Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Lily Rosewood marzy o tym, by pewnego dnia przejąć rodzinną firmę modową. Jej babcia, obecna prezeska Rosewood Inc., od zawsze ją do tego zachęcała, a Lily nie może się doczekać, aż nauczy ją wszystkiego, co musi wiedzieć, aby samodzielnie prowadzić biznes.
Kiedy babcia nagle umiera, świat Lily wywraca się do góry nogami. A gdy dodatkowo okazuje się, że rodowa fortuna zaginęła w nieznanych okolicznościach, Lily nie potrafi sobie wyobrazić, co przyniesie przyszłość.
Nawet po śmierci babcia trzyma jednak w zanadrzu kilka sztuczek. Jej ostatni list zawiera tajemniczą wskazówkę, która poprowadzi Lily i troje jej znajomych na pełne przygód poszukiwanie skarbu. O ile zdołają przetrwać… Wkrótce okazuje się bowiem, że nie tylko oni polują na fortunę Rosewoodów.
Przyjaźń, miłość, zdrada, rodzinne sekrety i… niemałe pieniądze. Wciągająca powieść Mackenzie Reed trzyma w napięciu do ostatnich stron!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 425
Rok wydania: 2024
Moim rodzicom.
Za wiarę we mnie i moje historie
oraz za to, że zawsze przypominali mi,
że nigdy nie jestem sama.
1
SOBOTA, 15 CZERWCA, 19.52
Z rzeczy, które można usłyszeć o mojej rodzinie, ta jedna jest prawdą – doskonale wiemy, jak urządzić dobrą imprezę.
Ubrany na czarno kelner przedziera się przez hordę gości upchniętych w sali wizytowej posiadłości babci. Biorę z tacy kieliszek szampana, a jasny płyn drży pod wpływem ciężkich basów płynących przez głośniki zamontowane w rogach pomieszczenia. DJ w foyer gra wszystko, od ABBY po Harry’ego Stylesa. Mogliśmy oczywiście wynająć jakiś zespół, ale babcia nie lubi wydawać więcej pieniędzy, niż musi.
Podnoszę kieliszek do ust, spoglądając na tłum. Siedzę na podłokietniku mojego ulubionego fotela ze skóry w kolorze koniaku. To idealne miejsce do obserwowania znajomych twarzy. Jak zawsze zjawiło się całe miasteczko.
W pobliżu słodkiego stołu dziennikarze z „Kroniki Rosetown”, naszej gazety, w której jutro znajdzie się zapewne przegląd najważniejszych zdarzeń z imprezy, ze śmiechem zanurzają owoce w czekoladowej fontannie. Bezpośrednio pod połyskującym żyrandolem z kryształów Swarovskiego zajął miejsce komitet Muzeum Sztuk Pięknych w Rosetown, z Angeline Murphy na czele. Razem ze swoimi kolegami fanatykami sztuki prawdopodobnie omawia kolejną wystawę, która zostanie zaprezentowana w muzeum.
Na imprezach babci zjawiają się nawet przedstawiciele prawa. Szef policji Blaine Claremon wraz z dwoma zastępcami kręci się wokół stołu pełnego włoskich wędlin i dojrzewających serów. Mundury i kajdanki mężczyzn zostały zastąpione eleganckimi smokingami i pozłacanymi spinkami do mankietów. Zupełnie jakby po ulicach miasta rozszedł się szept: „Nie wygłupiaj się piętnastego czerwca. Wiesz, co to za dzień”.
I rzeczywiście, wszyscy wiedzą. To dzień urodzin babci, znany też jako oficjalne rozpoczęcie lata, czyli sezonu imprez Rosewoodów.
Poza tym to nie tak, że w Rosetown panuje wysoka przestępczość. Jeśli nie liczyć kilku zbuntowanych nastolatków, którzy od czasu do czasu zakradają się do opuszczonej fabryki na obrzeżach miasta, jest tu dość spokojnie. A każdy, kto mógłby zrobić coś, czego nie powinien, i tak tu jest. Na tym polega piękno i przekleństwo imprez w posiadłości Rosewoodów. Wszyscy otrzymują zaproszenie opatrzone woskową pieczęcią.
Biorę łyk szampana tylko dlatego, że mogę. Opróżniam prawie cały kieliszek jednym haustem, podczas gdy muzyka miesza się z kakofonią głosów rozmawiających gości, obmywając mnie niczym jedna wielka, chaotyczna fala. Kiedy opuszczam rękę, zauważam, że przygląda mi się komendant Claremon, a kawałek prosciutto prawie spada mu z krakersa. Nie jest przyzwyczajony do tego, że siedemnastolatki jawnie sprzeciwiają się jego autorytetowi, zwłaszcza w morzu ludzi, których oboje znamy.
Marszczę brwi, trzymając wyzywająco kieliszek, na którego krawędzi został odcisk mojej rubinowej szminki. Co zamierzasz z tym zrobić?
Odwraca się, wkładając krakersa do ust. Absolutnie nic.
Pozwalam, by na mojej twarzy zagościł na chwilę cień uśmieszku. Oczywiście, że nic z tym nie zrobi. Nie może, bo jestem...
– Lily Rosewood!
Moje nazwisko jest zabarwione słabym angielskim akcentem, a głosu nie da się pomylić z żadnym innym. Miałam nadzieję, że dziś go nie usłyszę. Nic dziwnego, że komendant Claremon mnie obserwował. Zbliża się do mnie jego córka.
– Ell, cześć!
Odwracam się, przyklejając do twarzy najbardziej olśniewający uśmiech, ale po chwili z niego rezygnuję, gdy przyglądam się Ell Claremon i – jeśli nie liczyć pieprzyka nad wargą – ledwo ją rozpoznaję. Ma na sobie olśniewającą czarną sukienkę koktajlową i szkarłatne szpilki, a świeżo ufarbowane platynowe włosy opadają kaskadą na jej prawe ramię. Jest zaledwie cztery lata starsza ode mnie, ale czas spędzony w London College of Fashion zmienił ją w kogoś w rodzaju modelki. Ma wydatne usta i tak białe zęby, że mogłaby reklamować pastę Colgate. W niczym nie przypomina skromnej brunetki, za którą włóczyłam się niczym szczeniak, kiedy dorastałam.
– Tak się cieszę, że udało ci się dotrzeć. – Kłamstwo pozostawia w moich ustach gorycz.
Ell całuje mnie w oba policzki. Rzecz w tym, że chcę się cieszyć z jej powrotu. Gdy łączyło nas zamiłowanie do mody, a ona traktowała mnie jak młodszą siostrę, byłam zrozpaczona na myśl o jej wyjeździe na studia. Ale teraz za każdym razem, gdy jest w domu, rozmawia z babcią o Rosewood Inc., naszej firmie z luksusowymi płaszczami, założonej ponad sto lat temu przez moją prababcię. Kiedy Ell wyraziła zainteresowanie studiami w Londynie, zawarła z babcią umowę, że jeśli będzie pracować w naszej londyńskiej filii podczas studiów, po ich ukończeniu będzie na nią czekało miejsce w Rosewood Inc.
Od tego czasu babcia z zapałem przekazuje jej na Zoomie tajniki prowadzenia firmy. Częstotliwość ich rozmów wzrosła w ostatnim roku, odkąd coraz mniej czasu dzieli Ell od ukończenia studiów. No i fajnie, ale babcia miała w tym roku przygotowywać mnie do roli prezeski zarządu Rosewood Inc.
– Tęskniłam za tobą, Lily – mówi Ell i przysuwa się do mnie, gdy mija nas zataczająca się pijana para. Jej oczy błyszczą troską. – Wszystko w porządku? Wiem, że było ci bardzo trudno po tym... wszystkim.
Niedopowiedzenie roku. Moje gardło grozi zaciśnięciem się, a uczucia, które tłumiłam przez cały dzień – wypłynięciem na powierzchnię. Kiedy starannie nakładałam makijaż, obiecałam sobie, że dziś wieczorem będę trzymać emocje na wodzy. To tylko kolejna impreza. Mogę przetrwać jedną noc. Muszę ją przetrwać.
– Nic mi nie jest – wyduszam, irracjonalnie zła na Ell, że w ogóle poruszyła ten temat. – Poza tym z babcią świetnie się mieszka.
To ostatnie na szczęście nie jest kłamstwem.
Ell rozpromienia się i rozgląda dookoła.
– A skoro mowa o Iris, widziałaś ją?
– Hmm...
Dobre pytanie. Babcia zrobiła wielkie wejście na początku imprezy ponad godzinę temu, schodząc po wielkich schodach w foyer w eleganckiej szmaragdowej sukni sięgającej podłogi i swoim reprezentacyjnym naszyjniku z dwudziestopięciokaratowym rubinem w kształcie łezki wielkości mojego paznokcia, wiszącym na delikatnym złotym łańcuszku. Od tamtego czasu jeszcze jej nie widziałam, choć biorąc pod uwagę, że na terenie posiadłości tłoczyli się niemal wszyscy mieszkańcy miasteczka, zniknięcie było łatwe. Nawet pożądane. Bo kiedy jesteś matką rodu najbogatszej rodziny w południowym Massachusetts, każdy chce zwrócić na siebie twoją uwagę.
Rozglądam się szybko, ale jej nie dostrzegam. Zwracam za to uwagę jednego z kelnerów, który sądzi, że szukam przystawek.
– Krewetkę, drogie panie?
– Nie, dziękuję – odpowiada szybko Ell, cofając się o kilka kroków. – Mam alergię na skorupiaki.
Zjadłam już wystarczająco dużo, ale i tak biorę krewetkę z tacy i wkładam ją do ust. Cokolwiek, byle mieć tę rozmowę z głowy. Nagle wszystko zaczyna mnie przytłaczać. Muzyka jest zbyt głośna, wyraz twarzy Ell zbyt domyślny, ludzie są zbyt blisko. Potrzebuję odrobiny powietrza.
Ell uważnie obserwuje, jak przeżuwam i przełykam. Przyklejam na twarz uśmiech, który towarzyszył mi przez cały wieczór. Czuję się, jakbym w środku umierała, ale nie mogę dać tego po sobie poznać.
– Z pewnością babcia gdzieś tu się kręci – mówię. – Jeśli chcesz, przekażę jej wiadomość od ciebie.
– Och, nie ma takiej potrzeby. Musimy przedyskutować różne firmowe kwestie.
– Jasne. – Nie przestaję się uśmiechać, choć irytuje mnie jej wymijająca odpowiedź. Jakbym nie mogła zostać wtajemniczona w „firmowe kwestie”. – Przepraszam, muszę sprawdzić, co się dzieje w kuchni.
– Oczywiście. Miło cię widzieć, Lily. – Robię dwa kroki, gdy zatrzymuje mnie jej głos. – A tak przy okazji: twoja sukienka jest przepiękna.
Drgam, ale zdobywam się na ostatni uśmiech.
Przemykam szybko pomiędzy ciepłymi ciałami, które oddzielają mnie od dwukierunkowych drzwi prowadzących do kuchni, zadowolona, że dzięki przygaszonym światłom nikt nie może zobaczyć moich płonących policzków. Gdyby powiedział mi to ktokolwiek inny, byłabym wniebowzięta. Aksamitna sukienka jest piękna, w głębokim odcieniu turkusu. Kupiłam ją w moim ulubionym sklepie vintage trzy miasta dalej, skróciłam do wysokości kolan i obrębiłam, tworząc zalotną spódnicę. W biuście była trochę przyciasna, ale udało mi się to naprawić dzięki zamocowaniu z tyłu kremowego gorsetu kryjącego zamek błyskawiczny. Po poprawkach w niczym nie przypominała sukni, którą kupiłam.
Ale Ell żyje i oddycha modą. Założę się, że uznała sukienkę za projekt w stylu vintage, który w jej oczach zepsułam.
Cóż, niech zajmie się swoimi sprawami.
Chciałabym jej to powiedzieć, ale wokół jest zbyt wiele wścibskich uszu. Poza tym musiałabym wyjaśnić, dlaczego w ogóle przerobiłam sukienkę po swojemu. Dlaczego nie mogłam po prostu skorzystać z ogromnej fortuny Rosewoodów i kupić sobie zupełnie nowej.
A to jest pytanie, na które próbowałam odpowiedzieć przez ostatni rok.
Z westchnieniem ulgi wpadam do kuchni, w pośpiechu niemalże potrącając kelnera z kanapeczkami caprese.
– Przepraszam – mamroczę.
Gdy w końcu znajduję się z dala od oczu gości, nieco się garbię. Jestem dumna z przynależności do rodziny Rosewoodów, ale czasami konieczność stania cały czas na baczność przy mieszkańcach miasta bywa męcząca.
– Wyglądasz, jakbyś miała jakąś misję. – Słyszę znajomy głos osoby wchodzącej za mną do kuchni.
– To misja ucieczki od Ell Claremon. – Odwracam się i patrzę na mojego przyjaciela Milesa, którego policzki są zaróżowione od wysiłku. – Ty za to wyglądasz, jakbyś był na misji.
– Tak, żeby cię znaleźć. – Dyszy. – Szukałem cię przez dziesięć minut. W końcu cię zauważyłem i zacząłem wołać, a ty przybiegłaś tutaj.
– Przepraszam, potrzebowałam odetchnąć. – Moje obcasy stukają na nieskazitelnej podłodze wyłożonej białymi kafelkami, gdy idę w kierunku przesuwnych szklanych drzwi prowadzących na patio przy basenie. Drzwi są otwarte, znajduje się w nich jedynie parawan, ale nie ma zbyt wielkiej różnicy między ukropem w kuchni a parnym letnim powietrzem na zewnątrz.
Miles podąża za mną, wygładzając spodnie khaki i granatową koszulę. Blond fale opadają mu na niebieskie oczy, których kolor pasuje do odcienia farby na ścianie za nim. Spogląda na zapełnione podwórko posiadłości, marszcząc brwi.
– Lily, co tu widzisz dziwnego?
Przyglądam się gościom pluskającym się w basenie i wylegującym na leżakach.
– Za dużo ludzi na dmuchanym flamingu?
Miles śmieje się lekko.
– Dobra, to dwie rzeczy. – Wskazuje na chłopaka w naszym wieku siedzącego z boku na drewnianym składanym krześle.
– Kto to? – pytam.
– Miałem nadzieję, że ty będziesz wiedziała.
– Powinnam wiedzieć – mówię.
Jego ciemnobrązowa skóra ma turkusowy odcień na tle basenu. Chłopak popija wodę z butelki, ma na sobie spodnie w kolorze khaki i sweter. Nie pasuje do reszty osób na patio, ubranych jedynie w stroje kąpielowe.
– Znam tu każdego i zaadresowałam osobiście wszystkie zaproszenia. Przez tych ludzi miałam skurcze w dłoni.
– Jesteśmy wdzięczni za twoje poświęcenie – mówi uroczyście Miles.
Szturcham go łokciem w bok, kierując wzrok z powrotem na chłopaka. Jego oczy za kwadratowymi czarnymi okularami zdradzają wszystko. Wcale nie ma ochoty tu być.
– Wygląda znajomo – rzucam, próbując go zidentyfikować, ale nie udaje mi się.
– Jest słodki, nie sądzisz? – pyta Miles.
Mruczę na znak zgody, ciesząc się z kilku chwil spokoju z Milesem, który w ciągu ostatniego roku przejął rolę mojego jedynego najlepszego przyjaciela.
Jest pełen beztroskiego optymizmu i z łatwością rozprasza moją uwagę, tak jak teraz, gdy rzuca mi konspiracyjny uśmiech.
– Założymy się, że do niego zagadam?
– Zrobisz to i bez tego – wytykam.
– Ale wtedy nie będzie śmiesznie.
– Niech będzie. Załóżmy się o to, że zwalisz tego tajemniczego kolesia z nóg. Dostaniesz bonusowe punkty, jeśli rozkochasz go w sobie do końca imprezy.
– A co, jeśli sam się w nim zakocham?
– Nie będę cię budzić rano i sama otworzę sklep. – To ryzykowna propozycja, ponieważ delikatesy DiVincenzi są pełne ludzi odwiedzających je w niedziele po kościele. Zazwyczaj oboje musimy się uwijać, żeby ich obsłużyć.
Ale nie sądzę, aby zbyt wielu mieszkańców miasta wybierało się jutro do kościoła, biorąc pod uwagę, że właśnie się tu upijają.
– Zgoda. – Miles otwiera drzwi, po czym zatrzymuje się, wyciągając coś z kieszeni. – Prawie zapomniałem. Szukałem cię, bo twoja babcia kazała ci to przekazać. Powiedziała coś dziwnego. – Urywa, próbując sobie to przypomnieć. – Chyba „Nie wszystko naraz”? i jeszcze żebyś zjadła to jak najszybciej, żeby się nie rozpuściło.
Kładzie na mojej dłoni małą kulę owiniętą w zieloną folię. Marszczę brwi.
– Nie wszystko na...
Miles idzie już przez patio, rzucając mi przez ramię ostatni promienny uśmiech, i unosi kciuk w górę.
Spoglądam za siebie na kucharzy, którzy wciąż są zajęci podawaniem kelnerom nowych talerzy. Otaczają mnie wspaniałe aromaty, słodkie, pikantne i wszystko, co pomiędzy, gdy pełne i puste tace są wymieniane jedna za drugą, a ogromna kuchnia wydaje się malutka przy wszystkich pracownikach stłoczonych, aby nadążyć za przepływem jedzenia. Nie rozpoznaję żadnego z nich. Babcia musiała dać wolne stałym pracownikom.
Obracam czekoladkę w palcach, próbując dopatrzyć się w niej czegoś niezwykłego. Przy kominku stoi takich cała taca – babcia wie, że sama mogłabym sobie taką wziąć. Zdejmuję zieloną folię i odsłaniam truflę z ciemnej czekolady. Sprawdzam wewnętrzną stronę folii, ponieważ byłoby to w stylu babci, gdyby umieściła tam wiadomość, ale widzę jedynie błyszczące srebro. Nic niezwykłego. Wbijam zęby w truflę, która rozpada się w moich ustach i topi na języku. Słodycz eksploduje, a zaraz po niej pojawia się rozkoszny gorzki odcień ciemnej czekolady. Lecz wtedy na języku czuję coś jeszcze, coś szorstkiego i...
– Fuj! – Wypluwam to na dłoń. W czekoladzie ukryty był kawałek papieru. No jasne. Typowa babcia.
Chwytam serwetkę, by wytrzeć ślinę z karteczki, i rozwijam ją, patrząc na pojawiające się powoli znajome pismo babci.
Znikający atrament – używa go zawsze do pisania takich liścików. Kiedyś, w czasach przed e-mailami, w ten sposób potajemnie komunikowała potencjalne transakcje biznesowe, ale teraz używałyśmy go już tylko my dwie, do zostawiania niemądrych notatek w całej posiadłości, na przykład: „Zjadłaś sama tego ostatniego eklera?” czy „Pizza i Project Runway dziś wieczorem?”. Smugi na papierze zdradzają, że użyto tego atramentu. Pismo pojawia się ponownie, gdy papier jest mokry – w tym przypadku moja ślina załatwiła sprawę.
Powinnam się domyślić, że nie zapisze wiadomości na folii. To byłoby zbyt proste.
Droga Lileczko, czytam. Spotkajmy się w naszym miejscu o dwudziestej.
Zerkam na zegar nad zlewem. Dwie minuty. Prawie się spóźniłam.
Gdy wychodzę na zewnątrz, okazuje się, że impreza na podwórku jest nie mniej hałaśliwa niż ta w posiadłości. Właściwie to tu jest gorzej przez zgromadzoną młodzież. Schodzę po wielkich kamiennych schodach prowadzących na patio i mijam basen, by dotrzeć do celu. Prawie cała moja klasa pluska się w błękitnej wodzie, a moja młodsza kuzynka Daisy balansuje boso na końcu trampoliny. Dzielą nas zaledwie trzy miesiące i mogłybyśmy uchodzić za bliźniaczki ze względu na naszą jasną skórę i ciemnorude włosy, podstawowy zestaw genów w rodzinie Rosewood. Ale na tym kończą się podobieństwa między nami, ponieważ ona odziedziczyła po swojej mamie brązowe oczy i drobną budowę, tymczasem ja mam bladozielone oczy i krągłości babci.
Różnimy się nie tylko wyglądem. Podczas gdy ja cieszę się wielkim szacunkiem w całym mieście jako pierworodna naszego pokolenia Rosewoodów, królestwem Daisy jest liceum. Dla naszych kolegów z klasy równie dobrze mogłaby być celebrytką. Nie pomaga fakt, że jest gwiazdą TikToka i ma prawie pół miliona obserwujących. Wyrzuca ręce w powietrze, jej krótka srebrna sukienka niebezpiecznie się unosi, a znad wody dobiegają wiwaty. Ktoś podaje jej kieliszek szampana. Połowa chlusta na zewnątrz i trafia na głowę chłopaka znajdującego się pod nią, gdy kuzynka udaje, że kieliszek to mikrofon.
– Sweeeeeet Caroline! – śpiewa, fałszując.
– BUM! BUM! BUM! – odkrzykują ludzie.
– Jezu – mamroczę, przyspieszając kroku. Pierworodnym nie uszłoby na sucho publiczne ośmieszanie się w ten sposób. Gdybym to była ja, zostałabym zjedzona żywcem w „Kronice Rosetown”.
Czuję ukłucie zazdrości. W przeciwieństwie do mnie Daisy nie musi się martwić o bycie ideałem, ani w oczach babci, ani z pewnością w oczach miasta. To na bank miłe nie czuć takiej presji i zawsze być otoczonym przez przyjaciół, którzy zrobią dla ciebie wszystko.
Muzyka i śmiech cichną, gdy okrążam posiadłość. Wszystkie rośliny są starannie wypielęgnowane, wszędzie kwitną róże, czerwone kwiaty jaskrawo kontrastują z nieskazitelnie białymi ceglanymi ścianami, które wznoszą się na trzy piętra wzwyż. Ich zapach jest słodki; zatrzymuję się na chwilę, by go poczuć i pozbyć się zazdrosnych myśli. Smugi zachodzącego słońca malują niebo na złoty kolor, wypierając błękit. Przez tę jedną chwilę jestem sama. Tęskniłam za tym cały wieczór.
Spokój przerywa aksamitny tembr głosu, który poznałabym wszędzie.
– Niezła impreza, co?
2
SOBOTA, 15 CZERWCA, 20.01
– Jak zawsze – odpowiadam babci, mijając bramę z kutego żelaza oplecioną przez wiciokrzew, i wchodzę do swojego ulubionego miejsca.
Ogród bez Róż ledwo jest w stanie pomieścić dziesięć osób, ale nie dlatego go lubię. Ogrodzony wysokimi ścianami z białego kamienia i z naturalnej wielkości marmurowym posągiem świętego Antoniego pośrodku, jest czymś w rodzaju ukrytego na rozległym terenie sanktuarium. Kwitną tu lilie, stokrotki, żonkile i piwonie, pączkują hortensje, a po ścianach pnie się bluszcz. W lewym rogu rośnie magnolia, a w prawym wiśnia.
Na tylnej ścianie znajduje się mapa Rosetown. Zaznaczono na niej wszystkie monumentalne miejsca w mieście – naszą posiadłość na południowym krańcu, muzeum na północnym zachodzie, kościół Świętej Teresy w centrum, port na południowym wschodzie. Po lewej stronie na dole znajduje się nawet stara fabryka, która nie pojawia się na najnowszych mapach, ponieważ mieści się na obrzeżach miasta. Zamknięto ją, gdy miałam siedem lat, ale wciąż pamiętam, jak stojąc na półpiętrze, patrzyłam na pracowników szyjących ręcznie płaszcze, a opuszki moich palców przesuwały się po miękkiej w dotyku sztucznej skórze i futrach.
Babcia stoi obok świętego Antoniego, dostojna jak zawsze. Może pochwalić się takimi samymi rudymi lokami jak moje, choć jej są poprzetykane białymi pasemkami i spięte szylkretową spinką. Zielone oczy błyszczą czułością, gdy wyciąga do mnie talerz pełen wędlin i serów.
– Spróbuj salami. Jest najlepsze.
Ostentacyjnie oglądam salami, by upewnić się, że nie ma w nim żadnej ukrytej wiadomości.
– Z tobą nigdy nie wiadomo – mruczę, po czym wkładam je do ust, a potem biorę jeszcze kawałek goudy. – Dzięki za wiadomość tak swoją drogą. Chociaż trochę straciła na uroku, gdy niemal pocięła mi język.
– Muszę utrzymywać cię w gotowości, Lileczko. – To zdrobnienie sprawia, że uśmiecham się szczerze po raz pierwszy tego wieczoru.
Babcia ujmuje jedną z lilii i przesuwa palcem po płatku.
– Są piękne, prawda? Leo dobrze się spisuje, dbając o ogrody. A jeszcze lepiej idzie mu gra w szachy.
Z trudem powstrzymuję się od przewrócenia oczami. Czasem babcia aż za bardzo zachwyca się swoim ogrodnikiem. Leo DiVincenzi to hokeista, król imprez i prawa ręka Daisy. Poza tym mamy wspólną historię, do której absolutnie nie chcę wracać.
– Nie powinien grać z tobą w szachy, dostaje pieniądze za przycinanie krzewów.
– Jest świetnym towarzyszem. Widziałaś go może?
– Ostatnio widziałam, jak upijał się w basenie, podczas gdy moja kochana kuzynka chlustała mu szampanem na głowę. Możliwe, że zdążył się już utopić. Byłaby szkoda.
Śmiech babci przechodzi w kaszel. Poklepuje się po klatce piersiowej.
– Ech, młodość. Mam nadzieję, że przynajmniej dobrze się bawisz.
– Jest... w porządku – odpowiadam.
Dzisiejszy wieczór nie miał prawa się udać. Rok temu, na tym samym przyjęciu, wszystko wyglądało inaczej. Tata tańczył ze mną w sali wizytowej. Mama się śmiała. Nie miałam pojęcia, jak straszne lato mnie czeka. Nie miałam pojęcia, że zmieni się wszystko, co znałam. Cóż, nie wszystko. Babcia pozostała taka sama: zaproponowała mamie i mnie, byśmy zamieszkały z nią w posiadłości, kiedy tata zginął i wyszło na jaw, że wpędził pół miasta – w tym siebie – w długi przez to, że jego firma zajmująca się doradztwem finansowym przestała sobie radzić. Duży dom, w którym dorastałam, został zajęty przez bank, więc nie pozostawało nam z mamą nic innego, jak skorzystać z oferty babci. Większość naszych rzeczy również została skonfiskowana: ekstrawagancka żaglówka taty i designerskie torebki mamy... Ale dla mamy nie miało to znaczenia. Załamała się po śmierci ojca w lipcu, a w sierpniu odeszła. Zniknęła, jakby nigdy jej tu nie było. Od tamtej pory nie dała znaku życia.
Babcia odchrząkuje. Choć jest świetna w udawaniu, pierwsze przyjęcie Rosewoodów bez taty dla niej również nie może być łatwe.
– Dołączysz do mnie jutro na śniadaniu na patio?
To nasza tradycja. Zanim tu zamieszkałam, po imprezach zawsze zostawałam na noc, abyśmy następnego ranka mogły zjeść puszyste naleśniki oblane syropem, przeglądając nowe projekty dla Rosewood Inc. Serce mnie boli na myśl, że babcia próbuje zachować tego lata jakieś pozory normalności.
– Wzięłam dodatkową zmianę, żeby otworzyć jutro delikatesy – przypominam, nie potrafiąc ukryć smutku w głosie. To był jedyny warunek, jaki postawiła babcia, abym mogła mieszkać z nią w posiadłości: zapłaci za wszystkie niezbędne rzeczy, ale ja muszę znaleźć pracę na pół etatu, aby zapłacić za wszystko inne. Co mi odpowiada. Przynajmniej tyle mogę zrobić, skoro mnie przygarnęła.
– Oszczędzasz na szkołę biznesową? – Babcia zadaje pytanie, ale ja wiem, że to sugestia.
Odwracam wzrok. W miarę zbliżania się ostatniego roku szkoły coraz częściej próbuje poruszyć ze mną ten temat, zostawia też broszury na ladzie lub komodzie. Ale moją wymarzoną szkołą jest Fashion Institute of Technology. Zeszłego lata planowałam, że jesienią, w pierwszym semestrze klasy maturalnej, pojadę do Mediolanu, dzięki czemu dostanę się na FIT, a następnie ukończę studia z tytułem magistra projektowania mody i dołączę do babci w zarządzie Rosewood Inc. Miałam całe życie przed sobą.
Ale to było, zanim się dowiedziałam, że tata przepuścił mój fundusz na studia.
– Tak – mówię w końcu, odwracając się, by zerwać pączek wiciokrzewu z bramy, aby nie mogła dostrzec kłamstwa na mojej twarzy.
Nie mam ochoty iść do szkoły biznesowej, ale jeśli dalej będę zarabiała tyle co teraz, nigdy nie będzie mnie stać na FIT. A jeżeli niezbyt subtelne zachęty babci dotyczące instytucji z prestiżowymi programami menedżerskimi są jakąkolwiek wskazówką, nigdy nie zaakceptowałaby szkoły mody. Uważała, że wszechstronna edukacja biznesowa jest niezbędna do kierowania zespołem i firmą, choć sama nigdy nie poszła na studia.
Któregoś wieczoru zeszłego lata babcia z dumą w oczach powiedziała mi: „Pewnego dnia zdziałasz cuda w Rosewood Inc.”. Było to zaraz po śmierci taty, w dniu, w którym mama i ja wprowadziłyśmy się do posiadłości. Mama niemal nie wychodziła ze swojego pokoju, więc żeby się czymś zająć, szkicowałam projekty przeróbek swoich starych ubrań. Spędziłam cały dzień, przerabiając zbyt ciasny kombinezon na sukienkę.
– Chciałabyś tego? – zapytała babcia po tym, jak pokazałam jej mój szkicownik z pomysłami na sukienki. – Zająć moje miejsce jako prezeska zarządu, kiedy będę gotowa przejść na emeryturę?
Prawie się wtedy przewróciłam.
– O niczym innym nie marzę – powiedziałam.
Myślałam, że po tym wydarzeniu zacznie mnie więcej uczyć o firmie i byciu prezeską, zwłaszcza po odejściu mamy. Ale minął już prawie cały rok, a ona na tym polu poświęca Ell znacznie więcej uwagi niż mnie. Chcę zapytać dlaczego, ale za każdym razem, gdy próbuję, nie mogę znaleźć odpowiednich słów, które nie brzmiałyby niewdzięcznie lub nachalnie.
Nie mogę być jednak na nią zła. Zapewniła mi przecież miejsce do życia. Najważniejsze jest teraz udowodnienie, że mogę być tym, kim chce, abym była, żeby nadal czekała mnie przyszłość w Rosewood Inc., nawet jeśli nie pójdę na FIT.
– Cieszę się, że lubisz pracować w delikatesach – mówi babcia. – To bardzo ważne, byś wcześnie nauczyła się niezależności. I podoba mi się ten twój przyjaciel, Miles. Powinnaś częściej zapraszać przyjaciół.
Nie poprawiam jej, że to mój jedyny przyjaciel. Prawda sprawia, że otwiera się we mnie otchłań samotności. Zamiast się w nią rzucić, przykładam wiciokrzew do nosa, wdychając jego słodki zapach. To mnie uspokaja. Opuszczam kwiat i odwracam się do babci z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
– Niezły też z niego posłaniec, co?
Na sekundę między jej brwiami pojawia się zmarszczka świadcząca o niepokoju. Wiem, że potrafi przejrzeć moją grę. Jest jedyną osobą, której zawsze się to udaje.
– Całkiem niezły. – Babcia w końcu przerywa ciszę; jej troska znika w mgnieniu oka i zostaje zastąpiona promiennym uśmiechem. Chociaż wiem, że jej zależy, wiem też, jak bardzo ceni sobie zachowanie pozorów. Nigdy nie okazywała słabości.
Podnosi radośnie kawałek salami.
– Zjemy śniadanie kiedy indziej. Jestem z ciebie dumna, Lily.
Duma wypełnia moją klatkę piersiową, a ogromna presja na chwilę znika. Stukam się z nią kawałkiem salami.
– Wszystkiego najlepszego, babciu. Mam nadzieję, że dobrze się dziś bawisz.
Przytula mnie i całuje w skroń.
– Wspaniale.
Odsuwam się z uśmiechem.
– A za dwa tygodnie powtórzymy to wszystko z okazji moich urodzin.
Uśmiech nieco jej rzednie.
– Właściwie, Lily, chciałabym o czymś...
– Jak się mają moje dwie ulubione panie?
Razem z babcią spoglądamy w stronę bramy i bierzemy głębokie oddechy. Stoi w niej tata, a gasnące promienie słońca padają na jego sylwetkę i zmieniają kolor jego przerzedzonych kasztanowych włosów na złoty. Ma na sobie elegancki granatowy smoking z charakterystyczną czerwoną różą przypiętą do klapy.
Oczywiście to nie tata. To jego bliźniak – wujek Arbor.
Przełykam rozczarowanie; mimo że minął rok, rana ciągle jest świeża. Spoglądając na babcię, zastanawiam się, czy czuje to samo pulsowanie w klatce piersiowej. Jakbym patrzyła na ducha taty, który nigdy nie przestanie nas nawiedzać.
– Tak myślałem, że was tu znajdę. – Uśmiecha się do mnie i otwiera ramiona. Przytulam się do niego i choć to nie są objęcia taty, są na tyle podobne, że mogę udawać. – Już prawie kwadrans po.
Odsuwam się.
– I?
Babcia wzdycha.
– Chyba czas zacząć prawdziwą imprezę.
– Oczywiście – odpowiadam, gdy zaczynam rozumieć.
Powszechnie wiadomo, że przyjęcia Rosewoodów stają się naprawdę niezapomniane dopiero po torcie, kiedy zaczyna płynąć wino, a meble w sali wizytowej zostają przysunięte do ścian, przez co tworzy się ogromny parkiet taneczny. Nawet najbardziej konserwatywni mieszkańcy miasta puszczają wtedy wodze fantazji.
Przechodzimy przez bramę i prawie zahaczam o pęd dzikiego wiciokrzewu, ale wujek Arbor w porę chwyta mnie za ramię.
– Dzięki – mamroczę, żałując, że nie pojawił się nieco później. Co babcia chciała powiedzieć?
Serce wali mi w piersi. Może coś o moich osiemnastych urodzinach, które przypadają na dwudziestego ósmego. Z nadzieją myślę o tym, że może zamierza porozmawiać ze mną o Rosewood Inc., może zacznie wdrażać mnie do pracy, na co tak czekam. Po torcie poruszę ten temat ponownie.
Mijamy basen, teraz pusty. Dwóch kelnerów stoi przy tylnych podwójnych drzwiach i otwiera je dla nas. Kiwam głową w podziękowaniu, wchodząc do klimatyzowanej sali wizytowej posiadłości, i czuję, że te krótkie chwile w Ogrodzie bez Róż były mirażem.
Ktoś musiał powiedzieć DJ-owi, żeby wyłączył muzykę, ponieważ grana piosenka cichnie. Ludzie odwracają się w naszą stronę, obecność babci przyciąga jak magnes. Niektórzy ubrani są w ekstrawaganckie suknie balowe, a inni z trudem dopasowali koszulę do spodni. To mieszkańcy Rosetown. Wszyscy razem na jednej wspaniałej imprezie.
– Och, proszę, nie przeszkadzajcie sobie.
Beztroskie słowa babci spotykają się ze śmiechem. Łatwo poznać, kto się jej podlizuje. Liz Zhao, właścicielka najpopularniejszego lokalu weselnego w mieście, Bluszczu, chichocze o sekundę za długo. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że w zeszłym tygodniu zapytała, czy babcia byłaby zainteresowana inwestycją w renowację drugiej sali balowej. Jestem pewna, że odpowiedź była odmowna – zresztą jak zwykle.
Fortuna Rosewoodów należała wyłącznie do babci, odkąd przekazała ją jej matka, Petunia. Plotka głosi, że dziadek, który przyjął nazwisko babci, aby podtrzymać tradycję, i który zmarł przed moim urodzeniem, nigdy nie miał nic do powiedzenia. Ani też tata, ani wujek Arbor, chociaż wiem, że od czasu do czasu babcia dawała im kieszonkowe, dopóki nie zarobili własnych pieniędzy.
Rzadko zdarzało się, by uczestniczyła w jakichś pokaźnych przedsięwzięciach, co wyraźnie niepokoiło niektórych mieszkańców miasta. Ale tata był inny. Inwestował – czasem razem z wujkiem Arborem – we wszystko, co wiązało się z miastem. To dlatego założył firmę doradczą – chciał pomóc lokalnym firmom i rodzinom.
Zabawne, że wszyscy o tym zapomnieli po jego śmierci.
– Dziękuję wszystkim za to, że świętujecie ze mną tego wieczoru. – Głos babci jest głosem przywódczyni, słychać go dobrze w całym pomieszczeniu, pomimo ledwie zauważalnej zadyszki. Chyba spacer z ogrodu był zbyt energiczny. – Zimy w Rosetown są długie i zawsze z niecierpliwością czekam na to przyjęcie. Oczywiście nie tylko ze względu na siebie. Lato to czas, kiedy nasz kawałek świata kwitnie. Podobnie jak obserwuję kwitnące róże, patrzę, jak wy rozkwitacie. Gdyby tylko moja babcia mogła zobaczyć, jak wspaniały stał się ten mały kawałek ziemi, który wszyscy nazywamy naszym domem, byłaby zachwycona.
Ludzie klaszczą. Koleżanki i koledzy z mojej klasy, którzy zdążyli wyschnąć po kąpieli w basenie, tłoczą się wokół antycznego, okrągłego stołu zastawionego jedzeniem. Daisy jest razem z nimi, wyciąga jedno z ozdobnych krzeseł i wchodzi na nie. Nawet na takim podwyższeniu jej głowa ledwo wystaje ponad tłum.
Uśmiecham się zza pleców babci, obserwując, jak Daisy próbuje przyciągnąć uwagę zgromadzonych i nie udaje jej się to, bo wszyscy zaczynają śpiewać Sto lat, okropnie fałszując. Przyłączam się bardzo głośno, żeby zrobić jeszcze większy hałas. Kuzynka przewraca oczami.
Nie doceniam jednak tego, jak wiele jest w stanie zrobić, by wszyscy na nią patrzyli. Bierze jeden z półmisków sushi ze stołu i wkłada go w ramiona Leo, który wygląda, jakby za kilka minut miał zemdleć lub wybiec na zewnątrz i zwymiotować na krzewy, które tak starannie pielęgnuje. Babcia to sobie potrafi wybrać ulubieńca.
– Ehem. – Daisy odchrząkuje, stając na szczycie stołu i odgarniając swoje sięgające brody fale. Kołysze się na boki, a wiele osób wyciąga ręce, na wypadek gdyby spadła, ale ona śmieje się i odtrąca ich dłonie. Spoglądam na wujka Arbora, który zaciska palce na kieliszku merlota. – Chciałabym coś powiedzieć – kontynuuje Daisy, obciągając sukienkę do połowy uda. Błyska olśniewającym uśmiechem, po czym skupia się na babci. – Oczywiście wszyscy jesteśmy winni najszczersze podziękowania naszej wspaniałej matriarchini za zorganizowanie tak wystawnego przyjęcia, ale byłoby nie w porządku z mojej strony, gdybym nie złożyła ich osobiście.
Zaraz zwymiotuję. Dlaczego ona, kiedy jest pijana, zaczyna mówić, jakby urwała się z innego wieku? To okropne. Odpycham impuls, który każe mi zniknąć w kuchni i opuścić resztę jej przemowy, bo chcę wiedzieć, o co chodzi z tymi podziękowaniami.
– Z radością ogłaszam, że spędzę pierwszą połowę mojej ostatniej klasy liceum za granicą w Mediolanie, studiując modę.
Sala wybucha wiwatami na cześć mojej kuzynki, a mnie ściska w gardle. Oczy Daisy przeskakują na chwilę na mnie i błyskają zwycięsko, po czym z powrotem skupiają się na babci.
– Dziękuję ci, babciu, za umożliwienie mi skorzystania z tej niesamowitej okazji. W końcu już zeszłej jesieni wszystkie miejsca były obsadzone, więc to naprawdę magiczny dotyk babci zapewnił mi przyjęcie.
Magiczny dotyk? Nic z tych rzeczy. To pieniądze babci. Pieniądze, których desperacko potrzebowałam w zeszłym roku. Pieniądze, o które błagałam tatę, nie wiedząc, że ich nie ma. Wyjazd do Mediolanu przyspieszyłby moją aplikację na FIT. To i nazwisko Rosewood byłyby moją przepustką do przyjęcia.
Ale kiedy tata odmówił bez podania wyjaśnienia, zwróciłam się do babci. To był jedyny raz, kiedy poprosiłam ją o cokolwiek. A ona mi odmówiła.
Potem tata zmarł i wszystko przestało się liczyć. Ale dowiedzieć się teraz, że babcia zrobiła to wszystko dla Daisy? Moja kuzynka nigdy nie wykazała zainteresowania rodzinnym biznesem. To ja powinnam mieć zapewnioną przyszłość w Rosewood Inc.
W końcu spoglądam na babcię, która już na mnie patrzy. Na sali rozlegają się rozmowy, impreza wokół nas rozkręca się na nowo, ale ja mam wrażenie, że czas się zatrzymał. „Jak mogłaś?!”, mam ochotę wrzasnąć. Ale wyduszam z siebie jedynie:
– Dlaczego?
– Lily, ja... – Wyciąga rękę, lecz wyrywam się z jej uścisku. Tyle że nie zauważam kelnera wyłaniającego się z kuchni z wysokim, pięciopoziomowym tortem na wózku.
Gdy próbuję zmienić kierunek, jest już za późno. Tracę równowagę, potykam się i wpadam na wózek. Przewracam się, a tort spada razem ze mną i lądujemy na ozdobnym perskim dywanie. Różowy lukier rozmazuje się na mojej twarzy, pokrywając rzęsy niczym tusz, a kawałki ciasta plamią sukienkę.
Natychmiast wyciągają się po mnie liczne ręce i stawiają mnie na nogi, jakby to mogło odwrócić absolutne upokorzenie, którego właśnie doznałam. W pomieszczeniu panuje martwa cisza, a ja bez ocierania lukru z oczu wiem, że każde spojrzenie jest skierowane na mnie.
Ktoś podaje mi serwetkę i wycieram nią twarz. Tort leży zniszczony na ziemi, nie da się uratować dosłownie ani jednego kawałka. Spoglądam w górę i w pierwszej kolejności widzę, że Liz Zhao już się nie śmieje, a jej córka, Quinn, dziewczyna z mojej klasy, na której twarzy zwykle maluje się wredny wyraz, wpatruje się we mnie z rozdziawioną szczęką. Antony DiVincenzi, ojciec Leo i właściciel upadającego lodowiska Ice Plex znajdującego się po drugiej stronie miasta, wygląda, jakby tłumił śmiech. Rozglądam się szybko i widzę, że to dość powszechna reakcja.
Łzy cisną mi się do oczu. Odwracam się do babci.
– Tak mi...
– Chyba najlepiej będzie, jeśli pójdziesz się umyć, dobrze? – mówi szybko, gestem pokazując DJ-owi, by włączył muzykę.
Z głośników płyną początkowe nuty I Don’t Want to Miss a Thing Aerosmith. Mam ochotę ich udusić za wybór piosenki.
Na usta cisną mi się przeprosiny, ale babcia chwyta mnie za łokieć – również lepki od lukru – i prowadzi do holu. Odzywa się tym samym ostrożnym tonem, którego używa podczas rozmów biznesowych z zarządem Rosewood Inc. Natychmiast domyślam się, że próbuje ograniczyć straty.
– Impreza prawie się skończyła. Może przenocujesz dziś u wujka? Myślę, że noc z dala od posiadłości dobrze ci zrobi.
Spoglądam na nią.
– Ale to jest mój dom.
– Co to miało być? – Podchodzi do nas Daisy. Jej brązowe oczy błyszczą wściekłością, gdy przede mną staje. – Nie mogłaś mi pozwolić na dziesięć sekund uwagi? Zawsze musisz być w centrum wydarzeń, co?
– Wystarczy – warczy wujek Arbor, chwytając ją za ramię, zanim Daisy zdąży rzucić się na mnie z pięściami; byłaby do tego zdolna, zwłaszcza w stanie upojenia alkoholowego. Wujek zwraca się do babci: – Mamo, czy...
– Daisy, ty też idziesz – przerywa mu babcia.
Dziewczyna sapie.
– Co? Dlaczego mam wychodzić przez nią?
– Dlatego, że się błaźnisz – syczę, kierując wzrok na wejście do sali, gdzie goście zbierają się, by obejrzeć nasz występ.
– To nie ja wyglądam jak Pillsbury Doughboy po przedawkowaniu cukru – szydzi.
Moje policzki płoną, na języku już mam ripostę.
– Ty...
– Wystarczy – ucina babcia i wyprowadza nas na zewnątrz, z dala od spojrzeń gości.
– Mogę je odwieźć – oferuje wujek Arbor, zerkając niepewnie na moją sukienkę. Prawdopodobnie nie podoba mu się wizja ciasta waniliowego rozsmarowanego na tylnym siedzeniu jego czerwonego mercedesa.
– Frank się tym zajmie – mówi babcia, przyciskając dłoń do piersi. Zamyka oczy i bierze głęboki oddech. Kiedy je otwiera, kulę się na widok malującego się w nich rozczarowania.
– Frank? – pyta Daisy, gdy prawnik naszej rodziny przechodzi przez drzwi i dołącza do nas na zewnątrz, wezwany przez babcię. – A gdzie Stewie?
Nikt nie odpowiada na pytanie o miejsce pobytu naszego kierowcy. Frank trzyma już w ręku kluczyki i otwiera czarnego SUV-a zaparkowanego na gigantycznym podjeździe zastawionym samochodami. Odwracam się, by błagać babcię albo przynajmniej przeprosić, ale ona już wchodzi do środka, a wujek Arbor depcze jej po piętach. Drzwi zatrzaskują się za nimi.
– Lepiej już chodźmy – odzywa się Frank swoim starczym, grobowym głosem.
Prawnik babci jest dla mnie bardziej jak wujek, bo gdy dorastałam, zawsze był w pobliżu, więc wślizguję się do SUV-a, zostawiając po sobie lukrowy ślad. Łzy, które ledwo powstrzymywałam, spływają po moich policzkach, a upokorzenie uderza we mnie niczym pociąg. Szok mija, płonę ze wstydu.
– Co za porażka – piekli się Daisy, zatrzaskując za sobą drzwi.
– Od kiedy zależy ci na Mediolanie? – wyduszam, nim zdąży się na mnie wyżyć. – To było moje marzenie. Spędziłam godziny na wybieraniu, cięciu i szyciu tkanin. Na szkicowaniu projektów. Studiuję „Fashion Week” jak podręcznik. Oddaję się tej pracy z zaangażowaniem.
Jej spojrzenie twardnieje, a iskierki współczucia gasną. Otwiera usta, ale uderzenie w okno sprawia, że podskakujemy. Quinn spogląda na nas z drugiej strony.
– Obiecałaś, że porozmawiamy! – krzyczy przez szybę do Daisy, z irytacją w ciemnych oczach. Jej krótkie czarne włosy są zaczesane do tyłu i upięte w zwykły kok, aby odsłonić wygolony tył. Słyszałam plotkę, że wśród kosmyków ukrywa nóż.
– Jestem trochę zajęta! – odkrzykuje Daisy.
Quinn ze złością uderza ponownie w szybę i odsuwa się, gdy Frank odjeżdża. Patrzymy przez tylną szybę, jak wystawia dwa środkowe palce, dopóki nie znika za zakrętem.
– O co jej, do cholery, chodziło? – pytam Daisy, chwilowo zapominając o swoim załamaniu.
– Pilnuj swoich spraw – warczy, zakładając ręce na piersi, i wygląda przez okno.
Frank spogląda na mnie w lusterku; na jego ciepłej, brązowej skórze wyraźnie rysują się zmarszczki. Wygląda na bardzo zmęczonego. Przejeżdżamy przez otwartą bramę posiadłości, czarne kute żelazo skręca się w stronę nieba. Właściwie nigdy nie jest zamknięta, a nawet gdy jest, wiem, że w żywopłocie na zachodnim skraju posesji jest miejsce, gdzie gałęzie są wystarczająco rzadkie, aby się między nimi prześlizgnąć.
– Frank...
– Panno Rosewood, obawiam się, że nie będę potrafił odpowiedzieć na twoje pytania – wzdycha. Jego wyraz twarzy jest tak samo stoicki jak zawsze, ale brązowe oczy łagodnieją. – To ważny, stresujący wieczór dla twojej babci. I dla ciebie również. Zakładam, że zdawała sobie sprawę, że to może cię przytłoczyć.
– Radzę sobie – warczę.
– Widać – mruczy Daisy.
– Bądź łaskawa dla babci – ciągnie Frank, gdy Rosetown rozmywa się w kolorach zachodzącego słońca. – W końcu nigdy wcześniej cię nie zawiodła, prawda?
Nie powinien o to pytać. Zmuszam się do uśmiechu, aby powstrzymać kolejną falę łez, walcząc z bólem wypalającym dziurę w moim i tak już złamanym sercu.
– Nigdy – kłamię.
3
NIEDZIELA, 16 CZERWCA, 10.03
– Podsumowując, Lily Rosewood, być może ostatnia osoba, po której można by się tego spodziewać, w nieprawdopodobny i niefortunny sposób zrujnowała doskonały wieczór.
Blond brwi Milesa unoszą się, gdy odkłada na ladę dzisiejszy egzemplarz „Kroniki Rosetown”. Oboje mamy na sobie takie same brudne białe fartuchy z wyhaftowanym z przodu czerwonym napisem „Delikatesy DiVincenzi”. Na moim widać również zaschnięte łzy, ponieważ otwierając rano delikatesy, zobaczyłam gazetę na podeście pod drzwiami – na okładce widniał mój wizerunek z kawałkami ciasta we włosach i przerażeniem na twarzy.
– Rany, nie mieli litości, co?
– To była katastrofa – jęczę.
Przez kilka błogich sekund, kiedy obudziłam się rano, o niczym nie pamiętałam. Ale potem dotarło do mnie, gdzie się obudziłam: w jednej z wolnych sypialni w domu mojego wujka. Potem wystarczyło otworzyć Instagrama, Snapchata i TikToka, by zobaczyć siebie wszędzie. Jeden filmik stał się nawet wiralem. Musiałam wyłączyć telefon, by uciec od powiadomień. Pomimo chęci schowania się pod kołdrą na cały dzień musiałam obudzić wujka Arbora, aby podwiózł mnie do pracy, gdzie jak dotąd każdy klient albo posyłał mi pełen litości uśmiech, albo wytrzeszczał na mnie oczy. Jeśli kolejna osoba zacznie się na mnie gapić podczas krojenia provolone, oszaleję.
– To minie – zapewnia Miles w charakterystyczny dla siebie, prosty sposób. Rzadko mu coś przeszkadza, nawet fakt, że właśnie skończył szkołę i musi zrobić sobie rok przerwy przed studiami, aby pracować i oszczędzać. – Wiesz, jakie jest to miasto. Ludzie po prostu chcą mieć o czym rozmawiać.
– Mam nadzieję, że dla ciebie ten wieczór skończył się lepiej. Jak poszło z tym tajemniczym facetem?
Sięga nade mną po świeżo upieczony chleb, spoglądając na mnie nieśmiało.
– Tajemniczy facet ma imię i nazwisko: Caleb Johnson.
Kroi bochenek chleba na zakwasie. Już wiem, że przygotowuje sobie swoją ulubioną kanapkę z indykiem i serem szwajcarskim, której zjem połowę, mimo że jest dopiero dziesiąta. Tak jak się spodziewałam, ze względu na imprezę prawie nie ma ruchu.
– Jest słodki. Inteligentny jak diabli – ciągnie. – Urwaliśmy się przed tortem i rozmawialiśmy dosłownie całą noc. Wiem, że w posiadłości wydawał się zdenerwowany, ale kiedy wyszliśmy, bardziej się otworzył. Pojeździliśmy trochę po mieście, zanim odwiozłem go do domu. Mieszka w Creekson.
– Creekson? – pytam, myśląc o mieście po drugiej stronie torów kolejowych, które oddzielają je od Rosetown. – Ludzie stamtąd nas nienawidzą i uważają za snobów. Co on robił na imprezie w Rosetown?
Przyjaciel wzrusza ramionami.
– Dostał zaproszenie.
– To chyba babcia musiała mu je wysłać. Spotkacie się jeszcze raz?
– Dzisiaj. Umówiliśmy się w kinie w Creekson.
Podaję mu kilka plasterków szwajcarskiego sera.
– Romantycznie. Cieszę się, że spędziłeś miły wieczór z Calebem z Creekson.
Uśmiecha się szeroko, pokazując krzywe zęby.
– A ty? Spotkałaś kogoś miłego zeszłej nocy przed katastrofą z tortem?
– Tak jakby. Byłam zajęta. – Wycieraniem lukru z oczu.
Patrzy na mnie z lekką irytacją.
– Zbyt zajęta, żeby co? Flirtować? Rozmawiać z przyjaciółmi?
– Jedno i drugie.
Poprawiam cannoli w pudełku, żeby nie widział mojej twarzy. Przyjaciele to dla mnie drażliwy temat. W drugiej klasie rywalizowałam z Daisy o miano „tej dziewczyny”. Podczas gdy ona była otoczona sportowcami, ja miałam swoją grupkę, szkolną elitę. W każdym razie wydawało mi się, że to moi przyjaciele.
A potem zmarł tata i musiałam opuścić swój wielki dom. Moi „przyjaciele” nie przyszli na pogrzeb. Wielu z ich rodziców dokonało inwestycji, w których doradzał im tata, i straciło pieniądze. Zostałam wyrzucona z naszego czatu grupowego. Zaczął się rok szkolny, a moje miejsce w stołówce przy stoliku znajdującym się najbliżej fontanny zostało zajęte. Babcia nalegała, żeby zaprosić ich na wczorajszą imprezę, ale na szczęście przyszli tylko ich rodzice.
Nie boli mnie to tak bardzo, odkąd zeszłej jesieni zaczęłam tę pracę i poznałam Milesa. Zaproponował mi, żebym jadła z nim w sali od plastyki, i stało się to naszą stałą praktyką. Pracował nad rocznikiem i rysował, ponieważ starał się stworzyć portfolio, aby dostać się do szkoły animacji, a ja wykorzystywałam ten czas na szkicowanie nowych projektów sukienek i pracę nad przeróbkami znalezisk z wyprzedaży, które znosiłam do szkoły. Czasami Miles zawoził mnie nawet do najbliższego lumpeksu w Creekson. I ani razu nie zapytał, dlaczego w ogóle robię tam zakupy.
– Po prostu... – Nagle tak się skupia na kanapce z indykiem, że można by pomyśleć, że to efektowne dzieło sztuki w muzeum. Wiem, co chce powiedzieć, bo już o tym rozmawialiśmy. – Biorąc pod uwagę, że skończyłem szkołę, powinnaś się bardziej otworzyć.
Żebyś nie spędziła ostatniej klasy sama.
Tego nie dodaje, ale wybrzmiewa to w ciszy. To nie tak, że chcę być sama, bo nie chcę, i boli mnie, że wszyscy inni mają przyjaciół, którzy zatrzymują się przy ich szafkach, by śmiać się z memów, lub płaczą z nimi w łazience z powodu dramatu w związku. Ale on nie rozumie, że wolę być sama, niż czuć się samotna z przyjaciółmi, których obchodzą tylko moje nazwisko i pieniędze na koncie bankowym. A ono obecnie świeci pustkami.
Dzwonek nad drzwiami rozbrzmiewa, ratując mnie przed koniecznością kontynuowania rozmowy. Miles wzdycha, wślizgując się na zaplecze, a ja podchodzę do lady, by przywitać kolejnego klienta. Po dużym kapeluszu przeciwsłonecznym zasłaniającym połowę twarzy od razu poznaję, z kim mam do czynienia, i zaczynam wyciągać składniki.
– Dzień dobry, pani Capolli – witam moją nauczycielkę z trzeciej klasy. Jest stałą klientką. – Jak zawsze pastrami na żytniej bułce?
– Tak, kochanie – odpowiada, wpatrując się w swój telefon. – Pamiętaj o...
Mija kilka sekund, w czasie których kładę na kanapkę pastrami i smaruję je musztardą. Kiedy kobieta się nie odzywa, unoszę wzrok.
– O czym mam pamiętać?
Wpatruje się w ekran z rozdziawionymi ustami.
– Pani Capolli? – Podnosi głowę, brązowe oczy się rozszerzają. – Wszystko w porządku?
Porusza wargami, ale nie wydobywa się spomiędzy nich żaden dźwięk. Wtedy zdaję sobie sprawę, że ogólnie panuje cisza.
Rozmowy kilku klientów popijających poranną kawę przy niedopasowanych stolikach w rogu ucichły, a ich zszokowane spojrzenia skierowały się na mnie. Dreszcz przebiega wzdłuż mojego kręgosłupa i bezradnie spoglądam za siebie w poszukiwaniu Milesa, ale on wciąż jest na zapleczu.
– Wszystko w porządku? – pytam ponownie panią Capolli, ponieważ tylko się na mnie gapi i robi się to dziwne. – Pani Capolli?
– Och, Lily...
Dzwonek dzwoni ponownie, przerywając jej.
– Panno Rosewood! – wykrzykuje pan Hayworth, główny dziennikarz „Kroniki Rosetown” i prawdopodobnie autor zdjęcia, na którym leżę oblepiona tortem. – Mógłbym zamienić z tobą słówko...?
– Zostaw ją w spokoju! – Angeline Murphy podrywa się z miejsca, przy którym popijała swoje latte. Miles zawsze robi je wyjątkowo słodkie.
Pani Capolli wciąż stoi przede mną, ale Angeline odsuwa ją z drogi. Chwyta moją dłoń obiema rękami, zawsze zbyt wylewna i ekscentryczna, i przyciąga mnie do siebie tak, że dzielą nas centymetry. Dzwonek brzęczy ponownie, ale Angeline trzyma mnie mocno, więc nie mogę się nawet odwrócić, by spojrzeć, kto wszedł.
– Nie musisz nic mówić, Lily. Właściwie to powinnaś wracać do wujka. Mogę cię do niego zawieźć, jeśli chcesz.
– Ja mogę ją zawieźć – odzywa się ktoś z tyłu. Z niedowierzaniem patrzę, jak Liz Zhao, właścicielka Bluszczu, staje obok Angeline. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę ją w tym miejscu, gdzie woń sosu do kanapek jest silniejsza niż zapach wody kolońskiej w Abercrombie & Fitch.
Ale jej oczy błyszczą, a makijaż jest rozmazany, co sugeruje, że prawdopodobnie nie zmyła go po powrocie do domu zeszłej nocy. Angeline otwiera usta, by zaprotestować, ale Liz ją ucisza.
– Ja ją zawiozę. W końcu to przyjaciółka mojej córki.
Parskam śmiechem. Jeśli fakt, że Quinn pozdrowiła nas ostatnio środkowym palcem, o czymś świadczy, to nie sądzę, by darzyła mnie większym szacunkiem, niż darzy Daisy.
– Słucham?
Inni klienci tłoczą się przy ladzie. Pan Hayworth trzyma swojego iPhone’a, jakby nagrywał.
– Lily – powtarza. – Rozumiem, że to bardzo trudny czas, ale proszę, powiedz mi kilka słów o swojej babci. Czy mówiła coś do ciebie, zanim wyszłaś zeszłej nocy?
Niesamowicie mnie to wkurza. Jakby wczorajsze upokorzenie nie wystarczyło, on szuka kolejnych plotek?
– Nie. – Pilnuję swojego tonu, aby nie był tak oziębły, jak bym tego chciała.
Pani Capolli ma zamknięte oczy i powoli kręci głową. Mój żołądek się zaciska.
Gestem wskazuję na zaplecze.
– Um, muszę sprawdzić...
Pomimo spojrzeń rzucanych mu przez innych klientów dziennikarz ciągnie:
– Nic ci nie powiedziała? Żadnych ostatnich słów? Nie mówiła nic o swojej spuściźnie ani o tym, że chciała, abyś kontynuowała jej dzieło?
Mrugam.
– Chciała?
– Hej! – krzyczy Miles, który wyrasta nagle obok mnie. – Pojedynczo!
Ale jego głos wydaje się odległy. Pani Capolli podaje mi swój telefon ze zdławionymi przeprosinami. Odbieram go i widzę lokalną stronę z informacjami otwartą na najświeższym artykule. Podczas gdy Miles kłóci się z panem Hayworthem, przebiegam wzrokiem post, a słowa padają na mnie jak granaty. Fortuna. Rodzina. Iris. Rosewood.
Martwa.
Upuszczam telefon i ledwo do mnie dociera, że ekran rozbija się na podłodze wyłożonej kafelkami. Pochylam się nad ladą, patrząc pani Capolli w oczy.
– Co się dzieje? – wyrywa mi się. Pojedyncza postrzępiona nić trzymająca moje serce w kupie grozi pęknięciem. – Co się dzieje?
W spojrzeniu pani Capolli maluje się zgroza.
– Tak mi przykro – łka. – Twoja babcia została dziś rano znaleziona martwa w posiadłości.
Mówi coś jeszcze, ale w uszach mi dzwoni. A może to drzwi? Idzie więcej osób? Nie jestem w stanie odwrócić głowy, żeby sprawdzić. Ktoś mnie szarpie. Moje stopy się podporządkowują, choć mózg ledwo nadąża. Co to znaczy, że nie żyje? Babcia nie może być martwa. Wczoraj nic jej nie było. Nie może być martwa. Po prostu nie może.
Drzwi do kuchni się za mną zamykają. Podnoszę wzrok i widzę, że palce, które mnie ciągną, wcale nie należą do Milesa, ale do leciwej dłoni o oliwkowej skórze.
– Nonna? – szepczę.
Właścicielka delikatesów, Maria DiVincenzi, która upiera się, aby cały świat nazywał ją Nonną, wpatruje się we mnie z wyrazem twarzy, który łamie mi serce. Dostrzegam w nim litość, złość i strach. Potwierdza on, że cokolwiek się tam dzieje, że wszystkie niedorzeczne rzeczy, które wygadują ci ludzie, to nie żart.
– To nie może być prawda – sapię, potykając się o piekarnik. Płynące z niego ciepło parzy mnie, ale ledwo je czuję. – Powiedz mi, że to nieprawda. To nie może być prawda.
Nonna delikatnie odciąga mnie od piekarnika i prowadzi w stronę tylnych drzwi.
– Przed chwilą o tym usłyszałam – mówi i z powodu emocji w głosie jej włoski akcent jest wyraźniejszy niż zwykle. – Dzwonił twój wujek. Powiedział, że nie może się z tobą skontaktować. Już jedzie.
Mój telefon. Wyciągam go z kieszeni fartucha, ale nie mogę się zmusić, by go włączyć.
– Wyłączyłam go – odzywam się cicho. – Nigdy tego nie robię.
Słyszę, jak Miles próbuje przegadać wszystkich w delikatesach, co jest słabą próbą zapanowania nad tłumem. Nonna otwiera tylne drzwi i uderza w nas ciepłe, letnie powietrze. Wychodzę na zewnątrz, trzęsąc się pomimo palącego słońca. Czy babcia się ze mną kontaktowała? Potrzebowała pomocy, a ja nie odebrałam, bo nie mogłam znieść kilku głupich postów na swój temat w mediach społecznościowych?
– Nie rozumiem. – Głos mi drży. – Z babcią jest wszystko w porządku. Nic jej nie dolega.
Nonna chwyta mnie za ręce i patrzy mi w oczy. Jej są szare jak kamień i przenikliwe pomimo wieku. Wygląda, jakby chciała coś powiedzieć, ale z trudem przełyka ślinę. Nigdy nie widziałam, by brakowało jej słów, zawsze żartobliwie krzyczy po włosku z powodu naszych kiepskich technik krojenia salami lub z nostalgią opowiada o swoim dzieciństwie spędzonym na Sycylii i tęsknocie za domem.
Nie ma nic żartobliwego ani nostalgicznego w tej chwili, w tym dziwnym momencie, który z pewnością na zawsze odciśnie się w mojej pamięci.
Opony piszczą na asfalcie, gdy czerwony mercedes wjeżdża na parking. Nonna ściska moje dłonie po raz ostatni, po czym kiwa w stronę samochodu wujka Arbora. Otwieram drzwi i rzucam się na siedzenie pasażera. Ledwo je zamykam, a wujek już rusza. Zapada okropna cisza.
Odwracam się do niego, starając się przemówić przez ściśnięte gardło. Moje słowa są zduszone.
– Ci ludzie powiedzieli...
– Wiem – przerywa mi wujek Arbor. Zaciska dłonie na kierownicy, a mięsień w jego szczęce uwydatnia się od tego, jak mocno zagryza zęby.
Kiedy odwraca się, by na mnie spojrzeć, rozpoznaję jego wyraz twarzy. Widziałam go u siebie rok temu, gdy wróciłam do domu i znalazłam tatę leżącego na podłodze w łazience. Patrzyłam w lustro, czekając, aż przyjadą ratownicy medyczni, aż mama odbierze, aż ktoś go uratuje, choć wiedziałam, że jest już za późno.
Patrzyłam tak długo, że zapamiętałam, jak wyglądały moje oczy. Zapamiętałam naczynia krwionośne rozciągnięte jak pajęczyny. Ślady łez na policzkach. Rubinowy połysk ust.
Teraz mój wujek wygląda tak samo – ma wyraz twarzy kogoś, kto znalazł martwą osobę.
4
PONIEDZIAŁEK, 24 CZERWCA, 19.28
Wszyscy chcą zobaczyć ciało.
Przez cały dzień mieszkańcy miasta napływali przez drzwi posiadłości, by uklęknąć przy trumnie babci. Zakrywają ją kwiaty, oczywiście róże. Wujek Arbor je zerwał, ale żałuję, że to zrobił. Babcia przewróciłaby oczami.
Nie mogę uwierzyć...
Stop. Nie powinnam dalej tego wypierać. Ostatni tydzień przypominał sen. Płakałam. Krzyczałam. Leżałam, wpatrując się w sufit. Opuszczałam każdą zmianę i ignorowałam esemesy od Milesa, bo ledwo potrafiłam wykrzesać z siebie energię, by podnieść telefon. Choć policja przeszukała posiadłość i nie znalazła żadnych śladów przestępstwa, Frank nalegał, żebym została z wujkiem Arborem przez tydzień, aby można było przeprowadzić dalsze dochodzenie. Do dziś nic nie znaleźli.
Nie było mnie zaledwie siedem dni, ale mam wrażenie, że mogło ich minąć nawet trzydzieści, bo wszystko wydaje się obce. Rezydencja jest inna bez babci. Jak obcy dom, a nie ten, w którym mieszkałam przez prawie rok.