Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Tajemnice. Wszyscy je mają i nikt nie chce ich ujawniać. Alex Storm, przestępca mimo woli, walczy, by utrzymać rodzinę z dala od swojego nowego życia. Jego żona Jessica popełnia morderstwo i robi wszystko, żeby nie wyszło to na jaw. Peter Bao, szef triady z Hongkongu, planuje rozwinąć swój biznes handlu narkotykami w Europie, a kluczem do realizacji tego zamysłu jest właśnie Alex.
Aby go nie zawiódł, Peter wysyła do Szwecji osobę do zadań specjalnych. Gdy na horyzoncie pojawiają się czarne chmury, prawda musi ujrzeć światło dzienne, żeby cały świat Aleksa się nie zawalił.
„Potężna wichura” to drugi tom serii autorstwa szwedzkiego duetu pisarzy: Dana Buthlera i Leffe Grimwalkera. To również trzymający w napięciu thriller o człowieku, który musi walczyć z przeciwnościami losu, balansując na krawędzi życia i śmierci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 398
Rok wydania: 2023
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Kastvindar
Przekład z języka szwedzkiego: Witold Biliński
Copyright © Dan Buthler, Leffe Grimwalker, 2023
This edition: © Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S, Copenhagen 2023
Projekt graficzny okładki: Nils Olsson
Redakcja: Krzysztof Grzegorzewski
Korekta: Aneta Iwan
ISBN 978-87-0237-065-2
Konwersja i produkcja e-booka: www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S
Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.wordaudio.se
2019
Rok Świni
Rozdział 1
Kontenerowiec Sea Dragon, Atlantyk
Wychodzi z kontenera przez sprytnie ukryty właz, zadowolona, że nie zablokował go inny pojemnik. To jednak zgodne z planem – tym razem dotrzymali słowa. Jest noc, świszczy wiatr, ale deszcz i mrok działają na jej korzyść. Żaden członek załogi nie został na pokładzie, ma więc dość czasu na zlokalizowanie drugiego kontenera i złapanie dwóch srok za ogon. Poza tym, że zapłacą jej za to, co ma zrobić, zbliży się do swojego następnego celu, a władze nie dowiedzą się, że opuściła Chiny.
Na statku jest ponad pięć tysięcy kontenerów, ale jeśli dostała prawidłowe informacje, to stalowa puszka, której szuka, powinna znajdować się na samym przodzie, na lewej burcie.
Statek to wiekowy kontenerowiec, a ona się zastanawia, czy naprawdę ma pozwolenie na pływanie. Rdza i dźwięki zdradzają, że staruszek ma swoje lata.
Deszcz chłoszcze ją po twarzy, musi balansować w takt potężnych fal, które bujają jednostką z jednej strony na drugą. Grzywacz uderza w bok statku i moczy ją od stóp do głów. Chwyta się drabinki i trzyma mocno, aż kontenerowiec zaczyna znów przechylać się na prawą burtę. Ma w ustach słoną wodę i czuje się bardziej żywa niż przez ostatnie tygodnie. Serce bije jej radośnie, a adrenalina kipi w ciele. No ale z drugiej strony mogłaby zamiast tego leżeć na plaży i sączyć mojito.
Dlaczego ja to robię?
Wie dlaczego. Dla pieniędzy. Z obowiązku. Bo zabijanie to jedyna rzecz, którą potrafi i w której jest wyjątkowo dobra. Kiedy przyjmowała zlecenie, wydawało się proste, ale to było przed sztormem.
Ciało czuje, że siedziała zamknięta w liczącym pięć metrów kwadratowych pomieszczeniu – schudła i utraciła siłę w mięśniach. Idzie jak pijana i posuwa się do przodu, czepiając się słupków, które są rozstawione co pięć metrów, aż wreszcie zauważa numer kontenera na samej górze.
Przeklina, kiedy staje sobie sprawę, że musi się tam wspiąć. Tego nie było w planach. Poprawia saszetkę, którą ma na ramieniu, i czeka dwie sekundy, żeby wykorzystać kołysanie. To byłaby prawdziwa ironia, gdyby teraz spadła i się zabiła.
Jej cel znajduje się o cztery kontenery wyżej. Z powodu sztormu i kołysania będzie potrzebowała paru minut, żeby się tam dostać. Kiedy wreszcie dociera na górę, kilka razy niemal tracąc chwyt, nie ma nawet odwagi oddychać. Wspinaczka to jedno, ale zejście to już zupełnie inna historia.
Zauważa otwory wentylacyjne w kontenerze, a kiedy próbuje zajrzeć przez jeden z nich do środka, czuje zapach potu, nadziei i strachu.
Wyjmuje mocną, szczelną taśmę i zaczyna od pierwszego otworu. Pracuje dokładnie, pilnując, żeby nie przeoczyć choćby szpary. Słyszy głosy. Być może ktoś w kontenerze zrozumiał, co się dzieje, ale to nie ma znaczenia. Łomot fal i wiatru tłumi wołania.
Po pierwszym otworze przechodzi do następnego. Ta sama procedura – i za kilka godzin wszyscy będą martwi. Trudno oddychać bez tlenu.
Powrót do własnego kontenera jest mozolny, a gdy wchodzi przez ukrytą klapę do kryjówki, łamie paznokieć. W środku się przebiera i wiesza mokre ubranie do wyschnięcia. Następnej nocy musi znów wspiąć się w to samo miejsce, żeby zdjąć taśmę.
Rozciąga się i wykonuje te same ćwiczenia jogi, które robi codziennie, ale na tym statku ćwiczy dwa razy, żeby nie zwariować. Siedzenie całymi tygodniami w zamknięciu na frachtowcu, nawet jeśli ma się materac i puchową kołdrę, to ćwiczenie cierpliwości, a cierpliwość jest kluczem do przetrwania.
Za dwa dni rankiem statek dopłynie do miejsca przeznaczenia – portu w Agadirze. Ona już wie, co się tam będzie działo. Kiedy marokańskie służby celne tego samego ranka znajdą kontener zawierający dwadzieścia ciał kobiet, kapitan, Anglik Derek Smith, zupełnie zwyczajny człowiek, wbrew swojej woli stanie się najbardziej znanym marynarzem w Europie.
Władze nigdy się nie dowiedzą, że wszystkie zmarły po to, żeby uciszyć jedną z nich. Nie wiadomo, co takiego zrobiła ta dziewczyna, żeby inne musiały podzielić ten straszliwy los, ale to w pewnym sensie obojętne. Przynajmniej nie będą musiały znosić cierpienia. Cierpienia, o którym ona wie wszystko.
Ich rodziny zapłaciły nawet po trzydzieści tysięcy amerykańskich dolarów, żeby zapewnić córce lepsze życie w Europie i żeby kiedyś mogła utrzymywać rodzinę w ojczystych Chinach. To tak zwane życie miało jednak składać się jedynie z nieskończenie długich dni w nielegalnych burdelach, w których zatrudnienie bardzo odbiega od obowiązków opiekunki do dzieci. Stanowisko pracy w sektorze usługowym wymaga papierów, a te są zdecydowanie zbyt drogie i niebezpieczne do zdobycia. Rozwiązaniem jest odpracowanie długu w domu uciech.
Po kilku tygodniach dochodzą ciągle nowe długi, ale wtedy większość kobiet już znieczula się narkotykami, na które też muszą zarobić. Fasadę utrzymuje się za pomocą wysyłanych przez organizację do rodzin zdjęć szczęśliwej córki lub siostry, która wiedzie cudowne życie w wolnym kraju.
Marokańska policja będzie robić, co w jej mocy, by rozwikłać tę zagadkę, ale odkryją tylko, że transport zamówiła jakaś fikcyjna spółka z Peru, a wszystkie papiery prowadzą w ślepe uliczki. Funkcjonariusze skontaktują się z kolegami z Hongkongu, ale ci nie są szczególnie zainteresowani wykonywaniem porządnej policyjnej roboty, która jest równie niebezpieczna co nieopłacalna. Gdyby chcieli, mogliby poinformować Marokańczyków, że przemyt ludzi jest możliwy dzięki temu, że część kontenerów po prostu nie jest skanowana kamerami termowizyjnymi, ale tego nie zrobią, a Hongkong opuszczą wkrótce kolejne transporty, bo zdesperowanych ludzi, którzy chcą się wydostać z Chin, zdecydowanie nie brakuje.
Kiedy prawda wyjdzie na jaw, będzie już za późno. Wstyd jest skutecznym kneblem.
Przybywa statek załadowany… nadzieją.
Dwa dni później wychodzi ze swojego więzienia przez ukryty właz. Otwiera główny zamek kontenera i odchyla skrzypiące drzwi. Kawasaki, które jest jej najulubieńszą własnością, cały czas jej towarzyszyło i nie chce zostawiać motoru. Czuje, że w następnym miejscu będzie długo. Być może nazbyt długo, chce więc mieć możliwość wyjechania wtedy, gdy najdzie ją na to ochota.
Rzuca ostatnie spojrzenie statkowi, który przez kilka ubiegłych tygodni był jej domem. Dwadzieścia osób. Nigdy wcześniej nie zabiła aż tylu ludzi jednocześnie i gdzieś w głęboko ukrytym miejscu jej duszy odzywa się sumienie. Otrząsa się z tego. Wie, że jest znieczulona, i często czuje się jak maszyna.
Mimo że płacą jej bardzo dobrze, to i tak za mało jak na to, co robi. Nie będzie jednak już długo dawać się tak wykorzystywać. Jest jak larwa, która wkrótce się przepoczwarzy i przemieni w motyla. Wszyscy ludzie przechodzą w życiu przez pewne stadia, a ona, chociaż jest dość młoda, ma starą duszę. Życie wydaje się wiecznością i wkrótce nadejdzie pora, by zająć się sobą.
Nie ma mowy o lataniu, nie chce być widziana na jakimkolwiek lotnisku, chociaż posiada kilka fałszywych paszportów, które nie wzbudziłyby żadnych podejrzeń.
Jedzie kawasaki z lewymi tablicami rejestracyjnymi do następnego środka transportu – portugalskiego promu, który zawiezie ją do Portugalii. Stąd pojedzie do Arlandy, zostawi pojazd na długoterminowym parkingu i rozpocznie następne zlecenie.
Alex Storm.
Rozdział 2
Fårdala, Tyresö
Jestem morderczynią…
Jessica przeciąga się, żeby zebrać myśli i odpędzić wyrzuty sumienia, ale wychodzi jej to średnio. Tak jakby przelatywał przez nią gryzący wiatr, by przypominać jej o burzy, podczas której dopuściła się tej potworności.
Zakłada opaskę na włosy za uszy, a Sussie leży na podłodze i bawi się z trojaczkami.
Kiedy Alex jest w domu, robi oczywiście to, co do niego należy, ale to nie za dnia jest trudno. Alex normalnie pracuje, a w nocy zawsze któraś z trojaczków nie śpi. Jessica nie wie, co by zrobiła bez Sussie. Jest jej najstarszą i najlepszą przyjaciółką. Tą, która nigdy nie zawiedzie, wszystko jedno, co się dzieje, i chociaż wydaje się trochę dziwna – jest zupełnie stuknięta na punkcie swoich kryształów i coraz to nowych teorii spiskowych o iluminatach – to ma wielkie serce. Zawsze będzie najbliższą przyjaciółką Jessiki.
Salon zaczyna nabierać kształtów, ale Jessica ciągle nie jest zadowolona. Są tu stonowane, przytulne kolory i mnóstwo koców na kanapie. Wzorowała się na stylu amerykańskim, chce unikać wszystkiego, co nowoczesne i nudne. Przebywanie tutaj powinno być miłe i przyjemne. Chciałaby zrobić więcej, ale to miejsce jest raczej przystankiem na drodze, zanim znajdą dom marzeń. Jessica robi więc wszystko jakby na pół gwizdka.
– Sussie, czas kłaść je do łóżek.
– Nie ma problemu, położymy je z Aleksem, żebyś miała trochę czasu dla siebie.
Jessica się śmieje, wychodzi na werandę i patrzy w górę na czarne, bezgwiezdne niebo. Obejmuje się ramionami. Jest zimno i wilgotno, a ona nie ma w tej chwili siły na słuchanie dziecięcych wrzasków. Tej nocy nie zmrużyła oka. Alex przyszedł do domu spóźniony, powiedział, że pracował po godzinach, bo była inwentaryzacja. Kłamał. Ona po prostu to wie.
Jest już zmęczona tymi wszystkimi oszustwami. Ale nie powinna być dla niego zbyt surowa, sama ma swoje tajemnice, a jedna z nich jest najgorsza w całym jej życiu.
Zamordowałam człowieka…
Każdego dnia w snach stoi tam i podejmuje tę samą decyzję. Kocha Aleksa jak szalona, ale on wydaje się tego nie pojmować. Zrobiła coś niewybaczalnego dla niego i dzieci, choć przede wszystkim chyba dla siebie.
Nie licząc tego, co sama uprawia, ogród za domem to projekt Aleksa, a ściślej mówiąc – to Alex za niego odpowiada. Tyle że nie bardzo sobie z tym radzi. Jeśli ona robi wszystko na pół gwizdka, to on tylko na jedną dziesiątą. Woli mu nie brakuje, ale nie ma możliwości. Garaż należy do niego i obiecał go przemalować, udało mu się jednak skończyć tylko jeden, krótszy bok.
W krzakach coś szeleści i Jessica sztywnieje. Zamiera, gdy spod krzewu wychodzi borsuk. Wpatrują się w siebie do chwili, aż udaje jej się ruszyć ręką, co płoszy zwierzę, które szybko ucieka.
A więc to ten drań zżera wszystko, co udaje jej się wyhodować. Wykopał cebulki kwiatów, które wiosną miały wprowadzić do ogrodu kolory. Alex powinien się tym zająć.
Myśli o mężu psują jej humor. Chce wiedzieć, ile pieniędzy leży w garażu, nie wierzy Aleksowi, że nie wie, ile upchał na poddaszu.
Jessica idzie do garażu, nie odwracając wzroku od krzaków. Do borsuków odnosi się pewna zasada, którą przekazał jej dziadek: jeśli widzisz jednego, trzymaj się z dala, jeśli widzisz kilka, uciekaj. A może chodziło o dziki? Nie pamięta już dokładnie. Brakuje jej dziadka. Zawsze mogła na niego liczyć. Był jej opoką i nigdy nie miał tajemnic.
Wchodzi do jaskini Aleksa i zapala światło. Na jednej ze ścian wiszą łuki, a na blacie stoi model samolotu obok modelu łodzi podwodnej, przy której dłubie jej mąż. Przychodzi tu zawsze, kiedy ma jakiś problem. Jessica zauważa pod stołem trzy stare pudełka po lodach, które próbował ukryć za puszkami farb.
Co za idiota! A potem narzeka, że przybyło mu parę kilo i nie ma pojęcia dlaczego.
Jessica wyciąga drabinę i rozstawia ją pod klapą wiodącą na poddasze. Ocenia, że Alex ma tam co najmniej sto tysięcy. Jakiś czas temu znalazła pod roboczym stołem ścinki papieru, które okazały się kawałkami pięćsetkoronowych banknotów. Od tego wspomnienia czuje niesmak w ustach.
Alex coś w garażu ukrywa. Jessica to czuje. A jest tu tylko jedno miejsce, gdzie można cokolwiek schować.
Próbuje podnieść klapę, ale jest ciężka. Wchodzi stopień wyżej, naciska mocniej i przez szczelinę przedostaje się słabe czerwone światło.
– Co, do ch…
Gdy tylko uchyliła nieco klapę, tuż przed jej oczami przez szczelinę przeciska się pieprzony wąż! W życiu nie widziała większego.
Ląduje na podłodze i od razu zaczyna się wić. Jest jasnobrązowy z czarnym wzorkiem. Kiedy podnosi głowę w stronę pierwszego szczebla drabiny i na nią patrzy, Jessica zaczyna głośno krzyczeć i tupać nogami. Serce próbuje wyskoczyć jej z piersi, ale bezskutecznie. Trudno jej oddychać. Pająki to jedno, ale cholerne węże to coś znacznie gorszego.
Znów wrzeszczy, a kiedy gad zbliża się do drugiego stopnia, Jessica próbuje go kopnąć.
– Spieprzaj stąd!
Trafia zwierzę w głowę i czuje obrzydzenie. Gadzina wysuwa język i na nią syczy.
– Alex! Chodź tu, do cholery!
Otwierają się drzwi i do środka wpada jej mąż razem z Sussie.
– Co się dzieje? – pyta.
– Zabieraj to bydlę!
Alex podchodzi do węża, pochyla się i go podnosi.
– Wyluzuj, to tylko Oleg.
Wąż owija się wokół ramienia jej męża i wspina mu się na barki. Wciąż wpatrując się w Jessicę.
– Oleg? Całkiem ci odbiło? Wyrzuć go!
– No nie, nie mogę.
Alex ochrzcił węża po gangsterze Olegu, który ciągle psuł mu szyki. Jego zdaniem przypominał z wyglądu gada.
– A właśnie że możesz! – Jessica mocno trzyma się drabiny, wchodzi jeszcze wyżej i musi się schylić, żeby nie uderzyć głową w dach.
– Boże, jaki śliczny – mówi Sussie i bierze węża od Aleksa. – Zawsze marzyłam o boa. Chodź do mamusi.
Sussie całuje go w pysk, a Jessica czuje, jak ciarki z prędkością wyścigówki biegną jej po plecach. W górę i w dół. Tam i z powrotem.
– Chodź, kochanie. – Alex wyciąga rękę, ale ona potrząsa głową i ją odpycha.
– Mało nie umarłam. Po jaką cholerę trzymasz węża na poddaszu? Zwariowałeś?
Czuje, jak wali jej serce.
– Łapie szczury i myszy. Pilnuje pieniędzy.
– Jakich pieniędzy? – pyta Sussie, a Alex wygląda, jakby żałował, że nie ugryzł się w język.
– Moich oszczędności.
Alex patrzy na Jessicę szeroko otwartymi oczami, tak jakby to była jej wina, że Sussie dowiedziała się o skrytce.
– Pieprzyć to – denerwuje się Jessica, wciąż wpatrując się w męża. – Miałeś tu węża i nic mi nie powiedziałeś.
– Zapomniałem…
– Zapomniałeś? – Jessica próbuje kopnąć męża, ale o mało nie puszcza drabiny.
– Zapomniał – mówi Sussie, wznosząc oczy do nieba.
– Tak, zapomniałem. Czy tu jest jakieś echo? – Alex ciężko wzdycha.
– Wiesz co, na twoim miejscu bym tak nie pyskowała. Mogłam umrzeć, do cholery!
– A wiecie, że urodziłam się w znaku węża? – pyta Sussie. – Symbolizuje siłę życiową i zdrowienie, poza tym zapowiada zmiany w życiu czy coś takiego. Jessica, przejdziesz przemianę.
– Boże jedyny, Sussie. Wiesz, że cię kocham, ale mogłabyś się zamknąć.
– Zgadzam się – mówi Alex i kiedy tylko zauważa spojrzenie Jessiki, natychmiast tego żałuje. Ona nic nie mówi, ale ostrzega go uniesionym palcem.
– Chodź, przystojniaku, pójdziemy do domku i popieścimy się troszeczkę – mówi Sussie.
– Zapomnij, w życiu nie wejdzie do mojego domu. A kto zajmuje się trojaczkami? – pyta Jessica, patrząc wyzywająco na Aleksa i Sussie.
– Ja – odpowiada przyjaciółka. – Ale śpią, więc wycziluj, maleńka.
Kiwa głową na boki i próbuje udawać upartą nastolatkę.
– You had one job – narzeka Jessica. – Poważnie, Sussie, nie możesz ich tak po prostu zostawiać, nawet jeśli śpią.
– Co prawda, to prawda. Przepraszam, już lecę – mówi, ale nie rusza się z miejsca. Alex odbiera od niej węża, a Jessica wtyka głowę na poddasze. Mija kilka sekund, zanim jej oczy przyzwyczają się do czerwonego światła dochodzącego z promiennika. Potem zauważa mnóstwo pieniędzy leżących w ściśniętych gumkami plikach. Jeszcze nigdy nie widziała tyle gotówki. Musi tam być co najmniej milion. Skąd, do cholery, jej mąż zdobył taką kasę? Raczej nie dzięki stanowisku kierownika zmiany. Chyba że kroi firmę, w której pracuje.
Patrzy na Aleksa, który odgaduje jej myśli.
– Sorka… – mówi jak pięciolatek. Jessica ma ochotę kopnąć go w twarz, ale odpuszcza, przynajmniej na razie. Tak strasznie ją zawiódł. Cały czas kłamał.
– Sussie, lepiej już idź.
– Mogę zabrać ze sobą węża.
Sussie wyciąga ręce w stronę Aleksa, który odwraca się do niej bokiem.
– Nic z tego.
Mężczyzna wkłada gada do leżącego przy stole wielkiego kartonu.
Jessica staje po drugiej stronie stołu.
– Alex, musimy porozmawiać. W tej chwili!
Rozdział 3
Matilda International Hospital, Hongkong
Peter siedzi przy umierającej starej kobiecie otoczonej personelem medycznym w najlepszym szpitalu w Hongkongu. Nienawidzi szpitali. Jeśli ktoś tam ląduje, to wiadomo, że coś jest nie tak i można nie wyjść stamtąd żywym. Nikt nie chce się tam znaleźć, a chociaż stara kobieta ma zdjęcie ojca Petera, pokój jest tak bezosobowy, jak tylko się da. Ściany są niemal niezauważalnie zielonkawe, podłoga z linoleum bije natomiast po oczach zielenią przypominającą skórkę awokado. Nawet zapach – choć niemal niewyczuwalny, to jednak obecny – mówi o tym, jak łatwo zmyć chorobę oraz śmierć i wtoczyć do środka kolejnego pacjenta.
Jego azjatycka część czuje szacunek i cześć dla starszych, zwłaszcza jeśli mowa o krewnych. Ta zachodnia część myśli bardziej trzeźwo. Babcia od strony ojca odgrywała w jego życiu bardzo niewielką rolę i w sumie Peter nie wie, czy powinien czuć smutek albo tęsknotę.
Zdaje sobie sprawę, że ta stara kobieta, która niedawno skończyła dziewięćdziesiąt siedem lat, pochodzi całkiem dosłownie z innej rzeczywistości. Urodziła się, zanim świat zapłonął, zanim szalonemu Mao udało się zniszczyć dumne Chiny i zamienić je w perwersyjną mieszankę podejrzliwości, głodu i śmierci. Tak naprawdę babka była podróżniczką w czasie, a ostatni przystanek tej podróży zbliżał się bardzo szybko.
Ani ona, ani jego matka nie zajmowały w życiu Petera jakiegoś istotnego miejsca, za wszystkich decydowali zawsze dziadek i ojciec. Tak jakby mężczyźni żyjący przed nim uważali przemoc nie tylko za zło konieczne w niegościnnym świecie, w którym trzeba było walczyć o przetrwanie, ale również za niezłe rozwiązanie wielu różnych problemów.
Petera zaczęła zżerać ciekawość, kiedy obejrzał dokument, w którym ktoś twierdził, że dziesięć procent wszystkich mężczyzn ma uszkodzenie mózgu powodujące brak empatii. O ile dobrze pamięta, chodziło o płat przedczołowy.
Czytał o tym trochę, a przy jakiejś wizycie u lekarza zapytał, jakie badanie może stwierdzić taki defekt. Przerażała go myśl, że kieruje nim coś innego niż racjonalne kalkulacje. Skan, któremu się poddał, nie wykazał żadnych anomalii, ale ponieważ nie ma pewności, czy takie rzeczy nie są dziedziczne, Peter nie mógł z pewnością stwierdzić, jak to było z jego przodkami.
Wiekowa kobieta się budzi, a kiedy pielęgniarki kończą swoją robotę i zostawiają ich samych w pokoju, jakby trochę się ożywia.
– Próbowałam ostrzec twojego ojca, że jeśli ożeni się z gui-ziliu, skończy się to nieszczęściem, ale to nic nie dało. Gdybym była przesądna, mogłabym przysiąc, że go zaczarowała. Twój ojciec był dumnym człowiekiem, ale brakowało mu twojego chłodu. Zbyt często rozwiązywał problemy, posługując się przemocą. Osłabiliśmy się wobec innych organizacji. Ale ty jesteś mądrzejszy, będziesz w stanie odebrać to, co utracił twój ojciec.
Wysiłek wyraźnie pozbawił ją sił, znów zapadła się w białe poduszki.
To zupełnie zwyczajne szpitalne łóżko, ale kobieta w całej tej bieli przypomina pisklę. Peter nie ma nic do powiedzenia. Może powinien się wysilić, by ją przytulić albo wydusić z siebie kilka słów pocieszenia, ale po co – babcia i tak wkrótce odejdzie. Wie, że ta kobieta nienawidzi matki Aleksa bardziej niż kogokolwiek innego i będzie tak też w godzinie jej śmierci.
Jego babka znów otwiera oczy, w spojrzeniu ma teraz żar. Podnosi się powoli i wskazuje, żeby podszedł bliżej, chociaż są w pokoju sami. Peter posłusznie się nad nią pochyla, a ona chwyta go za klapę marynarki.
– Pewnie wiesz, że ta wredna kurwa zniknęła nie tylko z moim wnukiem?
Mówi dalej dopiero, kiedy Peter kiwa głową.
– Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale ukradła pewien dowód związany z tajemnicą, która według twojego dziadka miała nas wszystkich chronić. W niewłaściwych rękach może grozić całej rodzinie śmiercią.
Rozgląda się wokół, po czym jeszcze bardziej ścisza głos i mówi:
– Ani ty, ani twoje przyszłe dzieci, ani cała organizacja nie będziecie bezpieczni, dopóki nie odzyskasz tego dokumentu. Obiecaj mi, że znajdziesz tę przeklętą kobietę i odbierzesz to, co nasze.
Oddycha z wielkim wysiłkiem i kaszle, zasłaniając usta grzbietem dłoni, ale wciąż wpatruje się w Petera.
Ten zastanawia się, co to za tajemnica i jak po tych wszystkich latach mogłaby nadal go chronić albo mu zagrażać. A ponieważ rzeczywiście ma zamiar zrobić to, o co prosi go kobieta, zmusza się do powiedzenia:
– Tak, babciu, obiecuję.
Staruszka znów zapada się między poduszki i wydaje się niemal kurczyć na oczach wnuka. Przez kilka minut ciężko łapie powietrze, a potem chyba zasypia, bo jej oddech staje się spokojniejszy. Na jej pobrużdżonej twarzy pojawia się coś przypominającego delikatny uśmiech.
Peter wciąż siedzi obok niej. Po mniej więcej dziesięciu minutach stara kobieta przestaje oddychać.
Trudno mu nazwać własne uczucia. Niewielu ludzi wie, kim jest, a teraz, kiedy ona nie żyje, jest ich jeszcze mniej.
Nie ma pewności, czy to dobrze, czy źle.
Rozdział 4
Fårdala, Tyresö
Alex i Jessica leżą cicho w łóżku. Odwrócili się do siebie plecami, ale równie dobrze mogliby być w oddzielnych pokojach. On słyszy, jak jej pierś unosi się i opada. Oddech kobiety, pachnący winem i czosnkiem, zalega między nimi jak chmura.
Właśnie jej o wszystkim powiedział: o Estończykach, o Olegu, z którym wygrał w karty i który potem oszukał go na drogim samochodzie, a także o Janusie, który mu groził i nawet próbował go zamordować, zanim został zastrzelony przez policję.
Alex obiecał też, że z tym wszystkim już koniec, choć sam w to nie wierzył. Policja nigdy przecież nie złapała Olega, który był szefem estońskiej organizacji. Nie wspomniał również o swoim bracie Peterze, który wciągnął go do triady. I o tym, że pomógł zakopać ciała, przez co stał się przestępcą pełną gębą. Jessica nie byłaby w stanie tego wszystkiego wysłuchać, a co gorsza – wyrzuciłaby go z domu. Zwłaszcza gdyby powiedział, skąd ma pieniądze i że prowadzi w Älvsjö nielegalne kasyno.
– Jessica?
Żona ma zamknięte oczy i nie odpowiada, ale on wie, że ona nie śpi. Tak jakby już dała sobie z nim spokój. Równie dobrze mógłby mówić o nowym modelu samolotu, który ma zbudować. Sprawia wrażenie, jakby na niczym jej nie zależało, co jest jednocześnie dobre i niepokojące.
Zostawi mnie…?
Alex skręca się w duchu ze wstydu i oddycha płytko. Gdyby wziął głęboki oddech, cały świat by się rozpadł – o ile jeszcze do tego nie doszło.
Myśli o swojej siostrze Sarze, która zaszła w ciążę po gwałcie. Jakim trzeba być popaprańcem, żeby zgwałcić kobietę w śpiączce? Alex chciał się zemścić na tym zwyrodnialcu, ale nie miał czasu się tym zająć. Tak jakby nieustannie musiał rozwiązywać problemy generowane przez innych.
Sara na szczęście nie wie, co się dzieje w świecie poza jej śpiączkową bańką. Alex uważa, że musi się tym zająć policja, ale ma też wrażenie, że powinien był chronić siostrę. Wszyscy wokół niego cierpią, a on otula się poczuciem winy jak płaszczem.
Jestem pieprzonym wirusem…
Decyzje, które podejmuje, kończą się katastrofalnie dla wszystkich, którzy mają tego pecha, że go kochają. Trzeba wreszcie z tym skończyć. Pragnie zostać takim człowiekiem, jakiego wszyscy chcą w nim widzieć. I tak będzie. Taki właśnie się stanie.
– Kocham cię – szepcze, odwracając się. Leży blisko jej karku, kładzie dłoń na jej ramieniu.
– Słyszysz, kocham cię bardziej niż kogokolwiek innego na świecie. Jessica?
Potrząsa jej ramieniem. Chce wiedzieć, co myśli jego żona, zwariuje, jeśli ona nic nie powie.
– Mimo że śmierdzisz czosnkiem.
– Daj spokój. Nie możesz się teraz chować za żarcikami i miłością. Ja też cię kocham, Alex, ale to wszystko… Sama już nie wiem. Nie pojmuję, co ty w ogóle sobie myślisz. Masz mnie, a razem mamy trojaczki. Sprowadziłeś gówno do naszego domu!
Alex mówi cicho, żeby nie obudzić dzieci:
– Wiem, kochanie, ale to wszystko zmienię. Odejdę z pracy. Nie mam już na to siły. Odłożyłem trochę pieniędzy i zrobię sobie wolne. Żeby być więcej z tobą i z dziewczynkami.
Wsłuchuje się w ciszę. Słyszy jej urywany oddech i ciche szlochanie. Coś pali go w piersi. Kładzie się na wznak, ale wciąż trzyma rękę na jej ramieniu. Boi się, że Jessica zażąda rozwodu.
Ona odwraca się do niego. Jej twarz jest mokra od łez. Mocno go przytula i płacze w jego szyję. Alex nie wytrzymuje, nie może zatamować łez i płacze razem z nią – nad nią i nad sobą samym. Obejmują się mocno, aż Jessica zasypia. A przynajmniej tak mu się wydaje.
Alex wstaje, zakłada szlafrok, bierze komórkę i wychodzi na werandę. Na jakiś czas zbłądził, ale teraz odnalazł dom. Rodzina przede wszystkim.
Ciężkie chmury szybko przesuwają się po niebie, a burza na razie się poddała. Nienawidzi piorunów i gdy je widzi, za każdym razem jest pewny, że umrze. Czasem śni, że umiera w czasie burzy. Za każdym razem to ten sam sen.
Siada na werandzie, opierając się o ścianę domu. Patrzy na niepomalowany garaż. Nie ma siły się tym teraz zająć. Dookoła jest za dużo spraw do załatwienia. Czuje się pusty w środku. Jest tylko wydmuszką i musi wypełnić czymś tę pustkę. Patrzy na telefon, jakby ten miał odmienić jego życie. W pewnym sensie tak właśnie jest – jedna rozmowa może sprawić, że wszystkie korzenie zostaną wyrwane, a on znów stanie się połówką. Ale co innego może zrobić? Jeśli opuści Jessicę, stanie się nikim i równie dobrze mógłby umrzeć.
Dość tego. Więcej już nie zniosę.
Wystukuje numer i bierze głęboki oddech. Peter od razu odbiera.
– Mój ulubiony braciszek – mówi, chociaż nie ma innego rodzeństwa. – Jak się miewasz?
Wydaje się irytująco zadowolony.
– Chyba tak, jak na to zasługuję – mówi Alex smutnym głosem.
– Słyszałem o Estończykach. Chyba nie powiedziałeś nic o nas?
Alex podnosi kamyk, żeby rzucić nim w garaż, i patrzy na obrączkę na palcu. „Na dobre i na złe”. Złamał niejedną obietnicę z przysięgi małżeńskiej.
– Nie, ani słowa. Słuchaj…
– Świetnie, świetnie – przerywa mu Peter. – Mamy wielkie plany. Przyślę ci asystentkę, wszystko ci opowie.
– Nie, Peter, nie trzeba. Skończyłem z tym. Nie mogę już więcej okłamywać rodziny. Zrobiłem to, o co prosiłeś. Teraz sprawy może przejąć Wong.
Peter milknie, a dźwięki rozbrzmiewające w tle – szczególna mieszanka chińskiego, angielskiego i ulicznego ruchu – zdradzają, że jest na dworze.
– Nie, braciszku. Dopiero zaczynamy. Nigdzie się nie wybierasz. Słyszysz?
– Sorry. Dla mnie to już koniec. Powiedziałeś, że ma to potrwać miesiąc, a minęło ich kilka. Muszę się skupić na rodzinie…
– Nic się nie kończy. Masz wobec mnie dług.
– Jutro oddam ci pieniądze. I od jutra jestem już tylko twoim bratem.
Peter śmieje się po drugiej stronie linii, ale nagle przestaje, a jednocześnie dźwięki w tle milkną. Musiał gdzieś wejść.
– W tym długu nigdy nie chodziło o pieniądze, Alex. Chciałeś się spłacić kasą, którą ode mnie dostałeś? – Głos Petera jest chłodny, cmoka z dezaprobatą.
Alex jakby widział go przed sobą. Jak siedzi z miniaturową filiżanką herbaty w kawiarni w Hongkongu, ubrany w garnitur, z idealną fryzurą i z tymi swoimi cholernymi okrągłymi, ciemnymi okularami. Otoczony gorylami i spojrzeniami przechodniów.
– Nie mam żadnych długów. Rzeczy, które zrobiłem, prześladują mnie w snach. To wszystko, o czym chciałbym…
– Jesteś Bao i zostaniesz Bao, a wtedy zawsze ma się dług. Nie skończysz, póki żyjesz. Tak to działa. Myślałem, że rozumiesz. Nie sądziłem, że pomyliłem się co do ciebie. Jesteś słabeuszem. Ale to minie.
– Nie, Peter, kończę z tym. Musisz znaleźć kogoś innego.
Alex kładzie się na werandzie i wpatruje się w czarne niebo. Ma wrażenie, że spada. Czy nie mogłoby tu wylądować UFO i go porwać? Byłoby fajnie.
Peter parska.
– Mam film – mówi, a jednocześnie ktoś obok niego coś woła.
– Jaki film? – Alex siada.
Ton głosu Petera się zmienia. Jest twardszy i jeszcze chłodniejszy.
– Ten, na którym jesteś ty i Marty. Nie chcę mówić o tym przez telefon, ale wiesz, co mam na myśli.
Z Aleksa wypływa dusza, a potem odlatuje gdzieś w lepsze miejsce, pewnie do jakiegoś bunkra. Przymyka oczy i przypomina sobie o tym, co wbija pazury w jego sumienie. Peter ma film, na którym Storm zabija Marty’ego, człowieka, który wcześniej przez pewien czas prowadził klub, zanim Alex przejął to zadanie. To był wypadek. Kiedy oskarżył Marty’ego o kradzież pieniędzy, ten się na niego rzucił – bili się i jego przeciwnik przypadkiem skręcił kark.
Oczywiście, że Peter ma to nagranie i nie zawaha się go użyć, jeśli brat nie będzie posłuszny. Alex o tym wie i traci wszelką nadzieję. Został uwięziony w triadzie na wieki. Alternatywą jest więzienie, może tylko na dwa lata, jeśli uda mu się udowodnić, że się bronił. Narasta w nim nienawiść.
I tak kształtuje się plan. Długoterminowy…
Ma tylko dwie możliwości: albo dalej pracować dla triady, aż uda mu się z niej na dobre wyrwać, albo wylądować w więzieniu. Wtedy zostawi Jessicę i dziewczynki same. Jest jeszcze trzecie wyjście, być może najlepsze. Umrzeć. Lufa pistoletu w usta i bum! – nie ma go. Tylko że wtedy Jessica nie dostanie ubezpieczenia na życie. Alex zawsze może jednak wjechać w skalną ścianę bez pasa bezpieczeństwa.
– Alex, jesteś tam jeszcze? Asystentka przyjedzie za dwa dni. Możesz ją odebrać z lotniska, prawda? Wszystko będzie dobrze, braciszku. Zrobię z ciebie króla. Twoja rodzina będzie żyć w dostatku. Idźmy do przodu i zapomnijmy o wszystkich nieprzyjemnościach, o których mówiliśmy. Dziś jest nowy dzień. Do usłyszenia wkrótce.
Peter się rozłączył, zanim Storm zdążył odpowiedzieć. Wie, że musi dokonać najgorszego wyboru w życiu. Jessica siada obok niego, a on się zastanawia, ile udało jej się usłyszeć. Nie wygląda na zagniewaną, więc pewnie nic.
– Z kim rozmawiałeś?
– Z bratem. Pozdrawia cię.
– Mhm, pozdrów go ode mnie.
Siedzą, obejmując się, jakby nic się nie stało – to chyba najpiękniejsza chwila od miesięcy.
– Skąd masz pieniądze? – pyta Jessica, psując wszystko.
Alex wzdycha.
– Z kasyna.
– Ile tego jest?
– W sumie nie wiem, ale sporo.
Wydaje się, że Jessice taka odpowiedź wystarcza. Kładzie głowę na jego kolanie.
– Musimy porozmawiać, i to poważnie.
– Wiem. Wszystko naprawię.
– Nie o to mi chodzi. Chcę, żebyśmy usiedli i porozmawiali naprawdę o wszystkim. Dość mam już tajemnic – mówi, a jej ręce drżą.
– Ja też mam ich dość – kłamie Alex.
Załatwi sprawę z Peterem, a potem wszystko będzie tak, jakby nic się nie wydarzyło. A jak nie, to zawsze znajdzie jakąś skalną ścianę. Ale to załatwi – w ten czy inny sposób.
Rozdział 5
Södermalm, Sztokholm
Nina Trygg jest w mieszkaniu Johna, a czterech techników kryminalistyki przeszukuje to miejsce milimetr po milimetrze. Jak dotąd jednak nie znaleźli tego, czego Nina szuka. W całym domu nie ma nawet jednego odcisku palca, co oznacza, że John albo wyjątkowo starannie posprzątał, albo nikogo innego tu nie było. Goła żarówka na suficie. Na komodzie konsola PS4 i olbrzymi płaski telewizor. Na stole w salonie, obok w połowie opróżnionej puszki z piwem, leży nieumyty talerz z pojedynczymi nitkami makaronu i resztkami keczupu. Mieszkanie w Södermalm jest umeblowane po spartańsku, tak jak to często bywa w przypadku samotnych mężczyzn poślubionych pracy. Pachnie środkami czystości. Teraz, kiedy właściciela już nie ma, miejsce to sprawia przygnębiające wrażenie. Nina podnosi oprawioną w ramkę fotografię. Jest na niej ona sama. Uśmiecha się, jakby nie wiedziała, że on robi jej zdjęcie. Nina wzdycha i odstawia ramkę.
Nie może pojąć, że John nie żyje. Rozmawiała z nim zaledwie dwa dni wcześniej. Nawet się pocałowali. Przeciąga językiem po górnej wardze. Ktoś z jego rodziny pewnie zajmie się praktycznymi sprawami. Nie poznała jeszcze nikogo z nich, ale mimo to nosi w brzuchu ich krewniaka.
Nie chce jej się wierzyć, że John odebrał sobie życie. To się po prostu nie trzyma kupy.
Nina zadbała o to, by przydzielono jej to dochodzenie, mimo że jej szef był temu zdecydowanie przeciwny. Zmiękł, kiedy mu powiedziała, o czym mówił John – był pewien, że chińskie triady przybyły do Szwecji i zarabiają ogromne pieniądze na działalności przestępczej. Uważał też, że znalazł coś, co mogło pogrążyć cały ten półświatek. Nina powiedziała, że może właśnie dlatego został zamordowany.
John miał dowody na coś dużego, a ona o tym wiedziała. Pytanie tylko, gdzie je ukrył. Najpierw sprawdzą mieszkanie, a potem biuro. Prędzej czy później to znajdą.
Jest tu trochę wizytówek z jego nazwiskiem i tytułem konsultanta do spraw bezpieczeństwa, co jest tylko elegantszym określeniem na prywatnego detektywa. Wcześniej był wojskowym i żołnierzem SOG, Specjalnej Grupy Operacyjnej, a więc nie należał do facetów, których łatwo zabić.
Zażądała billingów z jego telefonu i korespondencji mailowej, ale John wiedział, jak się chronić i fakt, że Nina pracuje dla Säpo, nie ma tu żadnego znaczenia. John dbał o klientów i pilnował, żeby nikt nie mógł śledzić jego rozmów i wiadomości. Ale ona znajdzie to, czego szuka.
Telefon to jedna sprawa. Może uzyskać dostęp do wykazu połączeń od szwedzkiego operatora, ale nie ma pewności co do maili, które prawdopodobnie są zaszyfrowane. Policja bezpieczeństwa Säpo ma więcej władzy od zwykłej policji, a ona zamierza przesunąć każdą granicę, jeśli okaże się to potrzebne.
Siada na jego niepościelonym łóżku, które jak na jej gust jest za twarde. Na nocnym stoliku stoi pusta butelka po whisky. Przecież John nie pił… A może po tych wszystkich wojnach miał zespół stresu pourazowego i zupełnie mu odbiło? Mało prawdopodobne, ale możliwe.
Jeśli rzeczywiście natknął się na dowody, które mogą wywrócić do góry nogami cały przestępczy światek, podejrzanych są tysiące. Każdy kryminalista o niskiej randze zamordowałby Johna, nie wahając się nawet przez sekundę. Coś tu się jednak nie zgadza. Krzyczy o tym każda policyjna komórka w jej ciele.
Obok butelki na nocnym stoliku leży książka o historii Chin, którą, sądząc po zakładce, John doczytał tylko do połowy. Pod spodem jest inna książka, lekkie czytadło. Nina zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle go znała.
Wchodzi do gabinetu Johna w sąsiednim pokoju i czuje, że coś jej nie pasuje. Przystaje i przez chwilę się rozgląda. Nie ma komputera. Widzi kable, do których powinien być podłączony. Patrzy w górę w róg sufitu. Zauważa kamerkę i śledzi wzrokiem znikający pod biurkiem kabel. Jest połączony z routerem pod stołem. Nina wzdycha. Miała nadzieję na twardy dysk, ale dziś wszystko idzie przecież od razu na jakiś serwer, którego umiejscowienie znał tylko John.
Na stole widzi kartkę z imionami i nazwiskami Jessiki i Aleksa Stormów. Za nazwiskiem Aleksa znajduje się znak zapytania.
Znowu Alex Storm…
Żółtodziób, który mało nie zrobił pod siebie podczas przesłuchania. Nina myślała, że John nie wie, co mówi, kiedy opowiadał o triadach w Szwecji i o tym, że Alex jest w to zamieszany. Może to była tylko paranoiczna myśl, która pojawiła się w głowie Johna na skutek zespołu stresu pourazowego? Nie wiadomo – tak dużo się tu nie zgadza…
Nina głaszcze się po brzuchu i myśli o dziecku, które dopiero stało się życiem. O tym, że John nigdy nie doświadczy rodzicielstwa i że dziecko nigdy nie pozna ojca. Nie najlepszy początek życia.
Nina zamierza wywrócić wszystko do góry nogami, żeby się dowiedzieć, dlaczego John nie żyje.
Chce zacząć od Jessiki i Aleksa Stormów.
Rozdział 6
Szpital w Karolinska, Solna
Sara nienawidzi być w śpiączce. Ma zespół zamknięcia, ale o tym wie tylko ona sama. Jest przytomna, ale ciało równie dobrze mogłoby być martwe.
Równie dobrze…
To choroba neurologiczna. Mózg działa, ale ciało jest jak sparaliżowane. Trochę tak, jakby była żywcem pogrzebana. Nie rozumie, jak lekarze z tego szpitala mogli tego nie zauważyć.
Leży na łóżku i rusza jednym palcem u stopy. Czasami jej się to udaje, ale oczywiście nigdy wtedy, gdy ktoś jest w pokoju. Tak jakby ciało z niej drwiło.
Prędzej czy później znów stanie się Sarą. Tą dziewczyną żyjącą naprawdę, a nie niewidoczną i nieruchomą pacjentką, którą jest dzisiaj. Prędzej czy później ktoś zauważy, że ona wciąż istnieje wewnątrz tej powłoki.
Coś rusza jej się w brzuchu. To, co uznawała za odruch jelit protestujących przeciwko płynnemu odżywianiu, było płodem. Jako lekarka powinna była to zrozumieć. Ale to w sumie bez znaczenia.
Sara zamierza walczyć, by wydostać się z tej jaskini, zanim urodzi dziecko. Musi się nim zająć i powiedzieć policji wszystko, co wie o Aleksie: o tym, że zabił człowieka i ukrył ciało, że handluje narkotykami, prowadzi kasyno i burdel, no i że jest głową smoka chińskiej triady w Szwecji, chociaż sam ledwo zdaje sobie z tego sprawę. To dla niego jedyny ratunek. Sara zna brata, wie, jaki jest. Alex nie skończy z tym teraz, skoro tak mocno się w to wplątał – to nie leży w jego naturze. Potrzebuje najsilniejszego ciosu, jaki Sara może mu wymierzyć: dwóch lat w więzieniu.
Chciałaby mieć wehikuł czasu, cofnąć się i dopilnować, żeby wylądował w pace już w młodym wieku. Wcisnąć przycisk „reset”. Powinien posiedzieć w celi i naprawdę zastanowić się nad swoimi wyborami, doświadczyć efektów tego, co robi, żeby potem stać się osobą, którą powinien być. Czyli kimś, kto potrafi podejmować właściwe decyzje i przewidywać konsekwencje, zanim staną się faktem.
Jedyna droga to kara więzienia. Inaczej Alex wyrośnie na potwora. Widziała to już wtedy, gdy miał kilkanaście lat, tak jakby w gwiazdach od zawsze było zapisane, że musi stać się kimś bardzo niebezpiecznym.
Niektórzy ludzie mają to bardzo głęboko zakorzenione w sobie, szczególnie Alex. Demon, który w nim drzemał, się zbudził. Słyszała to w jego głosie za każdym razem, kiedy do niej przychodził i spowiadał się ze swoich grzechów. Obrzucał ją wszystkimi swoimi uczynkami i lękiem, jakby była cholernym czarnym workiem na śmieci.
Kiedy był młodszy, często wdawał się w bijatyki. Gdy się zaś bił, w tych samych skośnych oczach, za które go wyśmiewano, widziała mrok. Ten mrok przejmował nad nim władzę i sprawiał, że Alex nie mógł przestać się bić, że był jak wygłodniały potwór, który uwielbia przemoc. Mimo że z czasem jej brat z tym skończył, potwór nadal w nim mieszkał. Drzemał. Aż do teraz.
Sara kocha Aleksa, nawet bardziej niż samą siebie, i to właśnie dlatego chce go wsadzić za kratki.
Dla jego własnego dobra… dla dobra dzieci…
Sara się koncentruje. Nie ma wiele czasu. Każdego dnia Alex zbliża się do katastrofy. Jest tykającą bombą i być może tylko ona może go zatrzymać. Zanim będzie za późno.
Sara oczyszcza umysł ze wszystkich myśli, koncentruje się tylko na palcach u stóp. Długo leży i wyobraża sobie nerwy biegnące od mózgu aż do nóg. Daje z siebie wszystko i czuje się wykończona. Ale wysiłek się opłaca. Palce u obu stóp zaczynają się poruszać.
Świętuje w duchu, jakby Szwecja strzeliła gola na mundialu. Jest tak szczęśliwa, że się rozprasza, a wtedy palce znów zamieniają się w śnięte ryby.
Nie szkodzi. Znów jej się uda, prędzej czy później.
Rozdział 7
Hongkong
Choć krótko ostrzyżone, siedemnastoletnie bliźniaczki są dokładnie takie, jak chciał – śliczne, niewinne i ubrane w szkolne mundurki w czerwono-zieloną kratkę – i mimo szczerych wysiłków ich ust Peter Bao nie ma wytrysku. W zwykłej sytuacji od razu by mu stanął, nawet bez pigułek, ale dziś nie pomaga nawet skrywający się w ich oczach lęk.
Klepie jedną z dziewczyn po twarzy, wstaje z gigantycznej sofy, na której siedział odchylony do tyłu, i je wyrzuca.
– Znikajcie! Wracać do roboty.
Dziewczyny szybko się wycofują, odwracają i spiesznie idą do drzwi wielkiego, luksusowo wyposażonego domowego gabinetu. Gruba jasnoszara mata, która pokrywa całą powierzchnię podłogi, tłumi dźwięki ich wysokich obcasów.
Staje nagi przy ogromnym panoramicznym oknie zajmującym cały długi bok pokoju i przygląda się Hongkongowi, który zaczyna budzić się do życia.
Wyposażenie jest w zachodnim stylu – wielkie biurko z chromu i szkła, zestaw sof do nieformalnych rozmów i stół konferencyjny z ośmioma krzesłami.
Niemal niezauważalnie pojawia się stara gosposia, która przygotowuje mu herbatę. W pierwszym odruchu chce się okryć szlafrokiem firmy Derek Rose, postanawia jednak dalej stać przy oknie, aż kobieta wyjdzie. Ignorowanie sług to jeden ze sposobów na pokazanie im, kto tu rządzi. Z jego pozycją nie może sobie pozwolić na okazywanie słabości albo niezdecydowania.
Ludzie zawsze idą za silnym liderem – albo wiedzą, że on wie najlepiej, albo boją się konsekwencji związanych z niepoddaniem się jego woli. Wszyscy pracownicy Petera zawsze wiedzą, czego chce i oczekuje, żeby nie musiał marnować czasu na trywialne sprawy. Wie więc, że dziewczyny już idą z powrotem do studia filmowego – pornosy z bliźniaczkami są zbyt cenne, by traciły czas w burdelu.
Siada na obitym skórą biurowym fotelu na kółkach i składa głowę na wysokim oparciu w kolorze czerwonego wina. Nikt nie rozumie, jaki ciężar niesie na swoich barkach, i nikt nie ma pojęcia, jakie scenariusze musi analizować, żeby przewidzieć kolejne posunięcia przeciwników i im zapobiec.
Triady konkurują o te same rynki, próbują uzależnić od siebie osoby z kręgu władzy i walczą o tych samych klientów i terytoria. Tylko silny daje radę rosnąć, zawsze kosztem kogoś innego. Chwila nieuwagi albo błąd może sprowokować napaść. To jak pływanie w oceanie, w którym roi się od rekinów. A rekiny nigdy nie śpią.
Znów otwiera oczy, opiera się pokusie wrócenia do łóżka choćby na kwadrans. Pięć godzin snu musi mu wystarczyć, jak zwykle.
Sączy gorącą herbatę z odpowiednią ilością cukru, jest dokładnie taka, jaką lubi. Ekran na biurku pokazuje, jak w ciągu nocy zmieniły się rynki. Wie, że nie wydarzyło się nic szczególnie dramatycznego, ma alarm, który go budzi, jeśli w jakichś parametrach pojawia się za duże odchylenie, trzeba jednak przyjrzeć się wielu różnym zmiennym. Jest cała masa innych kryptowalut niż bitcoin, które trzeba śledzić, wszystkie jednak mają wielką wadę – są nieprzewidywalne. Ale posiadanie dużych ilości tradycyjnej waluty też wiąże się z niepewnością. Coraz ostrzejsze prawa finansowe, jakie Stany Zjednoczone narzucają reszcie świata, cały czas podnoszą ryzyko. Peter ma oczywiście mnóstwo legalnych firm o olbrzymich zasobach, które może wykorzystywać do prania pozostałych dochodów, ale nawet one nie wystarczają, by obsłużyć rzekę gotówki w różnej walucie spływającej do niego przez całą dobę, każdego dnia.
Robi notatkę, żeby sprawdzić, jak radzi sobie zespół programistów, który buduje jego własną cyfrową walutę.
Jak często w ostatnich tygodniach, zauważa, że trudno mu się skupić na bardzo długiej liście rzeczy do zrobienia. Wzdycha, obraca krzesło i sięga w stronę leżącej na półce skrzynki, z której wyciąga paczkę papierosów i zapalniczkę od Cartiera w kształcie miniaturowego biurka. Zapala pierwszego tego dnia. Naprawdę musi skończyć z tym gównem, tak jak z koksem. Ale to musi jeszcze poczekać, aż w głowie przestaną mu szumieć problemy, które tylko on może rozwiązać.
Zauważa, że gorzko się uśmiecha, kiedy myśli o ojcu i o tym, jak ten przygotowywał go do zadań szefa jednej z najpotężniejszych triad w Hongkongu. Palenie to zaledwie jeden z wielu złych zwyczajów, które odziedziczył.
Na szczęście nikt nie widzi jego uśmiechu – właśnie na takie drobne oznaki słabości nie może sobie pozwolić. Chyba czas znaleźć jakiegoś zastępcę, kogoś, kto go odciąży. Problem w tym, że zawsze wiąże się to z ryzykiem dopuszczenia kogoś do tajemnic, a korzyści trzeba wyważyć z zagrożeniem, że człowiek stworzy sobie potencjalnego wroga, i z koniecznością wzmocnienia nadzoru, gdyby przyszło mu wprowadzić takie rozwiązanie. Na razie najprościej jest mu otaczać się głupimi i nieświadomymi karkami, którzy będą w stanie utrzymać go przy życiu, kiedy będzie zajmował się myśleniem.
Gdy został zmuszony do usunięcia starego z drogi, przejął organizację znajdującą się prawdopodobnie na piątym lub szóstym miejscu w hierarchii. Wcześniej była druga, ale ojciec zaniedbał działalność. Mimo że Peter był zdecydowanie najmłodszym szefem w mieście, w którym wciąż obowiązywał szacunek dla wieku, udało mu się przesunąć kilka szczebli w górę. Oczywiście przy tej okazji narobił sobie wielu wrogów, ale na to nic się nie da poradzić.
Ojciec miał rację przynajmniej w jednym: że świat należy do silnych. Jeśli człowiek nie decyduje, to musi słuchać. A on nienawidzi słuchać. Zważywszy na to, co się dzieje na świecie, trzeba być w pierwszym szeregu postępu.
Chiny starają się podporządkować sobie otoczenie, a rozwój technologiczny to woda na młyn reżimu. Jak długo partia komunistyczna trzyma państwo w żelaznym uścisku, Chiny dobrze sobie radzą, mimo że problemy społeczne cały czas narastają. Jednocześnie leniwa i niezdyscyplinowana banda w Ameryce już teraz, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, strzeliła sobie w skroń. Ironia polega na tym, że ludzie żyjący w zachodnim świecie są jak żywe trupy, gapią się na seriale o zombie i katastroficzne filmy, podczas gdy ich słabe demokracje chylą się ku nieuniknionemu upadkowi. Peter Bao znów się uśmiecha. To, że ludzie Zachodu, bardziej interesujący się zarabianiem coraz większych pieniędzy niż sąsiadami po drugiej stronie ulicy, mają prawo decydować, który łobuz będzie rządził olbrzymim aparatem państwowym, jest tak głupie, że aż trudno w to uwierzyć. Wystarczy popatrzeć, jak silni politycy, tacy jak Erdoğan w Turcji, manipulują Europą, kierując strumienie uchodźców w stronę granicy z Grecją i Bułgarią. Tolerancyjni głupcy w Europie, osłabieni własnym dobrobytem, nie wiedzą już, czym jest nędza, i mimo wcześniejszych kryzysów wpuszczają kolejnych uchodźców w imię humanizmu. Są jak owce, które same otwierają furtkę wilkowi.
Ale z perspektywy Petera sytuacja w Europie jest korzystna. Otwarte granice i ludzie, którzy dzielą się na znudzonych i odrzuconych – wszystko to zwiększyło popyt na specjalne usługi, które może zaoferować. A na dodatek jego przyrodni brat świetnie się spisuje.
Alex oczywiście jeszcze nie rozumie swojego własnego świata, wciąż jest słaby i niedoświadczony, ale w imponujący sposób przeszedł na złą stronę prawa.
Niewątpliwie fakt, że musi się zajmować żoną i dziećmi, jest daleki od ideału. Może to być przeszkoda, kiedy Storm przeniesie się do Hongkongu, żeby zająć swoje naturalne miejsce u jego boku. To problem, który Peter rozwiąże, kiedy przyjdzie na to czas. To jego podstawowa zasada – zajmuje się jednym kłopotem naraz.
Co prawda jego przyrodni brat jest półkrwi, ale okazał się nie taki głupi, jak Peterowi się początkowo wydawało. Alex ma w sobie więcej siły, niż sam zauważa, w czym może zresztą kryć się ziarno zagrożenia. Poza tym jest starszy od Petera, chociaż ten bardzo nie chce się do tego przyznać. Istnieje małe prawdopodobieństwo, że Alex rzuci bratu wyzwanie, ale porządny ogrodnik zawsze pozostaje czujny, mimo że żadne drzewo nie wyrasta ku niebu.
Od Aleksa myśli Petera dryfują znów ku ich ojcu. Brat jest nieświadomy ironii kryjącej się w tym, że to on niesie dalej tradycję, odbudowując organizację ojca i wzmacniając ją w kulturze, która ciągle czci swoich przodków.
Jasne, że stary trochę Petera nauczył, ale jednocześnie był beznadziejną skamieliną, która nie miała żadnego innego planu dotyczącego swojej władzy niż próby jej poszerzenia. Peter jest wdzięczny za podstawowe prace, za to, że jego poprzednicy zbudowali platformę, którą może teraz wykorzystać do zdobycia prawdziwej potęgi. Wkrótce wprowadzi w życie swoje zamierzenia, coraz więcej kawałków układanki trafia na swoje miejsca. Bo wadą kultury czczącej wiek jest to, że czołowe organizacje są dziś prowadzone przez starych i zmęczonych mężczyzn, którym brakuje wizji i wiedzy o tym, jak funkcjonuje świat. Ale gdy Peter stanie na czele całego organizmu kontrolującego z cienia Hongkong, zarówno Chiny, jak i Zachód będą cierpieć za swoje wrodzone słabości.
Świat należy do silnych.
Rozdział 8
Fårdala, Tyresö
Storm budzi się i spogląda na zegar. Udało mu się przespać dwie godziny. Trojaczki leżą w łóżku, a dla niego zostaje tylko dwadzieścia centymetrów.
Normalka…
„Zróbmy sobie dzieci”, mówiła. „Będzie fajnie”, mówiła, a potem wycisnęła z siebie od razu trójkę. Pieprzyć karmę!
Jessica już nie śpi i karmi jedną z córeczek. Alex nie wie którą, ale zauważa, że dziewczynka ma niebieski paznokieć, więc to musi być Frida. Jessica pomalowała paznokcie dzieci na różne kolory. Córka z żółtymi to Fredrika, ta z niebieskimi to Frida, a z zielonymi – Fanny, ale świeżo upieczonemu ojcu wciąż trudno powiązać imiona z barwami. Jessica wybrała dwa imiona, a on jedno; zdecydował się na Fanny, bo było to jedyne imię na F, które przychodziło mu do głowy. Frida po Fridzie Kahlo, a Fredrika po Fredrice Bremer. Prawie współczuje Fanny.
Całuje ją w czółko, a ona ciągnie go paluszkami za włosy.
– Dlaczego dzieci tak cudownie pachną?
– Bo je kąpiemy. A raczej ja to robię – odpowiada Jessica. A po chwili szepcze: – Miałam dziś sen…
Alex wzdycha w duchu. Kolejna historia z chorą liczbą szczegółów, o których będzie gadać przez co najmniej kwadrans.
– Zajmiemy się tym później? – pyta, pozwalając Fanny chwycić go za palec wskazujący, i tańczy z nią, chociaż leży na plecach.
– Co?
– Nie, nic.
Alex próbuje sprawiać wrażenie, że skupia się na słowach Jessiki, ma nadzieję, że wieczorem nie przyjdzie jej do głowy znów analizować swój sen. Jest na to zbyt zmęczony, a jego myśli krążą gdzie indziej.
– Halo, słuchasz?
– Jasne. Wąż ze skrzydłami i mnóstwo dołów w ziemi.
– Nie dołów. Zapadlisk – prostuje Jessica i mówi dalej.
Storm zastanawia się, jak może się z tego wszystkiego wyplątać i uniknąć ryzyka, że Peterowi odbije i znów zmusi go do działania. Wie, że będzie musiał podjąć drastyczne kroki. Być może jest tylko jeden sposób, jedna droga. To właśnie nad tym się zastanawia. A także nad tym, czy potrafi przekroczyć tę granicę.
Jessica najwyraźniej skończyła swoją opowieść i Alex ostrożnie wstaje, żeby nie zbudzić trzeciego dziecka.
– I co o tym sądzisz?
Słychać mlaśnięcie, kiedy córeczka z niebieskimi paznokciami wypuszcza sutek z ust.
– O czym?
– O moim śnie, oczywiście – mówi Jessica, rozkładając ręce. Wygląda, jakby czekała na odpowiedź.
Alex wie, że to będzie ciężka próba.
– Ja… po prostu boisz się węży.
– Poważnie? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
– Wiesz, radziłbym ci, żebyś porozmawiała o tym z Sussie. Bardzo jej się to spodoba. A ja muszę lecieć do pracy.
Całuje po kolei każdą z dziewczynek, po czym wstaje i odchodzi.
Jessica coś mamrocze, a Alex uznaje, że woli tego nie słyszeć. Już ma pierwsze objawy ataku paniki. Czuje się tak, jakby zaciskała mu się tchawica, a płuca skurczyły się do rozmiaru orzeszków.
W łazience bierze pigułki, które dostał od Wonga. Nie ma pojęcia o ich składzie, ale działają. Tekst jest po chińsku, a on w sumie nie chce wiedzieć, z czego są zrobione. Pewnie z ciosów słoni i prażonych trujących ropuch.
Alex myśli o swojej matce i o tym, że kiedy przyleciała z Hongkongu, gdy był małym dzieckiem, nie powiedziała mu wszystkiego. Wielokrotnie pytał ją o swojego biologicznego ojca, ale milczała, co strasznie go denerwowało. Chciał wiedzieć więcej – wszystko to, czego nie zamierzała mu zdradzić. Na wszystkie pytania, które jej zadawał, dostawał tylko wymijające odpowiedzi. A on chciał wiedzieć, niezależnie od tego, co to było. Wszystkie sprawy związane z ojcem wydawały się jakieś niedokończone.
Całe jego życie składało się z niedokończonych rzeczy. Za każdym razem, kiedy matka dostawała pracę w kolejnej ambasadzie, przeprowadzał się wraz z nią. Oficjalna wersja była zawsze taka sama: praca zmuszała ją do przenosin na nową placówkę w Peru, a sprawy ojca w Hongkongu i tamtejsza kultura uniemożliwiały mu jeżdżenie z nimi. Dlatego konieczny był rozwód. Ojciec źle zniósł ten cios i odsunął się od syna. Alex jednak zawsze przeczuwał, że to niecała prawda, a kiedy wrócił do szkoły w Szwecji, dowiedział się, że jego matka wpisała na formularzu „ojciec nieznany”.
W każdym nowym miejscu dochodziło do bójek. Zawsze odstawał od innych, był brudną żółtą plamą wśród bieli. Nawet dzieci rozwodników miały ojca.
Teraz zaczyna powoli odzyskiwać korzenie, ale im więcej się o nich dowiaduje, tym bardziej ma wrażenie, że może lepiej nic nie wiedzieć. Zdaje sobie sprawę, że jego ojciec był głową smoka w triadach, że dużo pił i był groźny. Nie wie dlaczego, ale jego matka poczuła, że musi uciec.
Kiedy Alex skontaktował się z przyrodnim bratem, żeby prosić o pożyczkę, która miała uratować jego salon samochodowy przed bankructwem, w zamian musiał zająć się sprawami brata w Szwecji. W założeniu tylko na jakiś czas, potem Peter miał znaleźć jakiegoś zastępcę. Alex jednak już rozumiał, że nigdy do tego nie dojdzie. Wpadł jak śliwka w kompot.
Wszystko zaczęło się wtedy, gdy odwiedził grób ojca w Hongkongu. To właśnie wówczas zobaczyli się po raz pierwszy. Dziś Alex tego żałuje. Ale przynajmniej znalazł korzeń tej swojej połówki, która była tak ulotna. Stał się w mniejszym stopniu połową człowieka.
Po tym dniu bracia mieli raczej sporadyczny kontakt. Czasami rozmawiali, głównie dlatego, że byli przyrodnim rodzeństwem. Chociaż Alex myślał o tym, by znów pojechać do Hongkongu, nigdy tego nie zrobił. Tego też żałuje. Być może poznałby brata lepiej i dzięki temu go przejrzał. Teraz jednak wygląda na to, że musi przeciąć tę więź, najlepiej w mądry sposób.
Godzinę później Storm wchodzi do restauracji Golden Dragon w Älvsjö, która pełni tylko funkcję przykrywki dla kasyna. W części restauracyjnej jest prawie pusto, ale kiedy wstukuje kod, by otworzyć solidne drzwi do samego kasyna, czuje się, jakby wkraczał do innego świata, do miniaturowych Chin.
W wielkiej sali wszędzie w coś się gra. Najpierw widać stół do pai gow, czyli tysiącletniego chińskiego domina i jednej z najbardziej popularnych rozrywek w lokalu. Wymaga niesłychanych umiejętności strategicznych i logicznego myślenia. Gra się przy użyciu trzydziestu dwóch ponumerowanych płytek i dwóch kostek. Pai gow przypomina nieco pokera, ale jest bardziej skomplikowane.
Chiny to największe kasyno świata. W Makau istnieją dwa największe domy gry na świecie, a obroty z hazardu są w tym regionie większe niż w Las Vegas.
W następnej części gra się w sic bo. Trzy kostki pod zasłoną, obstawia się, co wypadło. Szybka i ekscytująca gra, jak jazda bez trzymanki.
Poza sic bo i pai gow zarabiają na keno, pokerze, automatach i madżongu. Nigdy nie jest tu cicho, a gra się przez całą dobę. Rozbrzmiewające tu dźwięki sprawiają, że Alex w przedziwny sposób czuje się jak w domu. Rozgardiasz, dzwoniące maszyny, ludzie krzyczący, kiedy wygrywają lub tracą. Po prostu szalone życie. Podoba mu się to, mimo że jego brat praktycznie go zmusił, żeby się tym zajmował. W jakiś dziwaczny sposób odnajduje tu korzenie. Alex, ze swoim w połowie azjatyckim pochodzeniem, które przez całe życie pozostawało ukryte, uzyskał dzięki temu miejscu tożsamość.
Dom…
To właśnie dlatego czuje się związany z Peterem. Jest częścią przeszłości Aleksa i jedyną pozostałą mu więzią z Chinami. Tak to przynajmniej odczuwa.
Pijany staruszek szczypie w tyłek jedną z kobiet składających się na personel, na co ona reaguje sykiem. Alex chwyta mężczyznę za ucho i wyciąga w stronę wyjścia, a stary jak baletnica idzie za nim na paluszkach. Skarży się i jęczy jak dzieciak.
– Możesz wrócić, jak wytrzeźwiejesz i będziesz gotowy ją przeprosić – mówi Storm, wystawiając gościa na dwór.
Na kilka sekund robi się całkiem cicho, ale gdy tylko Alex zamyka drzwi, gwar i odgłosy automatów powracają, jakby nic się nie stało.
Kobieta z nieśmiałym uśmiechem kiwa Stormowi głową. A on nawet nie wie, jak dziewczyna się nazywa. Powinien nauczyć się wszystkich imion, ale wygląda na to, że nigdy mu się to nie uda.
Wchodzi do biura, gdzie przed ekranami kamer monitoringu jak zwykle stoi Wong alias Bigfoot. Wong kiwa tylko głową i wraca do obserwowania ekranów.
Chińczyk nie mówi, nie ma języka. Waży mniej więcej sto czterdzieści kilo, a jego twarz wygląda jak wypadek samochodowy.
– Coś się działo? – pyta Alex, przyglądając się zyskom tej nocy.
Wong potrząsa głową i podaje szefowi kartkę. „Porozmawiaj z Ma”.Alex ciężko wzdycha.
Ma to matka Wonga. Wygląda, jakby miała z tysiąc lat, i zajmuje się wszystkimi finansami. Alex boi się jej chyba bardziej niż Wonga, a nawet Jessiki.
Wcale nie ma ochoty z nią rozmawiać. Pragnie się stąd wydostać, przestać być szefem, a jednocześnie chce robić to dalej. Pozostać tą chińską częścią, która…
– Alex! – syczy Ma za jego plecami.
Mężczyzna podskakuje. Ta baba jest jak cholerny ninja, myśli. Spogląda na nią i stojącą obok niej Ding Ding, dziewczynę w wieku mniej więcej dziewiętnastu lat. Młoda jęczy. Ma trzyma ją za włosy. Staruszka waży może pięćdziesiąt kilo, ale roztacza wokół siebie aurę zawodnika sumo. Nie warto z nią zadzierać.
– Co znowu?
– Ta mała franca próbowała ukraść pieniądze i…
– Niech się tym zajmie Wong – mówi Alex, ale Chińczyk potrząsa głową, rechoce i macha przecząco palcem w powietrzu, nie odrywając wzroku od ekranów.
– A niech to szlag.
Alex przywołuje dziewczynę ręką, Ma puszcza ją z niezadowolonym parsknięciem, po czym wraca do kasy. Pewnie po to, żeby dalej liczyć banknoty.
Mężczyzna prowadzi młodą do niewielkiej sali, gdzie siada, pokazując ręką, że i ona powinna zająć miejsce. Nie wygląda na przerażoną. Storm wzdycha.
– Dlaczego?
Dziewczyna wyjmuje komórkę i w niej szpera, więc Alex zabiera jej telefon.
– Dlaczego? Możesz spokojnie porozmawiać ze mną albo zamknę cię w pokoju sam na sam z Ma.
Ding Ding szybko spogląda w górę i potrząsa głową.
– Z Ma to nie chcę.
– No to powiedz, dlaczego wzięłaś pieniądze? Chyba dobrze zarabiasz w burdelu?
Kiwa głową.
– A Benita dobrze cię traktuje.
Kolejne skinienie.
– I masz wszystko, czego potrzebujesz, prawda? Nikt cię do niczego nie zmusza. Nie musisz nawet z nikim uprawiać seksu.
– Nie, Benita jest w porządku.
Dziewczyna splata nerwowo ręce.
– No więc dlaczego?
– Moja matka jest chora. Musi iść do prywatnego szpitala. Nie stać mnie na to.
Jej oczy stają się wilgotne, spuszcza wzrok.
– Dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie albo nie zwróciłaś się do Benity?
Dziewczyna wzrusza ramionami.
– Zrobiłam błąd. Przepraszam. Proszę, nie wywalajcie mnie.
Alex się odchyla i gapi w sufit. To nie jego problem, tylko Benity. Pijani kolesie też nie są jego problemem, lecz Wonga. Dlaczego wszyscy przez cały czas przychodzą do niego ze swoimi kłopotami? Ma przecież dość własnych.
– No dobra, zrobimy tak: ile potrzebuje twoja mama?
– Trzydzieści sześć tysięcy.
– Dostaniesz taką pożyczkę. Co miesiąc będziemy ci potrącać z pensji tysiąc koron. Brzmi to rozsądnie?
Dziewczyna uśmiecha się spod grzywki, rzuca się do przodu i ściska Aleksa.
– Dzięki, dzięki, dzięki!
– Dobrze już, dobrze, tylko więcej nie kradnij. Następnym razem przychodź od razu do mnie. W porządku?
Dziewczyna kiwa głową i odchodzi rozpromieniona. Macha rękami, jakby miała Tourette’a albo coś takiego.
– Jesteś zbyt miły.
Ten głos brzmi jak silnik starego forda i Alex podskakuje.
Ma. Znowu.
– Mogłabyś przestać się tak zakradać? W końcu dostanę zawału.
Alex kładzie dłoń na sercu, żeby sprawdzić, czy wciąż bije.
– Cipa.
– Co takiego?
– Słyszałeś. Kiedyś się na tym przejedziesz, Alex.
– Na pewno. Niewątpliwie.
Nie ma jednak pewności, co staruszka miała na myśli.
– Twoje pieniądze – rzuca Ma, kładąc mu na kolanach worek na śmieci wypełniony banknotami.
Wydaje się cięższy niż zwykle. Storm zagląda do środka – jak zwykle różne nominały i waluty.
– Ile tego jest?
– Trzysta piętnaście tysięcy sześćset pięćdziesiąt sześć koron, w zaokrągleniu.
– W zaokrągleniu?
– W zaokrągleniu.
Ma znika i zostawia go samego. Interesy idą zbyt dobrze, co jest jednocześnie pozytywne i dość niepokojące. Dzięki Aleksowi obroty wzrosły o dwieście procent. Wprowadził do kasyna wielu klientów spoza Chin i poszła fama, że jest to jedyny nielegalny klub, który działa według międzynarodowych zasad i nie ustawia gier, co zdaniem Aleksa powinno traktować się z lekkim przymrużeniem oka.
Działalność burdeli rozwinęła się w podobnym stopniu przede wszystkim dzięki temu, że Aleksowi przyszło do głowy, by podzielić ją na różne obszary. Część z tradycyjnymi usługami i część przyjmującą tylko klientów, którzy chcą być drapani po grzbiecie. Właśnie ta branża eksplodowała. Ludzie z całego Sztokholmu walą tłumnie do Salonu Kli-Kli, zarabiającego trzy razy tyle co stary burdel, który można by równie dobrze zlikwidować.
Benita jest z tego powodu przeszczęśliwa, Alex też. Będą musieli otworzyć więcej salonów drapania, a Benita już podjęła odpowiednie działania. Alex żałuje, że sam nie wpadł na ten pomysł, gdy spłonął jego salon samochodowy.
Teraz musi tylko wymyślić, co ma zrobić ze sprzedażą narkotyków. Jego przyrodni brat może pogodzi się z tym, że burdel przerodził się w bardziej legalną działalność, ale dragi przynoszą zdecydowanie za dużo pieniędzy, żeby Peter pozwolił na zamianę ich na coś innego.
Alex zawiązuje worek na śmieci. Nie będzie mógł schować go w garażu. Musi znaleźć inne miejsce. Tym razem wyjątkowo zrobi to, czego chciała Jessica.
Śmieje się.
– Jestem pieprzonym geniuszem…
Rozdział 9
Fårdala, Tyresö
Storm sprawdza na YouTubie, jak montować podłogę, jednocześnie zaś wykłada deski na poddaszu. Drapie się po ramionach. Mimo że ma rękawice, odnosi wrażenie, że przeklęta izolacja żyje własnym życiem.
Pachnie strychem i wszędzie tu pełno staroci upchniętych w różnych pudłach. Zauważa, że w jednym z narożników ramy okiennej zalęgła się czarna pleśń. Ma nadzieję, że Jessica tego nie zauważy, bo będzie miał więcej roboty.
Wciska pliki banknotów między legary a nową podłogę. Będzie mógł wsadzić tam kilka milionów i nikt się o tym nie dowie.
Wąż Oleg dostał własne terrarium w garażu, a Jessica przeliczyła wszystkie pieniądze. Milion sto tysięcy. Zauważył, że zaczęła się potem zachowywać nieco inaczej. Pieniądze już tak działają.
Alex ma plan. Jeśli zbiorą dwadzieścia milionów, to do końca życia będą mogli utrzymywać się z odsetek. Jessica spłaci kredyt na dom, a potem będą mogli go sprzedać i przeprowadzić się do nowego, większego. Alex jednak podejrzewa, że nowy dom nie wystarczy, prędzej czy później będą musieli przenieść się do innego kraju. Nigdy nie pozbędzie się przyrodniego brata.
Docina czarny panel podłogowy i poci się tak, jakby siedział w piekle. Jak na poddasze jest tu ciepło. Jessica chce, żeby zrobić tu pokój gościnny, a on wolałby pomieszczenie wypoczynkowe. Już wie, że żona wygra, ale nie podda się bez walki. Będzie jęczał i narzekał, a gdy Jessica w końcu postawi na swoim, będzie miał przewagę, kiedy w przyszłości będzie czegoś chciał.
Montuje panel i podnosi się. Staje na podłodze – wszystko wydaje się w najlepszym porządku. Sprawdza jeszcze raz na filmie i stwierdza, że źle wykonał cięcie.
– Cześć, co robisz? – pyta Jessica, która właśnie wspięła się na drabinę.