Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Alex Storm nie ma już prawie nic. Wie, że jeśli nie odetnie się od brata Petera, przywódcy potężnej triady, straci także żonę Jessicę.
Alex wybiera się w podróż do Hongkongu, by poznać prawdę o swoim pochodzeniu, z kolei Jessica, zmuszona przeprowadzić transakcję narkotykową, leci do Kolumbii. Ktoś tymczasem przeprowadza zamach na życie Petera. Żądny zemsty mężczyzna pragnie pozbyć się wrogów, niezależnie od tego, czy wśród nich są ludzie bliscy Aleksowi.
„Zrodzony z burzy” to powieść kryminalna z wartką akcją i zarazem kontynuacja dwóch poprzednich tomów o Aleksie Stormie – „Sztormu doskonałego” i „Potężnej wichury”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 366
Rok wydania: 2024
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Stormfödd
Przekład z języka szwedzkiego: Karolina Skiba
Copyright © Dan Buthler, Leffe Grimwalker, 2024
This edition: © Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S, Copenhagen 2024
Projekt graficzny okładki: Nils Olsson
Redakcja: Witold Kowalczyk
ISBN 978-87-0237-064-5
Konwersja i produkcja e-booka: www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S
Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.wordaudio.se
To historia fikcyjna. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób jest przypadkowe.
Rozdział 1
Londyn, Wielka Brytania
„Nie znam chyba nikogo tak popieprzonego, jak ten koleś Simon” ‒ myśli Peter Bao.
Siedzą w piwnicy białego czteropiętrowego domu gdzieś w Kensington. Simon twierdzi, że budynek należy do peruwiańskiego biznesmena, który wynajmuje go jego ojcu, Xavierowi Floresowi. Ten tyczkowaty szczyl właśnie robi popisówę przed Peterem, zachowując się jak stereotypowy młodociany gangster z południowoamerykańskiego kartelu. Do tego dużo złota, diamentów, testosteronu, a przede wszystkim kokainy i alkoholu.
Simon Flores, wyglądający jak jeden z tych popularnych youtuberów, ma dwadzieścia pięć lat i uparcie gra w pokera na kolosalne stawki. Bao chciałby już iść, ale musi pilnować zarozumiałego małolata i dbać o jego dobry nastrój. To część jego pracy, która w głównej mierze opiera się na relacjach.
Peter nienawidzi Kolumbijczyków i Meksykanów, nie przepada również za klanem Flores z Peru, ale skądś musi wziąć te setki kilogramów narkotyków na handel w Europie.
Jest tutaj, bo potrzebuje pieniędzy. Tworzenie własnej kryptowaluty, łapówki oraz pensje pochłaniają majątek, ale są pewne granice i nie ma zamiaru znosić wszystkiego. Handel narkotykami przynosi ogromne dochody, ale kiedy Peter zrealizuje swój plan, skończy z tą częścią działalności. Dlatego też nauczył się tolerować Xaviera, a teraz Simona, choć z każdą godziną coraz bardziej żałuje, że musi słuchać tego nieprzystosowanego społecznie dzieciaka o niewyparzonym języku. Bao zostawił na zewnątrz swoich ochroniarzy i zastanawia się, czy zaraz nie będzie tego żałował. Wiele na to wskazuje.
Właściwie miał się spotkać z Xavierem, ale przywódca peruwiańskiego kartelu rzekomo choruje na tego cholernego wirusa, który doprowadził cały świat do szaleństwa.
Simon jest wysoki, nieco ponad metr dziewięćdziesiąt, opalony i wysportowany niczym wyczynowiec. Peter podejrzewa, że chłopak nauczył się mrugać dużo rzadziej niż inni, co nadaje jego twarzy wrogi wygląd, który z pewnością działa na słabszych od niego. Biją od niego arogancja i znieczulica, co jest wynikiem tego, że nigdy nie musiał stawić czoła przeciwnościom losu i że cierpi na kompleks niższości wobec ojca, bossa kartelu.
Prawdopodobnie Simon zwykle nie spotyka się ze sprzeciwem, a to wszystko dzięki temu, że jego ojciec zarządza największym syndykatem narkotykowym w Peru. Nie chodzi o to, że syn Xaviera nie jest inteligentny, po prostu nigdy nie musiał rozwiązywać problemów.
Peter i Victor Yu zjedli kolację, a potem cały wieczór pili, wciągali koks i bawili się jak VIP-y w nocnym klubie wraz z Simonem i jego trzema ochroniarzami oraz kilkoma dziewczynami do towarzystwa. Następnie wszyscy przenieśli się do dźwiękoszczelnego pokoju i usiedli przy stole do pokera.
W piwnicy znajdują się jeszcze inne tego typu pokoje i nietrudno zgadnąć, dlaczego są dźwiękoszczelne i co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Kiedy Peter poszedł do toalety, odkrył pomieszczenie, które zapewne służy do oglądania nagrań z monitoringu ‒ o tym, że taki pokój musi gdzieś tu być, świadczą te wszystkie kamery. Logiczne, że musieli go ukryć w piwnicy tego pięknego budynku. Jedynie tutaj był wizjer w drzwiach, więc zapewne to ten.
Simon zgrywa ważniaka przed młodszymi od siebie ochroniarzami. Peter również, mimo że jego relacja z Simonem nie ma dla niego znaczenia. Liczą się tylko jego stosunki z popieprzonym ojcem chłopaka. Ale ponieważ ostatecznie cały biznes opiera się na relacjach, stworzenie pewnego wizerunku jest nieuniknione.
Kolesie zachowują się jak świnie. Jedna z wynajętych dziewczyn zostaje raniona nożem i dwóch ochroniarzy musi ją zabrać do szpitala. Zabierają ze sobą też drugą dziewczynę, a kiedy już ich nie ma, Simon zaczyna bredzić o tym, że jest wybrańcem, i bełkocze o przepowiedni, która głosi, że umrze jako bardzo stary i wpływowy człowiek.
Młody Peruwiańczyk wyciąga złoty rewolwer, lecz Peter nie bardzo wierzy, że mógłby go użyć, choć szybko zdaje sobie sprawę, że zaczyna się robić niebezpiecznie.
Chłopak wytrząsa z lufy naboje i wkłada jeden z nich z powrotem do magazynka. Obraca cylinder i rzuca rewolwer na stół.
Łapie za łańcuszek na szyi i pokazuje Peterowi czaszkę lamparta ze złota.
‒ To mój totem, dzięki niemu jestem niezniszczalny.
‒ Fajnie masz ‒ komentuje kąśliwie Bao i spogląda na Victora, który kręci głową. Nie może ukryć uśmiechu. Kiedyś też był młody, ale nawet wtedy było dla niego jasne, że starszych należy traktować z szacunkiem, jeśli oczywiście na to zasługują, a przez wzgląd na Xaviera to Peter cały wieczór okazuje szacunek Simonowi, a nie odwrotnie.
‒ Prawdziwi mężczyźni są tylko w Ameryce Południowej, na pewno nie w pieprzonych Chinach, ty skośnooki zjebie.
‒ Może powinniśmy pójść już spać? ‒ proponuje Victor i zbiera się, żeby wstać, ale Simon podnosi rękę.
Peter daje znak Victorowi, by usiadł. Najwyraźniej sam chce się tym zająć, co bardzo niepokoi Victora. Nie pierwszy raz gra w rosyjską ruletkę.
‒ Mój ojciec mówi, że jesteś twardym i niebezpiecznym człowiekiem. ‒ Simon parska z pogardą, patrząc na Storma.
Zwykle w takiej sytuacji Peter natychmiast zastrzeliłby chłopaka za to, że nie okazuje mu szacunku.
Jednak tym razem nawet się nie odzywa, tylko patrzy na niego jak na pięciolatka, co go rozwściecza.
Bierze do ręki glocka i go przeładowuje. Celuje w Petera, a Victorowi każe stanąć za nim tak, żeby go widzieć.
‒ Masz się za twardziela, co?
Bao wzrusza ramionami i zastanawia się, jak wyjść z tej sytuacji. Simon jest tak naćpany, że kręci mu się w głowie, jakby krążył po tej samej orbicie co satelity monitorujące jego ojca w Peru.
‒ Daj spokój, Simon. Nie musisz niczego udowadniać, jesteś twardszy ode mnie. Wyluzujmy trochę, dobra? ‒ mówi Peter, choć tak naprawdę ma ochotę podnieść leżący na stole rewolwer i dołączyć do gry. Takie akcje go ożywiają, budzą w nim pierwotne instynkty.
‒ Bierz, kurwa, rewolwer i przyłóż go sobie do czoła. Jeśli przeżyjesz, będzie moja kolej. Zróbmy to! ‒ Simon śmieje się jak pieprzona hiena z przekrwionymi oczami.
To stara gra pochodząca z Rosji. Stała się znana na całym świecie dopiero dzięki filmom gangsterskim, a szczególnie dzięki Malcolmowi X.
Peter próbuje ocenić swoje szanse, co jest dość proste. To, że ma strzelać jako pierwszy, może wyjść mu na dobre, chociaż wiele osób uważa inaczej. Ten, kto pierwszy strzela, ma osiemdziesiąt trzy procent szans na przeżycie, potem zaś szanse znacznie maleją, pod warunkiem że nikt nie obróci cylindra. Gdyby Simon o tym wiedział, strzelałby pierwszy, ale najwidoczniej w rosyjskiej ruletce jest równie kiepski jak w pokerze.
Peter przykłada rewolwer do skroni, celując lekko w górę. Jeśli broń wystrzeli, będzie miał większe szanse na przeżycie. Patrzy Simonowi w oczy i uśmiecha się do niego. Pociąga za spust bez mrugnięcia.
Klik!
Simon podskakuje, a Victor wypuszcza powietrze z płuc.
‒ Twoja kolej. ‒ Bao podsuwa rewolwer młodemu Peruwiańczykowi i ma nadzieję, że ten nie obróci cylindra. To zwiększyłoby szanse chłopaka. Całe szczęście, że Xavier ma więcej synów, choć Peterowi i tak nie podoba się ta sytuacja, jednak nie ma wyboru. Jeśli teraz okaże słabość, Xavier i Simon będą nim pomiatać już zawsze.
Flores szybko kiwa głową. Szeroko się uśmiecha, odsłaniając zęby, bierze rewolwer do ręki i przykłada go do skroni. Krzyczy, gdy pociąga za spust.
Klik!
Simon wydaje z siebie pisk, kiwa głową i się uśmiecha, celując z glocka w Petera, który bierze od niego rewolwer i obraca cylinder. Jeśli można oszukać, trzeba to robić.
Syn Xaviera przyciąga do siebie lusterko z kokainą i wciąga kreskę, nie odrywając wzroku od Azjatów.
Bao, wiedząc, że Victor byłby gotów wyciągnąć własny pistolet i zastrzelić Peruwiańczyka, daje ręką znak swemu dawnemu mentorowi. Teraz jest już na to za późno i w pewnym sensie ta sytuacja się Peterowi podoba.
‒ Ostatnia szansa, Simon. Albo kończymy teraz, albo idziemy na całość.
‒ A, czyli stchórzyłeś? Wiedziałem. Wy, Chińczycy, to tchórzliwe dupki.
Bao przykłada lufę do głowy. Powoli pociąga za spust i przesyła Simonowi pocałunek w powietrzu, po czym naciska go do końca.
Klik!
Peter spokojnie odkłada rewolwer na stół. Bierze papierosa, którego Victor mu zapala.
‒ Twoja kolej.
Słyszą podekscytowany oddech Simona. Spogląda na leżącą przed nim złotą śmierć i oblizuje wargi. Podnosi rewolwer i waży go w dłoni, ale nie wydaje się już tak pewny siebie, mimo że narkotyki zalewają jego ciało niczym fale brzeg. Spokój Petera wzbudził w nim wątpliwości.
‒ Dzisiaj ‒ pospiesza go Peter i zaciąga się papierosem. Wie, że powinien się z tego wycofać, ale co to by było, gdyby półświatek się o tym dowiedział? W końcu musi dbać o swój honor.
Wydmuchuje dym w stronę Simona i zakłada jedną nogę na drugą. Czuje mrowienie w całym ciele i kiwa głową na chłopaka.
‒ No dalej, pokaż, że jesteś mężczyzną.
Flores przykłada złoty rewolwer do skroni. Zaciska zęby i pociąga za spust. Huk wystrzału jest ogłuszający.
Peter parska śmiechem, kiedy widzi, jak mózg Simona rozpryskuje się na drzwiach po przeciwległej stronie pokoju. „Ach, ta młodzież…”
Victor szybko reaguje i wyciąga pistolet w chwili, gdy ochroniarz ubrany tylko w bokserki otwiera drzwi. Zastyga na widok martwego młodego gangstera. Victor oddaje dwa strzały w jego klatkę piersiową, tymczasem Peter gasi papierosa w szklance whisky.
‒ Nie poszło najlepiej ‒ stwierdza Victor, sprawdzając, czy ochroniarz na pewno nie żyje.
‒ Jest, jak jest. Zajmij się dziewczyną i wezwij kogoś, żeby to posprzątał.
‒ Co pan powie jego ojcu? ‒ pyta Victor.
‒ Nie wiem, ale chyba możemy spokojnie założyć, że w przyszłości nie będzie dostaw kokainy z Peru.
Peter wychodzi z budynku, wsiada do limuzyny i czeka na Victora. Ciężar złotego rewolweru w dłoni i zapach spalonego prochu ‒ w końcu czuje, że żyje. Po raz kolejny walczył ze Śmiercią i wygrał, ale wie, że pewnego dnia umrze, i to nie jako starzec, jeśli tak dalej pójdzie. „Muszę bardziej uważać” ‒ myśli. „Ale, kurwa, jak dobrze poczuć, że się żyje”.
Rozdział 2
Fårdala, Tyresö
Aleksowi Stormowi marzy się zderzenie czołowe ze skalną ścianą. Wybrał nawet taką, która idealnie się do tego nadaje. Taką, która znajduje się raptem metr od autostrady, na zakręcie, na końcu prostego odcinka.
„Dwieście na liczniku i gaz do dechy.
Bez pasów i jeb!
Prosto do raju”.
Albo to, albo zacząć pracę w sieci supermarketów ICA. To teraz jego marzenie, po prostu siedzieć i przekładać towary na taśmie. „Pik, pik, pik”. Żadnych zmartwień i smutku, którego nie może się pozbyć, jak czegoś przymocowanego superklejem. Czy nie fajnie byłoby pracować od ósmej do piątej? Żeby nikt niczego od niego nie wymagał, policja nie chciała go aresztować, pracownicy wiecznie nie przychodzili z problemami lub po podwyżkę i żeby żona nie…
„Jessica…”
Tęskni za nią, choć siedzi raptem dwa metry od niego. Zamknęła się w sobie. Ale on to rozumie. Dziwne, że oboje nie odebrali sobie życia, zważywszy na to, że ich trojaczki zostały zamordowane przez jakiegoś szaleńca tylko z chęci zemsty na Aleksie.
„Pik. Pik. Pik”.
To wszystko jego wina. Ma tego świadomość. Gdyby nie grał w pokera i nie pokonał Olega, byłby dzisiaj w innym miejscu. Gdyby nie pożyczył pieniędzy od brata, przywódcy triady z Hongkongu, Petera Bao, ten nie mógłby zażądać od niego przejęcia działalności hazardowej w Szwecji. Zapomniał jednak wspomnieć, że Alex ma również zarządzać burdelami i zająć się handlem narkotykami.
Przez pewien czas byli z Jessicą nawet bogaci, ale teraz nie mają ani grosza. Muszą zacząć wszystko od nowa, i to nie daje mu spokoju. Peter trzyma go w żelaznym uścisku.
„Pik, pik, pik…”
Pragnie zmienić swoje życie, to marzenie go nie opuszcza. Zacząć od nowa z Jessicą i wymazać z pamięci ostatni rok.
Spogląda na Sussie, która ciężko wzdycha. Na twarzy ma maseczkę ochronną, ale zrobiła w niej dziurę na usta, żeby łatwiej jej się oddychało. Ale trzeba się cieszyć z małych rzeczy. Cud, że w ogóle zasłoniła buzię. W końcu przecież covid to nie żaden wirus, tylko mikroczip stworzony przez Billa Gatesa w celu kontrolowania ludzkości. Sussie uwielbia teorie spiskowe. Wynika to zapewne z tego, że niemal wszystkiego się boi. A teraz jest jeszcze gorzej, bo uważa, że to z jej winy uprowadzono i zamordowano trojaczki.
Alex chętnie by się z nią zgodził, ale to niemożliwe. Wszyscy wiedzą, że to przez niego znaleźli się w obecnej sytuacji.
Pochowali resztki ciał dzieci kilka miesięcy wcześniej, całą trójkę w jednej trumnie. To był piękny pogrzeb, grób wręcz tonął w kwiatach i choć ludzie mówią, że czas leczy rany, to wcale tak nie jest. Czas biegnie szybciej niż Usain Bolt, a Alex nie nadąża za emocjami. Ukrywa je jak zwykle.
Sussie ponownie wzdycha i zerka na Jessicę, która bawi się telefonem.
‒ Sussie? ‒ zaczyna Alex.
‒ Przestań wymawiać moje imię, jakbyś mówił o jakiejś chorobie.
‒ Po prostu powiedz, o co ci chodzi, a nie siedzisz tu i czekasz, aż Jessica zacznie się nad tobą użalać. ‒ Alex wstaje. Muszą w końcu zacząć rozmawiać i choć znów potrafią ze sobą żartować, pod ich skórą wrze krew.
‒ Że co? ‒ dziwi się Jessica i przerywa granie w Candy Crush.
‒ Sussie czegoś chce ‒ mówi, wskazując dziewczynę obgryzającą paznokieć.
‒ Okej, co takiego? ‒ Jessica zerka w telefon. Dotyka ekranu i choć dźwięk jest cichy, Alex słyszy, że ułożyła linię w grze. To zapewne już tysięczna linia. Czasami się zastanawia, za kogo ona wyszła ‒ za niego czy za telefon.
‒ Lasse ze mną zerwał ‒ bąka pod nosem Sussie.
‒ Najwyższy czas ‒ stwierdza Jessica, odkładając telefon i siadając obok przyjaciółki. ‒ Nie zasługiwał na ciebie, kochana. Powiedział coś?
Sussie bierze głęboki wdech, jakby zaraz miała zanurkować w Rowie Mariańskim.
‒ On… ech, to bez znaczenia.
‒ Ty i te twoje teorie spiskowe ‒ zauważa Alex. Tym razem słychać, że nie żartuje. ‒ Może powinnaś zająć się swoimi problemami zamiast wymyślać, co jest nie tak z tym światem.
‒ I kto to mówi… ‒ Jessica patrzy na niego surowo. ‒ Lasse to dupek i fajnie by było, gdybyś ty też nim nie był.
„Jessica kłamie jak z nut” ‒ myśli Alex i idzie do kuchni. Lasse ma w kij dupie, ale to spoko facet. Równy gość, mimo że czasem miałby ochotę się na niego zrzygać.
Nie chce się kłócić z Jessicą. Ostatnio wiecznie jest w odwrocie.
„Pik. Pik. Pik.
Skalna ściana czy ICA.
Oto jest pytanie”.
Alex bierze tabletkę na uspokojenie, tak żeby nikt nie widział, i popija ją sokiem prosto z kartonu. Wzdryga się, gdy słyszy płacz dziecka, chociaż wie, że to nie tylko w jego głowie. Czasami słyszy jedną z córek, ale to jedynie wspomnienia wyryte w ścianach.
Jego komórka wydaje dźwięk powiadomienia. To SMS od Wonga, wielkiego Chińczyka odpowiedzialnego za bezpieczeństwo w kasynie.
Alex nie chce go odczytywać, ale mimo wszystko to robi. Nagle wstrzymuje oddech. Serce kręci trzy piruety, po czym ląduje w żołądku. Alex zmywa niepokój sokiem.
„Zrobili nam nalot”.
Rozdział 3
Hongkong
Peter Bao musi się dowiedzieć, kto próbuje go zabić. Nie chodzi tylko o to, że nie chce jeszcze umierać, jednak próby zamachów na jego życie znacznie utrudniają mu zarządzanie triadami.
Wkłada złoty rewolwer do pudełka wyłożonego aksamitem. Podobnie jak seryjni mordercy, Peter również zbiera trofea. Jak się zestarzeje, przypomną mu o zwycięstwach i będzie mógł się nimi cieszyć, choć przyszłość rysuje się ponuro.
Już jako nastolatek wiedział, że czeka go brutalna śmierć, taki jest charakter tej pracy. Że wrogowie pragną pozbawić go życia, to jedno, a obecna sytuacja to coś zupełnie innego. Po licznych zamachach na jego życie w ostatnich miesiącach, z których najbardziej spektakularny był ten z użyciem zaprogramowanego drona uzbrojonego w zatrute strzały, wie, że to tylko kwestia czasu, kiedy im się to uda.
Od sześciu tygodni jest spokój, co również go martwi. Może to oczywiście oznaczać, że jego wrogowie się poddali, ale nie powinien tego zakładać. Dołożył wszelkich starań, by oczyścić szeregi, ale minie trochę czasu, zanim nowo utworzona organizacja zostanie dostatecznie ugruntowana. To trudne zadanie. Musi być nieustępliwy, by trzymać ludzi w ryzach, ale jeśli będzie zbyt bezwzględny, zorientują się, że czuje zagrożenie dla siebie i swojego przywództwa, a to byłoby oznaką słabości.
Zrobił wszystko, by utrzymać próby zabójstwa w tajemnicy, ale domyśla się, że i tak wszyscy w Hongkongu wiedzą o całej sytuacji.
Cóż, gdyby to był jego jedyny problem, życie zdawałoby się proste. Obecnie Chiny stają się coraz większym zagrożeniem dla Hongkongu: ciągłe protesty i demonstracje, na które władze odpowiadają represjami, wirus wywołujący niepokój, próba kontroli mediów i wywieranie presji na rząd Hongkongu.
Wybory zostały unieważnione z przyczyn technicznych, a zwycięskich kandydatów zdyskwalifikowano i zakazano im startu w przyszłych wyborach. Wprawdzie Chiny unikają bezpośredniej okupacji Hongkongu, ale najwyraźniej nie mają też zamiaru dotrzymać umowy z Wielką Brytanią, która zakłada, że Hongkong ma pozostać hybrydą łączącą dawne imperium brytyjskie i Azję. Jeden kraj, dwa systemy.
Tymczasem zmiany w funkcjonowaniu globalnych stosunków handlowych, spowodowane pojawieniem się nowego wirusa, wywierają presję na chińską gospodarkę. Ponadto długi, przez lata zaciągane przez państwo, piętrzą się w systemie bankowym.
Chiny nie mogą sobie pozwolić na kryzys bankowy. Dla władz Pekinu niezbędny do utrzymania pokoju jest wzrost gospodarczy, jednak obserwują spadek PKB o siedem procent. Różnice w poziomie dobrobytu między poszczególnymi grupami społecznymi i regionami rosną niczym nowotwór. Dziesięć procent ludności to bezrobotni, a sześćset milionów osób zarabia mniej niż tysiąc chińskich juanów miesięcznie. To nietypowa sytuacja w państwie komunistycznym.
Chiny chcą zaanektować Tajwan i krążą pogłoski, że planują demonstrację siły, co zwiększyłoby napięcie między nimi a resztą świata. Szpiedzy Petera w Chinach twierdzą, że Komunistyczna Partia Chin jest gotowa posunąć się do tego, by rozpocząć gdzieś wojnę, jeśli niezadowolenie w kraju będzie zbyt duże. Niestety dla Hongkongu oznacza to, że stanie się on częścią Chin. Zgodnie z oficjalną historią Pekinu Hongkong zawsze należał do Chin. Z perspektywy Chińczyków krótkotrwałe panowanie Brytyjczyków tego nie zmieniło. Choć Hongkong jest łatwiejszym celem w porównaniu z Tajwanem, nie oznacza to, że przejęcie go byłoby dla Pekinu mniej ryzykowne. Chodzi o to, czego Pekińczycy boją się bardziej: presji zewnętrznej czy wewnętrznej. Jeśli nastroje sprzeciwu w społeczeństwie przybiorą nacjonalistyczny wydźwięk, może to się okazać korzystne dla Hongkongu.
Większość ludzi nie rozumie Chin. Głównym celem partii jest ochrona jej władzy. Znalezienie równowagi między zachowaniem władzy a utrzymaniem gospodarki w dobrej kondycji to trudne zadanie. Chociaż Xi Jinping jest tak samo zaślepiony ideologią jak jego zwolennicy, ludzie rządzący państwem nie są idiotami. Znają dobrze historię kraju i wiedzą, że odkrycie ich słabego punktu może doprowadzić do wybuchu przysłowiowej beczki prochu, na której siedzi zastraszony i uległy naród, liczący ponad miliard obywateli. Bo mimo iż cenzura jest powszechna, nie sposób całkowicie dementować plotki, czy kontrolować ludzkie myśli i uczucia. Ponieważ wraz z podniesieniem standardu życia (Maslow, niech cię diabli!), rośnie potrzeba wolności umysłu. Jak dotąd rządy terroru połączone z prześladowaniami opozycjonistów reedukacją polityczną i egzekucjami utrzymują społeczeństwo w ryzach, ale Peter jest przekonany, że nie trzeba wiele, by to się zmieniło. Pozycja Związku Radzieckiego przez długi czas wydawała się przecież niezagrożona, aż wszystko po prostu się rozpadło, o dziwo bez użycia przemocy.
Upadek Chin nie przypominałby rozpadu Związku Radzieckiego. Wręcz przeciwnie, skończyłoby się to okrutnym i krwawym konfliktem. Jeśli partia upadnie, państwo będzie targane walkami o władzę, a jeśli żadna nowa siła scalająca naród nie przejmie władzy, Chiny spotka taki sam los jak Związek Radziecki ‒ rozpadną się na nowe kraje i regiony, które będą ze sobą walczyć.
W tym chaosie nowa organizacja Petera utoruje sobie drogę do władzy. To Hongkong przejmie kontrolę nad większością Chin, a nie odwrotnie. Wszystko, co Bao musi zrobić, to podpalić lont.
Scenariusz zakładający powstanie nowych państw to kwestia niezwykle delikatna. Niestabilność to jedno, wojna to zupełnie co innego. Wojna domowa tocząca się na terenie światowej potęgi nuklearnej może oznaczać koniec ludzkości.
To na jego barkach spocznie panowanie nad tymi wszystkimi oszołomami, którzy sami pragną władzy i nie cofną się przed niczym, by ją zdobyć. Jedynie on ma pełen ogląd sytuacji. Bez względu na to, kto przejmie władzę, czy to w nowych Chinach z tymi samymi granicami co obecnie, czy w zlepku nowych i słabszych małych państw, Peter zadba o to, by mieć wpływ na nowych przywódców. Będzie rządził Chinami, pozostając w cieniu. Dzięki takiemu zapleczu politycznemu szybko uda mu się zinfiltrować najważniejsze organizacje państwowe innych krajów. Stanie się tak potężnym człowiekiem, jakiego świat nie widział.
Informacja to klucz otwierający świat, w którym wiedza o przyszłości decyduje o tym, kto rządzi teraźniejszością. Tak więc w tej sytuacji potrzebne są dwie rzeczy: dostęp do informacji ze świata zewnętrznego i możliwość swobodnej komunikacji drogą elektroniczną bez nadzoru państwa. Oba problemy można rozwiązać poprzez udostępnienie wystarczającej liczbie Chińczyków nieśledzonych, tanich telefonów komórkowych, które, jak na ironię, są w Chinach produkowane nielegalnie.
Na razie jednak musi się skupić na realnym zagrożeniu tu i teraz. Z próbami zamachu na jego życie wiąże się ryzyko, że w końcu któraś może się udać, a przynajmniej stanowią one wyraźny sygnał, że Peter nie wszystko ma pod kontrolą.
Bierze telefon i dzwoni do Victora Yu, który przebywa w Tajwanie, by załatwić jedną sprawę. Po dwóch sygnałach odzywa się głos zachrypnięty od palenia papierosów:
‒ Dzień dobry, szefie.
Peter uśmiecha się na myśl o tym, że może całkowicie zaufać swojemu wiernemu asystentowi. Gdyby Victor chciał spiskować przeciwko niemu, miałby ku temu wiele okazji, zwłaszcza tej nocy, kiedy Bao, jako nastolatek, zabił swojego ojca. Zamiast samemu przejąć władzę, Victor musiał się pozbyć ciała i wszystkich dowodów. Następnie zarządzał organizacją do momentu, aż Peter zdobył wystarczającą wiedzę, by go zastąpić.
To wspaniałe uczucie móc zaufać drugiemu człowiekowi, choć to nadal nie daje pewności co do pozostałych siedmiu miliardów ludzi.
‒ Jak idzie transakcja?
‒ Nie wiem, mówiąc szczerze ‒ odpowiada ponuro Victor.
Peter nie lubi rozmawiać o sprawach triady przez telefon. Wprawdzie to mało prawdopodobne, żeby władze się odważyły na podsłuch niczym w Prawie ulicy, ale lepiej unikać niepotrzebnego ryzyka.
‒ A twoi informatorzy się do ciebie odzywali? Biznes wymaga stabilnego środowiska, ale chyba nie muszę ci o tym przypominać. ‒ Peter zapala papierosa i wkłada pudełko ze złotym rewolwerem do sejfu i go zamyka.
‒ Na razie nie ‒ oznajmia Victor. ‒ Sytuacja jest napięta, wszyscy są w najwyższej gotowości i czyhają, żeby złapać moment. Zadawanie zbyt wielu pytań może być odczytane jako przejaw słabości charakteru. Zatrudniłem wielu informatorów, którzy rozumieją, jak ważne jest zachowanie dyskrecji, ale niestety nie udało im się jeszcze zdobyć niczego istotnego.
‒ Wiem, że nie powinienem cię popędzać. ‒ Peter gasi papierosa i natychmiast zapala kolejnego, po czym mówi dalej: ‒ A jak przebiega strajk?
‒ Wracam właśnie ze spotkania. Wygląda na to, że przewodniczący związku zawodowego podał się do dymisji z powodów osobistych, a jego następca nie ma w planach żadnego strajku. Więc jutro lecę z powrotem.
‒ Świetnie. Marzy mi się w prezencie gwiazdkowym bezproblemowy rok. Mógłbyś, proszę, sprawdzić, czy mają go w którymś ze sklepów wolnocłowych? ‒ pyta ze zmęczonym uśmiechem Peter.
‒ Sprawdzę, ale lepiej niech pan w liście do Świętego Mikołaja dopisze jeszcze jakieś inne prezenty.
‒ Tak pewnie muszę zrobić. Udanej podróży i do zobaczenia jutro ‒ kończy rozmowę.
Patrzy przez okno na Hongkong, miasto, które nie śpi. Wie, że powinien pójść spać, ale coś go dręczy, a nie potrafi określić co.
Jego komórka wibruje. Mężczyzna wzdycha, widząc, kto dzwoni. Nic dobrego z tego, kurwa, nie wyniknie.
Rozdział 4
Tyresö
Jessica ma dwanaście lat, kiedy po raz setny ucieka z domu. Chociaż ucieczka to złe słowo, ona po prostu wychodzi, bo rodzice nawet nie zwracają na nią uwagi. Znowu się pokłócili. Mama mówi, że tata jak zwykle kłamie i roztrwonił jej pieniądze, a tata twierdzi, że to nie on, i zwala na Jessicę.
Zawsze kończy się na tym, że mama bierze tabletki nasenne, a tata siedzi na strychu, popijając koniak i słuchając muzyki klasycznej. „Ci moi rodzice to jakiś żart” ‒ myśli Jessica i pociąga łyk z butelki. Krzywi się, przełyka i zaczyna kaszleć.
Niech się pieprzą. Życie z nimi jest jak codzienny bal maskowy, zwłaszcza gdy zapraszają gości na kolację. Są jak piękna tapeta z obrzydliwą pleśnią pod spodem.
„Walić to”.
Wkłada butelkę z ponczem do plecaka. Whisky, rum i wódka. Wlała do butelki każdego alkoholu po trochu, choć wątpi, czy w ogóle by zauważyli, gdyby wzięła wszystkie trzy flaszki. Czuje dużą swobodę, jeśli o to chodzi, ale nie takie życie jej się marzy. Nigdy jej nie powiedzieli, że ją kochają, może kiedy była mała i zanim zbzikowała, czy też zaczęła mieć zaburzenia psychiczne, jak twierdzi mama. Jessica spadła z konia dwa lata wcześniej i od tamtej pory, kiedy „zachowuje się inaczej niż inne dzieci”, mama zwala to na ten upadek.
Dziewczynka zakrada się do domu sąsiadów i wsiada na skuter Julii. Podnosi stopą podpórkę i stacza się z górki. Odpala go dopiero, gdy znajduje się na tyle daleko, żeby nikt jej nie słyszał.
Musi wrócić przed piątą rano, żeby odstawić skuter z powrotem. Kradnie go od miesiąca, ponieważ zepsuł jej się rower, a tata ma dwie lewe ręce. Mama uważa, że mogą kupić nowy, ale tata powiedział, że go naprawi. Wiadomo jednak, że tak się nie stanie. Jessica nie potrafi tego zrozumieć. Mają forsy jak lodu, a mimo to ojciec twierdzi, że powinni oszczędzać. Wszyscy wiedzą też, że pieniądze się go nie trzymają. Uważa się za finansistę, ale bez pieniędzy mamy skończyłby na ulicy.
„Ludzie urodzeni w bogatych rodzinach…”
Jest różnica między pieniędzmi, na które się nie pracowało, a tymi, które się samemu zarobiło. Odziedziczone pieniądze są najlepsze, bo wtedy wszyscy w okolicy cię lubią. Jeśli zaś chodzi o dorobkiewiczów, którzy się tu wprowadzają, muszą minąć trzy pokolenia, nim zasłużą na przyjacielskie traktowanie. Tak jak w przypadku sąsiadki Julii i jej rodziców.
Jak się Jessice wydaje, Julia wie, że jej skuter od czasu do czasu znika, choć nic o tym nikomu nie mówi. Zawsze w szkole się do niej uśmiecha, bo chce się z nią przyjaźnić, ale jej uśmiech nie jest szczery, zresztą podobnie jak u reszty nowobogackich.
Jessica ma nadzieję, że Tony tym razem się nie spóźni. Jest z Bollmory i gdyby tylko mama wiedziała, że jej córka zadaje się z „marginesem”, jak nazywa ludzi mieszkających w tej dzielnicy, dostałaby szlaban na trzy lata. Ale czyby to pomogło?
Gwałtownie hamuje, widząc nędzną namiastkę skutera Tony’ego. Czuje w brzuchu przyjemne mrowienie. Chłopak ma osiemnaście lat i jest największym przystojniakiem w Tyresö. Powiedział, że ją lubi, ale ona wie, że chce tylko pomacać jej cycki i napić się za darmo jej drinka. Ale w porządku, to Jessica tu decyduje, nawet jeśli on nie zdaje sobie z tego sprawy. Chłopacy to takie tępaki.
Podchodzi do krawędzi klifu, gdzie Tony siedzi ze słuchawkami w uszach i pali papierosa. Słucha hard rocka lub punka.
Jessica podkrada się i staje tuż za nim. Wyciąga ręce w jego stronę. Odległość do wody to siedemnaście metrów. Uwielbia uderzenia adrenaliny. Podoba jej się to, że mogłaby go zepchnąć, gdyby chciała, i nikt by się nie dowiedział, że to zrobiła.
Tętno przyspiesza, dziewczyna przełyka ślinę.
Uśmiecha się za jego plecami.
Motyle szaleją w brzuchu.
Przygotowuje się.
Popycha go mocno, ale chwyta za kurtkę.
Tony głośno krzyczy, a Jessica się śmieje.
Niezły z niej ninja.
‒ Kurwa, co ty wyprawiasz?! Pojebało cię?! ‒ Zdejmuje słuchawki, tymczasem Jessica siada obok niego nad przepaścią, stopy zwisają nad krawędzią klifu.
‒ Wyluzuj, przecież cię trzymałam.
‒ Jesteś stuknięta, wiesz?
‒ Tak, podobno mam zaburzenia psychiczne.
Chłopak się uśmiecha, ale wciąż widać po nim, że obleciał go strach.
‒ To na pewno.
Jessica uwielbia jasne i spokojne letnie noce, takie jak dziś. Bierze papierosa od Tony’ego i się zaciąga. Wyjmuje butelkę z plecaka, odkręca zakrętkę i ją wyrzuca. Bierze łyk, który pali ją w gardle jak kwas. Dzieli się z chłopakiem i on też pociąga z butelki.
To jest ich miejsce. Z dala od walniętych rodziców, którzy mają ich gdzieś. To tutaj spotkali się po raz pierwszy. Tony bawił się ogniem i pił piwo. Dziś przypada ich pierwsza rocznica.
‒ Przeżyłbyś ‒ stwierdza Jessica i strąca papierosa do wody.
‒ Nie ma takiej opcji. ‒ Chłopak odsuwa się nieco. Nie ufa jej.
‒ Zgodzę się na seks, jeśli skoczysz ‒ mówi Jessica z uśmiechem.
Przez chwilę Tony rozważa, co zrobić, jego myśli można prawie usłyszeć, ale ona wie, że się nie odważy. Poza tym wie, że jest dziewicą.
‒ Czyżby największy twardziel z Bollmory nie miał odwagi? ‒ Jessica wstaje, zdejmuje bluzę i koszulkę. Tony pożera wzrokiem jej nagie piersi, ale ona się tym nie przejmuje. „Niech sobie patrzy”. Zdejmuje spodnie i buty, ale zostaje w majtkach.
‒ Dawaj. Kto pierwszy, dostaje sto koron. ‒ Dziewczyna bierze butelkę i cofa się o kilka kroków. Pociąga kilka dużych łyków, po których prawie wymiotuje.
‒ Weź przestań. To niebezpieczne.
‒ Życie jest niebezpieczne, a jeszcze bardziej niebezpieczne jest tego nie zrobić. ‒ Odstawia butelkę i bierze głęboki oddech. Spogląda w niemal bezgwiezdne niebo.
‒ Raz…
‒ Serio? Chcesz skoczyć? Zgrywasz się tylko.
Jessica wzdycha. Zastanawia się, czy to boli, kiedy się uderza o wodę. Pięć metrów we Flaten to najwyższa wysokość, z jakiej skakała, i wtedy plasnęła twarzą w wodę. A to jest siedemnaście metrów. Jeśli źle wyląduje, będzie potrzebowała operacji.
‒ Dwa…
‒ Proszę, nie rób tego ‒ Tony prawie piszczy i powoli wstaje.
„Zapomnij” ‒ myśli dziewczyna.
‒ Trzy!
Jessica bierze rozbieg i po chwili już jest w powietrzu. Tony za nią krzyczy.
‒ Ja latam! ‒ Woda zbliża się szybciej niż błyskawica.
„Zaburzenia mózgowe ‒ to jest, kurwa, to”.
Rozdział 5
Fårdala, Tyresö
Jessica i Sussie siedzą na kanapie i popijają wino od czasu, kiedy Alex wybiegł z domu. Jego siostra nie wybudziła się ze śpiączki, zmarła kilka dni przed zabójstwem trojaczków, a po tych wszystkich pogrzebach stał się jeszcze bardziej wycofany. Jessica stara się go zrozumieć. Wszyscy wokół Aleksa umierają i musi się czuć jak wirus, gorszy od korony.
Niejednokrotnie próbowała się do niego zbliżyć, choć jest to trudne, bo otoczyła się murem sięgającym nieba. Skrywają przed sobą wiele tajemnic i któreś z nich musi wykonać pierwszy ruch, najlepiej, żeby to był Alex, bo ona się nie odważy. Rozwiódłby się z nią, gdyby się dowiedział, co przed nim ukrywa, nawet jeśli w jakiejś części zrobiła to dla niego. Dla nich.
Może tak byłoby najlepiej. Odpocząć od siebie, a potem zacząć wszystko od nowa. Zawsze chciała zacząć od początku. Już odkąd miała dziesięć lat. Wmawiała sobie, że ma spokojne i nudne życie, ale prawda jest inna. Wyparła z pamięci okres szalonych lat. Teraz jest inną, nową Jessicą. Tylko Sussie zna dawną Jessicę, ale nawet ona nie zdaje sobie sprawy ze wszystkiego.
Przechodzą ją ciarki na myśl o tym, kim kiedyś była, ale próbuje się od tego odciąć. Powtarza to sobie jak mantrę, że jest zwykłą dziewczyną z dobrego domu, która dorastała w Tyresö bez żadnych problemów, no, może nie wspominając rodziców. Dzięki temu udaje jej się wymazać z pamięci zdarzenia z przeszłości i znów staje się nową Jessicą.
‒ Halo, halo! ‒ woła mama z korytarza i jak zwykle od razu wchodzi do środka, nie czekając na odpowiedź. Ich pudel królewski, Mimmi, zrywa się, by ją powitać. Suczka kocha jej mamę bardziej niż Jessicę. Prawdopodobnie dlatego, że mama przynosi jej kawałki kiełbasy. ‒ Moja najukochańsza Mimmi! Przynajmniej ty mnie lubisz! ‒ ciągnie mama. Jessica słyszy, jak Mimmi coś przeżuwa.
Sussie unosi brwi i dopija resztę wina z kieliszka. Napełnia go ponownie. Jest chuda jak patyk, należy do tych osób, które mogą jeść wszystko i nie tyją. Zawsze wygląda, jakby właśnie wróciła z hipisowskiego festiwalu. Ma kolczyk w nosie, kolorowe materiałowe bransoletki na jednym nadgarstku i koralikowe na drugim. Alex twierdzi, że kiedy Sussie tańczy lub mówi, robi to całym ciałem, tak że jej koraliki brzęczą jak wkurzony grzechotnik.
‒ Cześć, mamo. Jak miło, że wpadłaś. ‒ Jessica kręci głową, po czym mama wchodzi do salonu.
‒ Mój Boże, czy wy nigdy nie sprzątacie? ‒ dziwi się i przesuwa palcem po obrazie. Mimmi nie odstępuje jej na krok.
‒ Lepszy mały syf tu i ówdzie niż życiowe piekło ‒ stwierdza Sussie, unosząc kieliszek.
Mama Jessiki zerka na swój markowy zegarek.
‒ Ależ Sussie, jest dopiero jedenasta.
‒ Dziękuję, pani zegarynko. Myślałam, że dziewiąta.
Jessica szturcha przyjaciółkę w ramię.
‒ Świętujemy zerwanie Sussie z Lassem ‒ kłamie i podnosi kieliszek, by wznieść toast. ‒ I chwała za to!
‒ Nie ma czego świętować. Wy, młodzi, zbyt łatwo się rozstajecie.
Jessica zastanawia się, ile razy jej mama wyrzucała ojca z domu, kiedy ona była mała. Ciężko to zliczyć.
Mama siada w fotelu po strzepnięciu z poduszki niewidzialnego brudu.
‒ Napijesz się wina? ‒ proponuje Jessica, ale Sussie już zdążyła przynieść kieliszek, i nalewa do niego wina.
‒ Chardonnay z kartonu, naprawdę niezłe. Pierwszy kieliszek za darmo ‒ mówi, stawiając wino przed mamą Jessiki.
Sussie dopija resztkę wina i znowu sobie dolewa. Jeśli tak dalej pójdzie, za kwadrans będzie pijana.
Mama nie rozumie żartu i ma smutną minę. Czasami Jessica myśli, że trojaczki były dziećmi mamy. Przynajmniej tak by się wydawało.
‒ No cóż, gdzieś na świecie jest pierwsza w nocy ‒ stwierdza mama i popija z kieliszka. ‒ Jak idzie z… no wiesz? ‒ pyta, wskazując brzuch córki.
Jessica ma ochotę wstać i się na nią wydrzeć, ale wie, że to nic nie zmieni. Ledwie pogrzeb się skończył, a mama już mówiła, żeby brała się do roboty i dała jej nowe wnuki.
‒ Odłożyliśmy to na później. ‒ Jessica nie chce się przyznać, że nie uprawiali seksu z Aleksem od czasu, kiedy umarły dzieci. Myśli, że może ich związek również umarł tego samego dnia, na tamtym przystanku metra, choć prawie codziennie mówią sobie, że się kochają.
‒ Powinniście…
‒ Mamo. Proszę, przestań.
‒ Mówię tylko, co myślę.
‒ Dalej, dziewczyno! ‒ bełkocze Sussie i sięga po więcej wina, ale Jessica przysuwa karton do siebie, przez co twarz przyjaciółki markotnieje.
‒ Chciałaś o czymś porozmawiać? ‒ zwraca się do mamy Jessica.
‒ Tak, właściwie to tak. Mam dobre wieści. Razem z ojcem przeprowadzamy się do Portugalii.
‒ Co takiego? ‒ Jessica prawie dławi się winem.
‒ Tak, głównie z uwagi na podatki, ale oczywiście też ze względu na pogodę. Moje kolana nie wytrzymują już szwedzkiego zimna.
‒ Jak to? Kiedy?
‒ Za tydzień. ‒ Prawie niezauważalnie przemyca kawałek kiełbasy i daje go Mimmi.
‒ Za tydzień?! Co wy sobie, do cholery, myślicie?
‒ Jessico, uspokój się. Jesteśmy już na emeryturze, chyba powinniśmy się cieszyć naszymi ostatnimi dniami, nie uważasz?
‒ Ach tak, a kiedy zaczęliście to planować? I dlaczego tata nie przyszedł? Pewnie nie ma odwagi, co?
‒ Niedawno. Boże, Jessico. Jesteśmy dorośli i możemy robić, co chcemy.
‒ Trudno się nie zgodzić ‒ kiwa głową Sussie, a Jessica patrzy na nią ze złością. ‒ Sorry ‒ bąka pod nosem i próbuje ponownie przysunąć do siebie karton, ale Jessica go przytrzymuje.
‒ Okej, jedźcie sobie.
‒ Będziesz za nami tęsknić?
‒ Ani trochę ‒ mówi Jessica, nie rozumiejąc, dlaczego w ogóle się denerwuje. Przecież wcale nie chce, żeby mama cały czas do niej przychodziła. Tym bardziej Alex.
‒ No i właśnie. Kiedy urodzą wam się dzieci, będę was odwiedzać. Lot do Portugalii zajmuje tylko cztery godziny, poza tym zawsze jesteś u nas mile widziana.
Jessica jest w pełni świadoma, że zaproszenie nie dotyczy Aleksa i tylko z tego powodu nie zamierza odwiedzać rodziców. Jeśli nie chcą, żeby on do nich przyjeżdżał, ona też nie będzie.
‒ Ale potrzebowalibyśmy psa obronnego. ‒ Mama spogląda na Mimmi, która pręży się w oczekiwaniu na więcej kiełbasek.
‒ Żartujesz?
Sussie bierze karton z winem i nalewa sobie kolejny kieliszek, który trzyma niczym tysiąckaratowy diament. Szybko upija łyk.
‒ W końcu to ja za nią zapłaciłam ‒ mówi mama.
Właściwie ma rację, nawet na ubezpieczeniu figuruje jej nazwisko jako właścicielki, ale dała jej Mimmi w prezencie i Jessica nie wspomniała Aleksowi, że to mama ją kupiła. Wkurzyłby się jeszcze bardziej.
Jessica spogląda na suczkę. Nie wychodzi z nią tak często, jak kiedyś, przed pogrzebami. Choć ciężko jej to przyznać, Mimmi byłoby lepiej u rodziców. Kłuje ją w sercu, bierze łyk wina, żeby się nie rozpłakać. Ostatnio czuje się taka słaba. Nie ma siły kłócić się z mamą czy Aleksem, nie jest w stanie nawet szukać pracy. Po śmierci dzieci zaczęła pomagać mężowi w interesach. Właściwie wcale jej się to nie podoba, ale to była ich jedyna szansa na przetrwanie tego czasu. Gdyby niczym się nie zajmowała, załamałaby się jeszcze bardziej.
‒ Będzie jej lepiej z nami, a wy będziecie mogli skupić się na sobie, nie sądzisz? ‒ mówi mama, klepiąc Mimmi po głowie.
‒ Ale jak to? Przecież Mimmi to pies Jessiki ‒ dziwi się Sussie, która siedzi z kolanami podciągniętymi pod brodę.
‒ Sama nie wiem. ‒ Jessica wychodzi na taras, żeby zapalić. Mimmi wybiega do ogrodu i kopie w ziemi, a ona nie ma nawet siły jej przywołać. Zapala papierosa i słyszy stukot obcasów mamy.
‒ Umówiłam ją na jutro do weterynarza. Trzeba ją zaszczepić. A ty musisz zaleczyć rany, Jessico.
Jessica wzdycha. Jako dziecko tę stronę jej natury uważała za najgorszą ‒ nieempatyczną i narcystyczną ‒ tę, która odcisnęła piętno na części jej życia, o ile nie całym. Mimo to nieustannie próbuje nawiązać z matką bliską relację, jakby była długo oczekiwaną wygraną na loterii.
Matka od niechcenia przytula córkę.
‒ Kocham cię ‒ mówi Jessica.
‒ Będzie dobrze, zobaczysz ‒ stwierdza mama.
Nie ma siły się jej przeciwstawiać. Nie teraz, nie dziś, może nigdy.
‒ Mimmi, przestań. ‒ Mama podchodzi do psa, który wykopał dziurę w trawniku. Próbuje ją przywołać kiełbaskami, ale to się nie udaje.
‒ Mimmi! ‒ wtóruje Jessica. Bardziej po to, by się przekonać, kogo Mimmi posłucha. Jeśli jej, a nie mamy, wtedy Jessica nie odda psa. Ale Mimmi tylko kopie i kopie, nawet nie podnosi głowy.
‒ Och, Boże drogi! ‒ krzyczy mama i odciąga Mimmi od dołu.
Jessica podchodzi do niej, zaciąga się papierosem i zagląda do dziury wykopanej przez psa. Na widok szczątków kota chce jej się wymiotować.
Godzinę później Jessica i Sussie siedzą na tarasie w restauracji Tyresö Slottskrog. Sussie zamówiła danie wegetariańskie, a Jessica łososia w przyprawie cajun, którego nawet nie tknęła.
Straciła apetyt, kiedy przypomniała sobie o zwłokach kota. Zamiast tego pije więcej wina. Sussie zaś, która jest już kompletnie pijana, pochłania jedzenie. Jessica ignoruje spojrzenia ludzi przyglądających się jej przyjaciółce w hipisowskich ciuchach w siedmiu różnych kolorach.
Alex powiedział, że zastrzelił i zakopał borsuka, ale jak zwykle kłamał. Teraz Jessica już wie, gdzie się podział kot sąsiadów. Cały wieczór pomagała im go szukać, tymczasem kot leżał pogrzebany w ich ogrodzie. To tylko jeden z wielu sekretów jej męża. Jest ciekawa, jak zareaguje, gdy go o to zapyta.
„Przegiąłeś, Alex”.
‒ A więc nasz Bruce Lee strzelił do kota z łuku? ‒ śmieje się Sussie. ‒ Czy on nie wie, jak wygląda borsuk?
Jessica nie może się powstrzymać i śmieje się razem z nią. Sussie to najlepsze remedium na świecie, mimo że nie zdaje sobie z tego sprawy.
‒ Najwyraźniej nie.
Sussie chichocze.
‒ Borsuk zrobił „miau”, a Alex na to: „hadzia!” mam cię!
Jessica i Sussie śmieją się głośno niczym ćpunki, które właśnie znalazły sto kilo heroiny.
Kobiety przy sąsiednim stoliku je uciszają, ale to tylko sprawia, że śmieją się jeszcze głośniej.
Rozdział 6
Fårdala, Tyresö
Lily Rose ukrywała się w lesie, gdy Jessica i dwie inne kobiety wyszły z tym brzydkim psem z domu. Włamuje się tylnymi drzwiami i wchodzi do środka. Przechadza się pod domu, a przy jej nodze idzie jej piękny pies Rambo, rasy biszon hawański.
Dobrze tu pachnie, czuć aromat wina, dymu papierosowego, psa i perfum.
„Co Alex widzi w tej Jessice? Powinien trzymać się swoich” ‒ myśli Lily Rose i bierze kieliszek z winem pozostawionym przez Jessicę, po czym siada w tym samym miejscu, w którym wcześniej siedziała żona Aleksa. Kanapa jest wciąż ciepła.
Lily Rose trzyma kieliszek, udając Jessicę. Trzema palcami za nóżkę. Odpręża się i rozgląda po pokoju o wnętrzu w stylu inspirowanym Newport. Jeśli chcieli uzyskać ordynarny wystrój, to całkiem im się to udało. Jest tu zbyt po amerykańsku.
Kobieta zauważa trzy albumy na regale, które wystają pomiędzy książkami. Bierze je, kładzie na stole w salonie i do nich zagląda. Na każdej stronie znajdują się zdjęcia Jessiki. Lily Rose sięga po nóż i wycina z nich oczy. Nie podoba jej się sposób, w jaki Jessica na nią patrzy.
Dopiero w trzecim albumie są zdjęcia Aleksa. Pierwsze pochodzą z czasów młodości, ostatnie zrobiono przed dziesięcioma laty, czyli po tym, jak smartfony przyjęły się na dobre. Teraz wygląda lepiej. Bardziej jak mężczyzna niż chłopiec.
Bierze jedno z najnowszych zdjęć. To, na którym patrzy prosto w aparat pięknymi i groźnymi oczami. Zamyka album i odkłada go wraz z całą resztą na miejsce.
Pociąga łyk wina i nalewa sobie kolejny kieliszek. Wchodzi do łazienki i otwiera szafkę. Rzeczy Aleksa stoją na górnej półce, w lewym rogu, reszta kosmetyków najwyraźniej należy do Jessiki. „Egoistka” ‒ myśli. Sama nigdy nie potrzebowała aż tylu produktów do pielęgnacji. Dla niej najważniejsze są włosy, o resztę nie musi się martwić.
Zamyka szafkę, patrzy na swoje odbicie w lustrze i zastanawia się, co Alex o niej myśli. Podoba mu się, czy uważa ją po prostu za dziwaczkę?
Spryskuje perfumami Jessiki szyję i nadgarstki, i pociera jeden o drugi. Szpera w kosmetyczce leżącej przy zlewie i wyjmuje z niej czerwoną szminkę. Maluje nią usta, spogląda w lustro i myśli: „Czy to właśnie lubi Alex? Wymalowane kobiety, które pachną jak dziwki?”.
Wypija duży łyk wina i wychodzi z łazienki. Zatrzymuje się przy czarno-białych zdjęciach w korytarzu. Ze ślubu. Wyglądają na radosnych. Szczęśliwych. Nie tak jak teraz. Smutni i zmęczeni. Wie, że śmierć dzieci to wina Petera. Każdy, kto z nim pracuje, po pewnym czasie tak wygląda.
Otwiera drzwi do jakiegoś pokoju, najwyraźniej dziecięcego. W oknie i na podłodze stoją kwiaty, które swego czasu były piękne, a teraz zwiędły i sprawiają przygnębiające wrażenie. Do każdego bukietu dołączona jest karteczka. Przygląda się niektórym z nich i mimo że nie potrafi czytać w tym języku, to i tak rozumie. Kondolencje.
Rambo chwyta w zęby jedną z zabawek na podłodze i zaczyna się nią bawić, a ona mu na to pozwala. Raczej nikt za nią nie będzie tęsknił.
Lily Rose wychodzi z pokoju dziecięcego i idzie do kuchni. Otwiera lodówkę i uświadamia sobie, że jest głodna. Wygląda na to, że na lunch zje jedynie twarożek. Jedząc go, patrzy przez okno na ogród. Uśmiecha się na widok dołu, w którym leży martwy kot.
‒ Alex, coś ty zrobił? ‒ szepcze, tymczasem Rambo kładzie zabawkę u jej stóp. Podnosi ją i rzuca do salonu. Pies wraca po pięciu sekundach, ale tym razem nie oddaje jej zabawki.
Lily Rose spogląda na zdjęcie Aleksa. Zdobędzie go, tylko on jeszcze o tym nie wie. Razem przejmą kontrolę nad Hongkongiem, jeśli wszystko pójdzie po jej myśli. Zabicie Petera nie będzie łatwe, ale prędzej czy później każdy umiera.
Na ścianie w ramkach wiszą trzy odciski dłoni odlane w gipsie i kontrastują z resztą wystroju. Na każdym z odlewów jest imię dziecka. Porównuje rozmiar ich dłoni ze swoimi. Trudno jej uwierzyć, że kiedyś była taka mała.
Dopija resztę wina i dostaje SMS-a od jednej z prostytutek. Informacja nie jest za darmo, ale warta każdego grosza. Był nalot. Ma nadzieję, że nie złapali Aleksa. A nawet jeśli go mają, to i tak zaraz wyjdzie. Nigdy nie był karany i raczej nikt na niego nie doniesie. To jedna z zalet bycia w triadzie: nikt nie rozmawia z policją. Wiedzą, co mogłoby się stać z krewnymi w ich ojczyźnie.
Lily Rose wchodzi do sypialni i kładzie się tam, gdzie pachnie Aleksem. Odstawia kieliszek na stolik nocny i spogląda w sufit. Wyrywa sobie jeden włos i kładzie go na poduszce Jessiki. Spogląda na zdjęcie Storma i wsuwa dłoń w majtki.
„Wkrótce będziesz mój” ‒ myśli, zamyka oczy i zaczyna się pieścić.
Rozdział 7
Hongkong
Numer przychodzącego, zaszyfrowanego połączenia zaczyna się od „0051”. Peter zamyka oczy, wiedząc, że po tej rozmowie będzie miał kolejnego wroga. Tylko jeden człowiek w Peru zna jego numer.
„Xavier Flores”.
Peter wzdycha i otwiera dużą butelkę whisky. Rozsiada się w skórzanym fotelu i odbiera połączenie. Jeszcze nie przyłożył telefonu do ucha, a już słyszy starego mężczyznę mówiącego łamaną angielszczyzną. Ten ton trudno pomylić. W słuchawce rozbrzmiewa jego świszczący oddech, prawdopodobnie wirus zaatakował mu płuca.
Peter słucha go przez jakąś minutę, wyłapując z jego wypowiedzi jedynie kilka słów, głównie hiszpańskie przekleństwa. Kiedy Xavier bierze oddech, Peter korzysta z okazji:
‒ Señor Flores. Zdaję sobie sprawę, że nie jest pan zadowolony z rozwoju sytuacji w Londynie, ale chciałbym wrazić mój głęboki żal, a także wszystko wyjaśnić. ‒ Bierze łyk whisky, a kostki lodu brzęczą wesoło.
Po drugiej stronie zapada cisza, trochę zbyt długa.
‒ Wyjaśnić…? Tak, to byłoby interesujące. Proszę, wyjaśnij, dlaczego mój syn został znaleziony martwy w domu w Anglii, będąc z wami sam na sam?
Peter zdaje sobie sprawę, że stary Peruwiańczyk zapewne już zna większość szczegółów, ale i tak spróbuje się z tego jakoś wykręcić. Przypomina sobie o kamerach, Xavier z pewnością prawie wszystko ma nagrane, zdziwiłby się, gdyby tak nie było. Bo mimo że Victorowi udało się znaleźć twardy dysk z zapisem z kamer, materiał z monitoringu prawdopodobnie został również zachowany na serwerze w innym miejscu. Podobnie działają systemy Petera. Ma jednak nadzieję, że w tym przypadku tak nie jest.
‒ Było dość późno, kiedy dotarliśmy do przepięknego domu, który pan wspaniałomyślnie nam udostępnił. Pana syn i jego ochroniarze… przepraszam, señor, ale nie da się tego opisać w delikatny sposób… dość ostro imprezowali. Graliśmy w karty, a po jakimś czasie w pokoju zostaliśmy tylko ja i Simon.
Przerywa, by popić whisky, mając nadzieję, że się dowie, jak rozmowa wpływa na nastrój mężczyzny, ale słyszy jedynie zakłócenia na linii.
‒ Pana syn, który z pewnością był odważnym człowiekiem, zaproponował wtedy, żebyśmy podnieśli stawkę i zagrali w prawdziwą grę.
‒ Co masz na myśli, mówiąc „prawdziwa gra”?
‒ Hm, jeszcze raz, bardzo mi przykro, ale Simon zaproponował rosyjską ruletkę. Miał rewolwer i opróżnił go ze wszystkich nabojów oprócz jednego.
Xavier parska.
‒ Mój syn może i był impulsywny, ale wątpię, by chciał się narażać na coś takiego. Miał przecież przejąć posadę, o której niewielu może nawet marzyć, więc po co miałby ryzykować życie dla zabawy?
Peter zastanawia się, czy ten stary mężczyzna nie prowadzi z nim jakiejś pokrętnej gry. A może zapis monitoringu był tak kiepskiej jakości, że naprawdę nie wie, co się stało?
‒ Trudno powiedzieć, co kieruje ludźmi. Zakręcił cylindrem i miał pecha. Nabój znalazł się w pierwszej komorze. Byłem zdruzgotany i oszołomiony, ale jednocześnie wiedziałem, że nic nie mogę zrobić. Bałem się, że jeśli ktoś usłyszał strzał, policja może się zjawić w każdej chwili, więc zdecydowałem, że najrozsądniej będzie, jak wyjdę z tego domu i wyjadę z kraju. Naprawdę bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało, i przepraszam, że nie zadzwoniłem wcześniej. To był tragiczny wypadek. Jestem pewien, że w tych okolicznościach postąpiłby pan podobnie.
‒ Bękart ‒ syczy Xavier, a Peter wzdycha, wiedząc dokładnie, co to oznacza. ‒ Jesteś martwy ‒ dodaje spokojnym tonem Peruwiańczyk. ‒ Chciałem się tylko przekonać, ile są warte twoje słowa, ale najwyraźniej nic. Oczywiście widziałem nagrania z monitoringu i wiem, że nie zrobiłeś nic, żeby go powstrzymać, a poza tym zakręciłeś cylindrem, żeby zwiększyć swoje szanse. Dzieli nas wiele kilometrów i może ci się wydaje, że nie dam rady cię dorwać, ale się mylisz. ‒ Mężczyzna robi teatralną pauzę. ‒ Chcę, żebyś wiedział, że cię dopadnę, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Nawet jeśli nie zginiesz z moich rąk, to pamiętaj, że mój drugi syn tęskni za swoim starszym bratem.
Połączenie zostaje przerwane.
„Klasyk… Nie można się przyjaźnić ze wszystkimi” ‒ myśli Peter i wzrusza ramionami. Teraz musi szybko znaleźć nowe źródło kokainy, by zapewnić ciągłość dostaw do Europy. Jego nazwisko znajduje się na czarnej liście w prawie całej Ameryce Południowej i tylko rodzina Floresów była na tyle szalona, żeby robić z nim interesy.
Heroinę sprowadza z Afganistanu i Iranu. Metamfetamina i ecstasy są dostarczane bezpośrednio do jego magazynów na całym świecie z jego własnego laboratorium w Chinach, ale jeśli chodzi o kokainę, to ma teraz duży problem.
Peter postanawia, że Alex będzie musiał jakoś go rozwiązać. Nadszedł czas, by jego przyrodni brat wziął na siebie większą odpowiedzialność i zrobił coś pożytecznego, zwłaszcza teraz, gdy nic już go nie powstrzymuje. Żadne trojaczki ani siostra w śpiączce.
Wyeliminuje wszystko, co może stanąć Aleksowi na drodze do rozwoju. Pewnego dnia to on przejmie wszystko, ale nie w taki sposób, jak mu się pewnie wydaje. Peter ma wiele planów wobec brata i jeszcze nie wszystkie zrealizował.
Zastanawia się, kiedy będzie najlepszy czas, żeby Jessica zniknęła. Jeśli go przeczucie nie myli, na ich małżeństwie już pojawiły się rysy i problem może rozwiąże się sam, ale on nie ma ochoty czekać na to, co przyniesie los. Chce mieć kontrolę nad losem swoim i innych, a o losie Aleksa już zdecydował. Zdaje sobie jednak sprawę, że brat może się okazać niebezpieczny. Musi być ostrożny, inaczej brat może przejąć wszystko, lecz tak naprawdę nie wierzy, że mogłoby mu się to udać.
Peter nie ma wątpliwości, że teraz jego największym problemem jest Jessica. Za bardzo kontroluje Aleksa. Trzeba doprowadzić do tego, żeby prędzej czy później uległa wypadkowi. Miał nadzieję, że zginie razem z dziećmi, ale z jakiegoś powodu tak się nie stało. Tak to jest, kiedy robi się interesy z takimi idiotami jak Oleg.
Rozdział 8
Golden Dragon, Älvsjö
„Czy można mieć choć jeden taki dzień? Czy można mieć choć jeden pieprzony dzień bez żadnych problemów?”
Alex zatrzymuje samochód przed „Golden Dragon” i przechodzą go ciarki. Mógł być w środku, kiedy robili nalot. Na dworze cholerna zawierucha. Taka, że płatki śniegu uderzają o twarz i kłują w skórę, po czym opadają na ziemię i się topią, tworząc błoto. Typowa sztokholmska pogoda.
Jest ciekaw, czy wszystkim udało się uciec tunelem, który zbudowali, i czy zabrali ze sobą twarde dyski, ale wygląda na to, że tak. Funkcjonariusze z grupy szturmowej powoli odjeżdżają. Rozpoznaje wśród nich Ninę Trygg, stoi przed wejściem z wściekłą miną.
Słyszy, jak ktoś stuka w szybę. To Ma zagląda do środka i się uśmiecha, ukazując żółte zęby. W kąciku ust trzyma niezapaloną cygaretkę, przez co wygląda na prawdziwą twardzielkę.
Alex się wzdryga. Wong stoi za nią, kręcąc pękiem kluczy wokół palca wskazującego. Jego ogromne ciało przesłania horyzont, w dwóch fałdach tłuszczu na szerokiej szyi mężczyzny dałoby się ukryć mały dom.
W drodze do Älvsjö Storm mijał wiele samochodów jadących w przeciwnym kierunku, zapewne to klienci uciekający z kasyna. Ani Alex, ani Ma, ani Wong nie figurują w żadnych dokumentach. Właściciel restauracji mieszka w Hongkongu, więc policja w tym śledztwie będzie się poruszać jak we mgle. Mimo wszystko muszą na nich coś mieć, skoro dostali nakaz rewizji.
Alex wysiada z samochodu i Ma długo go obejmuje. Wydawałoby się, że powinno to trwać kilka sekund, ale przytula go znacznie dłużej. Wong wzrusza ramionami, gdy Storm patrzy na niego pytająco.
‒ Złapali kogoś? ‒ chce wiedzieć Alex, gdy Ma w końcu go puszcza. Nie wygląda na taką, co się lubi przytulać, wręcz przeciwnie. Wszyscy się jej boją, i słusznie. Ma z dwa metry, skórę jak mumia i jest wybuchowa niczym ładunek atomowy.
‒ Aresztowali pracowników restauracji, ale oni nic nie powiedzą. Nie są głupi ‒ mówi Ma, zapalając papierosa.
‒ A dyski?
‒ Nie martw się.
Alex opiera się o samochód. Wie, że staruszka ma rację, nawet jeśli mu się to nie podoba. Tak, wiele zmienił dla pracowników. Lepsze warunki, wyższa płaca i mniej godzin pracy. Czy jest zbyt miękki? Ma nadzieję, że nie.
‒ Myślisz, że ci się upiekło, co? ‒ Słyszy głos za plecami, a kiedy się odwraca, stoi tam Nina Trygg. Z ręką na biodrze, prezentując pistolet w kaburze.
Ma spluwa na ziemię przed nią. Alex kładzie rękę na jej ramieniu. Nie chce dać Ninie żadnego pretekstu, żeby mogła ich aresztować ot tak, dla zasady.
‒ Ale co? ‒ dopytuje, przeklinając siebie za to, że w ogóle tu przyjechał. Jak się domyśla, Trygg wie, że on wcale nie jest kierownikiem sprzedaży w firmie technologicznej. Ten etap mają już za sobą. Żywi jednak nadzieję, że nie znalazła żadnych dowodów.
‒ Daj spokój ‒ parska Nina i spogląda na Wonga. ‒ Ty tam. Masz na imię Wong, zgadza się?
Wong stoi w miejscu, nie reagując na jej pytanie.
Nina staje trzydzieści centymetrów od niego. Musi się lekko odchylić, by spojrzeć mu w twarz. Wydaje się przy nim niezwykle niska, jak zresztą każdy, kto staje w pobliżu Wonga. „Musiał dostawać anaboliki do kaszki, jak był mały” ‒ myśli Alex i współczuje Ma, która go rodziła.
‒ Odpowiadaj, bo zaraz cię zgarnę ‒ grozi Nina i szturcha go w pierś.
Wong oczywiście nic nie mówi, bo nie może. Zamiast tego otwiera usta i pokazuje, że nie ma języka. Nina wzdryga się z obrzydzeniem.
‒ Kurwa. Dlaczego… nie masz…
‒ Polizał słupek pokryty lodem jako dziecko i go sobie oderwał. Głupi chłopak ‒ wyjaśnia Ma, kręcąc głową, po czym lekko uderza Wonga w potylicę.
Wong warczy w ten charakterystyczny sposób i nie wiadomo, czy to śmiech, czy groźba.
Alex jest ciekaw, czy kiedykolwiek się dowie, co się stało z językiem Wonga. Za każdym razem słyszy inną wersję.
Podchodzi do nich jeden z policjantów i szepcze coś Ninie na ucho, a ona kiwa głową.
‒ Zapomnijcie, że uda wam się tam wejść. To miejsce jest na razie zamknięte.
‒ Jakie miejsce? ‒ Alex wygląda na zaskoczonego.
‒ Skończ już z tym, Alex. Ciesz się chwilą. Wkrótce będę miała haka na was wszystkich. Prędzej czy później każdy popełnia błąd. ‒ Nina poprawia kurtkę, po czym odwraca się na pięcie i odchodzi.
Alex wie, że policjantka ma rację. Musi z tym skończyć, zanim będzie za późno. To tylko kwestia czasu, kiedy trafi do więzienia.
Jego myśli nagle wędrują w innym kierunku i zwraca się do Wonga:
‒ Znalazłem w twoim biurze prawo jazdy Johna Glansa. Skąd je masz?
Wong kiwa głową i pisze na tablecie. Odwraca go do Aleksa.
„Musiał je zgubić w restauracji. Ten przeklęty prywatny detektyw” ‒ myśli Storm. Wydaje mu się to całkiem sensowne, więc kiwa głową do Wonga. Przed śmiercią Glans śledził Aleksa. Jessica twierdzi, że go wynajęła, ponieważ myślała, że Alex ją zdradza. Jakiś czas później Glans popełnił samobójstwo, choć Nina Trygg uważa, że to Alex go zabił.
„Więcej problemów… Zawsze problemy…”
‒ Jak sobie z tym wszystkim teraz poradzisz? ‒ pyta Ma z niedopałkiem cygaretki w ustach.
‒ Zorganizuję nowe miejsce, dopóki sprawa nie ucichnie.
Dzwoni jego komórka i mężczyzna odchodzi na bok. Chociaż Ma i Wong wiedzą wszystko o tym biznesie, Alex nie chce, żeby słyszeli, o czym rozmawia.
‒ Co się dzieje?
Młody głos Lissie nie brzmi wesoło. To prawie dziecko, a mimo to zarządza sprzedażą kokainy.
‒ Zaraz skończą nam się zapasy. Nie było dziś nowej dostawy. ‒ Natychmiast się rozłącza, Alex wzdycha.
Ta dziewczyna przypomina pieprzoną straż pożarną, która cały czas gasi małe pożary, ale gdy tylko jeden zostanie ugaszony, wybucha kolejny.
„Choć jeden dzień…”
Zrobiłby wszystko za jeden pieprzony dzień bez problemów.
Rozdział 9
Tyresö
Jessica ma czternaście lat i chodzi do ósmej klasy. Wychodzi z toalety i kładzie rakietę tenisową przy umywalce. W tym momencie ktoś wchodzi do łazienki, ale ona nie zwraca na to uwagi. Nie znosi tych wszystkich debili, którzy chodzą z nią do szkoły. Instynkt każe jej jednak spojrzeć, kto za nią stanął. Ma dziwne uczucie w brzuchu, jakby zagnieździły się w nim wściekłe osy.
Chłopak stoi przy niej i blokuje jej przejście. Erik Gyllenstierna z dziewiątej klasy. Dziewczyny w szkole nazywają go Ciachem i uważają za dar Boga dla kobiet.
‒ Nareszcie sami ‒ szepcze, mierząc ją wzrokiem od dołu do góry i zawiesza spojrzenie na jej biuście. Przesuwa językiem po zębach i głośno przełyka ślinę.
‒ Pierdol się. Zostaw mnie w spokoju. ‒ Jessica próbuje przejść obok niego, ale on staje jej na drodze, opiera rękę o ścianę i przechyla głowę. Odgarnia grzywkę na bok.
‒ No dalej, udawaj taką niedostępną. Podoba mi się to.
Jessica słyszała różne rzeczy na jego temat, ale machała na to ręką. Teraz najwidoczniej przyszła kolej na nią. Wcześniej chronił ją Tony, ale został przeniesiony do jakiegoś domu na północy po tym, jak jego ojciec się zabił, a matka uciekła.
‒ Przesuń się ‒ syczy Jessica, a Erik tylko się uśmiecha. Idealne zęby, idealne włosy, idealne ubranie.
‒ Wyluzuj. Wiem, że ci się podobam.
Jessica parska śmiechem. Nikt w szkole jej nie lubi. Trochę przegina. Jest zbyt dzika, zbyt szalona. To świetny sposób na przetrwanie. Nie musi się użerać z idiotami, którzy za bardzo się starają. Niepotrzebni jej znajomi. Woli być sama.
Ma najlepsze oceny w szkole, co jeszcze bardziej wszystkich denerwuje. Jest outsiderką i gdyby nie Tony, na pewno byłaby ulubioną ofiarą mobbingu.
Najwyraźniej jednak nastały nowe czasy. Latem urosły jej piersi, co przyciągnęło uwagę Ciacha.
Podchodzi do niej. Jest znacznie większy, więc Jessica nie ma szans przejść koło niego. Ciacho ma wywalone na naukę, bo planuje zostać zawodowym hokeistą. Jest najlepszy z drużyny Tyresö Hockey, jeśli wierzyć gazetom. Będzie większą gwiazdą niż „Foppa” Forsberg. Ma piękną dziewczynę, ale podrywa inne. Jest przystojny i pochodzi z bogatego domu, ale to gnojek. Większość dziewczyn w szkole ulega mu ze względu na kasę.
Ale nie Jessica.
Na zewnątrz słychać śmiech jego kumpli. Pilnują, żeby nikt nie wszedł do środka. Serce podchodzi jej do gardła. Cała się trzęsie. Czuje się pozostawiona sama sobie. Cofa się, a on podchodzi coraz bliżej z tym swoim wyszczerzonym uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów.
Erik łapie ją za bluzkę i ją rozrywa. Robi wielkie oczy na widok jej piersi w staniku.
‒ Jesteś sexy ‒ mówi raczej groźnym niż romantycznym tonem jakby zanurzony we własnym świecie.
‒ Przestań, bo zacznę krzyczeć.
‒ Z pewnością będziesz ‒ obiecuje i uśmiecha się jeszcze szerzej.
‒ Powiem Tony’emu ‒ próbuje Jessica, ale on się śmieje.
‒ Tony’emu? On już tu nie wróci. Nie słyszałaś? Siedzi w poprawczaku. ‒ Erik chce złapać ją za piersi, ale dziewczyna robi szybki krok do tyłu.
Uderza plecami w obleśną ścianę wyłożoną kafelkami, nie ma dokąd uciec.
‒ Wiesz, że tego chcesz. ‒ Erik mocno przyciska do niej swoje ciało.
Przykłada dłoń do jej ust. Drugą rękę wkłada pod spódnicę i ściąga z niej majtki. Jessica usiłuje krzyczeć, kiedy Erik wsuwa w nią palec. Boli tak bardzo, że myśli, że coś tam pękło.
‒ Kurwa, ale jesteś ciasna ‒ syczy, a ona jak najmocniej zaciska powieki. Próbuje odepchnąć jego rękę, ale jest zbyt silny.
Chłopak się śmieje i wyciąga palec, by rozpiąć rozporek, ale nagle milknie. Po chwili wybucha:
‒ Co jest, kurwa? Masz okres? Obleśna suka! ‒ Puszcza ją i wygląda, jakby miał zwymiotować.
Jessica opada bezwładnie na podłogę. Zniszczona i rozbita na milion kawałków.
„Czy nie jestem już dziewicą? Czy właśnie zostałam zgwałcona?”
Erik myje ręce i patrzy na nią z obrzydzeniem. Rzuca kurwami, a Jessica płacze. Czuje się tak, jakby całe jej ciało rozlało się jak kałuża po podłodze, a między nogami przeszywa ją ból.
„To nie tak miałam stracić dziewictwo”.
Zdecydowali z Tonym, że zrobią to w jej piętnaste urodziny. Przy zapalonych świecach i jej ulubionej muzyce.
Erik śmieje się, wychodząc z łazienki. Przybija piątki z kumplami. W ich oczach widać pogardę, ale też pożądanie. Czekali na ochłapy po Eriku.
‒ Zapomnijcie o tym. Ona ma okres ‒ mówi to tak, jakby miała raka. Wszyscy patrzą na nią z obrzydzeniem, po czym Erik z trzaskiem zamyka drzwi.
Jessica dobrze wie, że to była tylko chora gra wstępna i że na szczęście ma okres. W przeciwnym razie Erik posunąłby się znacznie dalej.
W końcu wstaje, serce skacze wściekle jak popcorn. Bierze kawałek papieru i delikatnie przyciska go do krocza. Opiera się o umywalkę i patrzy w odbicie w lustrze. Widzi w nim skrzywdzoną dziewczynę. Nie podoba jej się to.
Ociera łzy. Gdyby Tony tu był, skułby Erikowi mordę. Gdyby należała do plemienia Komanczów, jego członkowie skatowaliby Erika. Ale Tony’ego tu nie ma, a ona nie jest wojowniczką, nie należy do żadnego plemienia i została sama. Ma wrażenie, że cały świat się trzęsie, kiedy rozlega się dźwięk szkolnego dzwonka. Przerwa się skończyła, choć co to ma za znaczenie. Jessica przełyka ślinę. Czuje smak jego palców na ustach i próbuje zmyć go wodą.
Ten skurwiel ją zgwałcił i się śmiał. Znowu przełyka ślinę.
„Zaciśnij zęby i przyjmij to jak mężczyzna” ‒ mawia tata, a ona choć raz chce to zrobić.
„Pieprzyć Erika! Pieprzyć tę szkołę!”
Jessica patrzy w lustro i krzyczy tak głośno, że aż uszy pękają. Nie może znieść swojego odbicia i uderza w lustro. Przygląda się ranom na dłoni i szybko oddycha.
Czuje w sobie jakąś nową siłę. Wychodząc z łazienki, chwyta rakietę tenisową, rozpina pokrowiec i rzuca go na podłogę. Nienawidzi tenisa, ale tata nalega, żeby grała.
„Nigdy więcej!”
Dostrzega Erika stojącego tyłem wraz z kumplami w głębi korytarza. Widać, że świetnie się bawią. Kolejna zdobyta laska, powód do świętowania. Kolejna mała dziewica, którą pozbawili cnoty.
Uczniowie rozstępują się, gdy Jessica podchodzi do niego. Trzymają podręczniki przed sobą jak tarcze i szepczą do siebie.
Erik się odwraca i wtedy ona wali go rakietą w twarz. I jeszcze raz, i jeszcze. Chłopak upada na plecy, a ona wymierza cios za ciosem, aż wszędzie widać krew i wszyscy wokół krzyczą. Brzmi to dla niej jak pieprzona muzyka.
Jeden z nauczycieli ją przytrzymuje, a ona śmieje się w głos. Nie dlatego, że to zabawne, ale dlatego, że przestała się hamować.