94,00 zł
Władysław Czapliński (1905–1981), profesor historii, badacz dziejów Polski i powszechnych w okresie nowożytnym i historii krajów skandynawskich. Uznawany za jednego z najwybitniejszych badaczy dziejów nowożytnych, w szczególności polskiego parlamentaryzmu. Zdaniem wielu był twórcą szkoły naukowej, o czym świadczą liczne kontynuacje jego badań. Natomiast wyobraźnię historyczną szerokiego grona czytelników kształtowały jego liczne prace popularnonaukowe, wśród nich Władysław IV i jego czasy i Życie codzienne magnaterii polskiej w XVII wieku. Opracował też takie pomniki kultury polskiej, jak Pamiętniki Jana Chryzostoma Paska i Jerzego Ossolińskiego.
Dziennik prowadzony od 1958 roku aż do śmierci autora jest nie tylko zapisem osobistym. Jako profesjonalny historyk, prof. Czapliński zdawał sobie sprawę, że jego notatki staną się kiedyś źródłem historycznym. Skrupulatnie opisuje środowisko naukowe Wrocławia i Śląska w okresie PRL, jego relacje z władzą komunistyczną, studencką działalność opozycyjną. Zręcznie przy tym operuje anegdotą, a czasem i złośliwościami.
Opracowanie naukowe i wstęp: dr Tomasz Siewierski.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1124
Rok wydania: 2024
Redaktor prowadzący
Andrzej Brzozowski
Redakcja naukowa
Tomasz Siewierski
Recenzenci
dr hab. Elżbieta Orman, prof. IHPAN
prof. dr hab. Rafał Stobiecki
Redakcja
Anna Pyżewska
Emilia Świętochowska
Korekta
Mariusz Dobkowski
Miłosz Niewierowicz
Indeks
Emilia Świętochowska
Fotografie
Ewa Mazur
Tomasz Siewierski
Okładka i projekt graficzny
Mimi Wasilewska
© Copyright by the Estate of Władysław Czapliński
© Copyright for this edition by Państwowy Instytut Wydawniczy 2024
Wydanie pierwsze
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
ISBN 978-83-8196-652-8
O autorze dziennika
Władysław Czapliński urodził się 3 października 1905 roku w Tuchowie koło Tarnowa. Był jednym z piątki dzieci Janiny z Kaliszów (1883–1958) i Józefa Czaplińskich (1874–1955). Jego ojciec był sędzią i z racji uprawianego przez niego zawodu rodzina dość często zmieniała miejsce zamieszkania1. W domu panowała bardzo religijna atmosfera, co miało ogromny wpływ na uformowanie przyszłego historyka, będącego przez całe życie zagorzałym katolikiem. Czaplińscy „wychowywali dzieci z miłością, ale surowo, w szacunku do wiary, wiedzy i pracy” – pisała Wanda Dybalska2.
W okresie edukacji szkolnej dzieci Czaplińscy mieszkali w Tarnowie. Od 1916 roku przez siedem kolejnych lat Władysław uczęszczał do tamtejszego Gimnazjum im. Jana Tarnowskiego. „Historia oraz antykonformistyczny charakter Władysława Czaplińskiego sprawiły, iż Jego biografia naukowa nie układała się w sposób łatwy” – zauważał Janusz Tazbir3. Po zdanej na ocenę celującą maturze Czapliński wstąpił na Uniwersytet Jagielloński, by, za namową swojego przyjaciela Mariana Święcickiego, studiować historię. Studiował również polonistykę. Okres edukacji szczegółowo opisał w opublikowanych wspomnieniach4.
W Krakowie dość szybko pochłonęły go archiwa i lektury, a także działalność w Sodalicji Akademickiej5. Mógł też wówczas uczęszczać na wykłady prowadzone przez koryfeuszy humanistyki XX wieku: Ludwika Piotrowicza, Józefa Kallenbacha, Stanisława Kutrzebę, Romana Grodeckiego, Jana Dąbrowskiego, Władysława Semkowicza i innych. Wybrał trzy seminaria: Wacława Sobieskiego, który był wówczas jednym z oryginalniejszych autorów prac na temat polskiego wieku XVI (uznawanych niekiedy za kontrowersyjne ze względu na zawartą w nich krytykę zakonu jezuickiego oraz ks. Piotra Skargi), Ignacego Chrzanowskiego, niezwykle wszechstronnego historyka literatury, i Władysława Konopczyńskiego, słynnego „archiwożercy”, znakomitego badacza dziejów nowożytnych, za którego ucznia Czapliński się uważał. „Jeśli na drugim roku zdecydowałem się po krótkim wahaniu na seminarium nieznanego mi profesora, stało się tak dlatego, że w powszechnej opinii uchodziło to seminarium za trudne, a profesor za wymagającego. Odpowiadało to mojej ambicji, by nie szukać łatwizny”6 – tak po latach tłumaczył okoliczności swojego wyboru.
Seminarium Władysława Konopczyńskiego nie należało do najpopularniejszych wśród adeptów historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Było wiadomo, że profesor ma bardzo wysokie wymagania. Jednak po latach widać, że wśród 46 wypromowanych przezeń doktorów (co jest bardzo wysokim wynikiem jak na lata międzywojenne) znalazło się wielu autorów istotnych publikacji, nierzadko późniejszych profesorów, m.in. Józef Feldman, Józef Dutkiewicz, Adam Przyboś, Jan Pachoński, Jan Natanson-Leski, Stanisław Szczotka i Józef Andrzej Gierowski7. Czapliński był jednym z pierwszych uczniów Konopczyńskiego. Kiedy zaczynał uczęszczać na seminarium, było ono stosunkowo nieliczne. Jak wspominał w swoim pamiętniku, sposób prowadzenia tych zajęć przez Konopczyńskiego nie był też zbyt ciekawy, ale profesor „imponował […] niesłychaną wiedzą, znajomością języków, znajomością literatury na przestrzeni od połowy XVII w. do końca osiemnastego”8. Gdzie indziej wspominał jednak, że choć Konopczyński nie wyróżniał się jako dydaktyk, to pedagogiem był znakomitym: „Uczył pewnych postaw nie poprzez słowa i kazania, ale uczył własnym przykładem”9.
Władysław Czapliński 19 października 1927 roku obronił napisany pod kierunkiem Konopczyńskiego doktorat pt. Opozycja wielkopolska po krwawym „potopie” (1660–1668). Pozytywnie ocenili go Konopczyński i Sobieski10. W 1930 roku praca ukazała się drukiem11 i zebrała pozytywne recenzje, m.in. Kazimierza Tyszkowskiego ze Lwowa. Po obronie doktoratu za namową Wacława Sobieskiego Czapliński złożył podanie o stypendium z Funduszu Kultury Narodowej. Dzięki niemu mógł wyjechać w roku akademickim 1929/1930 na kwerendy archiwalne do Berlina (tu poznał m.in. Alberta Einsteina i Heinricha Manna), Paryża i Wiednia12. Mimo wzorowego doktoratu, nie dostał angażu na Uniwersytecie Jagiellońskim. W kolejnych latach pracował jako nauczyciel w krakowskim V Gimnazjum. Nie porzucił jednak badań naukowych. Jak większość uczniów Konopczyńskiego pozostawał w kontakcie z mistrzem i przygotowywał hasła do ukazującego się od 1935 roku Polskiego słownika biograficznego. W 1937 roku opublikował rozprawę WładysławIV wobec wojny trzydziestoletniej – stała się ona podstawą jego habilitacji na Uniwersytecie Jagiellońskim, którą uzyskał 23 listopada 1938 roku13.
Być może po tym kariera naukowa Władysława Czaplińskiego rozwinęłaby się, ale kilka miesięcy po udanym kolokwium wybuchła II wojna światowa. W okupowanym przez Niemców Krakowie dostał posadę „piszącego na maszynie” w zakładach Solvay14. Jako robotnik pracował tam również przyszły papież, Karol Wojtyła. Bez tej pracy Czaplińskiemu groziłoby aresztowanie bądź wywiezienie na przymusowe roboty do Niemiec. Tymczasem od grudnia 1939 roku był żonaty z Zofią, córką Zofii i Aleksego Chrzanowskich. Ślubu udzielił im najmłodszy brat Władysława, ksiądz Antoni Czapliński. Rok później urodził się im syn, Marek, późniejszy profesor historii15.
Legalną pracę Czapliński łączył z prowadzeniem zajęć na tajnych kompletach, ucząc zarówno na szczeblu szkoły średniej, jak i uniwersyteckim. Wkład Czaplińskiego w organizację studiów historycznych na tajnym Uniwersytecie Jagiellońskim był spory, bo zastępował nierzadko Władysława Konopczyńskiego, który tym przedsięwzięciem kierował16.
Po wojnie Czapliński kontynuował pracę nauczyciela w V Gimnazjum im. Jana Kochanowskiego w Krakowie. Jednak w końcu 1945 roku otrzymał propozycję pracy na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie kierunek historyczny organizował przybyły ze Lwowa mediewista – Karol Maleczyński. Czapliński tę propozycję za namową Konopczyńskiego przyjął17. Z Wrocławiem był związany już do końca życia, choć przez lata miał nadzieję na powrót do Krakowa, który pozostawał mu w jakimś sensie najbliższy.
Od 15 lutego 1946 roku Władysław Czapliński był wykładowcą Uniwersytetu Wrocławskiego. W tym samym roku został profesorem18. Przez kolejne trzy dekady kierował badaniami nad dziejami nowożytnymi na wrocławskiej uczelni.
Początki pracy we Wrocławiu nie były łatwe, o czym pisze Czapliński w swoim Dzienniku. Organizowanie polskiej uczelni w powojennych warunkach okazało się prawdziwym wyzwaniem. Wrocławski ośrodek historyczny budowali głównie badacze związani wcześniej z Uniwersytetem Jana Kazimierza we Lwowie (Maleczyński, Teofil Modelski, Stefan Inglot, Ludwik Bazylow), ale nie zabrakło historyków z innych ośrodków (Kazimierz Popiołek, Józef Andrzej Gierowski, Henryk Zieliński, Stefan M. Kuczyński). Dla niektórych, jak Bazylow czy Henryk Wereszycki, Uniwersytet Wrocławski był kilkuletnim przystankiem, inni zostali tam na stałe. We Wrocławiu, w odróżnieniu od Warszawy czy Krakowa, nie odradzało się środowisko historyczne, które mimo strat odbudowywało się w ramach pewnego porządku sprzed września 1939 roku, czasem wzmocnione przez wspólne doświadczenia okupacyjne. We Wrocławiu środowisko historyczne tworzyło się od nowa. Zwłaszcza w pierwszym dziesięcioleciu po 1945 roku wrocławski ośrodek naukowy był tyglem, w którym działo się bardzo wiele, badacze przyjeżdżali, wyjeżdżali, a przede wszystkim spotykali się uczeni z różnych środowisk, należący do różnych generacji, których powojenne czasy skazały na wzajemną współpracę, która niejednokrotnie zaowocowała niezwykle pozytywnie. Mimo że przez cały powojenny okres związany był z Wrocławiem, Czapliński pozostał historykiem krakowskim, wierzącym w możliwość powrotu na macierzystą uczelnię – Uniwersytet Jagielloński.
Władysław Czapliński był popularnym i lubianym wykładowcą. Na jego wykładach chętnie gromadzili się studenci. Jego uczennica Anna Sybilla Bidwell tak je scharakteryzowała: „Zajęcia zaczynał zawsze od zdjęcia zegarka i położenia go przed sobą na stole. Zwyczaj ten zrozumiałam później. Profesor po prostu bardzo szanował czas swój i innych. Wykładał pięknym, bardzo przystępnym językiem, w wywód wplatał – jak to sam określał – »smakowite« cytaty z literatury pięknej lub ze źródeł, odpowiednio ilustrujące tematykę, oddające nastrój. Całą swą indywidualnością ułatwiał słuchanie. Wykłady swe umiejętnie dostosowywał do słuchaczy. Równie łatwo śledzili tok jego myśli studenci, historycy, jak i przedstawiciele innych dyscyplin naukowych, gdy mieli możność słuchania go na zebraniach towarzystw naukowych, czy robotnicy, gdy przyjeżdżał do nich z odczytami. Wykłady kursowe miał różne. Przepełnione były informacjami, gdy musiały one zastępować brakujące podręczniki. Miały charakter syntetyzujący […]. Czasami wykład przekształcał się w zwykłą gawędę. Pod względem konstrukcyjnym były świetnie zbudowane i zmuszały słuchaczy do myślenia. Każdy wątek był doprowadzony do końca. W tej misternej »tkaninie« Profesor nie pozostawiał żadnych luźno wiszących nitek. Omawiając jakiś problem, zawsze wskazywał na istniejące w historiografii różnice poglądów i przedstawiał własne stanowisko”19. Seminaria były mniej liczne, ponieważ podobnie jak Konopczyński, Czapliński sporo wymagał. Wypromował jednak jedenastu doktorów. Pierwszym z nich był Józef Łazinka, zajmujący się historią Nysy Łużyckiej, kolejnym – Jarema Maciszewski, znakomity badacz wieku XVII i stosunków dyplomatycznych Rzeczypospolitej w tamtym okresie. Czapliński uważał go za swojego najzdolniejszego ucznia. Obecnie Maciszewski bardziej pamiętany jest jako działacz partii komunistycznej i wieloletni kierownik Wydziału Nauki Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Z kręgu jego uczniów badania nad sejmami rozwijali i kontynuowali przede wszystkim Jan Seredyka, związany z Wyższą Szkołą Pedagogiczną w Opolu, Janusz Byliński oraz Stefania Ochmann-Staniszewska. Jego uczniem był także Ryszard Majewski, wytrawny znawca dziejów nowożytnej wojskowości. Do grona doktorów wypromowanych przez Czaplińskiego należeli ponadto: Kamila Schuster, Józef Szwagrzyk i Józef Długosz. Ostatnią uczennicą była wspomniana już Anna Sybilla Bidwell. Jednak najbliższym uczniem, który nigdy pod kierunkiem Czaplińskiego nie studiował, był Adam Kersten. Czapliński nazywał go swoim „uczniem duchowym”, ponieważ poznali się w okolicznościach, w których wrocławski historyk występował w roli recenzenta pracy kandydackiej Kerstena, bronionej w murach Instytutu Nauk Społecznych przy KCPZPR, pod kierunkiem Stanisława Arnolda. Zachowana korespondencja pomiędzy Czaplińskim a Kerstenem pokazuje, jak kształtowała się niezwykła relacja między nimi: od sporej nieufności i krytycyzmu, przez stosunki uczeń–mistrz, po międzypokoleniową, głęboką przyjaźń20.
Jako historyk Władysław Czapliński wolał być świadkiem niż sędzią, co podkreślał Adam Kersten. Innymi słowy, zależało mu bardziej na ustaleniu rzeczywistego stanu niż na budowaniu ocen. Bez względu na temat, który aktualnie podejmował, ten stosunek do badanej materii pozostawał niezmienny. A obszarów badawczych w twórczości naukowej Czaplińskiego było kilka: badał rzeczywistość polityczną wieku XVII, parlamentaryzm dawnej Rzeczypospolitej, podejmował liczne zagadnienia związane z relacjami polsko-skandynawskimi oraz osobno krajami skandynawskimi, nieobce mu były badania nad dziejami Śląska i historią kultury. W tych wszystkich obszarach był autorem szczegółowych studiów, naukowych monografii, ale też publikował prace o charakterze popularyzatorskim. To Czapliński jest autorem opracowania najważniejszego, kultowego wręcz źródła do dziejów polskiego sarmatyzmu – Pamiętników Jana Chryzostoma Paska21.
Przypominając najważniejsze dzieła Władysława Czaplińskiego, trzeba przede wszystkim wspomnieć monografię Dwa sejmy z roku 165222. Ta opublikowana w 1955 roku rozprawa nie wykazuje najmniejszych znamion okresu stalinowskiego. W roku 1959 ukazała się książka obrazująca realia kultury politycznej XVII wieku: Na dworze Władysława IV23 – bez wątpienia temu władcy Czapliński w swojej pracy poświęcał najwięcej uwagi. Dowodem tego była wydana ponad dekadę później znakomita i głośna, czytana po dziś dzień książka Władysław IVi jego czasy (1972)24. W pamięci szerokiego kręgu czytelników zapisał się także książkami popularyzującymi wiek XVII, rewidującymi obraz zaszczepiony Polakom, czytelnikom słynnej trylogii Sienkiewicza. Tu, obok wydanej w 1966 roku książki pt. O Polsce siedemnastowiecznej. Problemy i sprawy25, szczególne znaczenie ma praca Glosa do Trylogii26 z roku 1974. Niemałą popularnością czytelników cieszyła się wydana w PIW-owskiej serii, napisana wspólnie z uczniem Józefem Długoszem praca Życie codzienne magnaterii polskiej w XVII wieku27. Czapliński był również współautorem Historii Danii28 i Historii Niemiec29 – syntez dziejów tych krajów, opublikowanych w znanej serii wydawnictwa Ossolineum. To też otwiera ważny obszar publikacji Czaplińskiego wpisujących się w historię powszechną. Dość wymienić jego pracę Dzieje Danii nowożytnej (1500–1975)30, wydaną wkrótce po śmierci autora, oraz Polska a Dania w XVI–XX wieku. Studia31 z roku 1976. Był też Czapliński autorem monografii z dziejów najnowszych, co było w jego twórczości absolutnym wyjątkiem: w 1973 roku opublikował książkę pt. Ruch oporu w Danii 1940–194532.
Władysław Czapliński był bezpartyjnym, głęboko wierzącym katolikiem, człowiekiem zasadniczym i wiernym swoim przekonaniom, a zarazem dalekim od jakichkolwiek skrajności – pozostawał wzorem człowieka umiaru. Dzięki takiej postawie wiele młodszych koleżanek i kolegów, a także grono uczniów, uważało go za autorytet. Bez wątpienia stanowił jedną z najważniejszych i najciekawszych osobowości w murach Uniwersytetu Wrocławskiego, odgrywał też sporą rolę poza nim. Świadczy o tym zachowana obfita i fascynująca korespondencja prowadzona ze znakomitymi nowożytnikami, których łączy hasło „niepokorność”: z najbliższym przyjacielem Henrykiem Wereszyckim, „duchowym uczniem” Adamem Kerstenem oraz warszawskim badaczem biografii Jana Sobieskiego i piłsudczykiem Zbigniewem Wójcikiem, z którym także się przyjaźnił. Wszystkie te zbiory listów, znajdujące się dziś w materiałach Władysława Czaplińskiego w Bibliotece Ossolineum, zasługują na osobne edycje i publikację.
W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Władysław Czapliński wspierał młodzież, która formowała późniejsze środowiska opozycyjne. On sam opozycjonistą nie był, jak zauważył Krzysztof Kawalec w swoim wspomnieniu33, ale studenci wierzący w możliwość końca władzy partii komunistycznej i wyrwania Polski z Układu Warszawskiego mogli liczyć na jego życzliwość i troskę. W rozmowie z Wandą Dybalską Włodzimierz Suleja, związany z Uniwersytetem Wrocławskim uczeń Henryka Zielińskiego, wspominał: „Podziwialiśmy go za prawość, stałość przekonań i że zawsze był sobą. Jawił nam się jako postać z innej epoki, epoki stałych sądów, naturalnej sumienności, niewymuszonego sposobu bycia”34.
Pod koniec życia Czapliński prowadził prace nad syntezą dziejów Polski. Zarys dziejów Polski do roku 1864 ukazał się nakładem wydawnictwa Znak już po śmierci autora, w roku 1985. Do dziś książka ta jest dowodem na to, że mimo trudnych warunków, mimo zniewolenia historiografii przez cenzurę, Czapliński należał do tych autorów, którzy stawiali na dystans i obiektywizm.
Miarą docenienia naukowych osiągnięć Władysława Czaplińskiego było nadanie mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego oraz przyjęcie do Królewskiej Akademii Nauk w Kopenhadze. W 1965 roku odbył się na Uniwersytecie Wrocławskim uroczysty jubileusz z okazji sześćdziesiątych urodzin Czaplińskiego, podczas którego wręczono mu księgę pamiątkową O naprawę Rzeczypospolitej XVII–XVIII w.35, dziesięć lat później z okazji siedemdziesiątych urodzin zadedykowano mu tom „Śląskiego Kwartalnika Historycznego »Sobótka«”.
Władysław Czapliński zmarł nagle 17 sierpnia 1981 roku. Sześć dni wcześniej zmarł niespodziewanie jego brat ksiądz Antoni Czapliński. Został pochowany na wrocławskim cmentarzu Grabiszyńskim, gdzie spoczywa wielu wrocławskich historyków, m.in. Krystyn Matwijowski, Wojciech Wrzesiński, Józef Wojciech Leszczyński i Henryk Zieliński.
Po śmierci Czaplińskiego ukazało się wiele artykułów biograficznych i wspomnień mu poświęconych36. W kolejnych latach powstało sporo publikacji, w których przybliżono poszczególne aspekty jego działalności naukowej oraz wybrane wątki biograficzne37. Jednak opracowanie całościowej opowieści o życiu i twórczości Władysława Czaplińskiego pozostaje wyzwaniem oczekującym na swojego badacza.
O Dzienniku
W okresie powojennym niewielu historyków pisało dzienniki. Bardzo często zostawiali pamiętniki, wspomnienia, nierzadko w formie wywiadów rzek. Nieliczne dzienniki znajdują się w zbiorach prywatnych lub pozostają zastrzeżone przez spadkobierców (wiemy o raptularzu Stefana Kieniewicza, który historyk prowadził przynajmniej od lat sześćdziesiątych XX wieku, pozostającego w zbiorach rodzinnych). Z wydanych dotychczas materiałów wskazać można częściowo opublikowany dziennik Władysława Konopczyńskiego38, Rozdziałki Witolda Kuli39 czy wydane przez autora i całkowicie przez niego przeredagowane zapiski Jana Sobczaka40. Dziennik, nawet nie „codzienny”, ale sporządzany „na gorąco”, jest źródłem niezwykle cennym, potrafi oddać atmosferę czasu, w którym dzieją się opisywane wydarzenia, obejmuje sprawy z pozoru błahe i ulotne, które z czasem ulatują z pamięci. Do tego typu dokumentów należą właśnie zapiski Czaplińskiego, stanową więc one unikatowy materiał. Zdaje się, że żaden z bohaterów Dziennika nie pozostawił swoich zapisków, które moglibyśmy z nim skonfrontować czy porównać.
Władysław Czapliński pozostawił sporo tekstów wspomnieniowych. Część z nich opublikował, inne w formie rękopisów i maszynopisów znajdują się w Bibliotece Ossolineum. Szczególnym świadectwem jest jednak prowadzony od 1958 do śmierci w 1981 roku Dziennik. Czapliński nie dzielił się swoimi zapiskami z nikim, choć jego najbliżsi: rodzina, przyjaciele, niektórzy uczniowie, wiedzieli, że je systematycznie prowadzi. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tworzy źródło historyczne. Jako historyk w większym stopniu niż autorzy dzienników innych profesji (artyści, politycy) był w stanie przeprowadzać selekcję zapisywanych zdarzeń pod kątem ich przydatności dla przyszłych pokoleń. Czy przeprowadził ją właściwie, osądzą Czytelnicy. Rozumiejąc przyszłe znaczenie swoich zapisków, Czapliński pośmiertnie „wyrównywał swoje rachunki”, miał bowiem świadomość, że jego wersja wydarzeń przetrwa. Takie wrażenie można odnieść, gdy czytamy nieco złośliwe komentarze pod adresem postaw niektórych kolegów Czaplińskiego. Jednak należy podkreślić, że głównym celem autora jest wierne przekazanie prawdy o swoich doświadczeniach.
Nie tylko charakter Dziennika Władysława Czaplińskiego świadczy o wyjątkowości tego źródła. Jest to kopalnia informacji na temat dziejów powojennej nauki historycznej z perspektywy przedstawiciela pokolenia przedwojennej formacji. Dzięki tym zapiskom możemy przede wszystkim dowiedzieć się, jak po wojnie rozwijało się wrocławskie środowisko naukowe. Najbardziej szczegółowe informacje znajdziemy na temat Instytutu Historycznego UWr, ale także całej organizacji uniwersyteckiej. Mimo że autor prowadzi dziennik od 1958 roku, zwłaszcza na pierwszych kartach nie brakuje retrospekcji, które odnoszą się do początków wrocławskiego ośrodka historycznego, chodzi tu przede wszystkim o konflikt Czaplińskiego z Karolem Maleczyńskim. Mimo że literatura na temat historii UWr jest całkiem spora41, dziennik wnosi bardzo wiele nowych informacji. Władysław Czapliński starał się być dobrze poinformowany o tym, co dzieje się na uczelni. Często relacjonował swoje rozmowy prowadzone podczas spacerów z Marianem Jakóbcem, swoim przyjacielem i sąsiadem, a zarazem wieloletnim prorektorem UWr. Dzięki dziennikowi Czaplińskiego możemy też zaobserwować migracje uczonych w powojennej Polsce. Jak pisano wyżej, Wrocław był szczególnym miejscem, które dla wielu naukowców było tymczasowe. Najwięcej miejsca Czapliński poświęca Józefowi Andrzejowi Gierowskiemu, młodszemu koledze z seminarium Konopczyńskiego, któremu po niemal dwudziestu latach pracy na UWr udało się powrócić na UJ. Ale wśród bohaterów dziennika są także Henryk Wereszycki, Jan Baszkiewicz czy Stefan Maria Kuczyński, dla których również Wrocław był przystankiem w ich karierze naukowej.
Czapliński portretuje powojenne wrocławskie środowisko historyczne, które nie doczekało się pełnego obrazu w dotychczasowej historiografii. Pojawiają się postaci zapomniane i niedocenione. Bardzo blisko Czapliński współpracował z Adamem Galosem i Józefem Wojciechem Leszczyńskim, przedwcześnie zmarłym badaczem dziejów Śląska. Istotne miejsce w jego zapiskach zajmuje Stefan Inglot, historyk dziejów gospodarczych, i krąg jego uczniów. Bardzo ciekawie rysuje się na kartach dziennika środowisko historyków prawa, któremu patronował Seweryn Wysłouch, szczególnym jednak uznaniem darzył Czapliński Kazimierza Orzechowskiego.
W opisie wrocławskiej nauki Czapliński wychodzi poza mury uniwersytetu. Ważnym miejscem dyskusji naukowej było Wrocławskie Towarzystwo Naukowe, w którym autor prężnie działał. Dostarcza także wielu informacji na temat Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, w której pracowali dwaj jego uczniowie (Jan Seredyka i epizodycznie Franciszek Mincer). Ponadto Dziennik oddaje klimat wrocławskiego Oporowa42, willowej dzielnicy wówczas na pograniczu miasta, niemal dziesięć kilometrów oddalonego od uniwersytetu. Na Oporowie kwaterowano po 1945 roku wielu profesorów. W jednym domu mieszkał Czapliński z Józefem Andrzejem Gierowskim, nieopodal mieszkał Marian Jakóbiec, Bogdan Zakrzewski, Stefan Inglot i wielu innych bohaterów Dziennika.
Szczególne miejsce w sercu Czaplińskiego, a w związku z tym i Dzienniku, zajmuje ośrodek krakowski. Czapliński był wiernym uczniem Konopczyńskiego, którego wspomina z estymą, podobnie jak swojego starszego, przedwcześnie zmarłego kolegę z krakowskiego seminarium – Józefa Feldmana. Można odnieść wrażenie, że ze szczególnym krytycyzmem Czapliński traktuje swoich krakowskich kolegów: Jana Dąbrowskiego, Kazimierza Piwarskiego, Kazimierza Lepszego, Kazimierza Przybosia i innych. Ale Kraków to dla Czaplińskiego nie tylko kontakty naukowe, ale przede wszystkim rodzina (tu regularnie odwiedzał swojego brata Stefana) i krąg przyjaciół, m.in. Marian Święcicki i redakcja „Tygodnika Powszechnego”, z którą Czapliński współpracował od początku jej istnienia.
Dziennik to także galeria ważnych postaci polskiej humanistyki. O niektórych już wspomniano. Zapiski Czaplińskiego są bardzo wartościowym źródłem do biografii m.in. Henryka Wereszyckiego, Józefa Andrzeja Gierowskiego, Jaremy Maciszewskiego, Adama Kerstena, Józefa Wojciecha Leszczyńskiego i Mariana Jakóbca, wśród bohaterów nieco dalszego planu znajdują się także Tadeusz Manteuffel, Juliusz Bardach, Zbigniew Wójcik, Marian Pelczar, Karol Górski, Janusz Tazbir, Kazimierz Popiołek i wspomniani już krakowscy uczeni.
Bardzo interesujące są relacje Czaplińskiego dotyczące spraw o charakterze społeczno-politycznym w życiu Uniwersytetu Wrocławskiego. Swoją niechęć do członków PZPR wśród kolegów akademickich wyrażał na kartach dziennika, zapisując przy danym nazwisku w nawiasie skrót „pg”, czyli z niemieckiego parteigenosse – towarzysz partyjny. W intencji Czaplińskiego jest to odwołanie do propagandy hitlerowskiej, choć obiektywnie rzecz biorąc samo słowo w języku niemieckim funkcjonowało zarówno przed powstaniem NSDAP, jak i po upadku III Rzeszy. Już jako emeryt w sposób niezwykle dokładny opisuje wydarzenia, które w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i latach 1980–1981 poruszały środowisko: działalność Studenckich Kół Solidarności (SKS) i starcia działających tu studentów z organizacją partyjną, czego przykładem jest konflikt wokół sfabrykowanego przez Służbę Bezpieczeństwa „Biuletynu KOR [Komitetu Obrony Robotników]”, który rzekomo mieli rozpowszechniać partyjni pracownicy IHUWr. Rzecz całkiem niedawno powróciła w reportażu Piotra Głuchowskiego43, wcześniej zaistniała także w pracach Kamila Dworczaka44 i reportażu Magdaleny Grochowskiej45. Tragicznymi wątkami opisanymi przez Czaplińskiego, które również wiązane były w większym czy mniejszym stopniu ze sferą polityki, była samobójcza śmierć Romana Hecka w roku 1979 oraz nagła i często przedstawiana jako zagadkowa śmierć Henryka Zielińskiego w roku 198146.
O edycji
Należy zacząć od zapewnienia Czytelników, że Dziennik Władysława Czaplińskiego publikujemy bez cenzury. Nie była to decyzja łatwa, ponieważ niektóre zapiski zawierają oceny skrajnie negatywne i mogą zostać odebrane jako niesprawiedliwe. Jednak mówią nam one nie tylko o osobie ocenianej, ale także o oceniającej. Subiektywny charakter tych zapisków, mimo krytycznych, czasem wyrażonych ostrym językiem ocen, pozostaje ich wartością. Dzięki temu możemy poznać kryteria i wartości, jakimi w życiu naukowym (a czasem i osobistym) kierował się Władysław Czapliński. Poza tym nierzadko zdarza się autorowi powtórzyć jakąś zasłyszaną wiadomość, plotkę, które zakrawają na pomówienie. W takich sytuacjach starano się w oparciu o inne źródła przedstawić Czytelnikowi inną wersję wydarzeń bądź zdementować podaną informację. Istotną okolicznością jest także fakt, że takich zapisków, narażających czyjeś dobre imię, jest zaledwie kilka i dotyczą osób nieżyjących. We wszystkich tych sytuacjach Czytelnik znajdzie przypis z wyjaśnieniem. Wyjątkiem jest zapis dotyczący Marka Cetwińskiego, ukazujący go w kontekście samobójczej śmierci jednego z profesorów w październiku 1979 roku – tu Czytelnik może skonfrontować relację Czaplińskiego z autoryzowanym wspomnieniem Cetwińskiego zawartym w przypisie.
Wiktoria Śliwowska, znakomita historyczka dziejów Rosji, autorka wielu wzorowych edycji źródeł do dziejów powstania styczniowego, relacji polsko-rosyjskich, zesłańców syberyjskich, wielokrotnie powtarzała piszącemu te słowa, że jeżeli publikować źródło, to albo w całości, albo wcale. Gdy dzieliłem się z Nią wątpliwościami dotyczącymi drukowania niektórych fragmentów, przekonywała mnie, skutecznie, że warto wydać Dziennik w całości. Po Jej odejściu w 2021 roku wielokrotnie wracałem pamięcią do naszych rozmów, Jej także postanowiłem zadedykować moją pracę nad tą edycją. Bardzo żałuję, że nie będziemy mogli jej przedyskutować.
Warto też dodać, że spadkobiercy Władysława Czaplińskiego, przekazując do Ossolineum jego spuściznę, nałożyli na Dziennik klauzulę określającą, iż dostępny dla czytelników będzie dwadzieścia lat po śmierci autora. Od niemal ćwierćwiecza można więc z niego swobodnie korzystać.
W trakcie pracy nad edycją starano się jak najmniej ingerować w oryginalny tekst. Poprawiono ortografię i interpunkcję oraz błędnie zapisane nazwiska. Rozwinięto inicjały. W wyjątkowych przypadkach osób, które miały te same nazwiska, ale inne imiona, gdy autor stosował samo nazwisko – imię dodawano w nawiasie kwadratowym (dotyczy to przede wszystkim historyka prawa Kazimierza Orzechowskiego i historyka dziejów najnowszych Mariana Orzechowskiego oraz pedagoga Stefana Kaczmarka i historyka średniowiecza Michała Kaczmarka). Gdy autor stosował jedynie imię, w zapisie dodano w nawiasie kwadratowym nazwisko. Zachowano jednak archaizmy (zamiennie stosowane przez autora „mnie” i „mię”). Rozwinięto skróty, gdy pojawiają się w danym zapisie po raz pierwszy, następnie ujednolicono ich pisownię. Również ujednolicono zapis dat. Zrezygnowano z podawania informacji, które fragmenty Autor notował odręcznie. Są to na ogół pojedyncze słowa lub zdania dopisane pomiędzy linijkami maszynopisu lub na marginesie. Oznaczenie ich w niniejszej edycji nie podniosłoby wartości informacyjnej źródła, a utrudniłoby Czytelnikowi lekturę. W uzasadnionych przypadkach zmieniono szyk i styl zdań, zawsze kierując się tym, aby przekaz był jasny i klarowny. Autor wspomnień nie redagował swoich zapisków, stąd częste powtórzenia i zdarzające się błędy stylistyczne, które poprawiono, dokładając wszelkich starań, aby styl wypowiedzi został zachowany. Warto zauważyć, że język, którym posługuje się Czapliński, ewoluował, czasem w jego zapiskach widoczne są elementy nowomowy, typowe dla czasów, w których żył. Jednocześnie język jego wypowiedzi jest charakterystyczny dla osoby, która odebrała staranne, przedwojenne wykształcenie. Wszystkie te elementy zachowano, wychodząc z założenia, że język, obok bogatej faktografii, również jest świadectwem epoki.
W przypisach Czytelnik znajdzie tłumaczenia obcojęzycznych fragmentów znajdujących się w Dzienniku, wyjaśnień niektórych sformułowań i archaizmów, które dziś mogą być niezrozumiałe, opisów bibliograficznych przytoczonych publikacji. Zawarto w nich także nieliczne, ale konieczne konfrontacje z innymi źródłami. Większość przypisów stanowią krótkie biogramy. Ze względu na wielość nazwisk znajdujących się na kartach Dziennika i obszerności całego tekstu starano się, by były jak najkrótsze, zawierały informacje podstawowe.
Swój dziennik Czapliński prowadził w formie ciągłego maszynopisu. Oryginał znajduje się w Bibliotece Ossolineum (BOss Rkps 18485/II). Składa się z dwóch woluminów. Pierwszy liczy 348, a drugi 410 stron. Niniejsze opracowanie zostało opracowane na podstawie mikrofilmu udostępnionego przez BOss. Po przepisaniu tekst skolacjonowano z oryginałem w Czytelni Rękopisów BOss. Z zachowanego oryginału (zmieniający się typ i odcień szarości papieru oraz zmieniająca się jakość tuszu w maszynie do pisania) wynika, że dziennik nie był przepisywany ani zmieniany na przestrzeni lat. Każdy wpis jest przez autora odręcznie sygnowany parafką.
Podziękowania
Edycja niniejsza nie mogłaby się ukazać bez życzliwości bardzo wielu osób. Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w jej przygotowaniu. Specjalne podziękowania należą się prof. Markowi Czaplińskiemu. Dziękuję również prof. Elżbiecie Orman, prof. Barbarze Techmańskiej, prof. Jerzemu Maroniowi, prof. Rafałowi Stobieckiemu, Annie Pyżewskiej, Emilii Świętochowskiej oraz Andrzejowi Brzozowskiemu.
Tomasz Siewierski
1958—1959
Wrocław, 6 kwietnia 1958
Dominica Resurrectionis D.N. Jesu Christi1.
Pro memoria
Sprawy kandydatury Maleczyńskiego2 do nagrody miasta Wrocławia. W czwartek 3 kwietnia dowiedziałem się o zebraniu Zarządu Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego3 w sprawie nagród. Będąc wieczorem, a raczej w południe, u Mariana Jakóbca4, powiedziałem mu, że wysunę kandydaturę Karola [Maleczyńskiego], uważając, że ta nagroda specjalnie mu się należy. Marian przyznał słuszność, aczkolwiek stwierdził, że będzie musiał wysunąć kandydaturę Rosponda5 w związku z ogłoszeniem przez niego wielkiego dzieła o mazurzeniu. Przy tej sposobności powiedział, że opinie językoznawców dzielą się na dwie kategorie odnośnie do tego dzieła. Jedni uważają, że nic niewarte, drudzy, że trzeba było na ten temat napisać trzy arkusze, a nie wielką kobyłę. Posiedzenie odbyło się 4 kwietnia w lokalu biblioteki Towarzystwa o godz. 10.15. Obecni: Steinhaus6, Marczewski7, Świda8, Jaworski9, Marciniak10, Jakóbiec, Tołpa11, Inglot12.
Po krótkiej wstępnej dyskusji nad zagadnieniem rodzaju nagród poszczególne wydziały zgłaszają kandydatury. Jakóbiec w imieniu filologów Rosponda, aczkolwiek przyznaje, że dzieło jego ostatnio spotyka się z krytyką. Inglot w imieniu historyków Tynca13. Wówczas zabieram głos i stawiam kandydaturę Maleczyńskiego, podkreślając, że nie stawiam tej kandydatury jako jego przyjaciel, albowiem stosunki między nami są więcej niż chłodne. Zasługuje na to z racji Dziejów Wrocławia wydanych w roku 194814, obecnie rozszerzonych i ponownie drukowanych15, redakcji Dziejów Śląska t. I16, Kodeksu dyplomatycznego Śląska17, wydawania „Sobótki”18, która wychodzi dzięki jego staraniom, wreszcie organizacji instytutu. Ktoś zauważa, że instytut się rozpadł. Na to podkreślam, że stworzył podstawę biblioteki19. Przypominam zarzuty istniejące pod jego adresem i stwierdzam, że nie znalazły one potwierdzenia w recenzjach zagranicznych, że nawet Santifaller20 jednak przychylnie ocenił Kodeks… i nie zgłosił zastrzeżeń.
Tołpa zgłasza Świętochowskiego21, na co popiera tę kandydaturę Inglot, Jaworski Wysłoucha22, Marczewski Ślebodzińskiego23, Marciniak Kowarzyka24.
Zabieram ponownie głos i stawiam sprawę: czy mamy nagradzać osoby nagrodzone, jak Kowarzyk i Świętochowski. Podkreślam, że wysoko sobie cenię dorobek obu. Ale receperunt mercedem suam25. Nagroda miasta jest niewielka i służy raczej do nagradzania mniejszych zasług. Zasług specjalnych dla miasta. Przypominam, że Gdańsk nagrodził właśnie archeologa zasłużonego w sprawie wykopalisk gdańskich. Jeszcze raz podkreślam jego [Maleczyńskiego] zasługi i to, że nie mówię jako jego stronnik, ale raczej człowiek, którego nie łączą z nim bliskie więzy. Steinhaus przyznaje, iż rzeczywiście, nie należy wszystkich nagród kumulować w jednych rękach i uważa, że takie jest zdanie większości, co wszyscy milcząco uznają.
W związku z tym powstaje kwestia, czy Ślebodziński ma nagrodę państwową. Telefonicznie stwierdza Marczewski, że tak. W związku z tym Jaworski wysuwa ponownie kandydaturę Wysłoucha, Jakóbiec Rosponda. Inglot poprzednio jeszcze kwestionuje zasługi Maleczyńskiego dla instytutu i to, jakoby Maleczyński uważał mnie za nieprzyjaciela.
Zabieram głos ponownie i przypominam, że Inglot nie był w stanie ocenić zasług Maleczyńskiego, nie będąc w latach 1946–1947 we Wrocławiu, co do wrogości Karola wobec mnie przypominam, że w dziki sposób atakował mnie za prowadzenie badań nad historią Polski w mej katedrze i że nawet gotów byłem zagrozić przeniesieniem się z Wrocławia na radzie wydziału, przypominam jego intrygi przeciw mnie, gdy wybierano mnie do senatu. (To powątpiewanie dotknęło mnie, Inglot powinien pamiętać, jak rzeczy stały).
Odnośnie do Wysłoucha, którego również Inglot poparł, stawiając go na równi z Maleczyńskim, oświadczyłem, że jest chyba nieporozumieniem stawianie tych dwóch badaczy. Wysłouch napisał jedynie jedną książkę o Śląsku, w której usiłował udowodnić słuszność tezy Lenina co do koncentracji w rolnictwie na przykładzie Śląska, podczas gdy Maleczyński ma zarówno Dzieje Wrocławia26, szereg prac drobniejszych, Kodeks śląski27 i wreszcie szereg innych książek wydanych w tym czasie. Co do zgłoszonego Rosponda, przypomniałem, że książki jego wywołują dość poważną krytykę.
Jeszcze wcześniej, gdy stwierdzałem, że nie życzę [sobie] przyjaźni Maleczyńskiego i mam co do jego postępowania szereg zastrzeżeń, Steinhaus zauważył: „Ale się pan skutecznie przemógł” (czyniąc przytyk do gorącego mego przemówienia). Odparłem na to, że nic dziwnego, skoro to Wielki Post i jestem po rekolekcjach dawanych przez samego biskupa.
Zrobiono próbne głosowanie, w którym Karol [Maleczyński] uzyskał cztery głosy, najwięcej po nim Rospond. W głosowaniu Rospond–Maleczyński otrzymał Karol pięć lub nawet sześć głosów. Wobec tego został wybranym na pierwszym miejscu, przy głosowaniu na drugiego kandydata przeszedł Rospond przeciw Wysłouchowi. Ja głosowałem za Wysłouchem.
7 kwietnia 1958
Karol Maleczyński
Karol Maleczyński był mi całkowicie nieznany aż do wczesnej wiosny roku 1945, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z nim na posiedzeniu Oddziału Krakowskiego PTH [Polskiego Towarzystwa Historycznego] w Bibliotece Jagiellońskiej. W grudniu tr. zjawił się u mnie i zaproponował mi Katedrę Historii Powszechnej na Uniwersytecie Wrocławskim. Już wówczas podkreślałem, że chętniej objąłbym Katedrę Historii Polski, ale dawał mi poznać, że katedra ta nie jest dla mnie. Zapewnił mię wówczas z ramienia uniwersytetu, że dostanę umeblowane mieszkanie we Wrocławiu, skoro się tylko zjawię. Potem naciskał na mój szybki przyjazd. Od początku jednak stawiałem sprawę, że udam się do Wrocławia po maturze klasy, którą prowadziłem. Jak się później dowiedziałem, kandydaturę moją na historię wrocławską28 postawił Feldman29, a bodaj i nie Kutrzeba30. Maleczyński przybył do mnie z ramienia dziekanatu.
Po 15 lutego, przyjechawszy do Wrocławia, stanąłem w Instytucie Śląskim przy placu Uniwersyteckim, gdzie spędziłem pierwszą noc, następnego dnia zaproponował mi Karol Maleczyński mieszkanie tymczasowe u siebie przy Lindego 11, gdzie się rzeczywiście przeniosłem. Od pierwszej chwili dał mi poznać, że wobec opuszczenia przez niego urzędu kwatermistrza muszę się starać sam o mieszkanie. Sam zajmował parter w swej willi. Napomknienia o zamieszkaniu na drugim piętrze, gdzie mieścili się Niemcy, zbywał milczeniem. Już w kwietniu dawał mi poznać, że muszę się starać o inny pokój, albowiem do niego przyjedzie żona z córką. Wówczas, ponieważ sprawa mego przeniesienia jeszcze nie była pewna, wynająłem mieszkanie (dwa pokoje) u Kucnera31, tak że po świętach wielkanocnych zamieszkałem na Ujejskiego. Maleczyńskiemu zapłaciłem jedynie za elektrykę i gaz.
Karol Maleczyński był wówczas oficjalnym kierownikiem instytutu32, którego księgozbiór stworzył własnym wysiłkiem, wyszukując książki poukrywane na prowincji oraz zapewniając mu odpowiednie lokale, do dziś dnia używane. Poznałem wówczas jego niesłychaną pracowitość, pracę do godz. 2–3 nad ranem. Był już wówczas w trakcie pisania pracy o dziejach Wrocławia33. W instytucie z chwilą przybycia Modelskiego34 wytworzyła się pewna opozycja przeciw Karolowi Maleczyńskiemu, do której z czasem przyłączył się Inglot. Wówczas całkowicie starałem się go popierać. Celem moim, zarówno jak i Wereszyckiego35, który przyszedł wiosną 1947 [roku] do Wrocławia, było utrzymanie za wszelką cenę instytutu jako pewnego osiągnięcia. Pierwszym momentem, w czasie którego przeciwstawiałem się do pewnego stopnia Karolowi, było, gdy starałem się jednak przeprzeć na radzie instytutu utrzymanie zaproszenia Kuczyńskiego36, przeciw czemu Karol zdecydowanie występował. Ostatecznie jednak ustąpił. W czasie tworzenia instytutu obaj, Wereszycki i ja, popieraliśmy go w tendencji do pewnej centralizacji, przeciw czemu był silnie Inglot, przyzwyczajony do zakładów na sposób Bujaka37, i w pewnej mierze Modelski. W czasie zjazdów historycznych w roku 1946 w Łodzi, a potem w 1947 w Nieborowie, starałem się też w miarę możności dochodzić z nim do porozumienia we wszystkich sprawach naszego środowiska i informować go jak najdalej o tym, czego na drodze ubocznej dowiedziałem się o polityce władz naczelnych.
Gdy z czasem Kuczyński począł swe różne, dość fantastyczne kroki, wówczas staraliśmy się możliwie z jednej strony wpływać na Kuczyńskiego, z drugiej jednak staraliśmy się możliwie przeciwdziałać zbyt gwałtownym posunięciom Karola, ewentualnie zapobiegać jego drażniącym wystąpieniom. W związku z tym Kuczyński traktował mnie i Henryka [Wereszyckiego] oficjalnie (jak powiedział) jako trabantów38 Maleczyńskiego i zarówno w innych momentach, jak i w czasie piastowania przeze mnie funkcji kierownika instytutu miewał od niego różne przykrości, o czym świadczy m.in. list Kuczyńskiego w mej korespondencji. Przez jakiś czas udawało się łagodzić posunięcia zbyt nieprzemyślane Karola przy pomocy jego żony, pani Ewy39, rozsądnie interweniującej na nasze życzenie.
Stosunki poczęły się trochę naprężać, gdy Ewa dała się zjednoczyć z PPS do PPR40. Początkowo jeszcze mogliśmy się z nią dogadać rozsądnie. Skoro jednak w okresie dzikich napadów młodzieży na profesorów pewnego dnia na posiedzeniu instytutu Ewa nam powiedziała (mnie i Henrykowi), że trudno, młodzież jest rewolucyjna, że od niej wychodzi inicjatywa, wówczas spoglądnęliśmy na siebie i zrozumieliśmy, że więcej szczerze z nią nie można mówić.
Fakt wybrania czy raczej mianowania mnie przewodniczącym Miejskiego Komitetu Obrońców Pokoju41 w roku 1950 sprawił, że Ewa, a tym samym i Karol, odnosili się do mnie przez jakiś czas spokojnie. Podobnie i w okresie późniejszym, kiedy przestałem być przewodniczącym Komitetu, a zgodziłem się zostać prodziekanem. Jeszcze w okresie kongresu nauki42 w roku 1950 Ewa wystarała się dla mnie o zaproszenie na kongres.
Nie przeszkadzało to jednak wcale istnieniu pewnych drobnych nieporozumień. Karol kierował Katedrą Historii Śląska i przez ten czas domagał się stanowczo, by nikt poza nim nie zajmował się historią tej prowincji. W obecności żony jego kiedyś uzyskałem, że zgodził się, bym zajmował się historią Kościoła. W tej myśli wszcząłem poszukiwania do monografii Karola Ferdynanda43, co jednak z czasem okazało się bezpodmiotowe wobec wyraźnego sekciarstwa narzuconego historii. Wracając z Jeleniej Góry ze zjazdu historycznego, rozmawiałem wówczas w pociągu z Arnoldem44, bodaj w roku 1949. Nie radził mi wówczas w żadnym wypadku pisać monografii biskupa. Z chwilą tą przestałem się całkowicie zajmować historią Śląska, do której dostęp był mi zamknięty na innych terenach. Pamiętam, że jedynie córce Karola Kazi45 dałem temat śląski, śmiejąc się, że do niej nie będzie miał jakichś pretensji Karol.
Potem Katedra Historii Śląska podjęła inicjatywę pisania historii Śląska. Nie zgłosiłem udziału w tym przedsięwzięciu (po pewnych wahaniach), skoro odszedłem od tej tematyki. Sprawa się zaostrzyła w roku chyba 1951 w związku – z jednej strony – z forsowaniem planu śląskiego przez Karola, z drugiej – z atakami prowadzonymi przez nie wiadomo dobrze kogo w związku z wydaniem pierwszego tomu fascykułów Codex diplomaticus Silesiae. Jak wiadomo, zarzucano mu wówczas, że wykorzystał materiały przygotowane przez Santifallera. Będąc wówczas prodziekanem, parę razy rozmawiałem z rektorem Mydlarskim46, by w tej sprawie wszczął postępowanie koleżeńskie, by tę sprawę szkodzącą uniwersytetowi wyświetlił, przy czym przypuszczałem, że wiadomości te są przesadzone. W związku z tym, że Maleczyński podejrzewał Kuczyńskiego o prowadzenie tej nagonki, począł wobec niego zachowywać się w sposób nieodpowiedzialny. Pamiętam jedno posiedzenie, na którym w obecności przedstawiciela partii i partyjnej młodzieży mówiono o opiece naukowej nad poszczególnymi asystentami i studentami pracującymi naukowo. Wówczas Karol wysuwał zarzut przeciw Kuczyńskiemu (nieobecnemu na posiedzeniu), że nie może sprawować opieki naukowej, albowiem jest metodologicznie (czytaj: w sensie marksistowskim) niedojrzały. Powiedzenie to, noszące w sobie wówczas wszelkie cechy denuncjacji, wywołało moje oburzenie i w sposób kategoryczny odmówiłem mu prawa do wyrokowania o metodologicznym przygotowaniu Kuczyńskiego. Od tej chwili w sposób mniej więcej stanowczy odsunąłem się od Karola i przestałem bywać u niego w domu.
Jesienią roku 1952, kiedy przyjechała komisja z ministerstwa, by zbadać stosunki w naszym instytucie, miałem rozmowę dłuższą z Leśnodorskim47, który oprócz zarzutu postawionego mi w sprawie napisania wspomnienia o Konopczyńskim48 wystąpił z zarzutami wyraźnie sugerowanymi przez Ewę [Maleczyńską], że usuwam się od roboty śląskiej, że nie chcę podejmować tematyki dziejów miast śląskich, że usunąłem się od roboty w Komitecie Obrońców Pokoju. Wobec tego, że wówczas byłem poważnie obciążony tym artykułem, zarzuty dodatkowe postawione mi były poważnym dalszym obciążaniem mnie. Pod wpływem tej rozmowy udałem się do rektora Mydlarskiego i prosiłem o zwolnienie mnie z obowiązku piastowania prodziekanatu, podając za motyw, że partia nie ma do mnie zaufania. Mydlarski odmówił, zapewniając o swym zaufaniu.
Trzeba było dopiero sprawy z moim wystąpieniem przy egzaminie w uniwersyteckim Studium Przygotowawczym, na którym zakwestionowałem powiedzenie ucznia o tym, że papież błogosławił wojska hitlerowskie idące na podbój Polski, o co wytoczono mi dochodzenie [zlecone] przez rektora, bym ostatecznie uzyskał zwolnienie z dziekanatu. Nastąpiło to dopiero 14 stycznia 1954 roku.
Od roku 1952 stosunki między nami były już zdecydowanie chłodne. Karol [Maleczyński] zatruwał mi życie, występując na posiedzeniach rady wydziału z zarzutami przeciw mej katedrze, że nie zajmuję się historią powszechną. Powtarzane te zarzuty doprowadziły mię do tego, że gotów byłem w pewnym momencie zagrozić usunięciem się z Wrocławia. Podobnie w chwili, gdy Inglot postawił mą kandydaturę na delegata do senatu, Karol postawił kandydaturę Morelowskiego49, potem Tynca, by jednak nie doprowadzić do wybrania mnie, i dopiero po zrzeczeniu się Tynca, który całkowicie okazał się nieaktywnym, zgodził się na przejście i mej kandydatury.
Pro memoria: sprawy sporne w Instytucie Śląskim w Opolu.
Osiemnastego kwietnia odbyło się posiedzenie Rady Naukowej Instytutu Śląskiego w Opolu. Program posiedzenia, które zaczęło się o godz. 12 i z przerwą obiadową trwało do 19, był niesłychanie obfity. Lutman50 przedstawił nam sprawozdanie dyrekcji, plan pracy, sprawy wydawnicze, wreszcie budżet na obecny rok.
Stan pracy był przedyskutowany bardzo niewystarczająco. W wielu wypadkach nie można się było zorientować, nad czym konkretnie pracują pracownicy. Zasadnicze zastrzeżenia budziły też we mnie plany pracy [nad] historią nowożytną Śląska przedstawione przez dyrektora archiwum mgr. Oswalda Popiołka51, który sam żadnej porządnej pracy nie napisał, a obecnie kieruje pracą sekcji, jak i plan pracy kuratora Musioła52, który m.in. zajmuje się dziejami szkolnictwa na Śląsku w okresie dziesięciolecia, kiedy sam był przecież tego szkolnictwa organizatorem. Przeprowadzono dyskusję rzeczową jedynie nad sprawą planowanej przez Lutmana sekcji geograficznej, co do której zgodzono się jedynie, by jej nie tworzyć.
Budżet uchwalony budzi też poważne wątpliwości. Istnieją sekcje biorące około 200 tys. zł, inne około 100 tys. zł, wreszcie niektóre po 50 tys. zł. Przedyskutowano jedynie sprawę budżetu sekcji etnograficznej, albowiem stosunkowo najłatwiej dała się przedyskutować (pracownik niesamodzielny). Pokazało się później, że przy dodawaniu sum popełniono omyłki, mianowicie opuszczono jedną sekcję, przewidziano inną, gdy zaś przewidzianą skreślono, suma na nią przewidziana została oddana opuszczonej, przy czym jednak nie zorientowano się, że nie rozdysponowano sumy 50 tys. zł. Było to wynikiem niechlujności buchaltera czy też przepisywania. Fakt jednak pozostał. Ustalono sprawę honorariów, dość elastycznie. Wreszcie do boju przy ustalaniu wysokości honorariów redakcyjnych. Wysunął sprawę Inglot, domagając się jak najwyższego honorarium w związku z redagowaniem prac swej sekcji. Podniósł on, niewątpliwie słusznie, że od zimy nic nie robi, jak tylko redaguje prace członków sekcji. Przeciw temu wystąpił dość ostro Wysłouch stwierdzając, że za to otrzymuje już pieniądze jako kierownik sekcji (1 tys. zł miesięcznie), a poza tym, że są to jego prace, którymi opiekuje się na uniwersytecie, tam jest za nie płatny, więc nie może szukać płacy drugiej za tę samą robotę. Inglot bronił się, powołując się na to, że trzeba to sprawdzić w innych instytucjach, a jeśliby się do tego miało podejść tak jak proponuje Wysłouch, wówczas dlaczegoonbierze honorarium jako redaktor „Studiów Śląskich”? Zabrałem głos, przyznając Wysłouchowi rację i stwierdzając, że jednak wobec tego winien i on zrzec się honorarium. Skoczył na mnie, że jego pracownicy przygotowują materiały, a on publikuje prace. Odpowiedziałem, że nie znam innego przygotowywania materiałów, jak w celu albo wydawnictw źródłowych, albo prac. Ostatecznie sprawy nie załatwiono i odłożono do porozumienia się z innymi instytucjami. Zaznaczam, że Wysłouch również jest przewodniczącym sekcji i za to jest płatny, zrezygnowawszy z pensji przewodniczącego Rady Naukowej.
Wysłouch najwyraźniej zraził się, przynajmniej na czas jakiś, do Inglota. Tak tegoż dnia przed posiedzeniem, w czasie rozmowy w drodze powiedział mi, że jego zdaniem najodpowiedniejszym kandydatem na dyrektora Ossolineum byłby Inglot. Odpowiedziałem, że tak, ale dziwiłbym mu się, gdyby przyjął wobec tego, że to zajmuje wiele czasu. Następnego dnia widział się z Marianem [Jakóbcem] i rozmawiał z nim w klubie53 o kandydaturze na to stanowisko. Wysuwał, jakie zalety winien mieć ten kandydat: młody, nie historyk, raczej historyk literatury, określone oblicze polityczne (Marian rozumiał od początku, że to skierowane przeciw Inglotowi), wreszcie zaproponował mu to stanowisko, by się o nie starał. Cały Sewerynek [Seweryn Wysłouch]. Toujours changer de la devise54.
Ten mój sukurs dla Inglotamoże pozwoli mu częściowo przebaczyć mi grzechy moje w stosunku do niego: 1) że sam wziąłem nagrodę uniwersytecką, a nie zadbałem, by on ją otrzymał, 2) że krytykowałem na jednym z posiedzeń instytutu wydawanie samych dzieł naukowych (m.in. dzieł jego uczniów), a niepamiętanie o tym, że należy również wydawać i dzieła popularne, 3) że wysunąłem kandydaturę Maleczyńskiego do nagrody miasta Wrocławia i inne mniejsze [grzechy].
Wrocław, kwiecień 1958
Posiedzenie w sprawie nagrody miasta Wrocławia. 2 maja 1958 [roku], w MRN [Miejskiej Radzie Narodowej].
Przewodniczący Król55, sekretarzuje naczelnik wydziału kultury Gąsior56, obecni: z ramienia literatów Kowalczyk57, plastyków Geppert58, dziennikarzy Rutkiewicz59, fotografików Derczyński60, architektów Lewulis61, muzyków Bidziński62, aktorów Polkowski63 i redaktor „Słowa” Markowski64 – razem jedenaście osób.
Natychmiast po wejściu wita mię Derczyński stwierdzeniem, że wybraliśmy niefortunnych przedstawicieli do nagrody.
Po zapoznaniu się z regulaminem i odrzuceniu zgłoszonych nieformalnie kandydatur, m.in. Reczka65 przez Ossolineum, na mój wniosek postanowiono przechodzić kolejno poszczególne dziedziny i zaraz głosować w sprawie zgłoszonych do nich kandydatów.
Przedstawiłem kandydaturę Karola Maleczyńskiego, podkreślając, że WTN wysunęło nie najwybitniejszego uczonego, wychodząc z założenia, że ci już normalnie doczekali się poważnych nagród i nie należy stwarzać choinek, na których wieszano by wszystkie nagrody. Podkreśliłem związanie się Maleczyńskiego z miastem, jego zasługi w sprawie Dziejów Wrocławia, dalej Kodeksu, aplauz, z jakim to dzieło spotkało się za granicą.
Z ramienia prezydium nagrody naukowej wysunięto Brossa66 i Steinhausa. Markowski referując ten fakt podkreślił, że Bross spotkał się ostatnio na zjeździe chirurgów w NRD z wielkim uznaniem, co podkreśliła m.in. Wolna Europa (sic).
Zabrałem wówczas ponownie głos, podkreślając jeszcze raz fakt związania Karola z miastem, przeciwstawiając go Brossowi, który nawet mieszka w Katowicach, dalej wysunąłem fakt, że wśród uczonych wrocławskich zaczyna się obserwować odpływ z miasta wobec niezbyt dobrej aury panującej dla badaczy w mieście. Przypomniałem, że Karol należy właśnie do osób, które związały się silnie z miastem, dla niego pracują, że jest wprawdzie ciężkiego usposobienia, że jednak jestem przekonany, iż członkowie jury nie będą się kierowali osobistymi uprzedzeniami.
Pierwszy przemówił za Karolem Geppert, który podkreślił jego silne związanie z miastem. Po kolei prawie wszyscy oświadczali się za Maleczyńskim, po czym, gdy zarządzono głosowanie (odbywające się jawnie), wybrano go jednomyślnie.
Drugim kandydatem przedstawionym przez Derczyńskiego to fotograf Strojny67, którego zdjęcia przedstawił jury. Po krótkiej dyskusji wybrano go jednomyślnie.
Trzecia to p. Dawska68, malarka, która po długiej dyskusji, mając kontrkandydata Pękalskiego69, przeszła w stosunku 7:4.
Czwartym literat. Wysunięto kandydatury Karpowicza70 i Tułasiewicza71. Znowu dłuższa dyskusja, w wyniku której przechodzi Karpowicz, mając 9 głosów, 1 sprzeciw, 1 wstrzymujący się głos.
Piątym architekci, kandydatury: prof. Broniewski72, teoretyk i konserwator, oraz inż. Tawryczewski73 z zespołem, słabo jednak broniony; przechodzi Broniewski jednomyślnie.
Szóstym aktorzy. Wysuwa związek Młodnickiego74. Prezydium miejskie Przegrodzkiego75. Po dłuższej dyskusji przechodzi A. Młodnicki dziesięcioma głosami przy jednym wstrzymującym się.
Siódmi dziennikarze. Wysunięci Zawadowski76 i Ostańkowicz77. Za pierwszym przemawia rzekomo fakt poważnego charakteru jego publikacji (tylko w słowie), za drugim rzekomo większy talent. Ponieważ nie znam Zawadowskiego, a nie przepadam za Ostańkowiczem, którego uważam, że „chciał, a nie mógł”, wstrzymuję się od głosowania. Przechodzi Zawadowski 6 głosami, 1 przeciw, 4 wstrzymujące się. Przeciw Ostańkowiczowi jest wyraźnie prezydium, które ma z nim na piwo78 i zarzuca mu nieścisłość informacji.
Ostatnia nagroda dla muzyków. Bidziński referuje w sposób skandaliczny. Proponuje primo loco79 M. Jędrzejewską80, której, jak wynika z dyskusji, należy się nagroda za pracę społeczną, secundo loco Bukowskiego81. W wyniku dłuższej dyskusji przechodzi Bukowski jednomyślnie.
W zakończeniu raz jeszcze wysuwam projekt naszego Towarzystwa [dotyczący] ufundowania nagrody dla nauczycieli.
Zebranie zaczęło się o godz. 10.15, skończyło o 16.30, bez przerwy.
Wrocław, 3 maja 1958
Dwudziestego dziewiątego kwietnia na posiedzeniu Komitetu Redakcyjnego „Sobótki” odbywającym się o godz. 15 w gabinecie Ewy Maleczyńskiej, Szewska 49, po ustaleniu trzeciego numeru „Sobótki” zabrałem głos i w sposób możliwie delikatny zaatakowałem Maleczyńskiego za wydane ostatnio w ramach serii B „Sobótki” materiały źródłowe do dziejów miasta Świdnicy82. Maleczyński był redaktorem zeszytu, w którym znalazły się skandaliczne błędy zarówno przeciw językowi polskiemu przy tłumaczeniach („swawolić czynem”, „codzienne stoiska”), ale równocześnie błędy rzeczowe w tłumaczeniu, które częściowo tylko wyłapałem, świadczące, że po prostu tłumacz nie rozumiał tekstu. Tak np. na stronie czwartej: „Żaden tkacz nie powinien farbować sukna obcemu. Kto tego nie spełni, ma dać 3 wiardunki”. Tymczasem tekst „welchir das nicht enhellit” powinien być przetłumaczony: „Kto się do tego nie zastosuje”. „Gnade” tłumaczone przez „łaska” zamiast przez „zmiłowanie”, na stronie szóstej tłumacz podaje: „Kto znajdzie się w więzieniu, to z tego powodu nie trzeba go wieszać, ale go trzeba z miasta wyświęcić i wypędzić”. Tymczasem tekst winno się tłumaczyć: „Kto zostanie ujęty z przedmiotem kradzionym, nie należy go lekkomyślnie wieszać…”.
Wrażenie [z] wystąpienia mojego było duże. Karol [Maleczyński] przyznał, że są niedociągnięcia, błędy językowe usiłował tłumaczyć jako wynik archaizacji języka.
W dyskusji dalszej nie mogłem brać udziału, albowiem musiałem iść na posiedzenie WTN. Podobno Karol ma napisać samokrytykę do „Sobótki”. Oby nie za późno i rozsądnie.
20 lipca ogłosił w tej sprawie artykuł Władysław Dziewulski83 pt. Swawolenie… w „Odrze”84.
Wrocław, 12 maja 1958
Ósmego maja odbyło się uroczyste rozdanie nagród w Starym Ratuszu wrocławskim, byłem obecny. Rozdawał nagrody przewodniczący rady miejskiej85, prof. Bolesław Iwaszkiewicz86. Maleczyński przysłał telegram usprawiedliwiający nieobecność, podając powód: konferencję międzynarodową (Kraków).
Wrocław, 12 maja 1958
Przed paru dniami rozmawiałem jeszcze o sprawie tekstów świdnickich z A. Galosem87. Podobno Ewa [Maleczyńska] usiłuje zepchnąć winę na Ładogórskiego88, który był ich recenzentem i który miał ewentualnie zwrócić uwagę na błędy. Zaciekawiony tym Andrzej Gierowski89 poszedł do Ossolineum i stwierdził, że w recenzji Ładogórski bardzo stanowczo zakwestionował wartość naukową tych tekstów i wykazał szereg błędów, podobnie jak i ja w mym przemówieniu.
Wrocław, 15 maja 1958
Posiedzenie Walnego Zgromadzenia Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego, 14 maja 1958.
Na posiedzenie [przy]szedł zarząd z przygotowanymi i uzgodnionymi głównymi kandydaturami. Prezes Marczewski, wiceprezesi Świda i Smoleński90, sekretarz Marciniak. Sekretarstwo zaproponował mi Marczewski w dzień swego wyjazdu do Francji. Odmówiłem wobec tego, że uważam, że przy mojej nieznajomości spraw wydawniczych nie będę mógł tego należycie prowadzić. Marciniaka wyszukał Świda po odpadnięciu kandydatur innych. Myśleliśmy o kandydaturze Gierowskiego, ale wobec wysunięcia go jako kandydata przez partię do prorektorstwa zrezygnowaliśmy. Usiłowałem przekonać Marczewskiego, by zgodził się na Inglota, ale nie chciał. Było to dokładnie 2 maja.
Na zebraniu po krótkim wprowadzeniu przez Świdę, który niestety nie wygłaszał sprawozdania wobec rozesłania go członkom, rozpoczęła się dyskusja.
Zabierał głos Smoleński, szeroko mówiąc o konieczności rozwinięcia szerszej akcji popularyzacyjnej, a przed nim mówił Maleczyński, atakując różne sprawy częściowo słusznie, częściowo nie. Maleczyński niesłusznie atakował, że Towarzystwo91 nie wydaje dzieł historycznych, o których wiedział dobrze, że nikt ich nie zgłasza. W dyskusji zabierali różni głos, przeciwstawiając się m.in. tezie Smoleńskiego, że nie najważniejsze są sprawy wydawnicze. Zabrał głos Hubert92, mówiąc dość lekceważąco o popularyzacji, o godności uczonego, który pracuje w gabinecie. Wypadło to, co mówił, bardziej lekceważąco wobec Smoleńskiego, niż pewnie myślał.
Wybrany do komisji matki przedstawiłem listę zarządu i ostatecznie poczęliśmy się zastanawiać nad sprawą zastępców. Proponowałem Inglota na zastępcę sekretarza, zgodzono się i wobec tego poszedłem do Inglota, pytając się go, czy się zgodzi. Odmówił. Przypuszczając, że jest urażony, że proponują mu jedynie tak błahą godność, nie naciskałem. Wysunięto Hartmana93 i Huberta.
Gdy miano przystąpić do głosowania, nieoczekiwanie zrezygnował z kandydowania Smoleński, podkreślając, że widzi, iż większość członków nie godzi się z jego tezami. Powstał zamęt. Poszczególni przedstawiciele poczęli Smoleńskiemu tłumaczyć i wreszcie wycofał swą rezygnację. Wówczas nieoczekiwanie Knot94 wysunął, że powinien być przedstawiciel historii i humanistyki i zaproponował na zastępców Inglota i Zakrzewskiego95.
W wyborach pierwsze pozycje przeszły gładko, przeszedł również i Hubert, nieoczekiwanie nie uzyskał odpowiedniej liczby głosów Hartman, a obok niego większą liczbę głosów otrzymał Inglot. Zarządzono ponowne głosowanie nad tymi dwoma kandydatami i Inglot przeszedł znaczną większością.
Dlaczego wówczas odmówił, a potem przyjął? Nie wiem.
Wrocław, 14 czerwca [1958]
Sprawa prorektorstwa.
Gdy powoli zbliżał się czas wyborów dziekana na naszym wydziale i ze strony młodych odzywały się głosy przeciw kandydaturze Gajka96, próbowałem rozmawiać z Gierowskim, czy zgodziłby się na postawienie swej kandydatury na dziekana. Rozmawiałem z nim w tej sprawie w maju, w domu. Nie palił się do tego, ale równocześnie i nie bronił w sposób zasadniczy. W parę dni po tej rozmowie widziałem się z Adamem [Galosem], który na moje stwierdzenie, że Andrzej [Gierowski] może się zgodzi kandydować, wysunął wątpliwość wobec tego, że partia zaproponowała mu kandydowanie na prorektora wobec wyjazdu Łanowskiego97 na pół roku.
Prawdziwość tego stwierdzenia potwierdził mi Świda w rozmowie w rektoracie i wyjaśnił, jak sprawa ta wypłynęła. Mianowicie rektor zaproponował to stanowisko Wankemu98. Ten nie odmówił, ale poszedł do partii i wrócił z tym, że partia proponuje Gierowskiego.
Już po wyborze na dziekana Gajka otrzymałem zaproszenie do Szarskiego99 na 8 czerwca. Wówczas Szarski w obecności Świdy zapytał mię niezobowiązująco, czy zgodziłbym się na postawienie mej kandydatury. Oświadczyłem, że tak, ale naturalnie jeśli partia nie będzie wysuwała zastrzeżeń.
Poza tym wysunął[em] moje wątpliwości, że nie chciałbym jednak przez stawianie mej kandydatury usuwać od tego Gierowskiego, albowiem nie chciałbym wywoływać wrażenia, że staję w poprzek jego karierze. Rektor odpowiedział, że nic nie ma przeciw Gierowskiemu, ale uważają zgodnie, że należałoby na te stanowiska wysuwać profesorów starszych, mających odpowiednie doświadczenie. Ostatecznie obiecał się porozumieć z partią i dokładnie podać mi jej opinię, bym się mógł ostatecznie ustosunkować do propozycji.
Jadąc wieczorem ze środy na czwartek do Warszawy, spotkałem się w wagonie sypialnym z rektorem. Wobec jednak obecności osób innych nie mogłem z nim rozmawiać i dopiero rano, przy wysiadaniu rektora, dowiedziałem się, że mówił100 i partia wysunęła obiekcje.
Na posiedzeniu wyborczym 14 czerwca Inglot uprzedził mię, że w porozumieniu z rektorem wysunie kandydaturę Gierowskiego. Tak się stało. Z obecnych jedynie Czyżewski101 wysunął kandydaturę Wankego, który jednak oświadczył, że uważa kandydaturę Gierowskiego za lepszą. W głosowaniu otrzymał Gierowski wszystkie głosy prócz dwóch: jednego za Wankem i jednego pustego.
Po zebraniu udałem się do gabinetu rektorskiego, prosząc o przedstawienie stanowiska partii. Oświadczył [rektor], że w partii stwierdzono, że nie mają przeciw mnie zastrzeżeń, że uznają argumenty rektora, ale jednak uważają, że nie byłoby dobrze wysuwać kandydatury zdeklarowanego katolika.
Na zapytanie rektora, by podali jakieś moje polityczne wystąpienia katolickie, nie potrafili niczego wysunąć. Na stwierdzenie, że Gierowski uchodził też za katolika, oświadczyli: „Tak, ale jest bezpartyjny”. Szerzej omawiał sprawę w ministerstwie, gdzie zastrzegając się, że przeciw mnie nie mają zarzutów, jednak oświadczyli, że nie mogą pozwolić, by ze strony reakcji partyjnej mogły być podniesione słusznie zarzuty, że w wyniku udzielenia autonomii uniwersytetom znaczną część stanowisk objęli katolicy. Z tego też względu oświadczają się przeciw mej kandydaturze. Z tego powodu, by mnie nie stawiać w trudnej sytuacji, zrezygnował z mej kandydatury.
Odpowiedziałem, że uczynił słusznie, albowiem w tych warunkach uważałbym, że zarówno ze względu na uniwersytet, jak i na moją osobistą sytuację nie przyjąłbym kandydatury.
29 sierpnia 1958
Wróciłem przed paru godzinami z pogrzebu Tadeusza Mikulskiego102. Przemawiający w imieniu miasta przewodniczący MRN103 Bolesław Iwaszkiewicz słusznie zauważył, że ktokolwiek będzie pisał dzieje życia kulturalnego we Wrocławiu w okresie powojennym, będzie musiał się zetknąć z osobą Mikulskiego, i słusznie. Wspomnijmy więc o nim to, co wiemy.
Nie pamiętam absolutnie, kiedy się z Mikulskim zetknąłem po raz pierwszy. Chyba najprawdopodobniej na radzie wydziału, w jednym z małych pokoi odrestaurowanego skrzydła głównego gmachu uniwersyteckiego, na parterze. Rychło doszła do mnie fama o jego niezwykłych zdolnościach, głoszona m.in. przez ówczesnego dziekana Jerzego Kowalskiego104. Z czasem zetknąłem się z jego robotą osobiście. Wiem, ale nie potrafię podać daty, kiedy to było, że byłem słuchaczem jego odczytu o wierszu Kniaźnina do wąsów105. Prawdopodobnie byłem na odczycie tym w Towarzystwie im. Adama Mickiewicza106. Wiem w każdym razie, że uderzyła mię z jednej strony świetna forma odczytu, z drugiej – trochę zdziwiła nieobecność jakiejkolwiek społecznej podbudowy, w gruncie rzeczy, powiedziałbym, formalistyka badań.
Mikulski mieszkał początkowo z żoną w jednym z hoteli uniwersyteckich czy też raczej w jakimś mieszkaniu niezbyt dostosowanym do użytku, po czym przeniósł się do willi na Oporowie. Wobec tego, że łączył nas wspólny kult Pigonia107, zbliżyliśmy się do siebie, nie pamiętam już, w jakich okolicznościach. Wiem, że jeszcze chyba jesienią 1946 [roku] odwiedziłem go w nowym mieszkaniu, gdzie przyjemnie pogawędziliśmy.
Wcześniej jeszcze doszło do zbliżenia w związku z przygotowanym przeze mnie szkicem o pobycie Chrzanowskiego108 we Wrocławiu. Nie wiedziałem wówczas, że Mikulski zajmował się już tym tematem, albowiem widocznie chciał go wprowadzić do ogłoszonych potem przez niego Spotkań wrocławskich109. Muszę przyznać, że zachował się – mimo tego, że tym samym wchodziłem mu w paradę – niesłychanie taktownie. Szkic mój ogłosiłem w czasopiśmie wydawanym w Jeleniej Górze przez Stefana Marię Kuczyńskiego pt. „Śląsk”. Mikulski potem postarał się, by szkic ten wyszedł jako odrębny tomik, wydany przez jego zakład uniwersytecki.
Tytuł wydawnictwa brzmiał: „Archiwum Przeszłości Instytutu Historii Literatury Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego”. Zeszyt pierwszy: Ignacy Chrzanowski na studiach we Wrocławiu, Wrocław 1946110. W załączniku ogłosiłem dwa listy Nehringa111, które zinterpretował na zakończenie sam Mikulski.
Od tego czasu przez jakiś czas stosunki nasze układały się jak najlepiej. Gdy Zosia112 przyjechała do Wrocławia i osiedliśmy na Oporowie, poczęliśmy bywać u siebie. Podziwiałem u Mikulskiego wielką wiedzę, niesłychaną skrupulatność i ścisłość naukową, równocześnie jakiś niesłychany, wręcz powiem – niepolski ład dotyczący jego warsztatu pracy. Notatki robione przez niego, egzemplarze jego pracy, jego biblioteka czy też prywatne archiwum, wszystko to przybierało formy doskonałe, piękne, niesłychanie porządne. Przyzwyczajony do mego zawsze nieuporządkowanego biurka z podziwem patrzyłem na czystą powierzchnię jego biurka, z którego wydobywał żądane dokumenty w odpowiednich okładkach czy obwolutach, by je potem schować we właściwym miejscu. Na półkach pyszniły się świetnie oprawione książki tworzonej cierpliwie po zniszczeniu warszawskim113 biblioteki. Powoli począłem rozgryzać istotę Mikulskiego, aczkolwiek mimo bardzo życzliwych wzajemnych stosunków nigdy nie byliśmy całkowicie blisko. Wydaje mi się, że był to człowiek z kategorii tych, co swą potrzebę kultu przenoszą na naukę. Służył on nauce, dbając o piękno swego języka, troszcząc się o nienaganną dokładność podbudowy naukowej swych prac, poświęcając swój czas całkowicie tej wspaniałej bogini. Jak prawdziwy wyznawca dbał nawet o czystość i estetyczny wygląd naczyń kultu – warsztatu naukowego. Kiedyś żartem powiedział, że uważa, że więcej służy Bogu pracując, niż modląc się w kościele. Przy czym, naturalnie, to pojęcie „Bóg” było chyba powiedziane raczej przenośnie, albowiem, jak się zdaje, był całkowicie niewierzący.
Gdy prof. Pigoń bodaj w roku 1947 lub [194]8 był we Wrocławiu, Mikulscy byli u nas z nim na kolacji. Kiedy indziej zaprosili nas, gdy bawił u nich prof. Krzyżanowski114, który początkowo często wpadał do Mikulskich, dość zresztą bezceremonialnie wykorzystując czas Mikulskiego. Byliśmy również na przyjęciu u nich wydanym z racji otrzymania nagrody literackiej miasta Wrocławia115. Mikulski był w takich wypadkach niesłychanie czułym gospodarzem, dbającym o gości, trapiącym się tym, czy wszystko wypadło należycie.
Zetknąłem się z nim również na innym terenie, zgłaszając odczyt na prowadzone przez niego czwartki literackie. Wygłosiłem tam wiosną chyba 1947 roku odczyt o historyczności Potopu. Tekst odczytu, który się wówczas podobał również i Mikulskiemu, ogłosiłem potem dzięki jego uprzejmości w „Zeszytach Wrocławskich” w styczniu 1948 [roku]. Zarówno czwartki literackie, gdzie słyszałem potem Dąbrowską116, Pigonia, Gałczyńskiego117, stały na naprawdę wysokim poziomie i cieszyły się nawet w tym jeszcze mocno nieodbudowanym Wrocławiu stałymi klientami. Również i „Zeszyty Wrocławskie” stały na bardzo wysokim poziomie i było prawdziwą stratą ich zamknięcie.
Nie mogę sobie przypomnieć, co było pierwotnym powodem ochłodzenia się naszych stosunków. Nastąpiło to niewątpliwie w okresie zaczynającego się nacisku ideologicznego, panowania pajdokracji na uniwersytecie118. W tym okresie Mikulski, który, jak wiem, nie uczynił żadnego (przynajmniej w druku) ukłonu pod adresem marksizmu w literaturze (rzecz oczywista marksizmu wulgarnego), cieszył się dzięki swym znajomościom z Żółkiewskim119 pełnym uznaniem, był honorowany, fetowany, nagradzany jako twórca szkoły literatury marksistowskiej. Równocześnie przy boku jego wyrósł popierany przez niego zażarty bojownik marksizmu w najgorszym wydaniu – Ziomek120, asystent jego, potem doktor, przeniesiony potem na stanowisko profesora do Poznania. Nie ręcząc za chronologiczną ścisłość i kolejność, muszę stwierdzić, że na drugiego referenta pracy jego doktorskiej zaprosił mię Mikulski. Już wówczas (działo się w jego gabinecie) z najwyższą niechęcią przyjmował pewne moje zastrzeżenia co do tez historycznych głoszonych w pracy Ziomka. Do silniejszego starcia doszło, gdy będąc prodziekanem wydziału jeszcze wspólnego121 (było to w drugiej połowie 1951 roku) dość zdecydowanie wystąpiłem w obronie Lewańskiego122, którego w związku z przeglądem asystentur Ziomek za wszelką cenę chciał usunąć z uniwersytetu. Pamiętam jak dziś, jak spotkaliśmy się na korytarzu przy Szewskiej 49 z Mikulskim, ja i Biliński123 (wówczas dziekan), i gdy ja trochę złośliwie, gdy była mowa o zatrudnieniu Lewańskiego, rzuciłem pytanie: „Kto rządzi w katedrze?”. Pytanie było złośliwe, a w dodatku Mikulski, dobry i życzliwy dla ludzi, był drażliwy. W dodatku w tym mniej więcej bodaj czasie, gdy na senacie była mowa o jakiejś nagrodzie i Kulczyński124 wysunął jako twórcę szkoły marksistowskiej i kandydata do nagrody Mikulskiego, zapytałem się, za jakie dzieło marksistowskie chcą go nagrodzić. Zapewne doniesiono o tym Mikulskiemu i to wystarczyło.
Odtąd, można powiedzieć, Mikulski mię unikał i jedynie w towarzystwie witał niejako z konieczności, z nietajoną niechęcią.
Ostatni raz skrzyżowałem me posunięcie z zamiarami Mikulskiego przed przeszło rokiem. Mianowicie bodaj w czerwcu 1957 [roku] wobec rezygnacji M. Jakóbca z przewodnictwa w Radzie Naukowej Ossolineum miano wybrać nowego przewodniczącego. Marian [Jakóbiec] umówił się z Inglotem, że ten zgodzi się, aby go wybrano. Tak było też uzgodnione z władzami Ossolineum. Raptem, gdy przychodzę na wybory, dowiaduję się od Mariana, że Lutman i Kiernicki125 w ostatniej chwili zmienili swą decyzję i chcą elekcji Mikulskiego, który się na wybór godzi. Rzecz jasna, że wściekły na taką nieoczekiwaną zmianę odpowiedziałem, że w żadnym wypadku na Mikulskiego nie będę głosował. Ostatecznie zgłoszono, skutkiem braku porozumienia, dwie kandydatury. Obaj kandydaci zaczęli wobec tego zgłaszać swą chęć ustąpienia drugiemu, aczkolwiek obaj przyjęli kandydaturę. Żaden na serio o ustąpieniu nie myślał. Ossolińskie władze usiłowały wówczas doprowadzić do tego, by jednak Inglot zrzekł się kandydatury. Wówczas jednak wściekłem się i powiedziałem, że szkoda czasu i ponieważ obaj przyjmują kandydaturę, należy po prostu głosować. Nieoczekiwanie i dla mnie został wybrany Inglot. Mikulski przejął się tym silnie i wyszedł, nie czekając na koniec posiedzenia. Niedługo potem poważnie zachorował, jak przypuszczają lekarze, w związku z przeżyciem psychicznym.
Mikulski zmarł nagle przed południem 26 sierpnia 1958 [roku], podchodząc do telefonu, jak mi powiadano, na wylew [krwi] do mózgu. Nie była pewna sprawa jego pogrzebu. Jak mi mówiono, chciał być pochowany po świecku, wobec tego, że niechętnie odnosił się do religii i kleru. Na życzenie rodziny pogrzeb był jednak kościelny, w dużej mierze dzięki temu, że jezuici z parafii uniwersyteckiej nie czynili przeszkód. Podobno domagali się tylko stwierdzenia, czy nie występował publicznie przeciw Kościołowi, czy miał ślub kościelny z żoną. Mszę odprawiono też przy zwłokach w kościele św. Macieja, po czym wyniesiono je na dziedziniec Domu Steffensa126.
Również przy złożeniu do grobu był ksiądz i odprawiał modlitwy. W klepsydrze wydanej przez senat było zawiadomienie o nabożeństwie.
Jak mi opowiadał Popkiewicz127 (partyjny), Ewa Maleczyńska, która przyszła na dziedziniec [Domu] Steffensa, podeszła do nich i pierwszym było stwierdzenie, jak śmiał senat zapraszać na mszę św[iętą]. Oto jak dba dawna nauczycielka Sacre Coeur128 o prawomyślność władz.
W szóstym numerze „Odry” wydrukowano artykuł A. Kowalskiej129 o Mikulskim, w pewnym stopniu potwierdzający moje uwagi130.
Wrocław, 29