowych strun. Zajmowały je teraz inne sprawy: przerzucanie kartek w podręcznikach swoich dzieci i klikanie w klawiaturę na poczet wielkiej korporacji, w której pracowała.
– Dawno się nie widziałyśmy – powiedziała Agata, co miało znaczyć, że Magda nie jest na bieżąco z tym, co jej przyjaciółka czuje i co myśli o różnych sprawach.
Była przygotowana na to, że Magda weźmie ją w ogień swoich przemyśleń. Tym razem czuła jednak, że jej przyjaciółka się nie myli. Ale przyznanie racji Magdzie oznaczałoby zdmuchnięcie komfortowej iluzji, w którą Agata opatuliła się przed wieloma miesiącami.
– Nie jestem na bieżąco, bo zapadłaś się pod ziemię. – Magda machnęła otwartą dłonią.
– Może i tak. Ale to chyba zrozumiałe.
– Daj spokój. – Magda napiła się piwa. – Obie wiemy, że masz za twardą skórę, żeby po czymś takim nie wychodzić z domu i robić z siebie ofiarę.
Agata pomyślała, że jej przyjaciółka pewnie przemawia tym samym tonem do swoich dzieci, gdy te próbują wcisnąć matce jakąś wymówkę.
Po chwili, poprawiając ramiączko stanika, Agata rozejrzała się po ciemnej sali. Miała wrażenie, że siedzący w boksie mężczyzna z długimi włosami i w jeansowej kurtce wciąż zerka w ich stronę. Oparła się łokciem o stół. Kiedy się odezwała, mówiła prawie szeptem.
– Mam czasem dziwne jazdy. Szczególnie, kiedy jest ciemno i kiedy jestem sama poza domem. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ktoś mnie śledzi. Ale boję się odwrócić.
– Odbija ci. – Magda wywróciła oczami. – Za dużo siedzisz w domu. Za rzadko wychodzisz do ludzi.
– Zapomniałam, jaka z ciebie suka, wiesz? Dlaczego ja się z tobą nadal przyjaźnię?
– Pewnie przez wzgląd na stare czasy. – Magda zadrżała i narzuciła ramoneskę na gołe ramiona. – Może też dlatego, że mówię, jak jest, i nie podlizuję ci się jak te wszystkie cizie z gazetki. Masz z nimi w ogóle jakiś kontakt? Jeśli tak, to mnie okłam.
– Nie mam. Wiesz, jak to jest z koleżankami z pracy.
– Wiem – przyznała Magda i napiła się piwa. – Na szczęście nasza przyjaźń przetrwa wszystko.
– Drink to that – mruknęła Agata i dopiła piwo. Czuła się już wstawiona i zaczęła myśleć o powrocie do domu. – Wiesz… – powiedziała – może i masz trochę racji, Magda. Czuję się ostatnio mniej sobą. Jakbym była rozmyta. Rozcieńczona. Ale tak chyba czasem po prostu bywa, nie?
– Nic się nie bój. – Magda nagle się ożywiła, a Agata dostrzegła błysk w jej oku. – Nie przyszłam na to spotkanie z pustymi rękami. Ale najpierw muszę ci coś opowiedzieć. To ma związek z tobą. Wczoraj, wyobraź sobie, robiłam paznokcie i stało się coś dziwnego. – Magda po godzinach na etacie dorabiała sobie, robiąc hybrydy.
– Koniecznie musisz mi o tym opowiedzieć! – bąknęła sarkastycznie Agata.
– Żebyś wiedziała. Słuchaj. Zwykle przychodzą do mnie ludzie z polecenia, ale ona była z zewnątrz.
– Kto?
– Ta kobieta. Napisała do mnie na Facebooku. Nikt mnie jej nie polecił. To rzadkość, bo nigdzie się specjalnie nie ogłaszam. Od początku wydała mi się jakaś nietypowa. Zacznijmy od tego, że hybrydy w ogóle do niej nie pasowały i chyba nigdy wcześniej ich nie robiła. Miała rude włosy i umięśnione ciało, jakby konkretnie pakowała na siłowni…
– Jak mnie to niby dotyczy? – Agata weszła przyjaciółce w słowo.
– Poczekaj! Zmierzam do tego. Ta kobieta dużo gadała, ale wydawała się totalnie niezainteresowana paznokciami. Dała mi wolną rękę. No i ciągle nawijała. Ale w ogóle nie o sobie, tylko o wszystkim. O pogodzie, o wojnie na Ukrainie. Słuchałam jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Ale w końcu zwróciła moją uwagę, bo wypowiedziała twoje imię. Mówiła coś tam o Wszystko. Zdaje się, że chwaliła, ale nie jestem pewna. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i nie popisać się tym, że cię znam, nawet bardzo dobrze. Wtedy ta babka nieźle się rozemocjonowała. I powiedziała, że jest asystentką kogoś, kto od dłuższego czasu próbuje się z tobą skontaktować, ale że to trudne, odkąd zniknęłaś z przestrzeni publicznej. – Magda przewróciła oczami i wypuściła głośno powietrze z ust. – Teraz sobie myślę, że chyba nie przypadkiem przyszła akurat do mnie. A już myślałam, że moje hybrydy zaczynają robić furorę… Spokojnie, niczego jej nie dałam. Nie rób takiej miny. Ale mam to. – Magda sięgnęła do torebki po portfel i wyjęła z niego wizytówkę.
W półmroku Agata ledwo mogła ją rozczytać. Wyglądała elegancko i była zupełnie czarna, jeśli nie liczyć złotych, wypukłych liter.
Eliza Sybilska
Personal assistant of
SZYMON JASTRZĘBSKI
Poniżej wytłoczono numer telefonu. I to wszystko. Żadnego logo, adresu, maila.
– Czym niby zajmuje się ten cały Jastrzębski? – zapytała Agata.
– Nie wiem. Jak o to zapytałam, to odpowiedziała dość wymijająco. Chyba generalnie zarabia dużo pieniędzy. Ale najważniejsze dla ciebie jest to, że podobno ma temat. Temat, który mógłby cię zainteresować. Poszukuje kogoś z twoimi zdolnościami i podobno dobrze płaci.
– Naprawdę? – Agata wpatrywała się w wizytówkę. – Jakoś podejrzanie to wygląda. Co, jeśli wytną mi nerkę? Poza tym jestem teraz zajęta.
Magda cmoknęła, co znaczyło, że jest zniecierpliwiona. Agata znała ten wyraz twarzy przyjaciółki, twarzy, którą widziała teraz nad świeczką wbitą w butelkę Jacka Danielsa. Magda podchodziła do takich rozmów z dużym emocjonalnym zaangażowaniem. Nie potrafiła po prostu doradzić i powiedzieć: „Zrobisz, jak uważasz”. To nie byłoby w jej stylu. Ani w stylu ich przyjaźni.
– Nie wiem, co się z tobą stało – powiedziała, zaciągając się elektronicznym papierosem. – Wiesz, że zawsze cię podziwiałam. A teraz… Teraz jakbyś się poddała. Zrobiłaś się nudna. Sądziłam, że ty jedyna się przed tym uratujesz.
– Może najwyższy czas się ustatkować.
– Come on! Jakbyś mi powiedziała, że spotykam się dzisiaj nie z tobą, tylko z twoją siostrą, tobym nie przyszła. By the way, widziałam ostatnio Włodarczyka w telewizji. – Magda westchnęła. – Robi z siebie pajaca.
Kamil Włodarczyk był chłopakiem Agaty z czasów, gdy oboje grali w zespołach muzycznych i dużo imprezowali. Jego zespół, Płuca Palacza, zyskał większą sławę niż zespół Agaty i do dziś dawał koncerty na festynach i dożynkach w całym kraju.
– Zawsze robił z siebie pajaca – odparła Agata.
Zimny uśmiech wykrzywił twarz Magdy. Oplotkowywanie zawsze tych samych ludzi należało do ich tradycji.
– A co tam słychać u Marcina? – Magda próbowała zachować neutralny ton.
Agata, ku uciesze przyjaciółki, westchnęła z dezaprobatą.
– Kilka miesięcy temu obejrzał na Netfliksie program dokumentalny o historii hip-hopu i od tamtej pory zaczął chyba przechodzić pierwszy kryzys wieku średniego. Wcześnie, co? Kupuje pełno płyt, zaczął nosić czapki z daszkiem i jakieś łańcuchy. Ciągle puszcza hip-hop. Ale nie narzekam. Jak go poznałam, miał fazę na lata sześćdziesiąte. Kiedy się widywaliśmy, w kółko słuchał Beatlesów. Myślałam, że uszy zaczną mi krwawić. Z dwojga złego wolę chyba hip-hop.
– Nie wiem, co gorsze. – Magda uśmiechnęła się lodowato znad szklanki piwa. Jej zęby wyglądały upiornie w zestawieniu z czerwienią ust. Po chwili spoważniała. – Agata, posłuchaj mnie. Przynajmniej tam zadzwoń i dowiedz się, o co chodzi. To może być COŚ. Coś, co cię rozrusza. Ci ludzie wydają się szczerze zainteresowani twoimi zdolnościami. Czemu tego nie docenisz? Przecież cię znam. Kiedyś będziesz pluła sobie w brodę, że nie zadzwoniłaś.
– Dobrze, już dobrze. Przemyślę to. Obiecuję.
Twarz Magdy złagodniała.
– Wiesz, że mówię to wszystko, ponieważ I care and I love you?Po prostu czuję, że potrzebujesz pstryczka w nos.
– Ja ciebie też kocham, Magda.
Agata poczuła wdzięczność. Móc tu siedzieć i rozmawiać z Magdą, to było dla niej jak wybrać się w odwiedziny w rodzinne strony, albo jak słuchać starych, zarysowanych płyt Cock Sparrer i Cockney Rejects.
Magda chyba uznała, że temat wizytówki jest wyczerpany. Mówiła teraz o dzieciach, planach na wakacje i o tym, że jej mężowi, Tomkowi, coraz bardziej rozwija się poważna wada wzroku.
– Masz jakieś wieści od dziewczyn? – zapytała Agata.
Mówiąc „dziewczyny”, miała na myśli członkinie girlsbandu Pluszaki, które współtowarzyszyły jej i Magdzie dwadzieścia lat temu.
– Żadnych. Rzadko się odzywają – odpowiedziała Magda. – Każda poszła w swoją stronę. Czy to nie smutne? Och. Wiem, że powtarzam to zawsze, jak się widzimy, ale cholera: kiedy minął ten czas? – rzuciła z melancholią i sięgnęła do paczki po kolejny wkład do papierosa.
Agata bezwiednie potarła palcami wypukłe litery na czarnej wizytówce.
Dochodziło południe. Prywatny detektyw Michał Dziedzic stał w oknie swojego gabinetu bez ruchu, niczym podglądacz. Miał brodę poprzetykaną siwizną, jasne oczy, szerokie ramiona i napiętą twarz.
Zapalił kolejnego papierosa. To była zapowiedź. Zawsze, kiedy był bliski odsunięcia od siebie kobiety, zaczynał palić o połowę więcej niż zazwyczaj. Jednego po drugim. Dorota znalazła się na wypowiedzeniu, chociaż teraz na pewno siedziała jak na szpilkach i czekała, co Michał odpisze. Zdążył ją trochę poznać i podejrzewał, że spodziewa się ciosu. Należała do kobiet, które zawsze się go spodziewają.
Dorota Przymus, wysoka szatynka z łódzkiego Manhattanu, była jednym z pierwszych strzałów Michała w aplikacji randkowej. Pracowała jako kurator rodzinny, choć z tego, co Michał zdążył wywnioskować, miała specyficzne podejście. Z torbą pełną zapisków objeżdżała dysfunkcyjne domy, sprawdzała zeszyty szkolne dzieciaków z patologicznych rodzin, podsuwała ich rodzicom oferty pracy, a wychudłym psom dawała smaczki, które zawsze nosiła w kieszeni płaszcza. Była dobra w tym, co robiła. Podopieczni nie zatrzaskiwali na jej widok drzwi, nie sprzątali w pośpiechu barłogu. Lubili Dorotę, bo wypisywała im dobre opinie i nie krytykowała zbyt otwarcie ich trybu życia. Na dodatek przynosiła przysmaki dla tych wszystkich wynędzniałych Tin, Lakich, Reksiów i Rokich. Traktowali Dorotę jak wykształconą ciotkę zza granicy, może i trochę wściubiającą nos, ale niegroźną i przywożącą prezenty.
Michał sądził, że ją rozgryzł – chciała czuć się lubiana. Lubiana i potrzebna. Czasami zbyt mocno tego pragnęła i sprawiała wrażenie desperatki. Ale nie o to chodziło. Dorota mogła być jakakolwiek – zdesperowana i samowystarczalna, słaba i silna, nachalna i zdystansowana. On i tak któregoś dnia zacząłby palić więcej papierosów i trwałoby to aż do momentu, w którym by ją odtrącił.
To nie była jej wina.
Michał Dziedzic był tchórzem. Tak właśnie myślał, kiedy palił kolejnego papierosa w oknie swojego gabinetu. Poczuł do siebie obrzydzenie i jego twarz skrzywiła się nieprzyjemnie.
W głowie wciąż odbijała mu się echem wiadomość od Doroty. „Wielka okazja”, „może i trochę spontanicznie, ale to wspólny czas z dala od obowiązków”, „oczywiście, jeśli chcesz lecieć”. Kto by nie chciał? Wakacje za półdarmo, pięciogwiazdkowy hotel, basen, drinki w cenie. Wspólny pokój. Na samą myśl żołądek podszedł mu do gardła. Zastanawiał się, czy ta okazja rzeczywiście pojawiła się znikąd, czy też Dorota wszystko wymyśliła, żeby sforsować jego obronę. Zburzyć jego mury i zatrzymać go na dłużej.
Zamknął okno. Dopiero teraz zauważył, że papierośnica spadła z parapetu na podłogę. Dookoła rozsypały się drobinki tytoniu. Podłoga zresztą od dawna domagała się pozamiatania i umycia. Michał Dziedzic uważał się za człowieka, który ma poukładane w głowie, co niekoniecznie musiało znajdować odzwierciedlenie w stanie czystości jego biura.
Gdy się schylił po papierośnicę, zadzwonił telefon. Pomyślał, że to Dorota. Najpewniej nie mogła doczekać się jego odpowiedzi, wyszła więc ze swojego biura w sądzie rejonowym i wybrała numer Michała… Ale nie. To nie była Dorota. Ona zresztą nie dzwoniłaby na służbowy. Chociaż… Może gdyby nie odbierał? Zastanawiając się, czy byłaby do tego zdolna, przyłożył telefon do ucha.
– Halo?
W odpowiedzi usłyszał chłodny, kobiecy głos:
– Dzień dobry. Nazywam się Eliza Sybilska i dzwonię w imieniu mojego pracodawcy, Szymona Jastrzębskiego. Czy dodzwoniłam się do biura detektywistycznego Dziedzictwo? Tak? Wspaniale. Mogłabym panu zająć kilka minut?
– O co chodzi?
– Mam dla pana ofertę pracy.
– Proszę mówić.
Chociaż połączenie nie trwało długo, a kobieta mówiła bardzo ogólnie, Michał z każdym kolejnym słowem nabierał przekonania, że rozwiązanie problemu – to znaczy wymówka dla Doroty – spadło mu jak z nieba.
– Gdyby się coś zmieniło – powiedziała kobieta, gdy mieli się już rozłączyć – to prosiłabym o informację. Ma pan mój numer, a jeśli zaginie wśród innych połączeń, to w skrzynce pocztowej pańskiego biura powinien pan znaleźć moją wizytówkę.
Kiedy się rozłączyli, Michał zszedł do skrzynek i otworzył swoją. W środku, prócz ulotek, rzeczywiście odnalazł wizytówkę. Była czarna, jeśli nie liczyć wytłoczonych na niej złotych liter.
Agata zrobiła coś, czego nie robiła już od bardzo dawna. Spakowała laptopa do pokrowca i wyszła z zamiarem popracowania poza domem. Wybrała food court w centrum handlowym Manufaktura. Liczyła, że w miejscu publicznym nie będzie miała wyjścia i po prostu zacznie pracować. Z myślą o późniejszym spotkaniu ubrała się bardziej elegancko niż zazwyczaj, ale bez przesady: w to, co akurat nie wymagało prasownia i było ciemne, czyli w golf i spodnie w kratkę. W uszy włożyła ogromne kolczyki koła, do których miała słabość.
Kupiła kawę w McDonaldzie i wybrała stolik pod oknem z widokiem na plac. Zimą było tu lodowisko, teraz zaś rozpleniła się sztuczna plaża z palmami, boiskiem do siatkówki i beach barem. O tej porze dnia przeważały gęste grupki wagarujących nastolatków, którzy kręcili się tu bez wyraźnego celu z kubkami ze Starbucksa w dłoniach. Zbliżały się wakacje.
Agata włączyła laptopa, założyła słuchawki i zabrała się do pracy. Napisała wstępy do kilku rozmów, ułożyła je w odpowiedniej kolejności, zredagowała i uzupełniła roboczymi przypisami. Wychodząc po siedmiu godzinach z zatłoczonego food courtu, czuła dumę. Było to jednak dalekie od stanów, w jakie potrafiła popadać, kiedy pisała poprzednią książkę. Tamte przypominały haj. Sprawiały, że nie myślała o niczym innym i po prostu oddawała się pracy. Ale może wszystko przed nią, może rozbudzi w sobie jeszcze pasję do tego tematu. Na pewno tak będzie.
Zjeżdżając ku wyjściu ruchomymi schodami, poczuła się zmęczona i zaczęła żałować, że zgodziła się na spotkanie. Cóż, przynajmniej nie musi nigdzie jechać. Przesłana przez Elizę Sybilską lokalizacja wskazywała budynek przy Drewnowskiej 43, naprzeciwko Manufaktury.
Drzwi otworzyła kobieta w średnim wieku, ubrana podobnie do Agaty – elegancko, ale z wyczuciem. Z jakiegoś powodu ten strój wydał się jednak Agacie nienaturalny i niepasujący do tej osoby. Zupełnie jakby przez cały dzień chodziła w dresie oraz podkoszulku i przebrała się tuż przed jej przyjściem. Kobieta była opalona, miała świetną, atletyczną figurę, a spod kołnierza koszuli wystawał kawałek tatuażu utrzymanego w nordyckiej estetyce. Rude włosy wydawały się nienaturalnie gładkie i sprężyste.
– Agata Kryspin – stwierdziła kobieta, wpuszczając ją do środka. – Witam, miło panią poznać. Tak, tak. Cieszę się, że przynajmniej pani przyjechała o ustalonej godzinie. Przepraszam, marudzę, ale nic dzisiaj nie idzie zgodnie z planem. Proszę wejść.
Agata nie rozumiała komentarza na temat punktualności, dopóki nie weszła do pomieszczenia i nie zobaczyła mężczyzny siedzącego na kanapie. W odróżnieniu od niej był ubrany cały na biało. Miał brodę poprzetykaną siwizną i wyraźne zakola. Popijał kawę z ceramicznego kubka. Gdy zobaczył Agatę, na chwilę szerzej otworzył oczy, ale szybko się opanował i zastąpił zdziwienie lekkim uśmiechem. Pomyślała, że pewnie ją rozpoznał. Zresztą ona też miała wrażenie, że widziała już gdzieś tego człowieka. Kiedy jednak mieszka się całe życie w tym samym mieście, wiele twarzy wygląda znajomo.
Salon połączony z aneksem kuchennym przypominał pokój hotelowy. Brak ozdób czy nawet przedmiotów codziennego użytku sprawiał wrażenie tymczasowości. Telewizor wyglądał tak, jakby nikt go nigdy nie uruchomił, a na zajmującym prawie całą ścianę oknie nie było ani jednej smugi. Za szybą rozciągał się widok na olbrzymi parking Manufaktury, wypełniony teraz samochodami. W powietrzu unosił się gryzący zapach detergentów.
– Pan Michał przyjechał trochę przed czasem – powiedziała asystentka i wskazała spojrzeniem mężczyznę ubranego na biało. – Ma spotkać się z panem Szymonem dopiero za godzinę.
– Mogę poczekać – oznajmiła Agata. – Skoro pan przyjechał wcześniej…
– Nie ma potrzeby – zaprotestował mężczyzna, odkładając telefon na stolik kawowy. – Ja poczekam.
– Wspaniale – skwitował asystentka. – Napije się pani kawy?
– Dziękuję, piłam już dzisiaj dwie – skłamała. W rzeczywistości była już po czterech.
Poza wejściowymi i balkonowymi było tu jeszcze dwoje innych drzwi. Pierwsze, z wywietrznikami u dołu, prowadziły najpewniej do łazienki. Zza drugich dochodził pogwar rozmowy. Agata usłyszała jeden głos, więc ktoś zapewne rozmawiał przez telefon. Asystentka zapukała do tych drzwi, ale chyba tylko grzecznościowo, bo zaraz, nie poczekawszy na zaproszenie, pociągnęła klamkę i weszła do sąsiedniego pokoju.
Agata i mężczyzna w bieli wymienili spojrzenia. Wyglądał jak ktoś, kto regularnie odwiedza siłownię. Nie nosił obrączki, miał za to pożółkłe opuszki palców, a kieszeń jego spodni opinała się na czymś, co mogło być paczką papierosów albo papierośnicą. Chciał zrobić dla niej miejsce na kanapie, ale zbyt gwałtowny gest spowodował, że wylał sobie kawę na białe spodnie. Agata sięgnęła do torebki. Miała w niej jeszcze serwetki, które zabrała z osiedlowej pizzerii. Podała kilka mężczyźnie.
– Dziękuję – powiedział, przykładając serwetkę do plamy. – Chociaż chyba zbytnio mnie to nie uratuje. Pani też na rozmowę kwalifikacyjną? – Na jego czole pojawiły się kropelki potu. – Dostała pani czarną wizytówkę?
– Tak. – Agata uśmiechnęła się lekko. – Co pan o tym wszystkim sądzi?
– O czym wszystkim? – Mężczyzna zaśmiał się głucho. – Nie wiem zbyt wiele. Zadzwonili do mnie wczoraj. A pani coś wie? – zapytał, chowając zużytą serwetkę do kieszeni kurtki.
Nim zdążyła odpowiedzieć, drzwi do sąsiedniego pokoju ponownie się otworzyły i stanęła w nich Eliza Sybilska. Tym razem na jej twarzy odmalowywał się uśmiech kogoś, kto przepracował długie lata w obsłudze klienta. Nienaturalny i nieruchomy.
– Pan Szymon jest gotowy, żeby z panią porozmawiać.
– Powodzenia – powiedział mężczyzna w bieli.
Sąsiedni pokój był mniejszy i panowała w nim inna atmosfera. Ewidentnie toczyło się w nim jakieś życie, chociaż raczej od niedawna. Na biurku stał laptop, obok leżał pokaźnych rozmiarów segregator. Ze śmietnika pod oknem wystawało papierowe opakowanie po jedzeniu na wynos. W powietrzu unosił się zapach przywodzący na myśl rozgrzebaną, mokrą ziemię.
Zza ekranu laptopa wyłoniła się chłopięca twarz.
– Pani Agato, to jest właśnie pan Szymon Jastrzębski – oznajmiła Eliza Sybilska.
– Dziękuję, Elizo – odpowiedział tamten, na co asystentka lekko skinęła głową i wyszła z pokoju.
Agacie nie udało się powstrzymać zdziwienia. Na pewno spodziewała się kogoś starszego, a może nawet dosłownie kogoś starego. Siedzący przed nią chłopak wyglądał na dwadzieścia lat, rysy jego twarzy nie zdążyły się jeszcze wyostrzyć. Był krótko ostrzyżony, miał wodniste oczy, bladą skórę i brwi tak jasne i rzadkie, że ledwo odznaczały się nad powiekami. Jego strój nie pasował do otoczenia, do biurka, laptopa i segregatorów – ubrany był bowiem w sportową koszulkę Adidasa, a kiedy wstał, żeby uścisnąć Agacie rękę, zobaczyła bryczesy i długie, ubłocone oficerki.
– Pani Agato – rozpoczął zaspanym głosem – dziękuję, że zgodziła się pani ze mną spotkać. Proszę mi wybaczyć ten strój. Przyjechałem tu prosto ze stadniny i nie zdążyłem nawet wejść pod prysznic. Mieliśmy dzisiaj kilka niespodziewanych sytuacji. Bałem się, że będę musiał przełożyć nasze spotkanie, a naprawdę nie chciałbym tego robić. Napije się pani czegoś?
– Dziękuję bardzo. Pana asystentka dała mi do zrozumienia, że to ważna sprawa – odpowiedziała Agata. – I w zasadzie nie powiedziała nic więcej.
Szymon Jastrzębski się uśmiechnął i teraz wydawał się trochę bardziej obecny.
– Tak, bardzo zależy nam na dyskrecji.
– Czym się pan zajmuje?
– Jeszcze tego nie odkryłem. – Zaśmiał się. – Szczęśliwie dla mnie pochodzę z dość majętnej rodziny, więc nikt mnie nie pogania. Może zresztą nigdy nie będzie mi dane tego odkryć – dodał ponuro.
– Zanim zaczniemy – powiedziała Agata, której przeszło wreszcie zdziwienie. – Musi pan wiedzieć, że obecnie nad czymś pracuję i pochłania mi to większość czasu. Cokolwiek to jest, nie sądzę, że będę mogła panu pomóc. A przynajmniej nie teraz.
– Rozumiem, rozumiem. A jednak daleka przyszłość nie wchodzi w grę. Zależy mi na czasie. Jest pani moim wymarzonym kandydatem.
– Kandydatem do czego?
– Zaraz do tego przejdziemy. Na początek… Cóż. Chciałbym to od razu podkreślić, będę wymagał od pani lojalności i tego, by postępowała pani zgodnie z moimi instrukcjami. Proszę wybaczyć, wiem, że to wszystko brzmi co najmniej dziwnie. – Urwał.
Agacie przeszło przez myśl, że mężczyzna nie ma doświadczenia w przeprowadzaniu rozmów tego typu albo co więcej – w ogóle nie ma doświadczenia w rozmawianiu jako takim. Brzmiał, jakby recytował przygotowaną wcześniej przemowę. Agata pomyślała, że kimkolwiek jest Szymon Jastrzębski, musi być cholernie oderwany od rzeczywistości i że być może rodzice trzymali go pod kloszem. Nie potrafiła go sobie wyobrazić w zwyczajnej sytuacji, takiej jak kupowanie bułek w Żabce. Zresztą, jaki inny dwudziestolatek posiada prywatną asystentkę i rozdaje przez nią swoje wizytówki?
– Pisze pani coś nowego? – zapytał nagle, jakby dopiero teraz przeanalizował jej słowa.
– Tak, od ponad roku zbieram materiał. Prace zaszły już za daleko, żeby się wycofać.
– Nie będę kłamał, nie cieszy mnie ta wiadomość. Ale niech przynajmniej da mi pani szansę. – Chłopak zamilknął i spojrzał w okno, jakby czekał, aż Agata oswoi się z tym, co usłyszała.
Podążyła za jego spojrzeniem. Widok z pokoju obejmował Manufakturę i wznoszący się ponad nią bryłowaty Neohotel.
– Oczywiście nie znam pani – mówił dalej Szymon Jastrzębski. – Moja ocena opiera się jedynie na tym, czego udało mi się o pani dowiedzieć.
– Tak? I czego się pan dowiedział?
– Podobno potrafi pani skutecznie docierać do bardzo różnych osób. Do osób z różnych środowisk i grup społecznych. Co więcej, potrafi pani zdobyć ich zaufanie. Czy to prawda?
Agata dopiero teraz poczuła się jak na rozmowie o pracę. A jednak to wszystko było zbyt dziwne, zbyt komiczne.
W co ty mnie wmanewrowałaś, Magda?
– Myślę, że tak. – Agata wzruszyła ramionami. – Docieranie do ludzi i zdobywanie ich zaufania to moja praca.
– Dobrze. Właśnie dlatego chcę panią zatrudnić.
– Zatrudnić do czego?
Chłopak odetchnął głęboko. Powiódł wzrokiem po biurku. Obok laptopa leżała biała czapka z metalowym znaczkiem Nike. Była postrzępiona i wyglądała na starą. Agata nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby Szymon Jastrzębski nosił ją na głowie. Mężczyzna przez chwilę się w nią wpatrywał, a potem powiedział:
– Najpierw chciałbym o coś prosić. Jak pani wie, zależy mi na dyskrecji. Zanim wprowadzę panią w szczegóły, oczywiście podpiszemy stosowne dokumenty zabezpieczające, ale już teraz, na tym etapie, chciałbym poprosić o… dyskrecję właśnie. – Na jego czoło wstąpiły kropelki potu. Głośno przełknął ślinę. – Poza tym proszę mi zaufać. Bez tego niestety daleko nie zajdziemy. Ale jeśli mi pani zaufa i daruje sobie pani zadawanie zbędnych pytań, możemy razem doprowadzić tę sprawę do końca. Nie chcę ukrywać, że zależy mi na czasie. Naprawdę długo już czekam, by zrealizować ten… ten projekt.
Agata spojrzała na zegarek. Poczuła zniecierpliwienie. Ten młody człowiek najwyraźniej nie zakładał, że sam może marnować komuś czas.
– Czy ja panią zanudzam? – zapytał.
– Po prostu nadal mi pan nie powiedział, na czym miałaby polegać moja praca. A zapytałam o to już dwa razy.
Chłopak spojrzał na nią. Kiedy znowu się odezwał, jego głos zadrżał.
– Dobrze. Przejdźmy więc do sedna. – Odkaszlnął. Kiedy znowu zaczął mówić, brzmiał bardziej rzeczowo. – Prawie dwa lata temu zaginął człowiek. Myślę, że można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że nie żyje. Ale to jedynie przypuszczenie, a nie potwierdzony fakt. Nie odnaleziono bowiem zwłok.
Na twarz Agaty wypełzł blady uśmiech.
– Chyba nie chce pan, żebym szukała czyichś zwłok?
– Chcę, żeby pomogła mi pani odnaleźć tego człowieka. Nieważne, żywego czy martwego. Na tym właśnie polegać będzie pani zadanie.
– To brzmi jak zadanie dla policji.
– Śledztwo stanęło w miejscu. Zgromadzono za mało materiału dowodowego. Szczerze mówiąc, myślę też, że policja niezbyt się przyłożyła.
– Mogę zapytać, kim jest ten człowiek i dlaczego chce go pan odszukać?
– Na pierwsze pytanie odpowiem, kiedy tylko zgodzi się pani dla mnie pracować i podpiszemy stosowne dokumenty. Jeżeli chodzi o drugie, to, cóż, odsyłam do tego, co mówiłem wcześniej, i mojej prośby o zaufanie. Musi pani uwierzyć, że nie kierują mną złe motywy.
– Nawet jeżeli – powiedziała Agata – to nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mogłabym pomóc w odnalezieniu kogoś, kto zaginął dwa lata temu. Nigdy się czymś takim nie zajmowałam. To nie moja bajka.
– Nie? – zapytał chłopak. – A mi się wydaje, że wręcz przeciwnie.
Otworzył segregator, wyjął z niego zadrukowaną kartkę i wręczył Agacie. Było to skrupulatne zestawienie jej publikacji, głównie reportaży pisanych dla „Wieści”, ale także tych, które ukazały się gościnnie na łamach innych gazet. Obok tytułów widniały krótkie streszczenia. Ktoś wykonał przy tej liście dobrą robotę, pomyślała Agata. Przydałoby mi się coś takiego.
– Jak już wcześniej mówiłem – powiedział chłopak – potrafi pani skutecznie docierać do bardzo różnych osób. Wymiatać brudy spod dywanu. Rozwiązywać języki. Tego właśnie potrzebuję. – I znowu brzmiało to jak recytacja. Agata wyobraziła sobie Szymona Jastrzębskiego przed lustrem mówiącego: „wymiatać brudy spod dywanu”, „rozwiązywać języki”.
– Dziękuję – odpowiedziała. – Ale nie chciałabym brać się za coś, co przerasta moje kompetencje. Tym bardziej, że… Cóż, wydaje mi się, że to dla pana jakaś bardzo osobista sprawa.
Szymon Jastrzębski uciekł spojrzeniem w podłogę, potwierdzając tym samym przypuszczenia Agaty.
– Czułabym się nie w porządku. Jak mówiłam, to brzmi jak zadanie dla policji.
– Nie chcę, żeby próbowała pani zabierać się do tego jak policjantka. Bo to by nas zaprowadziło w ten sam ślepy zaułek. Oczywiście dostanie pani do pomocy kogoś, kto może uchodzić za bardziej kompetentnego. – Spojrzał na drzwi, za którymi przebywała jego asystentka i mężczyzna w białych spodniach. – Chcę jednak, żeby zrobiła to pani po swojemu. – Przerwał i znowu spojrzał jej w oczy. – Wierzy pani w przeznaczenie? – zapytał znienacka. Zabrzmiało to dość teatralnie.
– Chyba nie – odpowiedziała Agata, która coraz bardziej pragnęła opuścić ten pokój i nigdy do niego nie wrócić.
– Ja wierzę – powiedział chłopak, wpatrując się znowu w widok za oknem. Jego twarz przybrała zbolały wyraz, jakby patrzenie sprawiało mu ból. – Ja wierzę. I zaczynam wierzyć, że nasze spotkanie nie jest dziełem przypadku, tylko że było nam pisane. Możne to pani nazwać intuicją, jeśli to pani mniej przeszkadza. W każdym razie, odkąd zobaczyłem panią w drzwiach… Wiedziałem, że się uda.
– Panie Szymonie… – Urwała.
Nie chciała go urazić. Mimo przesadnie oficjalnego tonu nie dało się nie zauważyć, że ta rozmowa ma w sobie coś intymnego. W głosie Jastrzębskiego coraz wyraźniej pobrzmiewała jednak desperacja. Agata pomyślała, nie bez współczucia, że kogoś takiego na pewno łatwo byłoby naciągnąć.
– Tak jak mówiłam, mam już pewne zobowiązania. Nie mogę… Nie chcę teraz wskakiwać w nowy projekt.
Wyprostowała się na krześle, gotowa, żeby zakończyć rozmowę.
– Zapłacę pani dwadzieścia pięć tysięcy na start. I drugie tyle, jeśli wywiąże się pani z zadania.
Agata próbowała wyglądać na uprzejmie zasmuconą.
– Nie chcę zabierać panu więcej czasu – odpowiedziała i wstała. – Przykro mi.
– Mnie tym bardziej. Ale dam pani czas do poniedziałku. Jeżeli zmieni pani zdanie, proszę skontaktować się z moją asystentką.
Otworzył przed nią drzwi. Kiedy wychodziła, wbił wzrok w podłogę i wyglądał, jakby gorączkowo się nad czymś zastanawiał.
Jego asystentka przemknęła przez uchylone drzwi ze zwinnością jaszczurki i zamknęła je za sobą bez słowa. Miała wyraz twarzy pod tytułem: „Wiedziałam, że tak będzie”. Mężczyzna, który wcześniej został przedstawiony Agacie, dalej siedział na kanapie. W dłoni trzymał telefon; jego palce nerwowo skakały po ekranie i Agata nie mogła oprzeć się wrażeniu, że właśnie się z kimś kłóci. Plama po kawie odznaczała się wyraźnie na jego białych spodniach.
Uniósł głowę.
– Jak poszło? – zapytał.
Agata była już przy drzwiach.
– To nie praca dla mnie – odparła, odwracając się przez ramię. – Ale może pan będzie się nadawał. Dobrze płacą.
TO PRZERAŻAJĄCE! BYŁA PARTNERKA KAMILA WŁODARCZYKA ZAATAKOWANA NOŻEM PODCZAS UROCZYSTEJ GALI. JEJ STAN…[ZOBACZ ZDJĘCIA].
Ta historia mrozi krew w żyłach, a jej świadkowie do tej pory nie mogą otrząsnąć się z przerażenia. Podczas gali rozdania nagród Wielkiego Tematu w Łodzi tajemniczy napastnik zaatakował nożem dziennikarkę Agatę Kryspin.
30 grudnia 2021 roku już po raz trzynasty odbyła się gala rozdania Wielkich Tematów. Rok temu ze względu na obostrzenia organizatorzy wydarzenia zostali zmuszeni je odwołać. Domyślamy się, że teraz mogą żałować, że w tym roku zniesiono już wszelkie obostrzenia i gala mogła się odbyć. Biorąc pod uwagę obrót wydarzeń, lepiej gdyby tej nocy wszyscy zostali w domach…
Kandydatów nagrodzono w pięciu kategoriach. Wśród nich znalazła się typowana przez wszystkich Agata Kryspin, autorka wydanego w zeszłym roku głośnego reportażu „Wszystko w porządku”. Agata Kryspin (34 l.) jest dziennikarką związaną z tygodnikiem „Wieści”. Była podopieczną legendarnego i słynącego z kontrowersyjnych metod pracy Mariana Owczarka (zm. 2017 roku). Uważa się ją za kontynuatorkę jego wizji dziennikarstwa. Spotykała się z liderem zespołu Płuca Palacza, Kamilem Włodarczykiem, którego od kilku sezonów można oglądać w roli jurora programu Twoja Twarz Brzmi Znajomo. W jednym z wywiadów udzielonych po premierze książki Włodarczyk przyznał, że to właśnie z myślą o Agacie Kryspin napisał popularny dwie dekady temu kawałek „Królowa papierosów”. Warto nadmienić, że w chwili ukazania się singla (2004 rok) Kryspin nie była nawet pełnoletnia.
Przypomnijmy, że książka Kryspin składa się z rozmów, jakie dziennikarka przeprowadziła z ponad tuzinem kobiet żyjących w tzw. przemocowych rodzinach. Reportaż wzbudził liczne kontrowersje [ZOBACZ: Żona burmistrza Czmielewa przerywa milczenie: BURMISTRZ BIŁ MNIE I PONIŻAŁ], wpisując się w zaczęte kilka lat temu przez aktorkę Alyssę Milano zjawisko #metoo.
Biorąc pod uwagę nieprzychylne nastawienie części internautów, na pewno nie wszystkim się spodobało, że 30 grudnia Agata Kryspin wyszła z gmachu Teatru Wielkiego bogatsza o sto tysięcy złotych. Czy właśnie dlatego tej samej nocy… została zaatakowana przez nieznanego, zamaskowanego sprawcę i KILKAKROTNIE UGODZONA NOŻEM? A może chodziło o prywatne porachunki?
Policja zapowiedziała poszukiwanie napastnika. Jak na razie nie udzielono żadnych informacji na temat stanu Agaty Kryspin.
[ZOBACZ: AGATA KRYSPIN PRZEŻYŁA ATAK NOŻOWNIKA, URATOWAŁO JĄ… UBRANIE „NA CEBULĘ”!]
Michał przetarł oczy. Był zmęczony zmęczeniem człowieka, który przez cały dzień nie zrobił nic konstruktywnego. Siedział przed komputerem w swoim biurze na Traugutta i się nudził. Jedyna sprawa, nad którą powinien pracować, a która posłużyła mu także jako wymówka, by uchronić się przed planami urlopowymi Doroty, stanęła w miejscu. Nie przez brak tropów albo środków do podążania za nimi, o nie. Jego zleceniodawca, kuriozalny wyrostek, zachowujący się nieco lunatycznie, po prostu zapadł się pod ziemię. Podobnie zresztą jak jego asystentka, Eliza Sybilska, która Michałowi przywodziła na myśl koleżankę z policji.
W poniedziałek Michał oraz jego zleceniodawca byli umówieni na podpisanie dokumentów i odbiór zaliczki. Jednak Michał nikogo nie zastał na Drewnowskiej 43, a personal assistant Eliza Sybilska od dwóch dni nie odbierała telefonu.
Michał wciąż miał nadzieję, że lada moment jego komórka zadzwoni i wszystko się wyjaśni. Nie chodziło tylko o to, że miałby dzięki temu wymówkę dla Doroty. Dwadzieścia pięć tysięcy złotych piechotą nie chodzi. Tym bardziej pięćdziesiąt. Za takie pieniądze Michał mógłby choćby wyremontować biuro, zatrudnić kogoś do pomocy i zainwestować w reklamę. Nigdy nie miał specjalnej smykałki do marketingu i wiedział, że z powodu słabej reklamy wiele potencjalnych spraw przechodzi mu koło nosa.
Po trzecie: sprawa zaginionego przed niemal dwoma laty człowieka zainteresowała Michała. I w głowie już zaczął nad nią pracować. Zastanawiał się nawet nad tym, czy – jeśli Jastrzębski się nie odezwie – mimo wszystko nie spróbować się czegoś dowiedzieć. Ale wtedy byłaby to praca charytatywna. Nie mógł sobie na to w tej chwili pozwolić.
Otworzył okno i zapalił papierosa. Sprawdził ekran telefonu. Nic.
Zgasił niedopałek w przepełnionej popielniczce stojącej na parapecie i usiadł z powrotem przed komputerem. Napił się kawy i zmierzwił włosy, wilgotne od potu. Dzień był duszny, słońce wlewało się do gabinetu z natarczywością sąsiadki przychodzącej bez zaproszenia.
Michał powiększył zdjęcie, które ukazywało Agatę Kryspin podczas gali rozdania nagród Wielkiego Tematu. Pozowała z kimś, kto wyglądał na sponsora wydarzenia, ubranym w garnitur, łysiejącym mężczyzną. Dziennikarka miała rozpuszczone włosy, purpurową sukienkę, w jednej ręce trzymała statuetkę, a w drugiej – kieliszek. Twarz jej poczerwieniała, pewnie z wrażenia. W jej oczach było coś, co wujek Michała nazywał u kobiet „kurwikami”. Wyzwanie rzucane światu, kpina, gotowość do walki.
A jednak odrzuciła ofertę Jastrzębskiego.
Oczywiście, Michał poznał ją od razu. Chociaż nie był typem mola książkowego ani osoby, która znajduje przyjemność w czytaniu zmyślonych historii, to lubił literaturę faktu. Lubił, kiedy historie pisało samo życie. Nie była to dla niego rozrywka, a raczej jedna z form nauki o świecie i ludziach. Książkę Wszystko w porządku, o której dowiedział się dzięki medialnemu szumowi, traktował tak samo – jako świetne studium psychologii oprawców, ofiar oraz ich bliskich. Uważał, że każdy wychowanek szkoły policyjnej powinien obowiązkowo się z nią zapoznać, oczywiście, gdyby nauka w takiej szkole trwała dłużej i uczniowie mogli wynieść z niej coś więcej niż tylko znajomość kodeksu karnego, poprawne posługiwanie się bronią i wiedzę, co wolno, a nie czego nie wolno, żeby nie narobić sobie kłopotów.
Kiedy Jastrzębski i Sybilska przestali się odzywać, Michał rozważał napisanie do dziennikarki. Mogła wiedzieć coś, czego on nie wiedział, albo przynajmniej dysponować jakimś innym kontaktem do tej dwójki. Tyle że najwyraźniej nie posiadała konta na Facebooku.
Michał opadł na obrotowe krzesło z ciężarem świadomości, że przez cały dzień nie zrobił kompletnie nic. I że jeśli czegoś nie wymyśli, będzie musiał pożyczyć pieniądze od rodziców. Lodówka w jego kawalerce nie była nawet podłączona, i tak stała pusta.
Agata Kryspin w purpurowej sukience patrzyła na niego z ekranu komputera. Michał sięgnął do papierośnicy po kolejnego papierosa i próbował go zapalić. Opuszek kciuka detektywa był już czerwony od pocierania o pstryczek, w dodatku w zapalniczce najwyraźniej kończył się gaz.
Pomyślał, że może w kieszeni kurtki ma jakąś zabłąkaną paczkę zapałek. Jego palce trafiły na coś zmiętego i zwilgotniałego. Wyjął to coś z kieszeni i obejrzał.
Była to poplamiona kawą serwetka. Michał rozłożył ją i odczytał nadrukowane na niej logo:
PIZZERIA BALON
W czwartek przyszło ochłodzenie i szare chmury nakryły miasto szczelną kopułą. Po ulicach snuła się lekka mgła. Pachniało mokrą ziemią i zgniłymi kwiatami bzu. Agata opatuliła się jeansową kurtką i wyszła z domu na lunch. U szczytu schodów prowadzących na piętro pawilonu handlowego spotkała Borysa, młodego kelnera.
Chłopak miał na sobie pomarańczową kurtkę firmową poplamioną tłuszczem i spodnie z szerokimi nogawkami, które, ku zdziwieniu Agaty, wróciły niedawno do łask i do sklepów. Patrząc na niego, pomyślała, że ten cały Szymon Jastrzębski jest pewnie jego równolatkiem. Borys miał jasne oczy i tlenioną czuprynę. Palił cienkiego winstona i chociaż na jej widok wykrzywił usta w pełnym życzliwości uśmiechu, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś go gryzie. Za plecami chłopaka niemrawo migał neon osiedlowej pizzerii Balon.
Agata jadała tam lunche głównie po to, by mieć jakiś pretekst do wyjścia z domu. Marcin pracował często do późnych godzin wieczornych. Codzienna wizyta w pizzerii i rozmowy z kelnerem, z tygodnia na tydzień coraz bardziej pogłębione, stanowiły więc dla Agaty coś w rodzaju łącznika ze światem zewnętrznym.
– Ciężki dzień? – zapytali w tej samej chwili.
Chłopak się zaśmiał, a potem westchnął.
– Nie chcę cię zamęczać swoimi problemami.
– Słuchanie o cudzych problemach to moja specjalność.
– Daj spokój, przyszłaś tu w spokoju zjeść. To byłoby nieprofesjonalne. My, kelnerzy i barmani, możemy użyczać swoich ramion do wypłakania i rąbków koszul do wysmarkania nosów, ale sami musimy być zawsze życzliwi i uśmiechnięci. – Westchnął. – To samo, o czym ostatnio gadaliśmy. Po prostu nikt mnie tu chyba za bardzo nie lubi – powiedział cicho, drapiąc się po głowie. – Oczywiście nie mam na myśli gości. Tylko ludzi. Ludzi z pracy. – Urwał, by wypuścić dym przez usta.
– Ludzie z pracy to ciężki temat – przyznała.
Rozmawiali przez kilka minut, po czym weszli do środka. Agata odwiesiła kurtkę na wieszak i usiadła przy stoliku obok okna. Koło niej siedzieli zagraniczni studenci Akademii Muzycznej – Agata wywnioskowała to po odstawionych pod ścianę futerałach – którzy skończyli pewnie zajęcia albo próby w sali koncertowej na Żubardziu.
Balon był osiedlową pizzerią i nikt nie udawał, że jest czymś więcej. Wystrój ograniczał się do kilku oprawionych w ramkę pejzaży i paru doniczek z kwiatami na osadzonym nisko parapecie. Właścicielka pochodziła z czasów, w których lokal był „ładny”, dopóki był czysty i zadbany, dopóki na żaluzjach nie osiadał kurz, a kelnerki na bieżąco zajmowały się wycieraniem brudnych blatów. Taka więc była restauracja Balon – bez wyraźnego charakteru, ale czysta. Wiszący ponad stołami telewizor, jak niemal zawsze, był wyłączony i odbijało się w nim wnętrze pizzerii. Z głośników sączył się remiks Summertime Sadness Lany del Rey, a na parapecie marszczyła się wyzuta kolorowa prasa i krzyżówki. Agata podbierała czasem pojedyncze egzemplarze dla schorowanej sąsiadki, Marzeny. Chyba nikt się jeszcze nie zorientował.
Codziennie zamawiała to samo: zestaw lunchowy. Oraz jedno, dwa albo trzy piwa pszeniczne.
Po chwili zjawił się Borys i postawił przed Agatą butelkę białego żywca.
– Nie wierzę! – pisnął. – Zapomniałem o najważniejszym! Był tu dzisiaj jakiś facet i o ciebie wypytywał.
– Tutaj? – Agata napiła się piwa. – W Balonie?
Przyjęła tę informację z lekką kpiną, po chwili jednak zamarła. Pomyślała o swoim ojczymie.
– Tak, zostawił nawet wizytówkę. Gdzieś ją mam…
Agata poczuła, jak kamień spada jej z serca, i wzięła kolejny łyk piwa. Ktokolwiek to jest, używa wizytówek. To nie mógł być ojczym.
– Zapytał, czy cię kojarzę – mówił Borys, grzebiąc w kieszeniach spodni. – Oczywiście nie powiedziałem, że codziennie tu przychodzisz. Tylko że może. I że zależy, kto pyta. Zostawił wizytówkę i powiedział, że jeśli MOŻE cię spotkam, to żebym ci ją dał. I przekazał, że on bardzo prosi o kontakt. Że chodzi o jakichś waszych wspólnych znajomych. Chyba mu naprawdę zależy, bo wcisnął mi w rękę dwie dychy. O, tu ją mam.
Wizytówka była wymięta i śmierdziała tytoniem. Ktoś, kto ją zaprojektował, najwyraźniej uznał font Comic Sans za dobry wybór.
Michał Dziedzic
Biuro detektywistyczne „Dziedzictwo”
Badanie relacji, śledzenie, poszukiwanie osób, sprawy rozwodowe itp.
Łódź, ul. Traugutta 2, piętro 2, lokal 4A
Poniżej podany był numer telefonu, a po drugiej stronie wydrukowano zdjęcie mężczyzny w kapeluszu i prochowcu, wyglądające jak pierwszy lepszy obrazek z Google grafika.
– Ale jaja, co? – powiedział Borys. – Prawdziwy detektyw! Czego może chcieć?
– Mam pewne przypuszczenia – odparła. – Dziękuję ci, Borys, że mnie nie sprzedałeś.
– Drobiazg – rzucił chłopak i cofnął się, bo z kuchni doszedł ich właśnie dźwięk dzwonka kelnerskiego. – Mógłbym być detektywem – powiedział. – Uwielbiam podcasty o seryjnych mordercach! Ted Bundy, Jeffrey Dahmer, Dusiciel z Bostonu! Fascynują mnie ci psychole! – Ściszył ton do szeptu i pochylił się nad Agatą. – Szczerze mówiąc, wolałbym cokolwiek niż pracę tutaj. – Puścił do niej oko i odszedł w kierunku kuchni.
Agata napiła się piwa. Przy czwartym z rzędu łyku jej mózg wyszedł z otępienia spowodowanego całym dniem pracy. Przesunęła się na kanapie w stronę parapetu i sięgnęła ku stercie gazet. Było tu wszystko – wygniecione numery „Zwierciadła”, „Nostalgii”, „Show”, „Gazety Wyborczej”, a nawet stare, pogięte „Wieści” z Olgą Tokarczuk na okładce. Agata pamiętała to wydanie, bo pracowała wtedy jeszcze w redakcji.
Tu jesteś, pomyślała, gdy w końcu znalazła „Życie na Gorąco”, a w nim rubrykę kryminalną, którą czytywała do obiadu. Było to jej codziennie guilty pleasure.
ŁÓDZKIE EMERYTKI WRESZCIE MOGĄ ODETCHNĄĆ Z ULGĄ. PRYWATNY DETEKTYW ROZBIŁ SZAJKĘ BEZWZGLĘDNYCH BANKOWCÓW.
Pod spodem było zdjęcie. Agata rozpoznała brodatego, ubranego na biało mężczyznę, który z wymuszonym uśmiechem patrzył wprost na nią. Dlaczego jej szukał?
Agata była pewna, że asystentka Szymona Jastrzębskiego zadzwoni do niej w poniedziałek, żeby zapytać, czy jej decyzja jest ostateczna, ale tak się nie stało. W zasadzie nawet ją to ucieszyło. Nie musiała znowu odmawiać ani się tłumaczyć. Pomyślała, że na pewno znaleźli kogoś innego albo że poczuli się urażeni odmową. Cóż, i tak nie zmieniłaby zdania. Prace nad książką o pandemii szły wolno, bo wolno, ale jednak – przecież już zaczęła.
Spojrzała na zdjęcie prywatnego detektywa. Jakim sposobem dowiedział się, gdzie chodzi na lunch? Nie miała pojęcia. Nie chciała mieszać się w tę sprawę ani więcej spotykać z Jastrzębskim, ale ten cały Michał Dziedzic – cóż, taki kontakt mógłby się jej przydać w przyszłości. Wszystko zależy od tego, czego Michał Dziedzic od niej chce. Tylko dlaczego rozpytywał o Agatę w osiedlowej pizzerii? Było w tym coś niezręcznego. Dlaczego nie mógł po prostu wziąć numeru od Jastrzębskiego? To by znaczyło, że działa za jego plecami.
Może ten cały Jastrzębski i jego wkurzająca sekretarka byli oszustami i detektyw szukał teraz świadków? A może to, czego chciał od niej Michał Dziedzic, nie miało żadnego związku z Jastrzębskim?
Agata była do tego stopnia zaciekawiona, że podczas obiadu ani razu nie pomyślała o „sytuacji społeczeństwa po pandemii koronawirusa”. Po drugim daniu wzięła do ręki telefon i zaczęła pisać SMS-a.
– Wychodzisz gdzieś? – Usłyszała Agata.
Otwierała właśnie drzwi łazienki, by wypuścić na zewnątrz parę i gorące powietrze pozostałe po kąpieli.
– Już wróciłeś?
Weszła do przedpokoju w szlafroku i z wilgotnymi włosami. Marcin odpinał guziki w koszuli. Zdążył już oczywiście włączyć gramofon. Leciało Electric Relaxation zespołu A Tribe Called Quest. Głowa Marcina kiwała się w rytm muzyki.
– Wystarczy codziennie od poniedziałku zrobić trochę więcej i można mieć wolne piątkowe popołudnie. Ty, jak widzę, przyjęłaś w tym tygodniu podobną taktykę. Już nie piszesz?
– Wystarczy codziennie od poniedziałku zrobić trochę więcej… – powtórzyła za nim.
– Bardzo zabawne. Dokąd idziesz?
– Widzę się dzisiaj z kandydatem na rozmówcę do książki – odpowiedziała. – Z lekarzem.
– Rozmawiałaś już przecież z lekarzami.
– Ale zbyt ogólnie. Mam nadzieję wyciągnąć z niego trochę mięsa na temat pierwszych miesięcy pandemii. Wiesz, detale. O tym, jak musieli się przebierać, dbać o dezynfekcję. To musiało być strasznie upierdliwe.
– Skoro ty wychodzisz, to pójdę na jakieś małe zakupy.
Agata oderwała się od rozczesywania włosów.
– W kuchni jest kartka z listą zakupów dla Marzeny. Kupisz jej te rzeczy? W niedzielę przychodzi do niej rodzina i chce zrobić obiad. Wiesz, taki z dwóch dań, z kompotem i ciastem. Może dostanie nam się jakiś kawałek. Tylko weź to koniecznie na oddzielny rachunek. Marzena zawsze musi mieć pewność, że odda mi wszystko co do złotówki.
– To dobrze. Jest skrupulatna.
– Myślę, że jest dumna – powiedziała Agata. – Tak dumna, jak tylko bywają osoby, które nie mogą już być zupełnie samodzielne.
– Czasem mówisz o sobie takie okropne rzeczy, jaka to nie jesteś zła, a potem prosisz mnie, żebym zrobił zakupy dla schorowanej sąsiadki.
Marcin czerpał satysfakcję z przyłapywania – jak mu się przynajmniej wydawało – Agaty na czynach, które miały świadczyć o tym, że ma dobre serce. Że jest empatyczna i wspaniałomyślna. Agata wiedziała, że przyjmując taką perspektywę, z jednym okiem zamkniętym, a drugim szeroko otwartym, nawet w największym potworze można było zawsze widzieć tylko dobro. Tylko dobre intencje traktować jako prawdziwe, a te złe, cóż, zrzucić na karb ciężkich przeżyć, szorstkiego charakteru i trudnego dzieciństwa.
Marcin był trochę jak bohaterki jej poprzedniej książki. Zaszczute i maltretowane kobiety, które jednak wciąż patrzyły na swoich mężczyzn w ten sposób – z jednym okiem zamkniętym, a drugim szeroko otwartym. Była pewna, że któregoś dnia Marcin spojrzy na nią obojgiem oczu, a wtedy nie będzie już o czym rozmawiać. Spakuje się i wyniesie. Będzie zły na nią, ale jeszcze bardziej na siebie. Jak na razie, nie chciał widzieć. Był półślepcem z własnego wyboru.
– Pójdziemy jutro zjeść coś na mieście? – zapytał. – Podobno na Piotrkowskiej otworzyła się nowa grecka restauracja.
Byli właśnie taką parą. Jeżeli otwierała się nowa restauracja, to do niej szli. Jeśli w muzeum odbywała się jakaś głośna wystawa, to ją oglądali. Robili więc wszystko to, co ludzie, którzy mają dużo pieniędzy i pewne obycie, ale żadnych wspólnych zainteresowań i dążeń. A nie mieli ich, odkąd Agata wydała Wszystko w porządku. Co innego wcześniej. Ciężko powiedzieć, komu wtedy bardziej zależało na tym, by premiera książki doszła do skutku. Mimo że na okładce widniało tylko jedno nazwisko.
– W tym mieście od dawna brakowało greckiej restauracji – powiedziała Agata i poczuła się, jakby odczytywała kwestię ze scenariusza. – Ciekawe, czy długo się utrzyma.
– Zobaczymy. Polacy zawsze woleli włoską kuchnię – odparł Marcin w tym samym tonie. – By the way, byłem dzisiaj na lunchu w Starbucksie. Nie zgadniesz, kogo spotkałem.
– Chyba nie zgadnę. – Agata bezradnie wzruszyła ramionami.
– Kornelię Lange-Owczarek – powiedział Marcin.
– No proszę.
Kornelia była redaktorką naczelną „Wieści”, a także żoną Mariana Owczarka, mentora Agaty. Kobieta od początku próbowała jej matkować, przed czym Agata konsekwentnie uciekała. Darzyła ją oczywiście sympatią, ale cóż, Kornelia zawsze pozostawała dla niej pańcią z dobrego domu, patrzącą na świat przez zaparowaną szybę taksówki w drodze do pracy.
– Co u niej?
– Martwi się o ciebie. Prosiła, żebym przekazał, żebyś do niej zadzwoniła. I pytała, czy nad czymś pracujesz. Odpowiedziałem, że tak.
– Ale nie powiedziałeś, nad czym?
– Nie.
Agata odetchnęła z ulgą. Potrafiła sobie wyobrazić kpiący uśmieszek na twarzy Kornelii, gdyby tamta usłyszała o „wpływie koronawirusa na kondycję społeczeństwa”.
– Mówiła też, że ma dla ciebie etat w „Wieściach”. Gdybyś chciała wrócić. Może to nie taki głupi pomysł, co? Oczywiście, jak już skończysz pisać książkę.
– Może. Pomyślę. Na razie tantiemy spływające z ostatniej książki mi wystarczają.
– Za mało od ciebie biorę za mieszkanie.
Agata parsknęła wymuszonym śmiechem. Skończyła malować brwi i schowała kredkę do kosmetyczki.
– Bierzesz samochód?
– Pojadę uberem – odpowiedziała. – To lekarz. Nie będziemy raczej rozmawiać przy kawie.
Stanęła w przedpokoju, rzuciwszy ostatnie spojrzenie swojemu odbiciu w lustrze, a Marcin wyszedł z salonu, by rzucić ostatnie spojrzenie na nią. Kolczyki koła zakołysały się pod uszami Agaty, gdy złapała za klamkę.
– Postaram się szybko z tym uwinąć – rzuciła i wyszła z domu.
Agata nie musiała się zastanawiać, dlaczego skłamała. Nie powiedziała Marcinowi o spotkaniu z Szymonem Jastrzębskim, więc nie powiedziała też o spotkaniu z detektywem Michałem Dziedzicem. Zawsze tak robiła, to znaczy: zawsze tak robiła w związkach. Wolała kłamać niż się konfrontować; przyznawać rację, żeby uniknąć konfliktu i lawiny niewygodnych pytań, ale i tak zrobić swoje, tyle że zakulisowo. Każde kłamstewko pociągało za sobą kolejne. Ale przynajmniej nie było kłótni. Dzięki temu ten układ mógł trwać dłużej.
Agata myślała o związkach jak o układach. Lubiła Marcina i na razie było im razem wygodnie. Nie musiał wiedzieć o wszystkim. Generalnie dobrze było się mieć do kogo odezwać i przed kim rozłożyć nogi.
Po ataku nożownika i za namową siostry zaliczyła kilka sesji w gabinecie psychoterapeutki. Obcięta na boba i ubierająca się w luźne swetry kobieta zasugerowała, że Agata ma rys osobowości narcystycznej ze skłonnością do traktowania ludzi instrumentalnie, że tak naprawdę jest w niej silna potrzeba bliskości, ale nie wyniosła z domu dobrych wzorców relacji międzyludzkich. Agata płaciła jej więc prawie dwieście złotych za godzinę tylko po to, żeby dowiedzieć się, że jest: a) wyrachowaną suką, b) szukającą bliskości w złych miejscach desperatką, albo c) jedną i drugą naraz.
– Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną spotkać – powiedział Michał Dziedzic.
Zapłaciwszy drobniakami, wziął piwo dla siebie i dla niej i usiedli przy stoliku pod oknem, z którego rozciągał się widok na Pasaż Rubinsteina.
Teczkę, którą wcześniej niósł włożoną pod pachę, położył na stole. Agata była bardzo ciekawa, co jest w środku, ale uznała, że jeśli ma się dowiedzieć, to i tak się dowie.
Detektyw patrzył albo w kufel, albo w sufit, albo przez okno. Agata w kontakcie z kimś, kogo nie znała, zawsze starała się dostroić. Zapatrzyła się więc na pasaż, gdzie kilku meneli grzało się w słońcu i przeliczało wysępione drobne.
– Jesteś z Łodzi? – zapytała, odkładając szklankę na chwiejący się stolik.
– Tak – odpowiedział detektyw. – Ze Starego Widzewa.
– Też jestem z Widzewa. Tylko że z drugiej strony, patrząc od stadionu. Bloki?
– Kamienice.
– Ja bloki.
Przez chwilę milczeli.
– Cóż, no to za Widzew! – powiedziała Agata i wzniosła toast.
– Za Widzew – odparł detektyw i uniósł swój kufel. Po chwili dodał: – Pewnie domyślasz się, dlaczego próbowałem cię odnaleźć.
– Najpierw pomyślałam, że może Jastrzębski cię nasłał.
– Czemu „najpierw”?
– Bo gdyby tak było, to chyba dałby ci mój numer. Raczej oszczędziłby ci rozpytywania o mnie w osiedlowej pizzerii.
– Trafna uwaga.
Oboje napili się piwa. Jeżeli chodzi o picie w miejscach publicznych, to zaraz po kontakcie wzrokowym była to kolejna dyscyplina, w której Agata zachowywała się jak kameleon i dostosowywała swoje tempo do rozmówcy. Michał Dziedzic pił szybko. Czuła, że jest zestresowany i że próbuje się rozluźnić. Często sięgał po kufel, a Agata dotrzymywała mu tempa, także piwo w ich szklankach utrzymywało się ciągle na podobnym poziomie.
– Gdyby tak rzeczywiście było – podjął detektyw – gdybym rzeczywiście próbował ponowić ofertę Jastrzębskiego, to podejrzewam, że byś odmówiła, tak?
– Tak.
– Czy mogę zapytać, dlaczego odmówiłaś za pierwszym razem?
– Jestem teraz zajęta – powiedziała Agata i westchnęła jak kapryśna nastolatka. – Przepraszam, mam dość mówienia o tym. Kiedy nie masz pracy od ósmej do szesnastej i mówisz komuś, że jesteś zajęty, to zawsze czujesz się trochę kretyńsko. Poza tym ten facet wydawał się bardzo… przejęty? Nie chciałam robić mu fałszywych nadziei.
– Rozumiem – odpowiedział Michał. – Mogę zapytać, jakim tematem się teraz zajmujesz?
Agata poczuła, że mimowolnie przewraca oczami.
– Nic takiego. Wpływ pandemii na społeczeństwo.
Michał Dziedzic pokiwał głową. Agata patrzyła mu teraz w oczy, próbując odgadnąć, czy uważa temat za dobry, ale jego spojrzenie pozostało nieprzeniknione.
– Ciekawe – zaintrygował się. – Zawsze miałaś do tego smykałkę? Do reportaży?
– Szczerze mówiąc, nie. Początkowo pracowałam dla jednej gazety jako dziennikarz muzyczny. Poznałam tam przyjaciela. Zachęcał mnie do pisania reportaży. Wziął pod swoje skrzydła.
– Czytałem twoją książkę. Zastanawiam się, jak to wygląda, kiedy jest po wszystkim. Masz jakiś kontakt z bohaterkami?
– Teraz już niespecjalnie. Domyślam się, że przynajmniej jedna, z którą dość dobrze się poznałam, bardzo żałuje tego, że zgodziła się na wywiad. I że wróciła do mężczyzny, który ją maltretował. To częsty scenariusz.
Miała na myśli konkretny przypadek, przypadek Roksany Mos. Mosowie byli jej sąsiadami w czasach, gdy Agata mieszkała z poprzednim chłopakiem, Kacprem Tatuażystą. Mąż Roksany prowadził burdel i inne, szemrane interesy. Poza tym maltretował, zastraszał i gwałcił swoją żonę. Agata pomogła kobiecie przejrzeć na oczy, ale tak jak powiedziała Michałowi – podejrzewała, że Roksana nie wytrzymała w postanowieniu i wróciła do męża.
– Z takich związków – podjęła Agata – związków przemocowych i toksycznych… ciężko odejść, ale bardzo łatwo do nich wrócić. To przypomina działanie sekt. Codziennie ktoś robi ci pranie mózgu. Nie myślisz trzeźwo.
– Rozumiem. – Detektyw odczekał chwilę, zanim zadał kolejne pytanie. – Opowiesz mi, jak Jastrzębski przedstawił swoją ofertę?
– Chcesz wiedzieć, jak bardzo mnie wtajemniczył? W ogóle. To trochę śmieszne. Powiedział tylko, że interesuje go ktoś, kto zaginął prawie dwa lata temu. Że policja średnio przyłożyła się do poszukiwań, dlatego on chce je na nowo wszcząć. Uważał, że się przydam. Odmówiłam. Więcej się do mnie nie odezwali.
Michał Dziedzic napił się piwa i przez chwilę nad czymś myślał.
– Dlaczego zgodziłaś się ze mną spotkać?
– Byłam ciekawa – odparła Agata. – Poza tym, goddamnit, jesteś prywatnym detektywem. Nie masz tak, że czasem ktoś zgadza się z tobą spotkać tylko dlatego? To cholernie ekscytujące. No i rozbiłeś szajkę Bankowców. Pisali o tobie w „Życiu na Gorąco”. – Agata parsknęła śmiechem. – Dużo na tym zarobiłeś?
– Na razie ani złotówki. Kobieta, która się do mnie z tym zgłosiła, została bez grosza. Wyczyścili jej konto z oszczędności życia. Ale tak już mam. Stety-niestety często podejmuję się czegoś charytatywnie.
– Jesteś idealistą?
– Tak.
– Okej. – Brak jego wahania zbił ją z tropu.
– Teraz ciągną się procesy, ale jak to wszystko się skończy, to mam nadzieję, że zostanie mi wypłacone honorarium.
– Drink to that – powiedziała Agata i się napiła. Oboje mieli już pusto w kuflach. – Jeszcze po jednym? – zapytała.
– A pójdziemy najpierw zapalić?
– Jasne.
Przeciskając się przez mrowie otumanionych przerwą wakacyjną studentów, Agata tym razem szła za Michałem. Mężczyzna miał ciężkie ruchy, jakby nie czuł się do końca swobodnie w takim miejscu. Zresztą chyba oboje nie powinni. W porównaniu z klientami bistro byli starymi zgredami. Tylko że Agata potrafiła łatwo wczuwać się w atmosferę. Wystarczyło wpuścić ją do jakiejś grupki znających się od dawna ludzi, a po kilku minutach już mówiła jak oni, żartowała jak oni i nie lubiła tego, czego oni. Jeśli oczywiście miała taką ochotę. Częściej bardziej kuszące okazywało się stanie w kontrze, w opozycji do reszty.
Zapalili z boku wejścia do knajpy. Michał palił śmierdzące papierosy, które rozwalały się u nasady, gubiąc tytoń.
– Jakie wrażenie zrobił na tobie Jastrzębski? – zapytał detektyw.
– Oprócz tego, że musi być w miarę bogaty? Zaskoczył mnie jego wiek. Myślę, że coś go bardzo dręczyło. I jakby to powiedzieć… Miałam wrażenie, że kończy mu się czas. Pomyślałam, że może, nie wiem, jest śmiertelnie chory czy coś.
– Miałem podobne odczucia – przyznał Michał. – Na początku wydał mi się niepoważny, ale potem zdołał mnie do siebie przekonać.
– Dlatego chciałeś mu pomóc?
– Tak. Oczywiście stawka, jaką zaoferował, też zrobiła swoje. To była chora suma.
– Ile ci zaproponował?
– Dwadzieścia pięć tysięcy. Przed i po.
– Mnie też.
– Wtedy pomyślałem to samo, co ty. Że z jakiegoś powodu kończy mu się czas. Chociaż przyznaję, że nie pomyślałem o śmiertelnej chorobie.
Kiedy weszli z powrotem do środka, zobaczyli, że ich stolik jest już zajęty. Tak samo jak każdy inny. Zaczynał się weekend, a na dodatek długie wakacje maturzystów. Cała Piotrkowska aż pulsowała.
– Znam jeden pobliski pub, w którym powinno być luźniej – powiedziała Agata.
– Prowadź.
Minęli kilka pękających w szwach ogródków piwnych, potem skręcili do jednej z bram i po stromych schodach zeszli do lokalu Eclipse. W środku rzeczywiście było kilka wolnych stolików. Przy tych zajętych siedzieli ludzie zbliżeni wiekiem do Agaty i Michała.
Był to jeden z podziemnych pubów utrzymanych w starym stylu – pełen drewna i kurzu na półkach. Z głośników leciało Lost in the Supermarket zespołu The Clash.
– Dawno cię nie było – stwierdził barman na widok Agaty.
– Praca – opowiedziała i wymieniła z Michałem porozumiewawcze spojrzenie.
Zamówiła piwo pszeniczne, a Dziedzic – guinnessa. Usiedli przy wolnym stoliku. Czarna teczka znowu spoczęła między nimi, jak odłożone na później menu deserowe.
– Masz rację – powiedział detektyw z uśmiechem. – Masz rację, nie przysłał mnie Jastrzębski. W odróżnieniu od ciebie od razu zgodziłem się zająć tą sprawą. Spotkaliśmy się następnego dnia i zostałem wtajemniczony w szczegóły. Byliśmy umówieni na poniedziałek, by dopiąć formalności. Do tego czasu Jastrzębski miał nadzieję znaleźć kogoś, kto wykona twoją część zadania. Ale od zeszłego piątku jego asystentka nie odpowiada na moje telefony. Włącza się poczta głosowa. Byłem na Drewnowskiej i udało mi się porozmawiać z właścicielem lokalu, w którym odbyło się nasze spotkanie. Nic nie wie. Wynajmuje te mieszkania na doby i oczywiście nie chciał udostępnić mi listy najemców. Szkoda, bo w ten sposób mógłbym poznać prawdziwe nazwisko Jastrzębskiego i spróbować skontaktować się z nim innymi kanałami.
– Uważasz, że ukrył przed nami swoją tożsamość?
– Tak. To akurat od początku wydawało mi się oczywiste. Zarówno on, jak i jego asystentka, czy też wspólniczka, użyli fałszywych danych.
– Mimo to nie podejrzewasz ich o złe zamiary?
Michał odchylił się na krześle.
– Myślę, że ukrywali swoją tożsamość, bo coś im zagrażało. Nie sądzę, żeby chcieli na tym zyskać, kogoś oszukać albo naciągnąć. Wtedy byłoby to lepiej przygotowane. Wydaje mi się, że próbowali zachować całą sprawę w sekrecie. Nie wiem, jak było z tobą, ale w rozmowie ze mną Jastrzębski ciągle wspominał o potrzebie poufności i zaufaniu.
– Mnie też o tym wspominał – powiedziała Agata. – Czyli on i ta dziwna kobieta po prostu… Zapadli się pod ziemię?
– Tak – odparł detektyw. – No i była jeszcze ta mała… sprzeczka.
– Sprzeczka?
– Kiedy pojechałem tam drugi raz, drzwi były otwarte, więc po prostu wszedłem. Jastrzębski był z tą kobietą w drugim pokoju. Mówili podniesionymi głosami. Mimo że drzwi do gabinetu były zamknięte, coś tam usłyszałem. Eliza, czy jak jej tam… Sądzę, że chciała go od czegoś odwieść. Mówiła, że to zły pomysł. Że to zły pomysł, „zważając na twój stan”. I o tym, że ciężko będzie coś utrzymać w tajemnicy.
– Słyszałeś, co jej na to odpowiedział?
– Częściowo. Powiedział, że tylko to jest teraz ważne. I że docenia jej troskę, ale nie zmieni zdania. Wtedy usłyszałem zbliżające się kroki, więc głośno odkaszlnąłem. Nie chciałem, żeby pomyśleli, że ich podsłuchuję. Potem Jastrzębski, czy jak mu tam, zaprosił mnie do drugiego pokoju i wtajemniczył w szczegóły sprawy.
Detektyw napił się piwa i dał Agacie chwilę na oswojenie się z tym, co usłyszała.
– Normalnie machnąłbym na to ręką i tyle. Szkoda tej sumki, którą zaproponował, ale żyje się dalej. Klienci czasem umawiają się na wycenę sprawy, wydają się bardzo przekonani, a potem po prostu przestają się odzywać. Nie wszyscy lubią się tłumaczyć z tego, że coś im się odwidziało. I nikt nie ma takiego obowiązku.
– Nie wyglądasz, jakbyś odpuścił – powiedziała.
Od dłuższej chwili rzucała ukradkowe spojrzenia na leżącą na stole teczkę. Z głośników leciało Pet Sematary Ramonesów. Agata nuciła piosenkę pod nosem.
– To prawda – przyznał Michał, unosząc brew. – Lubisz taką muzykę?
– To muzyka mojej młodości – odpowiedziała. – A twojej nie?
– Punk rock? Nie. Wychowałem się na AC/DC, U2 i Nirvanie. Ale ostatnio, im robię się starszy, tym częściej po prostu słucham radia z przebojami.
Kiedy temat zszedł na muzykę, przez chwilę była pewna, że zapyta o Kamila Włodarczyka, ale tak się nie stało. Detektyw nie dawał po sobie poznać, że czytał na jej temat w internecie.
– Może i mnie to kiedyś czeka – oznajmiła. – Co jest w teczce?
Po raz pierwszy, odkąd weszli do tego pubu, ich spojrzenia się spotkały. Oczy Agaty zdradzały jej podekscytowanie. Mężczyzna sięgnął po teczkę i zdjął z niej zamknięcie. Potem otworzył ją i przesunął w stronę kobiety.
– Adrian Nadzieja – powiedział detektyw. – Zaginął siedemnastego lipca dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Miał wtedy dwadzieścia trzy lata.
Agata spojrzała na wydrukowany zrzut ekranu z lokalnej gazety i nagłówek:
ZAGINĄŁ DWUDZIESTOKILKULETNI ŁODZIANIN – ADRIAN NADZIEJA MOŻE TY GO WIDZIAŁEŚ?
Do artykułu załączone było zdjęcie z dowodu osobistego. Przedstawiało młodego chłopaka, patrzącego z zażenowaniem w obiektyw. Miał ciemne oczy, czarne włosy i zarost jak u znacznie dojrzalszego mężczyzny. Gdy robiono to zdjęcia, miał pewnie około osiemnastu lat. Wydał się Agacie przystojny, ale też dziwnie znajomy – jak kolega z dzieciństwa, po którym z biegiem lat w pamięci została tylko twarz i irytująca cecha charakteru.
Przewróciła stronę. Pod nią była kolejna kartka i kolejny zrzut ekranu, tym razem profilu z Facebooka. Zamieszczona tam fotografia przedstawiała tego samego chłopaka, ale Agata mogłaby tego nie poznać, gdyby nie była podpisana. Zdjęcie przeszło najwyraźniej solidną przeróbkę i zostało przefiltrowane. Było czarno-białe, niewyraźne, a twarz chłopaka, skryta dodatkowo pod czapką z daszkiem, ledwo wyzierała z ciemności.
Pod spodem przeczytała datę publikacji zdjęcia w serwisie: 16 kwietnia 2021 roku. Liczba polubień: 33. Nie potrafiła powiedzieć, czy to dużo. Przed premierą Wszystko w porządku sama zgarniała po kilkadziesiąt polubień pod zdjęciami, potem poszło to w setki, aż w końcu uzbierała ich tysiąc. Pomyślała o dzieciach swojej siostry, które dorastając z Facebookiem, zgromadziły pokaźne grono znajomych z różnych szkół, obozów letnich i zimowisk i zwykle miały pod zdjęciami od stu do pięciuset polubień. Uznała więc, że trzydzieści trzy to jednak mało jak na młodą osobę.
Możliwość komentowania zdjęć została wyłączona.
– Prawie dwa lata – powiedziała Agata. – To chyba długo, jak na zaginięcie?
– Sporo – przyznał. – Ludzie najczęściej znajdują się w pierwszym tygodniu od momentu zaginięcia. Żywi lub martwi. Kiedy mija kilka lat… rzadko następuje przełom.
Lipiec dwudziestego pierwszego roku. Agata spróbowała sięgnąć pamięcią do tego czasu, żeby zobaczyć, na jakim etapie życia wtedy była. Wyprowadziła się już od Kacpra Tatuażysty, który zostawił jej gównianą pamiątkę na samochodzie. Mieszkała sama w centrum miasta, pracowała w „Wieściach” i szykowała się do premiery Wszystko w porządku. Niedługo potem świat miał stanąć na głowie.
– Siedemnasty lipca – powiedział Michał. – Nie wiem, czy pamiętasz, ale to był ten cholernie mglisty dzień.
– Ach, tak, pamiętam! Wyszłam wtedy na spacer po mieście. To było niesamowite. Jakby się chodziło w chmurach.
– Niesamowite, może i tak. Ale to był fatalny dzień dla łódzkiej drogówki.
– Jak to działa? – zapytała Agata. – Śledztwo jest dalej prowadzone czy…?
– Teoretycznie tak. Niewyjaśnione sprawy zaginięć zawiesza się po dziesięciu latach. Ale jeżeli sprawa nie jest zamknięta, to wcale nie znaczy, że ktoś się tym realnie zajmuje.
– Czyli można założyć, że ten chłopak nie żyje?
– Nie można założyć tego na pewno. Ale tak, to prawdopodobne. W grę może wchodzić dużo rzeczy. Ucieczka z kraju. Albo choćby morderstwo. Dobrze zatuszowane.
– Jastrzębski uważał, że policja zrobiła za mało? Dlaczego?
– Mogę tylko zgadywać. Nie każde zaginięcie ma taką samą wartość. Czasem znikają ludzie i… jedyne, co można powiedzieć, to że sami się o to prosili. Wiem, to straszne. Ale nikomu szczególnie nie zależy, żeby się odnaleźli. Jest mniejsza presja społeczna, prokurator tak nie ciśnie. To mogło być właśnie coś takiego. Albo i nie. Być może były inne powody. Dopóki nie skonsultuję się z kimś, kto ma informacje z pierwszej ręki, to wolę nic nie zakładać z góry.
Agata odwróciła kartkę i jej oczom ukazał się kolejny zrzut ekranu z tej samej lokalnej gazety. Odczytała nagłówek:
NARKOTYKI W MIESZKANIU ZAGINIONEGO ŁODZIANINA
Tym razem do artykułu załączone było zdjęcie kamienicy, która wydała się Agacie znajoma.
Trwają poszukiwania Adriana Nadziei, młodego mężczyzny z Łodzi, który 17 lipca wyszedł z domu i nie wrócił. Do tej pory dwudziestolatek z nikim się nie skontaktował. Policja przeszukała mieszkanie mężczyzny na ulicy Struga i zabezpieczyła w nim „pokaźną ilość substancji psychoaktywnych”. (…)
Struga, no jasne, pomyślała Agata. Kojarzyła tę kamienicę, ponieważ kiedyś często obok niej przechodziła w drodze na miasto.
– Narkotyki – powiedziała pod nosem. Teraz już rozumiała, co Dziedzic miał na myśli, mówiąc, że „niektórzy sami się o to prosili”.
– Tak – odparł Michał.
– Byłeś policjantem – powiedziała Agata. Oczywiście przed spotkaniem odrobiła pracę domową.
– Tak. Odszedłem dziewięć lat temu.
– Nie podobało ci się?
– Nie zawsze. Nie zawsze podoba mi się podejście policji, chociaż wiem, że często jest to wynik tego, że brakuje rąk do pracy.
– Mój tata był milicjantem – wyznała Agata.
– Co robi teraz?
– Umarł, jak byłam bardzo mała, w latach osiemdziesiątych. Matka zawsze mówiła, że dobrze się stało, bo transformacja złamałaby mu serce. Był strasznym komuchem. Wychowywał mnie ojczym. Czym zajmują się twoi rodzice?
– Tata pracuje w komunikacji miejskiej. Mama jest weterynarzem. Są ze sobą szmat czasu.
Przez chwilę pili w milczeniu. Agata w tym czasie zapoznawała się z dalszą częścią artykułu. Potem spojrzała, czy pod spodem nie ma jeszcze jednej kartki, ale nie było. Mimo to nie odsunęła od siebie teczki. Pijąc piwo, patrzyła w oczy chłopakowi ze zdjęcia. Chłopakowi, który prawie dwa lata temu „wyszedł z domu i nie wrócił”.
– Chcesz go znaleźć, prawda? Żywego lub martwego, ale chcesz? – zapytała i spojrzała na detektywa. – Mimo tego, że Jastrzębski przestał się odzywać. Nie chcesz odpuścić.
– Nie chcę odpuścić. Jak już ci wcześniej wspominałem, mam słabość do działań charytatywnych. I do zagadek. Chcę odnaleźć Adriana Nadzieję.
– Dlaczego ci na tym zależy?
Michał Dziedzic znowu odchylił się na krześle, jakby próbował zagarnąć dla siebie więcej przestrzeni. Napił się piwa. Westchnął.
– Czuję, że tak trzeba. Po prostu. Dla takich spraw zajmuję się tym, czym się zajmuję. Nie po to, żeby uganiać się za niewiernymi małżonkami albo przeszukiwać samochody gości z zaburzeniami lękowymi. Zresztą sama pomyśl. Zaginął człowiek. Coś mu się przydarzyło. Może ktoś zrobił mu krzywdę. W każdym razie od prawie dwóch lat nikt nie odkrył prawdy. A chyba każdy na nią zasługuje?
Agata odstawiła na bok pustą szklankę i wyprostowała się na niewygodnym krześle.
– Liczysz na to, że ci pomogę – powiedziała.
Michał Dziedzic wyglądał teraz bardzo poważnie. Z jego twarzy spełzł życzliwy uśmiech, spojrzenie stało się intensywne.
– Tak, chcę, żebyś mi pomogła. Zamierzam zająć się tą sprawą po godzinach. Dopóki nie zostanie mi wypłacone honorarium za tych Bankowców, cóż, nie będę miał za dużo czasu. Musiałem przyjąć kilka nudnych spraw. Chciałbym, żebyś mi pomogła. Myślę, że Jastrzębski miał mocne powody, dla których chciał cię w to zaangażować. Potrafisz docierać do ludzi i rozmawiać z nimi.
– Kiedy pisałam tamtą książkę, grzebałam tam, gdzie ludzie zwykle nie chcą grzebać – oznajmiła Agata. – Czasem bardzo ryzykowałam. Czasem ponosiłam konsekwencje. Ale czułam, że tak trzeba. To było wspaniałe uczucie. Normalnie, jakbym była na haju. Nigdy potem już się tak nie czułam – dodała gorzko.
– Jeżeli myślisz, że to może być dla ciebie niebezpieczne…
– Nie chciałabym któregoś dnia zniknąć. – Przerwała mu ze śmiechem. – Wiesz, miałam kiedyś bardzo dobrego przyjaciela. Był dla mnie prawie jak ojciec. Niestety nie żyje. Ale do dzisiaj, zawsze, kiedy mam problem z podjęciem jakiejś decyzji, to zastanawiam się, co by powiedział. Co by mi doradził? Słyszę wtedy jego głos w mojej głowie. To naprawdę pomaga.
– I co mówi teraz?
– Wiem, że jeżeli ci nie pomogę, to będę sobie to do końca życia wyrzucać. Kiedy rozmawialiśmy o tym wszystkim, pierwszy raz od dawna poczułam to coś… Ten zew. Dlatego ci pomogę.
– Naprawdę?
– Tak. Nie obiecuję, że będę mogła poświęcić temu wiele czasu, no i musisz liczyć się z tym, że w którymś momencie się wycofam. Może uznam, że to za bardzo odrywa mnie od moich obowiązków albo że robi się zbyt ślisko. Ale tak, pomogę ci, a przynajmniej na początku. Tylko chcę cię prosić, żeby to zostało między nami. Może i nie jestem teraz jakoś bardzo na świeczniku, niemniej prosiłabym cię o dyskrecję.
– Oczywiście. Cieszę się, że wyrażasz zainteresowanie. Ale nie oczekuję, że od razu podejmiesz decyzję.
– Już ją podjęłam.