Pokój w czwartym wymiarze - Yu Jennifer - ebook + książka

Pokój w czwartym wymiarze ebook

Yu Jennifer

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
  • Wydawca: Muza
  • Język: polski
Opis

Caroline i Kenny za życia się nie znali, byli z różnych światów. Jej codzienność kręciła się wokół treningów softballu i rodzinnych obiadów, a jego wokół książek o NASA i nocnych zmian w chińskiej restauracji rodziców.

Ale po ich śmierci, spotykają się w tajemniczym białym pokoju, który wydaje się istnieć poza czasem i przestrzenią. W dodatku na dużym telewizorze pokój wyświetla im życie ich bliskich. Okazjonalnie spełni też życzenia nastolatków, chociaż nie zawsze powstrzyma się od drobnych psikusów.

Gdy Caroline i Kenny obserwują, jak dalej toczy się życie na Ziemi, zdają sobie sprawę, że mogą wpływać na wydarzenia za pomocą sygnałów radiowych, mediów parapsychicznych i zakłóceń elektromagnetycznych. Starając się pocieszyć swoje rodziny, zaczynają również rozumieć tragiczną głębię tego, jak ich życie i śmierć były ze sobą powiązane oraz jak pomóc swoim bliskim — i sobie — z żałobą.

"Pokój w czwartym wymiarze" to poruszająca i wyjątkowa powieść dla młodzieży o życiu pozagrobowym i nieoczekiwanych połączeniach, które można nawiązać po śmierci.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 305

Rok wydania: 2024

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Grief in the Fourth Dimension

Projekt okładki: Anna Jamróz

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redaktorka prowadząca: Agata Garbowska-Karolczuk

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Monika Kociuba, Kamil Kowalski

Text © 2024 Jennifer Yu

Book design by Micah Fleming

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2024

© for the Polish translation by Ewa Skórska

ISBN 78-83-287-3254-4

You&YA

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2024

–fragment–

Dedykuję tę książkę wszystkim moim nauczycielom, którzy przez lata wspierali mnie i zachęcali do pisania. To wy ukształtowaliście każde zapisane przeze mnie słowo.

KENNY 1 | rodzice

Moja mama na moim pogrzebie nie płacze.

Mój ojciec… cóż, płacze za nich oboje. Ma czerwone oczy, spuchniętą twarz. Co chwila wyjmuje chusteczkę z kieszeni marynarki, wyciera łzy i ją chowa, choć za trzydzieści sekund wyjmie ją znowu. Ludzie śpiewają Cudowną bożą łaskę, a ich głosy odbijają się echem od ścian sali w domu kultury. Moi rodzice nie śpiewają ani jednej nuty.

Z przodu znajduje się trumna. Obok niej ustawiono dwa kadzidełka i zdjęcie dziesięcioletniego chłopca, który uśmiecha się do obiektywu zza tortu urodzinowego. Usta ma niebieskie od lukru.

Ten chłopiec to oczywiście ja.

Pewnego razu szukałem informacji do wypracowania z historii i przez pół dnia oglądałem nagrania z pogrzebów różnych światowych przywódców: takie z pompą, tłumami, procesjami i godzinami przemówień. Oglądałem i współczułem rodzinom – zbitym w gromadkę gdzieś na uboczu tej żałobnej zawieruchy, otoczonym przez obcych ludzi, roszczących sobie prawa do zmarłego.

Dlatego cieszę się, że znam prawie wszystkich, którzy przyszli dzisiaj na mój pogrzeb. Iris stoi z Caseyem, Filippem oraz innymi z olimpiady naukowej; Jianyu jest w pierwszym rzędzie z rodzicami. Przyszło też kilkoro nauczycieli, z którymi miałem bliższy kontakt – tutaj, poza salą lekcyjną, wydają się tacy zagubieni i niepewni.

Później, na stypie, do moich rodziców podchodzą ludzie emanujący współczuciem, którzy mówią rzeczy w stylu: „Bardzo mi przykro z powodu waszej straty” albo: „Dajcie znać, gdybyśmy mogli jakoś pomóc” oraz: „Przyniosłam makaron, pomyślałam, że się przyda”. Moja mama za każdym razem zdobywa się na nikły uśmiech i milion razy powtarza to samo:

– Dziękujemy. Jesteśmy ogromnie wdzięczni za wasze wsparcie. Kenny by się ucieszył, że przyszliście.

Tata czasem kiwa głową. Wyciąga chusteczkę. Albo w ogóle nie reaguje.

Chcę im powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Że przeżyli jakoś trzydzieści dwa lata, zanim się pojawiłem, i na pewno przeżyją kolejne trzydzieści dwa już beze mnie. Chcę powiedzieć tacie, że w końcu to on będzie musiał być silny dla mamy, tak jak ona jest teraz silna dla niego, dziękując nieznajomym za pomoc, przyjmując kondolencje i zapiekanki, jakby mogły jakoś uśmierzyć ich smutek. Chcę powiedzieć, że jest mi przykro.

Ale na to już chyba trochę za późno.

2 | pokój

Pokój ma białe ściany, białą podłogę i wysoki, skośny sufit z oknami połaciowymi. Można by je uznać za potencjalną drogę ucieczki, gdyby stała tutaj jakaś drabina albo stół, albo w ogóle cokolwiek. Ale w pokoju znajduje się jedynie siedemdziesięciodwucalowy telewizor wysokiej rozdzielczości zamontowany na ścianie – który w tej chwili pokazuje mój pogrzeb.

Ten, kto urządzał ten pokój, naprawdę mógł dorzucić chociaż krzesło, myślę, i niemal w tej samej chwili z cichym szelestem materializuje się przede mną prosty drewniany stołek. Na stołku znajduje się złożona kartka, ustawiona niczym mały namiocik, która przypomina mi karteczki z imionami, jakie robiliśmy w szkole. Na kartce dużymi literami, chyba odręcznie, napisano słowa:

JAKIEŚ KONKRETNE WYMAGANIA?

Okej, świetnie. Nie dość, że umarłem, to jeszcze zwariowałem.

Chcę kanapę, myślę, bo jeśli mam być martwy, szalony i uwięziony (na zawsze?), to chyba mogę oczekiwać choć odrobiny wygody? Wtedy znów rozlega się cichy szelest i stołek przemienia się w kanapę, ustawioną idealnie na wprost telewizora.

Kanapa jest ogromna, właściwie jest to narożnik w kształcie litery L, ma granatowe obicie i toczone drewniane nogi. Reprezentuje ten rodzaj elegancji, który przywodzi mi na myśl katalogi meblowe, jakie przychodziły pocztą do rodziców, kiedy otwieraliśmy restaurację. Wszystkie nazywały się Amsterdam Showroom albo Antique Galleria i proponowały wyposażenie za sumy o kilka zer przewyższające nasze możliwości. To ten rodzaj elegancji, który sprawia, że czuję się tak, jakbym nie powinien nawet patrzeć na tę kanapę, a co dopiero na niej siadać.

Chciałbym coś mniej pretensjonalnego, myślę, bo to jedyne określenie, jakie przychodzi mi do głowy na widok czegoś tak drogiego i eleganckiego, czego mimo wszystko bym nie chciał. Znowu rozlega się ten dźwięk. Transfiguracja zrzuca papierowy namiocik na podłogę, a olbrzymią granatową kanapę zastępuje równie wielka skórzana. Ta wygląda na starą, ma pęknięcia na poduchach, a podłokietniki tak przetarte, że miejscami skóra jest prawie biała.

Nie skórzaną, myślę dalej i sofa zostaje obita czarną tkaniną. I może jednak coś mniejszego? Tym razem szelest jest głośniejszy, bardziej natarczywy, jak gdyby pokój się na mnie zirytował.

Teraz mam przed sobą zwykły czarny fotel z dużymi, miękkimi poduchami, żadnych ozdobników. Przypomina mi ten w salonie Iris, na którym każdego wieczoru siadywał jej tata, żeby obejrzeć wieczorne wiadomości. Kilka miesięcy temu ich kotka zdecydowała, że fotel należy do niej, i jego tapicerka w mgnieniu oka pokryła się grubą warstwą sierści, której nie sposób było się pozbyć, nieważne, jak często tata Iris brał się za czyszczenie. Kotkę nazywaliśmy Księżniczka Moonlight, bo zawsze siedziała tak, jakby fotel był jej tronem, salon zaś – królestwem.

Myślę o Księżniczce Moonlight, myślę o Iris i czuję, jak ściska mi się gardło. Nie do wiary: nie płakałem przez cały pogrzeb, a teraz z równowagi wytrąca mnie wspomnienie o kocie siedzącym na fotelu. Wtedy rozlega się wyjątkowo głośny szelest i każdy centymetr obicia pokrywa się wysypką malutkich, żółtych uśmiechniętych buziek.

– Chyba jaja sobie robisz – mówię na głos. Szzz. Na mojej głowie ląduje kartka.

PROSZĘ, NIE SMUĆ SIĘ, głosi napis.

Potem, niemal natychmiast, rozlega się kolejny szelest. Zadzieram głowę, żeby spojrzeć – co okazuje się błędem, bo karteczka ląduje na mojej twarzy. Rozkładam ją.

PROSZĘ. ŻYCIE NAPRAWDĘ NIE JEST AŻ TAKIE BARDZO SERIO.

Szzz.

ANI ŚMIERĆ, TAK PRZY OKAZJI.

Szzz.

CHOCIAŻ MOŻE NIE POWINIENEM TAK MÓWIĆ. WSZYSTKO JEST TAK BARDZO SERIO, JAK TO CZUJESZ.

Szzz. Zaczynam myśleć, że tak właśnie umrę (skoro za pierwszym razem najwyraźniej się nie udało): pogrzebany żywcem pod setkami kilogramów kartek z zeszytu. Co, jak się zastanowić, nie będzie się specjalnie różniło od tego, jak żyłem.

PRZEPRASZAM. NIE CHCĘ TRYWIALIZOWAĆ TWOICH UCZUĆ.

Szzz.

ALE TEN FOTELNAWET MI SIĘ PODOBA. A TOBIE?

Szzz.

TO FOTEL ZANY.

– Skąd to wszystko się bierze? – pytam i znowu spoglądam w górę, szukając na suficie otworu wentylacyjnego albo komina, ale dostrzegam tam tylko okna i widoczną za nimi mgłę. A potem rozglądam się wokół i szukam – właściwie czego? Widzę tylko tę samą białą podłogę, te same białe ściany, ten sam panoramiczny telewizor – teraz chyba ktoś go wyłączył, bo ekran jest czarny i martwy. Wracam wzrokiem do miejsca, od którego zacząłem: fotela, legionu uśmiechniętych buziek i stosu kartek, który zaczyna się tutaj tworzyć.

Szzz.

PROSZĘ, USIĄDŹ W FOTELU. JEST WYGODNY, TAK JAK CHCIAŁEŚ. I WESOŁY, TAK JAK POTRZEBOWAŁEŚ. I POCHODZI Z JEDNEGO Z NAJWYŻEJ OCENIANYCH SKLEPÓW MEBLOWYCH NA YELPIE[1] (ZDARZA SIĘ, ŻE TEN KONKRETNY MODEL MA KILKUMIESIĘCZNĄ LISTĘ OCZEKUJĄCYCH). CAŁE SZCZĘŚCIE, ŻE RYNEK MIESZKANIOWY PRZEŻYWA OSTATNIO TAKĄ ZAPAŚĆ – NIE WYOBRAŻASZ SOBIE, JAKIE PRZESZKODY TRZEBA BYŁO POKONAĆ, BY TEN FOTEL ZDOBYĆ.

Siadam na nim, starając się zachować uprzejmie i w miarę normalnie: to chyba moja jedyna forma obrony w tej pokręconej sytuacji. Faktycznie, całkiem wygodny.

– Dziękuję – mówię na głos. Spodziewam się kolejnej notatki, lecz zamiast niej na lewej poręczy fotela materializuje się gruby polarowy koc. – Eee, dzięki raz jeszcze – dodaję.

Jestem bardzo zmęczony i właśnie mam zamknąć oczy, żeby spróbować zasnąć – może przy odrobinie szczęścia tym razem na zawsze? – kiedy nagle przede mną ni stąd, ni zowąd pojawia się Caroline Davison.

CAROLINE 3 | nie tak sobie wyobrażałam pobudkę tego ranka

Pani Macmillan, moja nauczycielka plastyki, zawsze powtarza, że aby namalować scenę, trzeba ją zrozumieć, a żeby ją zrozumieć, trzeba zobaczyć. Nie tylko na nią popatrzeć, ale zobaczyć naprawdę.

Oto scena:

Pusty pokój. Dziwnie prostokątny, jakieś siedem i pół metra na piętnaście, choć jest tak pusty, że trudno wyczuć skalę. Sufit z rzędami okien połaciowych po obu stronach środkowej belki, za nimi płynie powoli zasłona białych, mglistych chmur.

Żadnych innych źródeł światła. Biała płyta kartonowo-gipsowa. Na podłodze linoleum. Duży telewizor na ścianie.

No i jest jeszcze Kenny Zhou, leżący w fotelu ozdobionym setkami małych żółtych uśmiechniętych emotikonów i przykryty kocem ozdobionym jednym wielkim uśmiechniętym emotikonem. Kenny patrzy na mnie, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wydaje mi się to nie fair, biorąc pod uwagę 1) to, na czym i pod czym sam leży i 2) fakt, że od ferii zimowych nie żyje.

– Kenny? – mówię.

Mruga, ale nie odpowiada, o co chyba nie mogę mieć pretensji, zważywszy na punkt numer dwa. Poza tym dochodzę do wniosku, że Kenny jest wytworem mojej wyobraźni, i nie sądzę, byśmy przed jego śmiercią mieli ze sobą wystarczająco dużo do czynienia, aby moja wyobraźnia mogła teraz przywołać jego realistyczne reakcje. Nie pamiętam chyba nawet, jak brzmiał jego głos. Kojarzę Kenny’ego głównie dlatego, że raz na kilka tygodni pojawiał się w szkolnej gazetce po tym, jak wygrał jakiś regionalny konkurs naukowy, i dlatego, że czasami moja drużyna softballowa wpadała po meczach do restauracji jego rodziców.

– Dyrektor Meyers powiedział nam, że każdy inaczej przeżywa żałobę – odzywam się. – Chociaż to akurat jest dziwnie spokojne jak na wywołany stresem i gorączką zły sen.

– Myślisz, że to jest właśnie to? – mówi Kenny. Głos ma niższy, niż przypuszczałam. – Wywołany stresem i gorączką zły sen?

– Albo sen, albo naprawdę mocny trip na kwasie – odpowiadam i jeszcze raz zerkam na fotel. – A skoro ja dragów nie tykam, to obstawiam gorączkę.

– Jaka jest ostatnia rzecz, którą pamiętasz? – pyta Kenny.

– Że wczoraj miałam trening softballu – zaczynam. – W sumie to było dość beznadziejnie. Zaczęliśmy późno, bo po ostatniej lekcji Becca, zamiast się przebrać, flirtowała przy szafkach z Tylerem i skończyliśmy późno, bo trener Navarro kazał całej drużynie biegać za karę dodatkowe okrążenia. A potem w szatni Maddie ścięła się z Beccą, bo planowała spotkać się z Loganem przed kolacją, żeby popracować wspólnie nad ich projektem z historii, co – jestem prawie pewna – było kodem dla…

– A po treningu? – przerywa mi Kenny.

– Nie wiem, pewnie pojechałam do domu. Jaka jest ostatnia rzecz, którą ty pamiętasz?

Zastanawia się długo nad odpowiedzią, chyba zaskoczony, że odwróciłam pytanie. W końcu mówi:

– Byłem w swoim pokoju. Właśnie skończyłem pracę domową z matematyki.

– Dobra, już wiem – mówię. – W drodze do domu zadzwoniłam do rodziców, że będę dopiero po szóstej i żeby siadali do kolacji beze mnie. Palnęli mi mały wykład, choć to nie moja wina, że trening się przeciągnął.

– I to miało coś wspólnego z pracą domową z matematyki? – pyta Kenny.

– Na dziewiątce nie było dużego ruchu, więc uznałam, że jest szansa, że dotrę do domu na czas, i wtedy rodzicom będzie głupio, że tak mi nagadali. Ale padał deszcz, a wiesz, jak ludzie jeżdżą, kiedy pada…

– W sumie to nie wiem – wtrąca się Kenny. – Nie mam prawka.

– Słuchałam tej playlisty od Doma, która miała mnie przekonać, że Yung Werther jest najlepszym muzykiem dwudziestego pierwszego wieku, ale szczerze mówiąc, po jej wysłuchaniu jestem o tym jeszcze mniej przekonana niż przed. Słyszałeś jego ostatni album? To zwykły hałas. W każdym razie, kiedy wróciłam do domu, moi rodzice…

Ściągam brwi.

– Musieli być wkurzeni, bo spóźniłam się na modlitwę… A może jednak zdążyłam…?

– Caroline – mówi Kenny i nagle zastyga w kompletnym bezruchu.

A ja wracam myślami do treningu, do tego, jak idziemy z Maddie na parking, jak wsiadam do samochodu i przekręcam kluczyk w stacyjce. Próbuję odtworzyć trasę do domu: droga numer dziewięć, w lewo na Hengrove, w prawo na Walden, kończy się ślepym zaułkiem, oto i ceglany budynek, przed którym rośnie klon. Czternaście i pół minuty od startu do mety. Trasa, którą pokonywałam setki, może tysiące razy.

– Nie sądzę, żebyś zdążyła na kolację – odzywa się cicho Kenny i opada na oparcie fotela, a uśmiechnięty emotikon na jego kocu marszczy brwi.

– No, też mi się nie wydaje – mówię. – Chyba z piętnaście minut wlokłam się za jedną hondą odyssey.

– Nie to miałem na myśli – mówi Kenny. – Nie sądzę…

– Hengrove, Walden, Cottonwood Circle… – przerywam mu. – Więc wróciłam do domu, a wtedy moi rodzice…

Ale w sumie nie wiem, co zrobili moi rodzice. Nie pamiętam. Próbuję jeszcze raz, tym razem z bratem.

– Cooper pewnie zachował się jak palant – ciągnę. – Nie przegapi żadnej okazji, żeby mnie zgasić. Pamiętam, co się działo przez cały tydzień po tym, jak w pierwszej klasie dostał się do reprezentacji. Nie dało się z nim wytrzymać. A wczoraj wieczorem… Wczoraj wieczorem…

Kenny wstaje z fotela, wygląda na spanikowanego. Koc zsuwa się na podłogę. Kilka świstków papieru unosi się w powietrze i opada, rozsypując się u jego stóp.

– Nie wydaje mi się, żebyś wróciła do domu, Caroline – mówi.

– Oczywiście, że wróciłam do domu. – Ale oto znów jestem na dziewiątce i tym razem chyba rzeczywiście sobie przypominam: miarowe bębnienie deszczu, coraz mocniejsze i mocniejsze, jednostajne, zagłuszające playlistę Doma pulsowanie wycieraczek i dobiegający jakby z oddali pisk opon.

– Za Lake Street musiał być wypadek – mruczę. – Wiesz, jak zdradliwy bywa ten skręt.

Teraz mam wrażenie, że to mój głos dobiega z bardzo daleka. Jestem w samochodzie, mrużę oczy w deszczu, po treningu umieram z głodu i wkurzam się na kierowcę hondy, że wlecze się trzydzieści kilometrów na godzinę na drodze z ograniczeniem do siedemdziesięciu.

– Nie mam prawka – przypomina Kenny.

– To musiał być poważny wypadek – dodaję. – Pamiętam syreny…

Jeszcze raz wracam do tamtej chwili. Tym razem honda połyskuje na niebiesko i na czerwono. Wycieraczki nadal pracują, tam i z powrotem, tam i z powrotem, tam i z powrotem, w moim polu widzenia. Widzę kierownicę, ale nie trzymam na niej rąk. Słyszę silnik, ale samochód się nie porusza. I wtedy…

– O mój Boże – mówię i wtedy wreszcie do mnie dociera, i wtedy wreszcie naprawdę do mnie dociera: – O Boże, Kenny. Ja chyba… Ja chyba nie żyję.

Kenny opada z powrotem na swój nonsensowny fotel i mówi:

– Tak, Caroline. Ja również doszedłem do tego wniosku.

4 | dom

Kiedy Dom wchodzi do gabinetu dyrektora Meyersa, mama, tata i Cooper już tam są, skupieni wokół biurka na środku pomieszczenia. Kiedyś ciągle tu wpadałam, żeby podrzucić dyrektorowi jakąś rzecz od mamy: ciasteczka, zaproszenia na kolację, a raz nawet kilka starych pluszaków, które, jak uważała, spodobałyby się jego psu.

– Co to jest? – Odwracam się, szukając jakiegoś wyjaśnienia, ale nadal widzę tu tylko Kenny’ego, który półleży w swoim fotelu. – To przecież nie może dziać się naprawdę?

Coś we mnie nie potrafi uwierzyć, że ich widzę. Coś we mnie zrobiłoby wszystko, żebym już nigdy nie musiała odrywać od nich wzroku.

– Czasami telewizor pokazuje nam rzeczy – oznajmia Kenny.

– Jakie rzeczy?

– Tego jeszcze nie rozgryzłem – odpowiada.

– Ale… – zaczynam i milknę, gdy odzywa się Dom.

– Co się dzieje? – pyta naglącym tonem. – Gdzie jest Meyers?

Dom nie ma tak miłych wspomnień z tego gabinetu jak ja.

– Elliot chciał nam zapewnić odrobinę prywatności – odpowiada mu moja mama.

Gdyby działo się to w innych okolicznościach, dowolnego innego dnia, usłyszenie, że nazywa dyrektora Meyersa „Elliot”, byłoby zdecydowanie najdziwniejszą rzeczą, jaka się właśnie wydarzyła. Ale to nie jest żadna inna sytuacja i żaden inny dzień, więc najdziwniejsza rzecz to wygląd mojej mamy: wyczerpanej, roztrzęsionej i zupełnie do siebie niepodobnej. Moja mama jest typem osoby, która co miesiąc organizuje klub książki PTA i zawsze udaje jej się ogarnąć małe kanapeczki i paterę z owocami, nawet jeśli w ostatniej chwili data spotkania uległa zmianie. Nigdy nie wychodzi z domu bez nałożenia kremu nawilżającego z wysokim filtrem SPF i nie sądzę, żeby miała w szafie choć jedną parę dresów.

– Dominiku – odzywa się mój tata – może chcesz…

– Proszę, niech mi pan nie mówi, żebym usiadł – przerywa mu Dom. – Po czymś takim nie dostaje się dobrych wiadomości.

Cooper śmieje się krótko i nawet jego śmiech brzmi inaczej.

– Dom – podejmuje znów mama. – Przedwczoraj wieczorem był wypadek. Caroline wracała po treningu do domu. Była już spóźniona i padał deszcz…

– Tak, pisała do mnie – odzywa się Dom. – To znaczy tuż po treningu, nie że podczas jazdy. Caroline by nigdy… Nie znam nikogo, kto prowadziłby tak ostrożnie. Jeśli doszło do wypadku, jeśli wpadła w kłopoty, to na pewno nie z własnej winy.

Z Domem jest tak zawsze: reaguje gwałtownie, zwłaszcza jeśli chodzi o tych, na których mu zależy. Pewnego razu rozeszło się, że Ian Miller nazwał mnie puck bunny[2], i ledwo udało nam się z Cooperem wyperswadować Domowi wdanie się z nim w bójkę. Powiedziałam mu wtedy, że takie reakcje nie są ani zdrowe, ani w porządku i że to jest dla mnie obraźliwe, że uważa, iż nie potrafię sama o siebie zadbać. Ale teraz, gdy widzę tę jego opiekuńczość, chcę wsunąć rękę w ekran i go dotknąć. Kocham go za to tak bardzo, że aż boli.

– To nie była jej wina – potwierdza mama. – Ale tak, Dominiku, miała wypadek. Nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów, ale wkrótce powinniśmy mieć raport policyjny.

– Jezu-Chryste-raport-policyjny – mówi jednym tchem Dom. – Caroline jest w szpitalu? Mogę ją zobaczyć?

– Po wypadku zawieziono ją do Bridgeport – odpowiada mama. – Ale wczoraj w nocy przenieśli ją do General Memorial, ponieważ w Bridgeport nie ma…

Urywa i zaciska usta tak mocno, że robią się białe. Nie ma na wargach ani śladu szminki, ani nawet balsamu, który kupiłam jej na urodziny i który zawsze trzyma w torebce. Cooper obok niej płacze; ostatni raz widziałam go płaczącego, gdy miał osiem lat. Ależ bym się z niego śmiała, gdybym tylko była obok i gdyby to mogło go pocieszyć. Taki jest kodeks rodzeństwa: można sobie docinać, ile się chce, ale musi to wynikać z miłości.

– W Bridgeport nie robią autopsji – kończy mój tata tonem tak obojętnym, jakby to mogło pozbawić te słowa ich znaczenia. – W tej chwili Caroline zajmuje się koroner. Pogrzeb odbędzie się w przyszłym tygodniu. Chcieliśmy, żebyś usłyszał to od nas, Dominiku – dodaje. – Wiemy, że Caroline bardzo na tobie zależało.

Dom siada.

5 | osiem, ale ani jednej takiej jak ta

Po tej rozmowie Dom idzie na lodowisko.

Wykonuje rutynową rozgrzewkę, którą widziałam setki razy: okrążenia do przodu, okrążenia do tyłu, kroki, zatrzymania. Osiem miesięcy temu nie umiałabym nazwać żadnego z tych ćwiczeń, teraz wiem, które robi się na wewnętrznej, a które na zewnętrznej krawędzi łyżwy. Wiem, że Dom przenosi ciężar ciała na pięty, gdy skręca zbyt szybko, i po jego sylwetce widzę, jak bardzo jest zmęczony.

Pomiędzy treningami, turniejami i meczami zawsze myślałam, że spędzam dużo czasu na boisku softballowym – a jednak to było nic przy tym, ile czasu na lodowisku spędzał Dom.

Czasem szedł tam po szkole i zamiast wracać do domu, godzinami trenował – żeby oczyścić głowę. Czasem w weekendy brał plecak i pisał wypracowania z historii albo czytał zadania z angielskiego, siedząc na trybunach, z notatkami rozłożonymi wokół siebie. Właśnie tam mnie zabrał na naszą pierwszą randkę i to tam go znalazłam po naszej pierwszej kłótni. Tam też cztery tygodnie i pięć randek później powiedział: „Caroline, chcę, żeby to było coś prawdziwego”, na co ja odparłam: „A nie jest?”.

Kiedy następnego dnia oznajmiłam Maddie i Becce, że to już oficjalne, skrzywiły się, zażenowane cukierkowatością tego komunikatu i rozczarowane moim gustem w kwestii chłopaków.

– Chodzi o to – powiedziała w końcu Maddie – że ten cały scenariusz „zły chłopak – dobra dziewczyna” nie zagra w życiu tak jak na filmach. Wiesz o tym, nie?

Becca próbowała kopnąć ją pod stołem i zamiast tego kopnęła mnie.

– Aua – powiedziałam, co Maddie musiała uznać za moją odpowiedź, bo dodała:

– Przepraszam, Caroline. Ale wszyscy tak mówią, a ja jestem twoją najlepszą przyjaciółką i dlatego powiem ci to prosto w twarz.

Osobiście uważam, że nazywanie Doma złym chłopakiem było jednocześnie 1) naciągane oraz 2) mocno przesadzone. W filmach źli chłopcy mieli charyzmę i byli cool. Nosili skórzane kurtki i mieli idealnie ułożone włosy, istny cud, biorąc pod uwagę całą tę szaloną deprawację, w której rzekomo się nurzali. Dom natomiast nosił w kółko pięć tych samych T-shirtów i prawie nie zdejmował swojej kurtki bejsbolówki. Potrafił być szorstki i nie lubił rozmów o niczym, w czym jednak nie było nic osobistego. „Nawyki dzieciaka z wojskowej rodziny – powiedział mi kiedyś. – Nie ma sensu silić się na uprzejmości wobec ludzi, których nigdy więcej nie ujrzysz na oczy”.

Jednak w miasteczku takim jak Winterton, w którym wszyscy się znali, osoby z zewnątrz zwykle nie otrzymywały kredytu zaufania, zwłaszcza jeśli nie były miłe.

Kiedy Dom zaprosił mnie na randkę, powinnam była odpowiedzieć: „Wow, jest mi naprawdę miło, ale w tej chwili nie zamierzam się z nikim wiązać”. Uprzejmie, z klasą i na tyle dziewczęco, żeby zabrzmiało słodko, ale bez przesady, żeby nie wypadło głupio, i na pewno tak, żeby jasno wyrazić w tym swoje „nie”.

A jednak powiedziałam:

– Proponujesz mi randkę na lodowisku? Novak, masz w ogóle pojęcie, ile zaliczyłam randek na łyżwach?

– Ta będzie inna – zareplikował Dom, a kiedy zapytałam dlaczego, uśmiechnął się i powiedział: – Ponieważ tamci nie umieli jeździć tak jak ja.

Miał rację. Nikt nie potrafił jeździć jak Dom. Pamiętam, jak po trzydziestu minutach spędzonych na lodowisku usiadłam na środku i patrzyłam, jak wykonuje okrążenia: z taką łatwością, tak całkiem bez wysiłku. Pamiętam, jak pomyślałam, że ten jeden raz w życiu mogę być, kimkolwiek zechcę, a Dom nawet się nie zorientuje, że nie jestem tym, kim być powinnam.

– Jedź w drugą stronę – poprosiłam. – Kręci mi się w głowie.

Dom wykonał kilka okrążeń w drugą stronę, a następnie podjechał na środek lodowiska.

– Możemy porobić coś innego – powiedział. – Przygotowałem kilka planów awaryjnych, więc…

Wtedy wstałam i go pocałowałam. A potem straciłam równowagę i oboje upadliśmy na lód.

– Za bardzo się pochylasz – skomentował. – Wielu początkujących tak robi. Musisz się nauczyć ufać swoim nogom.

– Zamknij się – powiedziałam. Nie mówi się w ten sposób do chłopaka na pierwszej randce, ale ja powiedziałam, i nie przestawałam tego powtarzać: – Zamknij się, zamknij się, zamknij się. – A on się śmiał, ale już nic nie mówił.

Nagle na ekranie telewizora pojawiają się zakłócenia, które przerywają scenę i kończą transmisję. Dom znika równie szybko, jak się pojawił.

– Gdzie on jest? – pytam. – Sprowadźgoz powrotem!

Nie chciałam krzyknąć, ale moja desperacja wzięła górę.

– Nie kontroluję tego, Caroline – odpowiada bezradnie Kenny. – Telewizor ma własny umysł. To znaczy, nie dosłownie, ponieważ nie doszliśmy nawet do początków robotycznej świadomości. Ale…

Wtedy, zanim Kenny zdoła dokończyć zdanie, ekran robi się czysty i znów włącza się film. Tylko że teraz nie ma już na nim Doma.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Yelp – amerykańska strona internetowa, która umożliwia użytkownikom przeglądanie, wyszukiwanie i dodawanie opinii o firmach i produktach (przyp. red.).

[2]Puck bunny (ang.) – obraźliwe określenie dziewczyny, która chodzi na mecze hokeja tylko po to, żeby poderwać jednego z graczy.

You&YA

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz