Córka Racheli - Anna Stryjewska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Córka Racheli ebook i audiobook

Anna Stryjewska

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

29 osób interesuje się tą książką

Opis

„Córka Racheli” to przejmująca, naszpikowana emocjami opowieść o odnajdywaniu siebie w obliczu największych tragedii, a także determinacji w walce o ludzkie życie.

Miasto zostaje wcielone do Rzeszy i przemianowane na Litzmannstadt. Łódź staje się tak zwanym Krajem Warty. Niemcy likwidują wszelkie symbole polskości, burzą pomniki, zmieniają nazwy ulic i wprowadzają terror. Masowo wysiedlają ludzi, germanizują i wprowadzają godzinę policyjną. W Radogoszczu zakładają więzienie polityczne, a w lasach lućmierskich dokonują potwornych zbrodni na łódzkiej inteligencji. Mieszkańcy miasta żyją w permanentnym strachu o życie swoje i bliskich. Za najmniejsze uchybienie grozi surowa kara, a nawet śmierć.

W tym okrutnym świecie wraz ze swoimi przyjaciółmi żyje Apolonia i powierzone jej na początku wojny, żydowskie dziecko. Z pomocą Marcela próbuje ustalić, co stało się z panią Weissową, ale okazuje się, że wszystkie ślady prowadzą donikąd. Poszukiwania ściągają niepotrzebną uwagę i pewnej nocy, do kamienicy, w której mieszka wdowa po Chrynieckim, wpada gestapo. Ta sytuacja, która przez przypadek kończy się dla domowników szczęśliwie, wymusza poważne decyzje. Postanawiają ukryć córkę Racheli i wszelkimi sposobami próbują dostać się na wieś.

Jak skończy się ta ucieczka i walka o przetrwanie? Co przyniesie bohaterom koniec wojny i początek nowego ładu? Jak potoczą się dalsze losy Apolonii Chrynieckiej i jej przyjaciół?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 48 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Hanna Chojnacka

Oceny
4,6 (90 ocen)
64
22
3
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Irenaira

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna emocjonująca powieść.
10
evvamal

Nie oderwiesz się od lektury

Czyta się jednym tchem. Napisana w taki obrazowy sposob, jakbym oglądała film, dużo dialogów, wzruszająca. Szkoda, że to już koniec . A może autorka napisze 3 część o losach Ady...
00
mic_ostojski

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, ciekawa i wzruszająca historia o miłości, przyjaźni i dążeniu do celu.
00
KatDS

Nie oderwiesz się od lektury

Skradła moje serce, podobnie jak "Dama w kapeluszu", której jest kontynuacją.
00
Ewelina2611

Dobrze spędzony czas

"Córka Racheli" to kontynuacja losów bohaterów z powieści "Dama w kapeluszu". Poruszająca, pełna emocji opowieść o sile człowieczeństwa w najmroczniejszych czasach. "... ja­kie dra­maty i spu­sto­sze­nie nio­sła za sobą wojna. Jak plo­tła ludz­kimi lo­sami, nie ma­jąc żad­nej li­to­ści". Autorka doskonale oddaje grozę wojny, pokazując nie tylko brutalność okupanta, ale też odwagę, przyjaźń i nadzieję, które mimo wszystko potrafiły przetrwać. "Mu­sisz zro­zu­mieć, że cza­sami tak już jest. Nie znaj­dzie­my po­mocy u tych, u któ­rych się spo­dzie­wamy, a u zu­peł­nie ob­cych nam lu­dzi". Apolonia Chryniecka to bohaterka, którą trudno zapomnieć – odważna, gotowa do poświęceń, a jednocześnie pełna wrażliwości. Trzeba mieć w sobie dużo odwagi i siły,aby z tak wielką determinacją walczyć o życie małej żydowskiej dziewczynki.Jak wiele można zaryzykować dla drugiego człowieka? Czy ta historia znajdzie szczęśliwe zakończenie? Tego oczywiście dowiecie się czytając książkę. "Po­stę­puj zgo...
00

Popularność




Re­dak­cjaAgnieszka Czap­czyk
Ko­rektaBe­ata Goł­kow­ska
Skład i ła­ma­nieŁu­kasz Slo­torsz
Pro­jekt gra­ficzny okładkiAnna Slo­torsz
Zdję­cie wy­ko­rzy­stane na okładce© Ado­be­Stock
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2025 © Co­py­ri­ght by Anna Stry­jew­ska, War­szawa 2025
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83297-91-0
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. K. K. Ba­czyń­skiego 1 lok. 2 00-036 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

„Słu­chaj, dzie­weczko! Ona nie słu­cha...

To dzień biały, to mia­steczko...”

Nie ma mia­steczka, nie ma ży­wego du­cha,

po gru­zach biega naga, ruda Ryfka,

trzy­na­sto­let­nie dziecko.

Prze­jeż­dżali grubi Niemcy w gru­bym tanku.

(Ucie­kaj, ucie­kaj, Ryfka!)

„Mama pod gru­zami, tata w Maj­danku...”

Ro­ze­śmiała się, za­krę­ciła się, zni­kła.

I prze­jeż­dżał zna­jomy, do­bry łyk z Lu­bar­towa:

„Masz, Ryfka, bułkę, że­byś była zdrowa...”

Wzięła, ugry­zła, za­świe­ciła zę­bami:

„Ja za­niosę ta­cie i ma­mie”.

Prze­jeż­dżał chłop, rzu­cił gro­sik,

prze­jeż­dżała baba, też dała co­sik,

prze­jeż­dżało dużo, dużo luda.

każdy się dzi­wił, że goła i ruda.

I prze­jeż­dżał bo­le­jący Pan Je­zus,

SS-mani go wie­dli na męki,

po­sta­wili ich oboje pod mie­dzą,

po­tem wzięli ka­ra­biny do ręki.

„Słu­chaj, Jezu, słu­chaj, Ryfka, Sie Ju­den,

za ko­ronę cier­niową, za te włosy rude,

za to, że­ście nadzy, za to, że­ście winni,

obo­je­ście umrzeć po­winni”.

I ozwało się Al­le­luja w Ga­li­lei,

i oboje anie­leli po ko­lei,

po­tem salwa roz­le­gła się głu­cha...

„Słu­chaj, dzie­weczko!... Ona nie słu­cha...”

Wła­dy­sław Bro­niew­ski, Bal­lady i ro­manse (1945)z tomu Drzewo roz­pa­cza­jące

Roz­dział pierw­szy

Spo­tka­nie

Sto­jąc nie­da­leko Lu­to­mier­skiej, obec­nie Ham­bur­ger Strasse, tuż przy drew­nia­nej kładce łą­czą­cej roz­dzie­lone czę­ści dziel­nicy ży­dow­skiej, Apo­lo­nia Chry­niecka wpa­try­wała się upar­cie w je­den punkt po dru­giej stro­nie siatki wy­koń­czo­nej kol­cza­stym dru­tem. Była je­sień ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stego trze­ciego roku, ko­bie­cie przez mo­ment wy­da­wało się, że ją zo­ba­czyła. Wła­śnie na tym mostku za­wie­szo­nym nad ulicą Zgier­ską, prze­mia­no­waną przez Niem­ców na Ho­hen­ste­iner­strasse, wśród wy­nędz­nia­łego tłumu usi­łu­ją­cego w ści­sku i cha­osie prze­pra­wić się na drugą stronę. Tę wielką damę, która pew­nego po­po­łu­dnia po­ja­wiła się w pra­cowni i cał­ko­wi­cie od­mie­niła ży­cie Poli. Spra­wiła, że te­raz stało się pod­szytą stra­chem tkanką. I nie był to strach o sie­bie, ale o tę małą, nie­winną istotkę, którą wtedy ko­bieta po­wie­rzyła jej opiece. Ta sama dama, która nie­gdyś za­ma­wiała ka­pe­lu­sze u Miry Za­krzew­skiej, ta sama, która no­siła się bo­gato, ucho­dziła za pięk­ność i dla niej – zwy­kłej wiej­skiej dzie­wu­chy – sta­no­wiła nie­do­ści­gniony wzór. Te­raz Chry­niecka od­nio­sła wra­że­nie, jakby mi­gnął jej przed oczami se­micki do­sko­nały pro­fil, za­cze­sane w kok, ukryte pod tocz­kiem kru­czo­czarne włosy, tył do­brze skro­jo­nego, jed­nak znisz­czo­nego już płasz­cza. A może tylko jej się wy­da­wało? Po­stać znik­nęła za ro­giem wy­szczer­bio­nej ka­mie­nicy w ob­łoku za­wie­si­stej mgły, a ona stała jak ska­mie­niała, nie mo­gąc otrzą­snąć się ze zdu­mie­nia. Czyżby zo­ba­czyła du­cha? Już od rana mia­sto za­to­pione było w si­nej, gę­stej mżawce, ulice po­grą­żyły się w je­sien­nym le­targu, dzień po­woli gasł. Za to po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia ktoś grał na skrzyp­cach. Mu­zyka nio­sła się nad bru­kiem tak smutno, tak ża­ło­śnie, że serce kro­iło się na ka­wałki. Na­gle ja­kiś do­no­śny głos, a wła­ści­wie krzyk spra­wił, że me­lo­dia ożyła, stała się bar­dziej skoczna, choć w tych wy­brzmie­wa­ją­cych, rwą­cych się co chwila to­nach wy­czuła lęk i re­zy­gna­cję. Nie­miec­kie, znie­na­wi­dzone: Schnel­ler!, Schnel­ler! było tym sło­wem, któ­rego bał się te­raz każdy. Mimo ro­sną­cego stra­chu po­sta­no­wiła po­dejść bli­żej, przyj­rzeć się temu miej­scu do­kład­niej z na­dzieją, że może znów ją zo­ba­czy, kiedy na­gle za jej ple­cami zro­biło się po­ru­sze­nie. Naj­pierw roz­legł się tu­pot nóg, po­tem ja­kiś ostrze­gaw­czy ryk roz­darł ci­szę, a na­si­la­jący się z każdą chwilą war­kot sil­ni­ków spra­wił, że nogi się pod nią ugięły. Padł po­je­dyn­czy strzał, który wy­stra­szył stado wron prze­sia­du­ją­cych w ko­ro­nie drzewa. Ło­pot skrzy­deł spra­wił, że ko­bieta cof­nęła się o dwa kroki i obej­rzała za sie­bie. Wtedy po­czuła, że ktoś ła­pie ją mocno za ra­mię, szar­pie i cią­gnie za sobą z nad­ludzką siłą. Chciała się wy­rwać, ale nie po­tra­fiła. Za­bra­kło jej tchu, przed oczami po­ciem­niało i po­my­ślała, że to ko­niec. A Wła­dy­sława tyle razy ją prze­strze­gała, by sa­mot­nie nie wy­cho­dziła w mia­sto. Nie te­raz, kiedy czasy są ta­kie nie­bez­pieczne, kiedy czło­wiek boi się wła­snego cie­nia.

W tym mo­men­cie ten ktoś we­pchnął ją do cze­lu­ści naj­bliż­szej bramy i przy­ci­snął do zim­nej, wil­got­nej ściany.

– Zwa­rio­wała pani?

Do jej uszu do­tarł prze­siąk­nięty obu­rze­niem głos. Obcy, a za­ra­zem nie. Pró­bu­jąc wy­rów­nać od­dech, opa­no­wać tar­ga­jący nią upiorny strach, czu­jąc zimne kro­ple na ple­cach, pod­nio­sła zdzi­wiony wzrok. Przed nią stał męż­czy­zna w skó­rza­nym płasz­czu ścią­gnię­tym pa­skiem i fil­co­wym na­kry­ciu głowy. Od­cią­gnął ją od wej­ścia, na tyle bez­piecz­nie, by mo­gli być nie­wi­doczni dla tych bie­ga­ją­cych z bro­nią po dziel­nicy. Tego czło­wieka roz­po­zna­łaby na­wet w środku nocy, tego spoj­rze­nia nie dało się za­po­mnieć. Przed nią stał nikt inny, tylko sam Ignacy Za­pol­ski. Czas wojny i jemu do­dał lat. Twarz wy­dłu­żyła się, prze­cięły ją pio­nowe bruzdy, a roz­ma­rzone zie­lone oczy stra­ciły swój blask. Wy­chudł, zmi­zer­niał, ale na­dal miał w so­bie to coś, co spra­wiło, że jej serce roz­sza­lało się jak ni­gdy do­tąd.

– To pan? – wy­du­kała. – Nie ro­zu­miem... Skąd?

– Boże! – jęk­nął. – O mały włos... Do­brze, że pa­nią w ostat­niej chwili za­uwa­ży­łem.

– Nie wie­dzia­łam, że oni...

– Nie po­winna pani sama krę­cić się po mie­ście. To zwy­kłe sza­leń­stwo! – syk­nął ze zło­ścią. – Na­stęp­nym ra­zem może być za późno.

– Po­ja­wili się tak na­gle... – wy­ją­kała. – Przy­szłam tylko... – Urwała, bo przy­glą­dał jej się wzro­kiem peł­nym na­gany. Na­gle prze­chy­lił się i czuj­nym okiem za­ob­ser­wo­wał wy­lot ulicy, a po­nie­waż w od­dali roz­legł się tu­pot cięż­kich nie­miec­kich bu­tów, znów ją szarp­nął i za­cią­gnął nieco da­lej, do wnę­trza klatki scho­do­wej, wy­peł­nio­nej smro­dem stę­chli­zny i roz­kła­da­ją­cego się ro­bac­twa. Wci­snęli się w cia­sny kąt pod scho­dami, kuc­nęli i na­słu­chi­wali. Przez mo­ment do ich uszu do­cie­rały od­głosy kro­ków, roz­pacz­liwe krzyki, strzały od­bi­ja­jące się echem mię­dzy ścia­nami do­mów. A po­tem to wszystko uci­chło, jakby świat wo­kół ob­umarł.

Chwilę po­tem pod­parł jej ra­mię i po­mógł wstać. Czuła, że nogi ma odrę­twiałe, a w gło­wie i pier­siach hu­czy od sza­le­ją­cego jesz­cze stra­chu.

– Pro­szę uwa­żać na głowę! – mruk­nął, kiedy usi­ło­wała na zgię­tych ko­la­nach wy­do­stać się z kry­jówki.

Wy­szli na ze­wnątrz, gdzie dzwo­niła prze­raź­liwa ci­sza, wdzie­ra­jąc się w za­ka­marki du­szy i sy­gna­li­zu­jąc zbli­ża­jące się za­gro­że­nie.

– Chyba już so­bie po­je­chali – ode­zwał się po pew­nym cza­sie, roz­glą­da­jąc się uważ­nie do­okoła.

Prze­szli przez błot­ni­ste po­dwó­rze, z któ­rego na­gle po­zni­kali wszy­scy jego miesz­kańcy, i wy­do­stali się na ulicę, gdzie od razu do­strze­gli kilka le­żą­cych ciał i po­chy­la­ją­cych się nad nimi lu­dzi. Szloch i la­ment wy­peł­niły ci­szę, która jesz­cze nie­dawno była ni­czym stud­nia.

– Chodźmy stąd! – za­ko­men­de­ro­wał, bio­rąc ją pod ra­mię. – Od­pro­wa­dzę pa­nią do domu.

– Dzię­kuję – wy­du­kała, wi­dząc spu­sto­sze­nie i śmierć, jaką po so­bie zo­sta­wili oku­panci. – Gdyby nie pan...

Uszli parę kro­ków, kiedy na­gle on przy­sta­nął, od­wró­cił się w jej kie­runku i chwy­cił ją za ra­miona. Za­ci­snął na nich palce, aż ją za­bo­lało. W jego oczach za­tań­czyły gniewne ognie, które spra­wiły, że ja­kieś li­cho prze­szyło ją na wskroś.

– Pro­szę po­słu­chać, pani Chry­niecka. Pod żad­nym po­zo­rem niech pani sama nie kręci się po mie­ście!

– Do­brze – bąk­nęła na zgodę. – Nie będę.

Nie prze­sta­wała na niego pa­trzeć, kiedy na­gle pu­ścił ją i syk­nął do­bit­nie:

– Tak mało nas już zo­stało. Nie po­zwólmy tej sza­rań­czy zmieść na­szej oj­czy­zny z po­wierzchni ziemi! Mu­simy wal­czyć do końca, do ostat­niej kro­pli krwi! Mu­simy od­zy­skać to, co na­sze!

– Tak... – po­tak­nęła, wi­dząc jego nie­zwy­kłą de­ter­mi­na­cję. – Mu­simy.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­tarli do wi­tryny jej pra­cowni.

– Wej­dzie pan na her­batę? Dzień taki pa­skudny, prze­mar­z­łam na kość... Pan pew­nie też...

Uśmiech­nął się oszczęd­nie.

– Dzię­kuję za za­pro­sze­nie. Z przy­jem­no­ścią bym sko­rzy­stał, ale nie dzi­siaj. Dziś nie mogę, spie­szę się.

Znów kiw­nęła głową, czu­jąc, jak robi jej się smutno i przy­kro.

– Ro­zu­miem... – od­parła, z re­zy­gna­cją po­da­jąc mu rękę.

Uści­snął dłoń i po­chy­lił się, by mu­snąć war­gami jej wierzch.

– Do zo­ba­cze­nia i pro­szę na sie­bie uwa­żać. Pan Ksa­wery nie byłby za­do­wo­lony, gdyby wie­dział, co pani wy­pra­wia – rzu­cił na po­że­gna­nie, a przez jego su­rową twarz prze­biegł cień cze­goś w ro­dzaju czu­ło­ści.

– Będę – od­parła. – Jesz­cze raz dzię­kuję. Ura­to­wał mi pan ży­cie.

– Wo­lał­bym, aby­śmy na­stęp­nym ra­zem spo­tkali się w in­nych oko­licz­no­ściach. – Ski­nął głową i od­szedł.

Długo jesz­cze stała na stop­niach scho­dów, od­pro­wa­dza­jąc go wzro­kiem. Na­gle po­czuła w so­bie coś w ro­dzaju pustki i tę­sk­noty. Uczu­cie, ja­kie od dawna jej nie na­wie­dzało. A jed­nak te­raz, w zde­rze­niu z tym dra­ma­tycz­nym wy­da­rze­niem, wy­dało jej się zu­peł­nie nie na miej­scu.

***

Było tuż po dwu­na­stej, kiedy dzwo­nek u drzwi roz­ko­ły­sał się ja­koś en­tu­zja­stycz­nie. Sto­jąca przy kon­tu­arze Apo­lo­nia pod­nio­sła z za­cie­ka­wie­niem oczy. Jesz­cze kilka lat temu dźwięk tego urzą­dze­nia za­wsze na­pa­wał mo­dystkę opty­mi­zmem, zwia­stu­jąc przy­by­cie ko­goś no­wego: nowa osoba, nowe za­mó­wie­nie, ko­lejne za­ro­bione pie­nią­dze. Te­raz ko­ja­rzył jej się naj­czę­ściej z ewen­tu­al­nym za­gro­że­niem. Usta Chry­niec­kiej wy­gięły się w au­to­ma­tycz­nym, wy­mu­szo­nym uśmie­chu. Spoj­rzała w kie­runku drzwi i do­strze­gła wcho­dzące do środka dwie osoby. Pierw­szą z nich była ład­nie ubrana ko­bieta o czy­stej aryj­skiej uro­dzie, w wieku trzy­dzie­stu kilku lat. Miała na so­bie ele­gancki płaszcz do­pa­so­wany w ta­lii, nie­wielki ka­pe­lusz za­sła­nia­jący część bla­dej twa­rzy, koł­nierz z szyn­szyli i sznu­ro­wane buty za kostkę. Druga przy­była, scho­wana za jej ple­cami, była o wiele niż­sza, bar­dziej kor­pu­lentna, go­rzej ubrana. W pew­nym mo­men­cie nie wy­trzy­mała i wy­prze­dziła wyż­szą ko­bietę, a z jej piersi uwol­nił się okrzyk ra­do­ści.

W tym sa­mym mo­men­cie Apo­lo­nia ze­rwała się z miej­sca i pod­bie­gła do wcho­dzą­cych.

– Nie wie­rzę! Ma­ry­sia? Co tu­taj ro­bisz?

– Przy­je­cha­łam! Tak bar­dzo chcia­łam się z wami zo­ba­czyć!

– Ale jak? Te­raz, w tych złych cza­sach? – Chry­niecka zni­żyła głos, pa­trząc zmie­szana na to­wa­rzyszkę jej przy­ja­ciółki. Na­gle zdała so­bie sprawę z tego, że ma przed sobą Niemkę. Za­mil­kła.

Wi­dząc jej re­ak­cję, Ma­ry­sia uśmiech­nęła się całą sobą.

– Nie bój się! To moja pra­co­daw­czyni, pani Helga Szulc – sap­nęła, wy­ma­chu­jąc okrą­głym ra­mie­niem. – Jak tylko do­wie­dzia­łam się, że do­bro­dziejka wy­biera się do mia­sta, pa­dłam nie­mal do jej nóg, by pro­sić o za­bra­nie ze sobą.

Na po­twier­dze­nie tych słów młoda nie­zna­joma przy­tak­nęła, a jej lekko za­ru­mie­nioną twarz ob­lał cień za­kło­po­ta­nia.

– To prawda – od­parła czy­stą pol­sz­czy­zną. – Ma­ry­sia tak bar­dzo chciała się z pa­nią zo­ba­czyć. Oka­zuje się, że ma do pani szcze­gólny sen­ty­ment. A jesz­cze kiedy do­wie­działa się, że wśród spra­wun­ków do za­ła­twie­nia jest rów­nież za­mó­wie­nie no­wego ka­pe­lu­sza... – Za­śmiała się, uka­zu­jąc w uśmie­chu rząd drob­nych, bia­łych zę­bów.

– Tak, nie ina­czej! – za­traj­ko­tała znów młoda wdowa po Franku. – Je­śli ka­pe­lusz, to tylko u na­szej Poli!

Ko­bieta ski­nęła głową, po­tem jej palce po­wę­dro­wały do gu­zi­ków płasz­cza. Za­częła je roz­pi­nać, za­czy­na­jąc od góry.

– Po­zwolą pa­nie, że się roz­biorę. Go­rąco tu­taj...

– Ależ pro­szę! – po­spie­szyła z od­po­wie­dzią Apo­lo­nia. – Za­raz przy­go­tuję her­batę! Czym chata bo­gata!

– Wy­gląda na to, że zro­bi­łam wam nie­spo­dziankę! – pod­jęła na­tych­miast Ma­ry­sia, się­ga­jąc do trzy­ma­nego w ręku wi­kli­no­wego ko­sza przy­kry­tego ka­wał­kiem sza­rego płótna. – Nie przy­je­cha­ły­śmy z go­łymi rę­koma. Mamy coś dla was.

– Ależ nie trzeba było! – za­pro­te­sto­wała Pola, wska­zu­jąc jed­no­cze­śnie na ma­leńki sto­lik, sofę i fo­tel. – Roz­gość­cie się. A to się Helka ucie­szy. Za­raz ją za­wo­łam.

– Wo­łaj, wo­łaj – zgo­dziła się Ma­nia, się­ga­jąc po pół bo­chenka spie­czo­nego chleba i słój z ubi­tym ma­słem. Po­sta­wiła wszystko na sto­liku i klap­nęła z ra­do­ścią w fo­telu. – Ech! – Wes­tchnęła i ro­zej­rzała się do­okoła. – Jak dawno tu­taj nie by­łam! I wi­dzę, że nic się nie zmie­niło, wszystko po sta­remu.

Apo­lo­nia wzru­szyła ra­mio­nami.

– Świat się zmie­nia, a tu­taj wszystko za­trzy­mało się w miej­scu. Ta­kie mamy czasy...

W tym mo­men­cie do skle­piku wpa­dła zdy­szana Helka. Na wi­dok przy­ja­ciółki sze­roko roz­ło­żyła ra­miona.

– Święty Duch Pana Boga chwali! – za­wo­łała, z prze­ję­ciem tu­ląc się do pulch­nych, cie­płych ra­mion go­ścia. – Jak do­brze znów cię zo­ba­czyć, Ma­niu!

– I was, tak bar­dzo za wami tę­sk­ni­łam!

– A my za tobą i Sta­siem! – od­parła prze­jęta He­lena. – Mam na­dzieję, że u niego wszystko w po­rządku.

Mańka przy­tak­nęła.

– Ło­buz z niego wy­rósł, ale ko­cham go nad ży­cie! Za­miast się uczyć, bie­gają z Józ­kiem Hanki po wsi i szu­kają przy­gód.

– Jak to dzieci – ode­zwała się pani Helga, uśmie­cha­jąc się ze zro­zu­mie­niem. – Ale do­bry z niego chło­pak i nie­zwy­kle uczynny. Ni­gdy mi jesz­cze ni­czego nie od­mó­wił, na­wet ostat­nio na­rą­bał drew na opał. W do­datku tak do­brze trak­tuje na­sze dziew­czynki.

– Taaa... – Ma­nia wy­dęła wargi i przy­tak­nęła w za­my­śle­niu. Po­tem jed­nak ze­sko­czyła z sofy i zro­biła ob­rót wo­kół wła­snej osi.

– Jak przy­jem­nie tu u was, jak ja się stę­sk­ni­łam za tym miej­scem!

Tym­cza­sem Apo­lo­nia zer­kała to na Niemkę, która sie­dząc na so­fie i wtrą­ca­jąc się raz po raz do roz­mowy, prze­glą­dała stary ka­ta­log z ka­pe­lu­szami, to znów na Ma­ry­się, to na roz­ra­do­waną He­lenę. Jej wzrok co chwila ucie­kał w bok, tam, gdzie za­czy­nały się schody na górę. Mo­dliła się te­raz w du­chu, by Adzie nie przy­szło do głowy zejść tu­taj, tak jak ostat­nio. Dziew­czynka była bar­dzo mą­dra, tylko to wie­lo­let­nie za­mknię­cie w jed­nym po­miesz­cze­niu nie słu­żyło już jej ro­zu­mowi. Co­raz czę­ściej ro­biła rze­czy wbrew so­bie. I Chry­niecka nie mo­gła mieć prze­cież o to pre­ten­sji.

Niemka wpraw­dzie wy­glą­dała na uczciwą, do­brą ko­bietę, ale w dzi­siej­szych cza­sach ni­komu nie można było ufać. Apo­lo­nia za­sta­na­wiała się na­wet, czy swoją naj­więk­szą ta­jem­nicę mo­głaby po­wie­rzyć Ma­rysi. Le­piej nie – uznała po chwili w my­ślach, po­dą­ża­jąc na górę do kuchni, by za­pa­rzyć her­batę.

***

Nie­spo­dzie­wana wi­zyta oka­zała się bar­dzo udana. Nie trwała długo, Pola zdą­żyła tylko zdjąć miarę, usta­lić mo­del dla przy­szłej klientki, ter­min wy­ko­na­nia, ko­biety wy­piły her­batę, wy­mie­niły kilka my­śli i przy­szedł czas na roz­sta­nie.

– Ona jest dla mnie bar­dzo do­bra – szep­nęła Mańka do uszu Chry­niec­kiej. – Gdyby tak nie było, ni­gdy nie od­wa­ży­ła­bym się po­pro­sić jej o przy­jazd tu­taj. Ma jesz­cze szwa­gierkę Bertę. Obie są w po­rządku.

– Ufasz jej? – zdzi­wiła się jesz­cze moc­niej po tych sło­wach.

– Tak, bar­dziej niż wła­snej matce – wy­znała bez na­my­słu. – Ona przy­naj­mniej ni­gdy mnie nie okła­mała. Mówi też, że nie po­piera po­li­tyki Hi­tlera, i to przez niego jej uko­chany mąż tra­fił na front. Są osad­ni­kami, los rzu­cił ich na te te­reny, gdzie ich przod­ko­wie za­pu­ścili swoje ko­rze­nie.

– Co tam ro­bisz?

– Wszystko! Piorę, pra­suję. Cza­sem coś ugo­tuję, po­sprzą­tam...

– A ta twoja Hanka? Jak jest?

– Dziwna, ale uj­dzie – od­parła. – Mo­głaby się wpraw­dzie czę­ściej uśmie­chać, ale ja już się do niej przy­zwy­cza­iłam.

– To do­brze... – przy­znała Pola z cięż­kim wes­tchnie­niem. – Tak bar­dzo się o was mar­twi­łam. O cie­bie i o ko­chaną Sta­sinkę...

– Nie mów o nim jak o dzie­wu­sze! – ofuk­nęła ją Ma­nia. – To już duży chło­piec! Na pewno byś go nie po­znała!

– Ja? Nie po­znała swo­jego Sta­sinka? Co ty też opo­wia­dasz?!

– No, nie wiem... Ko­niecz­nie mu­sisz do nas przy­je­chać!

– Przy­je­chać? Ale jak?

– Helga może za­ła­twić wszystko! Od­po­wied­nie pa­piery na przy­jazd. O nic nie mu­sisz się mar­twić. Dzięki niej mamy z Hanką więk­szą swo­bodę dzia­ła­nia. Cza­sem prze­cież jest po­trzeba, by je­chać do mia­sta

– Tak... – przy­tak­nęła znów Pola. – Ja z ko­lei od tak dawna nie ru­szam się z Ło­dzi. Mi­nęło już tyle czasu, od­kąd ostatni raz wi­dzia­łam się z ma­teczką i sio­strami. Po śmierci Bła­żeja tro­chę od­żyła, a tu znowu wojna i oku­pa­cja. Ani chwili spo­koju. Go­spo­darkę prze­jął jego syn, który na­wet się ostat­nio oże­nił. Od kiedy He­niek się tam rzą­dzi, prze­szła mi ochota na od­wie­dza­nie sta­rych ką­tów.

– Tak to już jest! Nie przej­muj się! – po­cie­szyła ją przy­ja­ciółka i lekko uści­snęła.

– Wi­dzimy się znów za ty­dzień. I pa­mię­taj, masz uszyć Hel­dze naj­pięk­niej­szy ka­pe­lusz, jaki kie­dy­kol­wiek miała!

– Nie ina­czej. Ja już się o to po­sta­ram.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki