Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Mieli wyginąć, a dziś żyją obok nas – niezwykła historia Jaćwingów
Północno-wschodnie krańce dzisiejszej Polski nadal tętnią nieopowiedzianymi historiami. Zapisane są one w wydeptanej wieki temu ziemi. W kolejnej części „Nostalgii Wschodu” poznasz zapomnianą historię zachodniobałtyckiego ludu Jaćwingów, który w późnym średniowieczu zamieszkiwał tereny między Wielkimi Jeziorami Mazurskimi, Niemnem i Narwią. Poznaj ich świat i spotkaj się z duchami przeszłości, które dadzą Ci świadectwo z czasów, gdy ten region znajdował się pod panowaniem Litwy, Krzyżaków, Rzeczpospolitej, Tatarów, Mongołów, carskiej Rosji, Związku Radzieckiego, Krzyżaków i Niemiec.
„Nostalgia wschodu. Jaćwieska rubież” to podróż w głąb czasu i przestrzeni, jednak zawsze z perspektywy współczesnego globtrotera, który wnikliwie osądza przeszłość i czas, w którym sam się znajduje. To wyprawa, która sprawi, że zapragniesz odkryć te niezwykłe ziemie i ludzi na nowo.
Szurpiły… Mityczne grodzisko ludu, który przepadł, rozpłynął się w zawierusze dziejów. […] Czcili wody, źródła, święte gaje, kamienie – szczególnie te wyraziste, góry, podobne do tej. Kapłan wspinający się na szczyt wchodził w sferę sacrum dosłownie, przekraczał progi nieba, nawiązywał bezpośredni kontakt z bogiem (bogami). […] Wał - wysoko, przede mną. W dole - jeziora, przestrzeń zamierająca daleko na horyzoncie, z ziemi pchają się wypryski kamieni; usiłuję zrozumieć, wniknąć w gorycz ich przegranej, ale ona nie oznacza końca. Santor, Możdżer to pierwsze nazwiska polskiej kultury tworzonej teraz; jednocześnie stare, jaćwieskie imiona, które odezwały się do nas po siedmiuset latach. A ile imion czeka na odkrycie? Ludzi nauki, zaprawionych wojowników, którzy bili się w naszych bitwach, powstaniach, wojnach aż po ostatnią? „Nic się nie kończy, wszystko się zaczyna”, mówi wiersz…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 261
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Adam Wiesław Kulik
Nostalgia Wschodu
Jaćwieska rubież
Trzydzieści parę lat temu postanowiłem samotrzeć – z MAT (Markiem Antonim Terleckim) i HS (Henrykiem Szkutnikiem) – artystami malarzami, odkryć dla siebie północno-wschodni zakątek Polski, spenetrować ziemie Jaćwingów. Oni liczyli na nowe inspiracje, mnie dręczył problem zagłady jaćwieskich plemion w XIII wieku, ich średniowiecznej cywilizacji, dokonany przez rycerzy z czarnym krzyżem na płaszczach. Jaćwingowie byli o krok od sformowania plemiennego, federacyjnego państwa i zanim zdążyli okrzepnąć, zostali rozbici do tego stopnia, że 200 lat później pamięć o nich, ich język zniknęły z powierzchni ziemi. Nigdy nie jest tak, że coś, co istniało, nawet w sferze myśli, przepada raz na zawsze i bezpowrotnie. Tym bardziej jeśli była to grupa plemion o sprawnej organizacji (łupieżcze wyprawy na Polskę i Ruś), własnej kulturze (odrębny język, wierzenia, gospodarka) i dużych możliwościach mobilnych (sprawna organizacja wojennych eskapad, pozostałości monumentalnych grodzisk). Jakieś ślady musiały zostać w nazewnictwie rzek, jezior i miejsc, może imiona, odmiejscowe nazwiska. Byłem ciekaw tej zaprzeszłej przeszłości, liczyłem na materiał do kolejnej książki, którą mógłbym zamknąć peregrynacje po Ścianie Wschodniej.
Rok przed wyprawą na ziemie Jaćwingów otarliśmy się z MAT o miejsca bitew, enklawy rdzennie ruskie w katolickiej Polsce, jak Jabłeczna, z jedynym wówczas męskim klasztorem prawosławnym. Najechaliśmy zapomniane miejsce koronacji króla Rusi w Drohiczynie, ale największe wrażenie zrobiła na nas Święta Góra Grabarka, zatopiona w aurze ni to starosłowiańskiego uroczyska, ni miejsca zgromadzeń tysięcy pokutników ze środka i wschodu Europy. Wieniec 7000 krzyży wokół sczerniałego chramu wynurzał się wprost ze średniowiecza, surowość miejsca pozbawionego cywilizacyjnych śmieci zrobiła na nas piorunujące wrażenie, które po roku wciąż było świeże i kazało tam wrócić. Jechaliśmy nieśpiesznie, gadając po drodze z autochtonami, szperając po zakamarkach, rozumiejąc się bez słów, jak zwykle bywa, gdy zejdą się indywidua o podobnej wrażliwości i patrzeniu na świat i sztukę. Wyprawa należała do najbardziej udanych, jakie kiedykolwiek odbyłem, wliczając parne i zalatujące fetorem Indie, Sri Lankę czy Kapadocję. HS chłonął nasze opowieści, chciał dotknąć kresowej egzotyki, jak to malarz. Ja miałem powód własny.
Plan był prosty: z Zamościa do Sycz koleją, stąd rowerami do Grabarki, dalej znów koleją. Właściwa podróż miała zacząć się tam, gdzie skończyła się rok wcześniej, w okolicach Puszczy Białowieskiej, w bliskim sąsiedztwie Jaćwingów.
Jadąc tam teraz, 30 lat później, kiedy zdążyło wyrosnąć nowe pokolenie, mogłem sprawdzić namacalnie i naocznie, jak zmienia się czas, a w nim ludzie, przestrzeń i nasze myślenie o niej. W ciągu tych lat padło znienawidzone sowieckie imperium, które trzymało nas pod butem bez mała pół wieku, zrzuciliśmy kajdany, byliśmy wolni! Tak przynajmniej czuliśmy. Zmienił się ustrój, a z nim cały środek Europy. Otworzyły się granice i ludzie zachłysnęli się wolnością, możliwościami korzystania z niej.
Namiestnicy sowieckiego hegemona, sekretarze partii od gminy po Komitet Centralny pezetpeerii, jak za dotknięciem różdżki cwanego Demiurga przepoczwarzyli się z komunistów w pełnoprawnych demokratów i zamiast pokutować w czyśćcu o chlebie i wodzie za trzymanie milionów za żelazną kurtyną, pod kacapskim butem, pojechali do Brukseli zgarniać prawdziwe pieniądze w europejskim parlamencie. Udawali, że „cuch surowego czosnku”, którym przesiąkli za komuny, ich nie dotyczy. Wybrani w demokratycznych wyborach przez tych, którymi jeszcze niedawno pomiatali i do których kazali strzelać. Pieniądze, których tak skąpili innym w komunistycznym raju, lub raczej nie pozwalali ich zarobić, bo wszystkim miało być po równo (co nigdy nie zaistniało ani tu, ani tym bardziej w „ojczyźnie światowego proletariatu”), teraz stały się ich najpilniejszym przedmiotem pożądania. Przodowali w tym wyścigu trzej byli premierzy: Miller, Belka i Cimoszewicz. Wydawało im się, że galopują w pełnym pędzie na mierzynkach wprost do zachodniego raju, który ledwie wczoraj nazywali zgniłym, imperialistycznym Zachodem, trzymanym na pasku znienawidzonej Ameryki.
Europejskie elity Francji, Niemiec, Anglii i pozostałych państw, różowe z własnej, nieprzymuszonej jak nasze woli, przyjęły „prawdziwych Europejczyków komunistów” z otwartymi ramionami. Nikt nie wytykał im więzień, cenzury, panoszenia się, tajnej policji, która trzymała w strachu miliony ludzi, skrycie szpiegowała, donosiła, skrycie lub jawnie mordowała, by oni mogli rządzić w imieniu Moskwy, mając łazienki wyłożone od posadzki po sufit papierem toaletowym i proszkiem do prania, gdy inni musieli po te „dobra” stać godzinami w kolejkach od piątej rano. O żółtym serze, lodówkach, plecakach turystycznych nie ma co wspominać, bo nawet pięciokrotnie dłuższe stanie w ogonkach nie gwarantowało ich nabycia. A były to lata 70. XX wieku! Samochody rozdawali na talony, jeśli komunistyczna partia i władza chciały, żebyś miał auto, dostawałeś, jako zaufany, swój człowiek, talon. Oznaczało to, że musiałeś śmierdzieć czosnkiem jak oni. W salonie musiałeś odczekać kilka miesięcy, zanim mogłeś kupić mikroskopijnego fiata 126p. Za Gierka kosztował siedemdziesiąt parę tysięcy złotych, zarabiałeś 3000, które wystarczały na wegetację od pierwszego do pierwszego, więc musiałbyś odkładać po parę złotych miesięcznie ze 100 lat!
Tymczasem ci, co obalali moskiewską dyktaturę, narażali się na szykany, więzienia, nadal biedują, jak biedowali. I, o dziwo, w europarlamencie nie budzą zaufania u wielkich Zachodu. Z prostego powodu: w przeciwieństwie do naiwnego lub cynicznego, zaprawionego marksizmem zachodniego establishmentu, teoretyzujących elitek, nie chłoną jak gąbka marksistowskiej ideologii, bo noszą jej piętno wypalone w duszy. Pamiętają o tych, którzy zginęli, by oni mogli żyć. Nie mogą zapomnieć, jak rzygali od wtłaczanych nachalnie, o każdej porze dnia i nocy, pochwalnych słów gloryfikujących znienawidzony Związek Radziecki. Sączonych od baru mlecznego, warsztatu ślusarza, po rzężącą telewizję i nadęte, partyjne spędy w Sali Kongresowej – największej w kraju.
Pamięć nie zawsze bywa oczywista, zwłaszcza dla lewackich elit, zawzięcie upierających się przy majstrowaniu nowego człowieka. Jakby człowiek bez przymiotnika „nowy”, „postępowy” i demokracja bez epitetu „socjalistyczna” lub „liberalna”, nie były wystarczające. Taka pamięć jest niebezpieczna, dlatego budzi niepokój i nieufność u wszystkich zahipnotyzowanych jakąkolwiek ideologią, którzy znają tylko jedną drogę: narzucić, zdominować, podporządkować, wykorzystać i jeśli mogą – zabić.
Tymczasem Zachód, do niedawna „zgniły”, gna jak opętany w stadnym pędzie, podmalowany na czerwono i tęczowo (komuna odnalazła w „zachodniej zgniliźnie” własne marksistowskie kolory!), opętany pojęciami równości i wolności, które w dziwny sposób zamiast czynić człowieka równym i wolnym, próbują mu nałożyć nowe-stare pęta zmodyfikowanego bolszewizmu. Wykształcona w „nowoczesnych” szkołach progresywna młodzież, ta po gimnazjach i zreformowanych liceach, z których wyrzucono historię ich kraju, nie kojarzy, że ich rodzice jeszcze 30 lat temu zarabiali po 20, 30 dolarów miesięcznie, próbując za wszelką cenę przetrwać. Otumaniona lewicowym blichtrem wolności (inwersja: pełzającym, zakamuflowanym postbolszewickim zamordyzmem), tym razem sączącym się o każdej porze z tzw. niezależnych, prywatnych mediów, nie jest w stanie odróżnić tej właściwej, zakodowanej odpowiedzialnością za słowa i czyny, od anarchii, gdzie wszystko wolno: zbluzgać prezydenta – mając 20 lat! – którego wybrała w wolnych wyborach większość rodaków, wedrzeć się do kościoła podczas liturgii, by splugawić świątynię (patrz: posłanka do sejmu Scheuring-Wielgus), prowokować ludzi do wyjścia na ulicę podczas szalejącej pandemii, łamiąc zakazy i lekceważąc zwykły rozsądek (prawniczka Lempart i jej kompanki), którym, zdawałoby się, każdy powinien dysponować przynajmniej w podstawowym wymiarze.
W kraju rządzonym po kolejnych wyborach przez elity wolne, demokratyczne i tolerancyjne (inwersja!) chamstwo i prostactwo popłacają: Scheuring-Wielgus wkrótce wskoczy na „najbardziej właściwy dla niej” stołek wiceministry kultury i dziedzictwa narodowego, podpułkownik służb Sienkiewicz jak najbardziej nada się na ministra kultury i likwidatora publicznej telewizji i radia. Dopiero co były rzecznik praw obywatelskich rozwali sądy i prokuraturę, łamiąc nie tylko konstytucję, przede wszystkim sparaliżuje system prawny kraju, podwalinę, na której wspiera się państwo. Lepszej megatonowej bomby paraliżującej system sprawczy czterdziestomilionowego narodu Niemcy i Rosja, od 300 lat wyjątkowo nam przyjazne w grabieży ziem pomiędzy Bugiem a Odrą, nie mogły wymyślić. Stary-nowy premier tradycyjnie szprycuje się Witkacym, Ionesco i Mrożkiem. Od rana do wieczora…
Obrazu dopełniają partyjki, których wodzowie, w poczuciu dawnej, socjalistycznej bezkarności zakodowanej z tyłu głowy, braku odpowiedzialności za słowo, nie mówiąc o jego skutkach, nawoływali młodzież do masowych protestów, które podczas pandemii zbierały śmiertelne żniwo. Ludzie umierali, a lewicowa hołota podżegała nieopierzone, naiwne dzieciaki (które kręci sama możliwość protestu, bo czują się wtedy takie dorosłe!) do hucpy z tańcem śmierci w tle.
Niekiedy starałem się przekonać aktorów, że się mylą w swoim mniemaniu i że przyciągaliby więcej ludzi i okryliby się większą chwałą przedstawiając komedie zbudowane wedle wymogów sztuki, a nie niedorzeczności, tak są uparci i w swoim przekonaniu zakorzenieni, iż nie masz rozumowania ani oczywistości, które by im zmienić je kazały.
My w tym żyjemy. Nie na kartach książek wybitnych pisarzy, którzy 500 lat temu opisali podobne błazeństwa i niedorzeczności, ale w tzw. realu.
Zacząć jednak trzeba od początku.
*
Drugiego lipca 1989 roku, o wpół do siódmej, Rynek Wielki w Zamościu jeszcze drzemał. Podcieniami przemykał ktoś do pracy, pijaczek płynnym krokiem ruszał na łów, królowała cisza. Czyste powietrze pachniało latem, optymizmem, dopiero co odbyły się pierwsze od wojny autentyczne wybory. Na razie z koncesją dla czerwonych, ale to przecież pierwszy krok. Wyłom w murze, za którym wolność stała naga i bez przymiotników!
Zataczam kręgi objuczonym wagantem, nie ma ich. Podjeżdżam pod mieszkanie HS; rowery oparte o ścianę, gramolą się niby żwawo, a jakoś sennie. W plątaninie sakw, kierownic, szprych, opon i pedałów wyławiam sylwetki. HS, istny Portadello, obszerne portasy po kolana. Kiedy po trzech dniach jazdy jego nienagannie białe łydki zmienią kolor na wściekle różowy, zyska przydomek „della Rosa”. Rower MAT ma wszelkie możliwe udoskonalenia z wyjątkiem klaksonu i lebiodki. Jak on kocha te dwa kółka, spięte błękitnym trójkątem rur. Błyszczące od chromu na dźwigniach hamulców i obręczach kół. Jak on to kolorowe żelastwo pieści.
Jedziemy. Piętrowa drynda osobowego pociągu ciągnie nas do Dęblina. Pojadamy kanapki, nie było czasu na śniadanie. HS jeszcze dobrze nie odjechał, już niespokojny:
– Mam złe przeczucia, z pierwszej napotkanej poczty dzwonię do domu.
– Wyrwał się spod opieki żony bez pozwolenia – mruga porozumiewawczo MAT. Patrzy na swój rower, który, najbardziej obciążony, wibruje w rytm jazdy: – Najładniej tańczy, najbardziej zalotny – powiada z czułością. Kocha przy nim dłubać.
W Syczach, po przesiadce, jesteśmy pod wieczór. Stąd krok do Grabarki. Na miejscu przejmujący zapach ziół i lasu, klimat świętego uroczyska. Nic nie zmieniło się od roku. Słowiańskość miejsca poraża; jeśli ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, jaką aurą musiały promieniować świątynie Polan, Wiślan, Ślężan czy Lędzian, powinien tu przyjechać. Odczuje to namacalnie.
Przyjechaliśmy za późno, noclegu u prawosławnych sióstr, które mieszkają w klasztorze i opiekują się miejscem, nie załatwimy. Przyjmuje nas do stodoły, na siano, Jan Gorczkowski. Kolacja na wytoczonym przed stodołę wozie o gumowych kołach i spać.
Rano, przy wozie na parę koni, osobiste wynurzenia HS, który jeszcze nie przeszedł z cywilizacji w rytm drogi. Wysłuchujemy teorii krycia domów strzechą, po niej rozmyślań typu „czy musi przyjeżdżać krytyk z Katowic, żeby powiedzieć prawdę o moim malarstwie”. Dalej poszły oczywistości: „zaskoczyło mnie, że nie ma tu dobrych dróg” oraz „brak polskich nazwisk na cmentarzach, tylko ruskie…”. Otrzaskani we wschodniej egzotyce z MAT puszczamy mimo uszu. Ale jest i wątek polityczno-gospodarczy, kończył się nędzny czas Peerelu i dziś nikt nie wpadłby na pomysł, wówczas tak oczywisty:
– Szedł cement w beczkach do Związku Radzieckiego – powiada gospodarz – kolejarze zaciekawieni: dlaczego w beczkach? Otwierają jedną, a tam masło!
– Założyli podwójne dno – uspokaja MAT. – Za drugim na pewno był cement.
Gorczkowski dokłada:
– O wpół do czwartej człowiek wstaje, wpół do jedenastej do snu się położy, a godzina orki traktorem: pięć tysięcy! Trzy tysiące – młócenie maszyną.
– Jak pan daje radę?
– Co na polu, maszyny zbiorą. Co w stodole, mam te półtora kija… Mieszkał tu jeden… Po cichu dostarczał wódkę… Ktoś doniósł, zrobili domiar, dwieście tysięcy. Przejął się, oddał ziemię państwu, poszedł do domu starców, trzepnął głową parę razy o mur i tak skończył…
Dwieście tysięcy to miara roku 1989, denominacja złotego dopiero za sześć lat.
W Grabarce, razem z MAT. Fot. Henryk Szkutnik
Idziemy do cerkwi, jak do człowieka, do domu. W sercu spokój i cisza. Nie przyjechałem szukać potwierdzenia, nie przyszedłem prosić, pytać. Chciałem tu być, tylko być. Patrzył na nas, jak my na sczerniałe deski skrywające Jego tajemnicę. Na wyrośniętych chłopców, których nie dosięgło jeszcze życie, choroby, rozwody, problemy dzieci. Mimo biedy, szarego, wciąż jeszcze socjalistycznego bytowania czułem się wewnątrz radosny, wypełniony wszechobecną, szczęśliwą, żarliwą myślą, której nie potrafiłbym nazwać, a która spowijała mnie jak kokon. Nie mówiłem, nie myślałem słów, wiedziałem, że to modlitwa, żarliwa jak rzadko się zdarza. Nie przypuszczałem, nie przeczuwałem tej żarliwości, bliskości i zarazem pewności, że wiem. Że to jest. Że nie śnię, niczego nie wymyślam. Byłem szczęśliwą drobiną w bezmiarze Potęgi, która spływała ku mnie od tysięcy sczerniałych krzyży… Ciężar dzieciństwa, od którego nie ma ucieczki, wpisane poczucie osamotnienia, obcości, niezdarne gry najbliższych, bo tylko gry, odpłynęły, nie miały znaczenia. Nie było ich. Zanurzony w zapach starego drewna i ziół czułem się szczęśliwy jak nigdy, bezpieczny, wypełniony po brzegi. Mogłem jechać…
W milczeniu, uważnie, wracałem… To nie był czas na rozmowę. Nawet gdyby był, nie chciałem mówić… MAT mógł przeczuwać, patrząc, jak zastygam.
Odjechaliśmy.
Wróciłem z ekipą w 2007 roku, realizując trzeci odcinek cyklu Z biegiem Bugu[1]. To był już inny czas i mnie się wydawało, że sam jestem inny. A to tylko chwilowa zmiana anturażu, człowiek, psychika nie zmienia się tak szybko, dostosowuje się do zmiennych okoliczności, nawet nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. W głębi siebie pozostaje dalej sobą.
Spokojny, cichy asfalt niósł nas w słońcu do Mielnika. Bug od czasu do czasu lśnił mięsiście w drzewach i płyciznach brzegu. Pod mielnicką cerkiew wiedzie długi podjazd. Obok niej ze 20 krzyży wkopanych w ziemię. Parafię założono w 1341 roku. Klimat Grabarki rozpłynął się, byliśmy już gdzie indziej, tu i teraz. Środek wsi zajmowała ogiernia pod wdzięczną nazwą Wczasowa, naprzeciw niej sterczała stara kapliczka, wysoki słup na planie kwadratu. Za nią pagór ze śladami rowów, fos? Okopów? Spod trawy wyłaziły czapy głazów.
Przesmykami, pomiędzy chałupami, wydostajemy się na nadbużańskie łęgi. Masywne, długie płaskodenki przymocowane do zwalonych pni kołyszą się majestatycznie, jak na przedwojennych, barwnych pocztówkach. Przypominają się Czahary Rodziewiczówny. Jest w tej rzece to samo ciepło, które zapisała na kartach książki. Jest go aż po moment zawahania: może rzucić wszystko, osiedlić się tutaj i żyć obok wyniosłej, promieniującej magią rzeki? Bez umizgów do kogokolwiek o cokolwiek, tak by natura wyznaczała bieg.
Nadchodzą hałaśliwe podlotki. Przebierają się i do Bugu. Pojadając, komentujemy z przyjemnością formy rozwojowe. Dziewczyny zachowują się jak dorosłe kobiety, raz po raz przepływają przed nami, przechodzą brzegiem. Przyjmujemy tę grę.
Krótka sjesta i rwiemy na zamkową górę. Na szczycie szczątki fundamentów po kaplicy-pomniku Aleksandra Newskiego, pamiątka po zaborach. Pod trawą pozostałości mielnickiego zamczyska, w którym zawarto unię mielnicką (1501): wielki książę litewski Aleksander Jagiellończyk, świeżo obrany na króla Rzeczpospolitej, przekazał panom polskim i litewskim część monarszych uprawnień. Pięć lat później, w tym samym zamku, panowie polscy i litewscy prosili księcia Zygmunta, by przyjął koronę polską. Historia nazwała go Starym.
Był Mielnik strategicznym grodem pogranicza polsko-rusko-litewskiego, wcześniej ważnym miejscem, w którym wyznaczano koncentrację wojsk na odwetowe ekspedycje przeciw Jaćwieży. Dawnej świetności można się dopatrzeć w ruinach gotyckiego kościoła z czerwonej cegły i granitowych głazów, pamiętającego królów, sejmiki szlachty i… Szwedów, po których miasto do dziś nie zdołało się dźwignąć.
Nadbużańską skarpą wracamy do Siemiatycz. Trasa kipi od zakrętów, płytkich bużysk, załamań światła w wodzie. MAT i HS grają w ping-ponga pod nazwą humor abstrakcyjny. Wysłuchuję facecji o ojczymie MAT, który miał na imię Romek.
– Ile razy przychodziłem do domu, a był lub nie był, pytałem: Rzymek jest? Do końca, Panie świeć nad jego duszą, nie załapał, o co chodzi. Lubiliśmy z matką mówić swoim językiem, skrótami. Doprowadzało go to do wściekłości.
Załadowane w Siemiatyczach rowery wyprowadzamy z wagonu w Hajnówce. Zaplanowana drzemka do świtu na miejscowym dworcu bierze w łeb. Po północy w dworcowej poczekalni zjawia się młody, elegancko ubrany człowiek, zalany w pestkę. Jego alkoholową, natarczywą namolność osadza MAT:
– Idź stąd!
I człowiek wybywa. Ale nie może na miejscu wysiedzieć urażona wrażliwość HS. Patrzymy ze spokojem, jak wsiada na rower i też się wynosi. Gdzie można jechać samotnie rowerem po północy? Niechętnie zbieramy się za nim. Na środku placu przed dworcem w Hajnówce spowiedź: HS wysłuchuje kolejnej, najważniejszej historii życia. Nic nam do tego, przejeżdżamy obok, by zatrzymać się pół kilometra dalej. Po półgodzinie HS odnajduje nas przed księgarnią.
– To syn generała – mówi. – Pokłócił się z ojcem.
Skąd w Hajnówce generał? Co nam do tego? I dlaczego musimy się tłuc po nocy z powodu chłopaka, który się zakuł?
Wjeżdżamy w bór, w stronę Białowieży. Ale jechać się nie da, widoczność na dwa metry. Próbujemy środkiem jezdni, orientując się na jaśniejszy pas nieba pomiędzy ścianami drzew. Nic z tego. Otacza nas czerń jak z obrazów Bogusława Lustyka. To tak, jakby jechać z zamkniętymi oczami. Lokujemy się na trawie w śpiworach i opędzając przed komarami, czekamy świtu. Druga trzydzieści, musimy ruszać, inaczej komary objedzą nas żywcem. Ogacamy się, czym kto ma, i na siodełka. Przenikliwe, wilgotne zimno. Naciągam wszystkie swetry i bluzy, jakie mam.
W połowie drogi do Białowieży śródleśny parking. Słońce wyszło wysoko, komary przestały ciąć, trzeba się przespać. Rozkładamy na ławach z grubego drewna karimaty, na nich śpiwory i… budzimy się o dziewiątej.
Śniadanie w Białowieży łączymy z obiadem. Nęci nas ikonostas z japońskiej majoliki w cerkwi św. Mikołaja, jedyny taki w Polsce. Ale musimy obejść się smakiem, nie ma batiuszki, nikt inny do świątyni nas nie wpuści. Kazał ją wystawić, równolegle z pałacem, car Aleksander III. Cerkiew stoi, po pałacu została tylko brama wjazdowa.
Pałac w Białowieży, pocztówka
Budowano go pięć lat (1889–1894). Jak zwykle najbardziej nęcą ciekawostki, których nie znajdzie się nigdzie indziej: jedną z sal wyklejono znaczkami pocztowymi, pod parkiet, żeby nie skrzypiał (zmora drewnianych budynków), sypano cienką warstwę drobnego piasku. Drewno użyte do wystroju wnętrz długo gotowano i dopiero potem suszono, w ten sposób uzyskało ciemną barwę. Tak jak przez dawne białowieskie dwory polskich królów przewinęło się wiele koronowanych głów, tak w pałacu Aleksandra III gościł regent Miklós Horthy, Herman Göring, Galeazzo Ciano, Heinrich Himmler, ale też Feliks Nowowiejski czy Stefan Starzyński, kiedy wróciła tu Polska. Ogień w pałacu zaniecili Węgrzy wspierający Niemców w czasie II wojny światowej, ruiny zostały rozebrane w 1961 roku. Wyposażenie zdołali wywieźć wycofujący się w 1915 roku Rosjanie, zachowało się do dziś, w Moskwie. Pewne pojęcie o stylu jego architektury daje Dwór Gubernatora, stojący w pałacowym parku.
Kawał byka… Rys. Marek A. Terlecki
W XIII wieku były to ziemie, a raczej puszcze, gdzie krzyżowały się interesy mazowieckich Piastów, książąt wołyńskich, litewskich i plemion Jaćwingów. Do tego trzeba dodać najazdy Tatarów i Krzyżaków. Dość szybko puszcze opustoszały, ludzi wybito lub zagarnięto w niewolę. Pod koniec XVIII wieku stało w Białowieży tylko 20 domów. Można sobie wyobrazić to pustkowie. Trzeci rozbiór Rzeczpospolitej (1795) odciął osadę aż do roku 1915, do Cesarstwa Rosyjskiego. I wojna światowa skonfigurowała sytuację: Puszcza Białowieska znalazła się pod okupacją Niemców, którzy rozpoczęli rabunkowy wyrąb. Przez trzy miesiące, na przełomie roku 1918 i 1919, rządzili tą ziemią Litwini z nadania Niemców. W lutym 1919 przejęło ją wojsko polskie, zaprowadzając naszą administrację.
Białowieżę, Starą Białowieżę oraz wizytę u Kazia w Narewce opisałem w Z biegiem Bugu[2], nie ma co się powtarzać. W Lewkowie Nowym nie jedziemy prosto na północ, do Eliaszuków, jak rok wcześniej z MAT, tylko odbijamy na wschód, w stronę Bondarów i Szymek. Za nimi ma być Jałówka, niegdyś miasteczko, leżąca na samej granicy polsko-białoruskiej. Okolica jest zapuszczona, drogi liche, pyliste, wjeżdżamy w prawdziwy szuterland. Kojarzą się Indie, może coś podobnego jest jeszcze na Syberii, na Bliskim Wschodzie.
Od Szymek asfalt trzeciej kolejności odśnieżania.
Jałówkę lokowała królowa Bona, pani bardzo dbała o rozwój gospodarczy ziem dziewiczych, które z racji tej dziewiczości nie dawały spodziewanego zysku. Ona też fundowała pierwszy kościół. Dalej na wschód jechać się nie da, miejscowość ściśle przylega do granicy. Do trzeciego rozbioru miasteczko należało do powiatu wołkowyskiego w województwie nowogrodzkim.
Jałówka, ruiny kościoła św. Antoniego Padewskiego. Fot. Henryk Szkutnik
Pod koniec ostatniej wojny w pobliskich lasach stacjonował oddział partyzancki majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, w którym wojował Paweł Jasienica. Jeden z najznakomitszych współczesnych historiografów polskich – jego historyczne książki, pisane z talentem, czyta się jak wciągające kryminały. Jak wynika z opisu wydarzeń sporządzonego przez samego pisarza na potrzeby śledztwa (aresztowała go „wolna” Polska w czerwcu 1948), „Łupaszce” imponowało, że ma u siebie pisarza, który w przyszłości odtworzy historię oddziału. Nie ma powodu, by mu nie wierzyć. Jest złośliwością losu, że w rękę myśliciela, historiozofa wkłada pistolet i każe mu stawać przeciwko tym, dla których pisze. Tworzy się przecież dla wszystkich. Pisarz tej klasy musiał przeżywać to jako dramat, nie wiedział tylko, że to dramatu początek.
Ostatnie sceny tragedii dopisało życie w komunizmie lat 60. XX wieku, kiedy za wiedzą i przyzwoleniem Władysława Gomółki, sekretarza generalnego pezetpeerii, zaczęto szkalować Jasienicę, odmówiono mu prawa do obrony (zakaz publikacji). Pismaki rozszczekały się jak psy w autentycznej nagonce; SB podsunęło mu za żonę agentkę, która donosiła na niego dzień w dzień, do śmierci. W dzienniku zapisał: „nie jestem panem swojej szuflady”. Skończyło się ziarnicą złośliwą, wywołaną krańcowymi napięciami nerwowymi. Córka pisarza walczyła przed sądami 10 lat z synem macochy o prawo do literackiej spuścizny po ojcu – przyczynek do praworządności w Polsce.
Tak wyglądało życie w Peerelu: wszechwładni, komunistyczni satrapowie przy użyciu pomagierów niszczyli, co było w kulturze najlepszego. Dziś pełnią funkcję (wciąż pełnią, bo nie są!) posłów, usprawiedliwiają siebie w książkach, naiwni je nawet kupują. Pomagierzy nadal mają się dobrze – kto te książki w końcu dla nich pisze?
Jałówka. Przystajemy koło kościoła Przemienienia Pańskiego. Parafianie odgruzowują ruiny drugiej świątyni, kościoła św. Antoniego Padewskiego, wysadzonego w powietrze przez uciekających Niemców. Ksiądz ma mało czasu, chętnie jednak nawiązuje rozmowę. Oprowadza. Na początku drugiej połowy XIX wieku budowlę kościoła Przemienienia Pańskiego podciągnięto od fundamentów do okien. Po powstaniu styczniowym (1863–1864) zaborcze władze rosyjskie oddały obiekt prawosławnym, którzy ukończyli go jako cerkiew. I doskonale to widać w bryle kościoła, mimo zdjętej kopuły. Tak wyglądały popowstaniowe represje caratu. Wówczas katolicy uparli się i wybudowali drugi kościół (kamień węgielny położono w 1910), pod wezwaniem św. Antoniego. Ten drugi to budowla harmonijna, neogotycka, trójnawowa, jeszcze teraz prezentuje się okazale, mimo że jest ruiną. Po odzyskaniu niepodległości katolicy, którzy zachowali rachunki i dowody rozpoczęcia budowy, sądownie odzyskali pierwszy kościół. Prawosławni nie pozostali dłużni i całkiem niedawno (1958–1966) wybudowali cerkiew niezwykle urodziwą, miękką w formie, na planie czterolistnego liścia koniczyny. Nosi wezwanie Podwyższenia Krzyża Świętego, projektował ją wraz z dzwonnicą-kaplicą Aleksander Grygorowicz.
Wnętrze kościoła Przemienienia Pańskiego: neogotycki ołtarz przeniesiony z ruin kościoła św. Antoniego, obraz przedstawiający Michała Archanioła ukazującego „Któż jak Bóg”, z drugiej strony spychającego grzeszników w czeluści piekieł. W prezbiterium dwa barokowe obrazy z wizerunkami Matki Bożej i Ukrzyżowanego.
– Ludność jest pół na pół prawosławna i katolicka – mówi ksiądz. – Prawosławni jakby z kompleksem niższości. Przed wyborami powiedziałem, żeby głosować na mądrych, prawych i praktykujących katolików. Po pewnym czasie naczelnik gminy zarzucał mi, że mieszam się w politykę. Wymienił nawet nazwisko prawosławnego, który doniósł.
Ksiądz nie ma pretensji. Kilkakrotnie pada w rozmowie „bracia prawosławni”.
Przy ruinach kościółka św. Antoniego ciężko pracują kobiety. Rozbijają kilofami większe kawały gruzu, po czym wrzucają je na przyczepę. Jedyny mężczyzna wywozi. Sondujemy księdza, czy świątynia będzie odbudowana.
– Robimy, co możemy, ale dziś na to nas nie stać. Przed wojną parafia była bogatsza, kościół stał w centrum okalających go wiosek. Dziś jesteśmy przyciśnięci do samej granicy, jakby przecięci na połowę. Dużo ludzi starszych, nie ma kto pracować. Te same problemy trapią prawosławnych.
– Mamy około tysiąca wiernych – powie batiuszka. – W większości to emeryci.
Zastanawiam się, skąd wzięli pieniądze na budowę tak pięknego obiektu dla nielicznych, ale nie dopytuję. Nie moja sprawa. Sprawia mi radość, że gdzieś w Polsce, na samych jej krańcach, można takie cudo znaleźć. Wnętrze cerkwi bardzo przestronne, niezwykle harmonijne. Pod sklepieniem nieustający brzęk pszczół, które zbierają nektar z pobliskich lip. Zakola poczwórnego liścia koniczyny wzmacniają odgłos – chodzimy w pszczelim śpiewie, oglądamy ikony, rozmawiamy.
Jałówka, dzwonnica z prawosławną kaplicą. Fot. Henryk Szkutnik
Ikon dużo. Przywożono je z bieszczadzkich cerkwi niszczonych przez „nieznanych sprawców” z premedytacją, metodycznie. Często przy użyciu ciężkiego sprzętu. Ulubiona metoda komunistycznych aparatczyków: rozszarpywanie linami ciągnionymi przez spychacze, buldożery. W ciągu jednej nocy! Niejeden sekretarz pezetpeerii musiał dostać nagrodę, dziś pewnie jest biznesmenem albo posłem. Nigdzie więcej nie zarobi za bezmyślne pohukiwanie w sejmie. Demokracja: można hukać, posługując się logiką kretyna (jeśli taka logika istnieje), organizować pucz w parlamencie, w obiektywach kamer, wyśpiewywać kretynizmy na sejmowej mównicy, wspierać na ulicy małolaty wykrzykujące najobrzydliwsze wulgaryzmy i nazywać to polityczną demonstracją, kłamać do obrzydzenia. Za socjalistycznej demokracji taki aktywista dostałby pałą, odsiedział parę miesięcy bez rozprawy sądowej i do końca życia porzucił myśl o stawianiu się ludowej władzy. Teraz może.
Przy głównych drzwiach duży wizerunek Ukrzyżowanego ze stojącą obok Matką i świętym Janem, u góry Bóg Ojciec. Tło złote, wyciskana ornamentyka. Są stare oleodruki na metalu. W ikonostasie ikony malowane na metalu i płótnie.
Batiuszka zdaje się nie mieć urazy do katolików:
– Musimy siebie poznawać, by się zrozumieć – powtarza wiele razy.
Obok cerkwi murarze kończą dzwonnicę utrzymaną w tym samym stylu. Są to dwie wzajemnie się uzupełniające bryły, gdzie elementem dominującym jest miękka, falista linia.
W wiejskim sklepiku HS odkrywa bardzo dobre korniszony „po starej cenie”. Według nowej (rok 1989) sam słoik kosztuje więcej. Fascynacja jest tak ogromna, że wyjada cały słój. Sklepikarz ma świetne rozeznanie polityczne; na końcu świata i w końcu przeciętny, szary człowiek, a doskonale orientuje się w sytuacji wychodzenia kraju z postbolszewii. Gawędzimy chwilę i nieśpiesznie ruszamy w stronę Bobrownik.
Piaseczki, żwir, polna droga, porąbane plamy asfaltu. HS wlecze się z tyłu, do Świsłoczan dochodzą nas jego ogórkowe westchnienia.
Świsłoczany: krystalicznie czysta rzeka wśród podmokłych łąk i kilkanaście chałupek na pagórku przekrojonym głębokimi koleinami gruntowej drogi. Dużo krzewów bzu, zawalisko, opuszczony dom, przekrzywione ganki, zapuszczone ogródki. Obok skrzyżowania dróg, na niewielkim majdanie rozkładamy się na popas. Wyglądająca przez okno kobieta z przyjemnością ugotuje wodę, kubki podajemy przez płot. Nie śpieszy się nam, pojadamy, polegujemy.
Popas w Świsłoczanach. Fot. Henryk Szkutnik
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
[1]Z biegiem Bugu, odc. I-IV, scen. i reż. A. Kulik, zdj. G. Serej, P. Miłkowski, TV Polonia, 2007.
[2] A.W. Kulik, Z biegiem Bugu, Lublin 2015.
Nostalgia Wschodu. Jaćwieska rubież
ISBN: 978-83-8373-487-3
© Adam Wiesław Kulik i Wydawnictwo Novae Res 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Jędrzej Szulga
KOREKTA: Magdalena Brzezowska-Borcz
OKŁADKA: Wiola Pierzgalska
FOTO: Freepik.com
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek