Taki dobry chłopak. Sprawa Kajetana Poznańskiego - Hanna Dobrowolska - ebook + audiobook

Taki dobry chłopak. Sprawa Kajetana Poznańskiego ebook i audiobook

Dobrowolska Hanna

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Trzeciego lutego 2016 roku Kajetan Poznański, dwudziestosiedmioletni gruntownie wykształcony bibliotekarz, syn pani prokurator i architekta, zamordował wybraną losowo kobietę. Traf padł na trzydziestojednoletnią lektorkę języka włoskiego, Kasię. W dniu zabójstwa miała lecieć do swojego ukochanego Emanuela, który szykował się do wyjścia po nią na bolońskie lotnisko. Dodatkową lekcję – jak się okazało z zabójcą – wzięła po to, aby mieć kilka euro więcej na wyjazd do Włoch. Nie poleci tam już nigdy…

Bestialstwo i fakty dotyczące morderstwa wstrząsnęły nie tylko całą Polską, ale i Europą. Autorka przekopała się przez tysiące stron akt sądowych, rozmawiała z biegłymi psychiatrami, prawnikami, osobami z bezpośredniego otoczenia Kajetana. Przeanalizowała całą dokumentację i wszystkie dostępne dane dotyczące sprawy. Czy pozwoli to jednak odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że wykształcony, wrażliwy i sprawiający wrażenie delikatnego człowiek mógł dopuścić się tak niewyobrażalnego okrucieństwa? Czy w każdym – bez wyjątku – drzemie bestia?

Próbę odpowiedzi na te pytania znajdziemy w książce Hanny Dobrowolskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 269

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 8 min

Lektor: Michał Zarzycki

Oceny
4,5 (230 ocen)
145
63
20
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ZanetaPawlik

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo interesujące, ciekawa analiza psychologiczna. Mocny reaserch. Trochę powtórzeń.
20
Kasia105

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna lektura, ogrom pracy Autorki.
10
zorianhalun

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobry reportaż, przedstawia wiele ciekawych, dotychczas nieznanych wątków zbrodni tzw. Hannibalan z Żoliborza.
10
PiotrMeller

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
10
bojalubie

Dobrze spędzony czas

Świetny reportaż
10

Popularność




Wstęp

Sprawa Kaje­tana Poznań­skiego wpi­sała się w mój repor­ter­ski życio­rys jako jeden z moich tema­tów. Takich, w któ­rych bada­niu zaszłam dalej niż kole­dzy. Zaj­mo­wa­łam się tą zbrod­nią od samego początku, wła­ści­wie od momentu ujaw­nie­nia bez­gło­wych zwłok w stu­denc­kim miesz­ka­niu na Żoli­bo­rzu. Ale wtedy jed­nak mówili o niej wszy­scy. Nie było redak­cji, która nie miałby nagłówka o biblio­te­ka­rzu i jego rze­komo kani­ba­li­stycz­nych skłon­no­ściach. W lutym 2016 roku z moim redak­cyj­nym kolegą Bar­tło­mie­jem Fry­mu­sem byli­śmy pew­nie na każ­dym postoju tak­só­wek w War­sza­wie, poszu­ku­jąc kie­rowcy czar­nego kombi, któ­rym Poznań­ski miał prze­wo­zić ciało. Roz­ma­wia­łam z kobietą, która dała mu kre­dyt tuż przed ucieczką z kraju, z sąsia­dami, poli­cjan­tami, pro­ku­ra­to­rami, pró­bu­jąc się cze­goś dowie­dzieć. Nie­małe poru­sze­nie wywo­łał ujaw­niony przeze mnie wio­sną 2016 roku pro­to­kół z wyja­śnień zabójcy. Wtedy wyda­wało mi się, że wiem już wszystko o tej spra­wie. Rze­czy­wi­ście, wie­dzia­łam jak, ale nie rozu­mia­łam dla­czego?.

Czy da się zro­zu­mieć sprawcę zbrodni, która nie mie­ści się w gło­wie? Kim jest czło­wiek, który chcąc się „samo­do­sko­na­lić”, ode­brał komuś życie? I znisz­czył przy tym życie wła­sne, życie swo­ich naj­bliż­szych, a przede wszyst­kim rodziny ofiary. Potwo­rem? Psy­cho­patą? A może sza­leń­cem? Jaką drogę trzeba poko­nać, by z „takiego dobrego chło­paka” stać się tym, któ­rego imie­nia nikt nie chce wypo­wie­dzieć?

Pra­cu­jąc nad repor­ta­żem, podej­mo­wa­łam próby kon­taktu z wie­loma oso­bami zna­ją­cymi Kaje­tana: kole­żan­kami z pracy, współ­lo­ka­to­rami, kole­gami ze stu­diów i szkoły śred­niej, uko­chaną dziew­czyną z ogól­niaka oraz z miło­ścią z cza­sów stu­denc­kich, która wią­zała z nim swoją przy­szłość. Nie chcieli o nim roz­ma­wiać, reago­wali paniką, agre­sją lub mil­cze­niem. Komen­to­wać nie chciał także dyrek­tor reno­mo­wa­nego poznań­skiego liceum, któ­rego Kaje­tan był wielką dumą, będąc przy oka­zji pupi­lem polo­ni­sty.

Matka i ojciec Kaje­tana Poznań­skiego mil­czą. Ani przez adwo­kata, ani tele­fo­nicz­nie, ani nawet listow­nie nie udało mi się ich zachę­cić do zmie­rze­nia się z tą sprawą. Być może pod koniec lek­tury zyskają Pań­stwo wie­dzę dla­czego. Rów­nież sam Kaje­tan nie zde­cy­do­wał się na roz­mowę, cho­ciaż w toku pro­cesu bar­dzo pra­gnął być usły­szany przez media. Dzię­kuję tym, któ­rzy nie ode­brali sobie głosu, choć było ich nie­wielu.

Książka, którą trzy­mają Pań­stwo w dło­niach, jest efek­tem wielu lat mojej pracy nad sprawą Han­ni­bala z Żoli­bo­rza. Powstała na pod­sta­wie ana­lizy pra­wie pięć­dzie­się­ciu tomów akt sądo­wych, zeznań świad­ków, opi­nii sądowo-psy­chia­trycz­nych, oraz nagrań z prze­słu­chań Poznań­skiego w pro­ku­ra­tu­rze i sądzie. Wzbo­ga­ciły ją roz­mowy z przed­sta­wi­cie­lami wymiaru spra­wiedliwości, pro­ku­ra­to­rami, poli­cjan­tami, pro­fi­le­rami i sędziami. Spę­dzi­łam dzie­siątki godzin na ana­li­zie zebra­nego mate­riału ze spe­cja­li­stami z zakresu psy­cho­lo­gii oraz psy­chia­trii sądo­wej. Olbrzy­mie wspar­cie tych eks­per­tów pozwo­liło mi spoj­rzeć ina­czej na wiele kwe­stii.

Ta histo­ria wstrzą­snęła opi­nią publiczną, nie byli­śmy wcze­śniej świad­kami zbrodni z tak skom­pli­ko­wa­nych i prze­ra­ża­ją­cych pobu­dek. Pozor­nie wszy­scy ją znamy, a pozory – jak wiemy – mylą. Niech prze­mó­wią fakty.

Hanna Dobro­wol­ska

„Syn był bar­dzo kocha­nym chłop­cem. Był naszym dru­gim dziec­kiem, przy­ję­li­śmy go jako wielki dar. Dawał nam wiele szczę­ścia i rado­ści. Był taki wspa­niały, wesoły, upra­wiał sport. Nie mie­li­śmy z nim pro­ble­mów wycho­waw­czych, bar­dzo dobrze się uczył. Dostał się do naj­lep­szego liceum w Pozna­niu. (…) Bar­dzo dobrze zdał maturę, dostał piękną opi­nię, z przy­jem­no­ścią ją czy­tam za każ­dym razem”.

Tata, Krzysz­tof Poznań­ski

Akt 1. Ostatnia lekcja

Akt 1 Ostat­nia lek­cja

Środa, trzeci lutego 2016 roku. Imie­niny obcho­dzą Bła­żej, Oskar i Hipo­lit. Takich patro­nów dnia wyróż­nił wydawca małego czar­nego kalen­da­rza, w któ­rym Kasia zapi­sała swoje plany. A tego dnia pla­nów miała dużo.

Dora­biała jako lek­torka, chciała żyć z naucza­nia języka wło­skiego. Poko­chała Ita­lię jesz­cze bar­dziej, gdy na wymia­nie stu­denc­kiej w Bolo­nii poznała nieco star­szego do sie­bie Ema­nu­ela. Kasia była roz­wódką, pierw­sze mał­żeń­stwo roz­pa­dło się po zale­d­wie dwóch latach. Ślu­bu­jąc, byli mło­dzi, szybko jed­nak zro­zu­mieli, że pra­gną róż­nych rze­czy. Roze­szli się z Tom­kiem bez gniewu, tak po pro­stu miało być.

Trze­ciego lutego 2016 roku miała pra­wie trzy­dzie­ści jeden lat, marzyła o sta­bi­li­za­cji, o rodzi­nie. Zwią­zek na odle­głość tysięcy kilo­me­trów tro­chę ją męczył. Liczyła na to, że Włoch w końcu odważy się prze­pro­wa­dzić dla niej do Pol­ski. Sama nie chciała wyjeż­dżać na dłu­żej. Była bli­sko z rodzi­cami, któ­rzy na co dzień miesz­kali w rodzin­nym Rado­miu, roz­krę­cała dzia­łal­ność – dostała angaż w szkole języ­ko­wej. Miała też ostat­nio pro­blemy zdro­wotne, bo wykryto u niej łusz­czy­cowe zapa­le­nie sta­wów i musiała pod­jąć lecze­nie. Chciała być bli­sko domu, ale z uko­cha­nym. „Wszystko się teraz wyja­śni” – powta­rzała przy­ja­cio­łom, któ­rym chęt­nie zwie­rzała się z miło­snych pery­pe­tii.

Ema­nuel cze­kał na Kasię stę­sk­niony we Wło­szech. Nie widzieli się od nowego roku, ale mieli ze sobą spę­dzić cały naj­bliż­szy tydzień. Wylot był wła­śnie trze­ciego lutego o pięt­na­stej pięć­dzie­siąt z lot­ni­ska w Modli­nie. Kasia poli­czyła, że jeśli chce dotrzeć tam auto­bu­sem sprzed Pałacu Kul­tury i Nauki, a póź­niej spo­koj­nie nadać bagaż, musi wyjść z domu w połu­dnie. Na godzinę ósmą umó­wiła się z Jan­kiem na dwie godziny lek­cji języka wło­skiego. Ale gdy w ponie­dzia­łek na tele­fon komór­kowy zadzwo­nił do niej w spra­wie kore­pe­ty­cji Antoni Sło­miń­ski, zgo­dziła się także jego przy­jąć jesz­cze przed urlo­pem. To była ich pierw­sza lek­cja, a Kasi zale­żało na posze­rza­niu grona uczniów. Zastrze­gła, że mogą się spo­tkać najpóź­niej o jede­na­stej, bo ma jesz­cze inne plany. Przy­stał na to i popro­sił o adres, a ona koślawą czcionką napi­sała w kalen­da­rzu „11 Sło­miń­ski”.

Dla­czego wybrał imię Antoni? Z łaciń­skiego ozna­cza ono kogoś wspa­nia­łego, dosko­na­łego, wybit­nego. A on znał łacinę. Lubił się uczyć języ­ków, tak tra­fił na Kasię. Szu­kał kogoś, przed kim nie wyj­dzie na głupka, z kim będzie miał wspólne tematy, komu zaim­po­nuje. Zna­lazł ją na por­talu e-kore­pe­ty­cje. Pisała tam o stu­diach języ­ko­wych oraz z histo­rii sztuki, pasjach i nie dodała zdję­cia. O to mu cho­dziło. Nie chciał widzieć jej twa­rzy, nie chciał jej sobie wyobra­żać, zanim zoba­czy ją naprawdę. Bał się, że mógłby stchó­rzyć, a prze­cież on nie był tchó­rzem.

Urwał się z pracy około dzie­sią­tej. Pra­co­wał w Biblio­tece Publicz­nej na Woli jako ani­ma­tor kul­tury. Sze­fo­wej powie­dział, że wycho­dzi, bo musi coś zała­twić na mie­ście. Nie zada­wała pytań. Jej nowy pra­cow­nik poka­zał się jako sumienny i zaan­ga­żo­wany, cho­ciaż tro­chę „dziwny”. Mógł w godzi­nach pracy swo­bod­nie opu­ścić biblio­tekę, ale musiał się wpi­sać w ewi­den­cji wyjść. Zano­to­wał godzinę dzie­siątą pięt­na­ście i dopi­sał, że wybiera się do kawiarni Star­bucks w oko­li­cach Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Wcze­śniej wspo­mi­nał, że chciałby tam pro­mo­wać wyda­rze­nia kul­tu­ralne. Wszystko się zga­dzało.

* * *

Do Kasi poje­chał tram­wa­jem, dzie­liły ich zale­d­wie trzy przy­stanki. Przed jede­na­stą dotarł na ulicę Skier­nie­wicką. Blok numer trzy­na­ście koja­rzył, był tam już wcze­śniej zro­bić roz­po­zna­nie terenu. Wje­chał windą na szó­ste pię­tro. Zapu­kał. Drzwi otwo­rzyła mu wyjąt­kowo drobna, ubrana na czarno blon­dynka. Grzywkę miała przy­ciętą pro­sto, oczy takie roze­śmiane, psotne. Pomy­ślał przez chwilę, że jest ładna, mógłby ją nawet zapro­sić na randkę. Ale nie po to prze­cież przy­szedł. Antoni wydał się Kasi nieco spięty, nie zdjął kurtki po wej­ściu do miesz­ka­nia, miał ze sobą dużą torbę. Gospo­dyni zapro­siła go do swo­jego pokoju. Stały tam dwa krze­sła i biały okrą­gły stół, na któ­rym wcze­śniej roz­ło­żyła mate­riały potrzebne do prze­pro­wa­dze­nia lek­cji. Usie­dli na chwilę. „Napi­jesz się cze­goś?” – zapy­tała, a on popro­sił o her­batę. Kasia poszła do kuchni, włą­czyła czaj­nik i zauwa­żyła, że jej nowy uczeń wyraź­nie się krę­puje. Zdjął płaszcz, ale krę­cił się z nim po kory­ta­rzu, jakby nie wie­dział, czy chce zostać, czy ucie­kać. Zapa­rzyła her­batę, uśmiech­nęła się do niego i zapro­po­no­wała pomoc. W końcu był pierw­szy raz w jej miesz­ka­niu, może nie mógł się odna­leźć. Minęła wyso­kiego bru­neta o ciem­nych oczach i wzięła od niego bos­mankę, wie­sza­jąc na haczyku. Nie zdą­żyła się nawet odwró­cić, gdy dźgnął ją nożem w szyję.

‒ Czego chcesz? – jęk­nęła, opa­da­jąc mu w ramiona.

‒ Ciiii… Zaraz się skoń­czy ‒ szep­nął jej do ucha.

W miesz­ka­niu zapa­dła cisza. Her­bata wysty­gła.

Akt 2. Piła, młotek i karaluchy

Akt 2 Piła, mło­tek i kara­lu­chy

Miesz­ka­nie na pierw­szym pię­trze w bloku przy Potoc­kiej 60 niczym się nie róż­niło od tego, co zwy­kle ofe­ruje się stu­den­tom w War­sza­wie. Trzy­po­ko­jowy lokal, który wła­ści­ciel odzie­dzi­czył po matce, wyglą­dał dokład­nie tak, jak zosta­wiła go zmarła gospo­dyni. Stare pod­łogi, stare meble, dywany i zasłonki pamię­ta­jące jesz­cze czasy Pol­ski Ludo­wej. Każdy z loka­to­rów miał swój pokój, roz­kła­daną wer­salkę, skrzy­piącą szafę i jakiś regał na książki czy bibe­loty. Nikt inny by tego nie wyna­jął, tylko stu­denci. A tych się zresztą przez to miesz­ka­nie prze­wi­nęło wielu w ostat­nich latach przed poża­rem. Ktoś zajął miej­sce po kole­dze, ktoś dostał cynk od kuzyna i tak dalej. W lutym 2016 roku skład był nastę­pu­jący: stu­dent lin­gwi­styki, stu­dent infor­ma­tyki i biblio­te­karz. Dzie­lili razem prze­strzeń od zale­d­wie kilku mie­sięcy, nie prze­pa­dali za sobą, ich kon­takty ogra­ni­czały się do wymiany komu­ni­ka­tów doty­czą­cych wspól­nego zamiesz­ki­wa­nia. Żad­nych wspól­nych imprez, wie­czor­nych poga­du­szek.

„Nie wiem, w jaki spo­sób Kaje­tan dowie­dział się o naszym miesz­ka­niu, Damian go rekru­to­wał. Wpro­wa­dził się latem 2015 roku. Nie zna­łem go wcze­śniej. Pomię­dzy nami trzema nie ma żad­nych głęb­szych rela­cji, łączy nas to, że wspól­nie wynaj­mu­jemy miesz­ka­nie” – pod­kre­ślał Łukasz. Męż­czy­zna był w sta­nie odtwo­rzyć, w jakich godzi­nach funk­cjo­nują współ­lo­ka­to­rzy. Wie­dział na przy­kład, że Kaje­tan wycho­dzi z domu o siód­mej trzy­dzie­ści, bo mijali się rano, gdy Łukasz jesz­cze zaspany dopiero szedł do łazienki. Poznań­ski był raczej cichy, ale trze­ciego lutego obu­dził swo­ich kole­gów nie­ty­po­wym zacho­wa­niem.

Łukasz sły­szał, że pomię­dzy czwartą a piątą rano Kaje­tan krę­cił się w kuchni, jakby coś kroił albo raczej sie­kał. Ni­gdy wcze­śniej takiego hałasu nie robił. Z kolei ochro­niarz budynku pamię­tał, że widział Poznań­skiego, jak trze­ciego lutego już o godzi­nie pią­tej wyko­ny­wał jakieś ćwi­cze­nia przy włą­czo­nym świe­tle i odsło­nię­tych oknach. Co za gość – pomy­ślał. Więk­szość miesz­kań­ców budynku jesz­cze spała.

Kole­dzy z miesz­ka­nia mówili o nim, uży­wa­jąc okre­śle­nia „dziwny”. Biblio­te­karz pła­cił rachunki, ale żądał od współ­lo­ka­to­rów prze­sy­ła­nia fak­tur i wyli­czał kon­kretne kwoty. Przy­no­sił do miesz­ka­nia nie­ty­powe przed­mioty, na przy­kład zna­le­zione na śmiet­niku płyty meblowe. Jeden z chło­pa­ków odkrył, że Poznań­ski buduje karm­niki dla pta­ków, gdy któ­re­goś dnia z powodu prze­ciągu zamy­kał okno w jego pokoju. Miał też tam piłę, mło­tek i myśliw­ski nóż, który mógł mieć nawet czter­dzie­ści cen­ty­me­trów.

Szybko zaczął narzu­cać im swoje normy. „Pró­bo­wał na mnie wymu­szać spo­sób zamy­ka­nia drzwi do miesz­ka­nia albo zmu­sić do odkła­da­nia butów w kon­kret­nym miej­scu. Nie lubię go, nie jest zbyt roz­mowny. Nic na jego temat nie wiem, nie wiem, czy ma samo­chód, prawo jazdy, jak wygląda jego pry­watne życie” – mówił Łukasz.

„Zasta­na­wia­łem się, czy on w ogóle sypia. Drzwi do mojego pokoju są na wprost jego pokoju, a w drzwiach jest szyba. Kiedy Kaje­tan zapa­łał świa­tło, ja to widzia­łem, bo mam usta­wione łóżko na wprost drzwi. To świa­tło z jego pokoju raziło mnie, jed­nak ja nie zwró­ci­łem mu na to uwagi. Ja zwy­kle cho­dzę spać mię­dzy pół­nocą a pierw­szą i kiedy kładę się spać, widzę, że u Kaje­tana pali się świa­tło. Kiedy raz wsta­łem w nocy do toa­lety, też widzia­łem, że na­dal pali się świa­tło w jego pokoju. Gdy wra­cam z pracy, też się pali” – zwró­cił uwagę Łukasz.

W grud­niu 2015 zasko­czył wszyst­kich. Nagle w okre­sie świą­tecz­nym wyniósł na śmiet­nik swoje łóżko i mate­rac oraz biurko, zaczął sypiać na brą­zo­wym gru­bym kocu. Poznań­ski tłu­ma­czył współ­lo­ka­to­rom, że w miesz­ka­niu były plu­skwy, i zażą­dał dezyn­sek­cji. Nikt wię­cej poza Kaje­ta­nem żad­nych roba­ków nie widział, ale ekipa od usu­wa­nia podob­nych pro­ble­mów odwie­dziła miesz­ka­nie w syl­we­stra. Loka­to­rzy – tak zarzą­dził Kaje­tan – mieli się na ten czas prze­pro­wa­dzić w inne miej­sce. „W stycz­niu naci­skał na mnie, żeby prze­pro­wa­dzić kolejną dezyn­sek­cję, ale ja nie mia­łem się gdzie zatrzy­mać. Zagro­ził mi, że będę spał z tym gazem” – pamię­tał Łukasz. Męż­czyźni czuli się bez­radni wobec fana­be­rii Poznań­skiego. Zga­dzali się na jego pomy­sły, żeby nie wsz­czy­nać awan­tur. Pre­tek­stów jed­nak nie bra­ko­wało.

„Któ­re­goś dnia Damian zapa­lił papie­rosa w swoim pokoju, a Kaje­tan wyczuł to przez kratki wen­ty­la­cyjne. To było rano, byłem wtedy w łazience, ale sły­sza­łem, że na kory­ta­rzu coś się dzieje. Kiedy otwo­rzy­łem drzwi, zoba­czy­łem Damiana, miał potar­gane ubra­nie, a Kaje­tan był już w swoim pokoju. Poszar­pali się. Powia­do­mi­łem o tym wła­ści­ciela i usta­li­li­śmy, że wypo­wie on Kaje­tanowi umowę najmu. Potem Damian mówił, że Poznań­ski go prze­pro­sił i nie chce mu się teraz zaj­mo­wać szu­ka­niem loka­tora, bo ma sesję na uczelni” – wspo­mi­nał Łukasz. On jed­nak czuł, że miesz­ka­nie z Poznań­skim źle się dla kogoś skoń­czy. Już wtedy roz­wa­żał zmianę adresu.

Sytu­acja roze­szła się po kościach. Damian zdał egza­miny i wyje­chał jesz­cze w stycz­niu, by odpo­cząć u rodzi­ców na dru­gim końcu Pol­ski. Wró­cił do sto­licy dopiero trze­ciego lutego. Dziś męż­czy­zna nie chce roz­ma­wiać o byłym współ­lo­ka­to­rze, odmó­wił spo­tka­nia. Jego imię wciąż budzi w nim prze­ra­że­nie. Dopiero nie­dawno dowie­dział się, że tam­ten krótki wyjazd praw­do­po­dob­nie ura­to­wał mu życie.

Akt 3. Trupi dyżur

Akt 3 Trupi dyżur

Tak zwany dyżur zda­rze­niowy w pro­ku­ra­tu­rze rejo­no­wej naj­czę­ściej trwa sie­dem dni. Pro­ku­ra­tor pobiera tele­fon służ­bowy w pią­tek po połu­dniu i przez kolejny tydzień musi całą dobę być gotowy jechać „na zda­rze­nie”. Pro­ku­ra­torzy mówią na niego „trupi dyżur”, bo zwy­kle są wzy­wani do zgonu, który może mieć zwią­zek z jakimś prze­stęp­stwem. Jeż­dżą głów­nie do wisiel­ców, topiel­ców, skocz­ków, wypad­ków dro­go­wych, do zwłok w meli­nach i do zabójstw, choć tych nie ma wcale dużo. Trze­ciego lutego 2016 roku taki dyżur w Pro­ku­ra­tu­rze Rejo­no­wej War­szawa-Żoli­borz peł­nił pro­ku­ra­tor Paweł Pie­trzak. To nie był jego przy­dział, zamie­nił się z kole­żanką z działu, która mocno się roz­cho­ro­wała i nie była dys­po­zy­cyjna. Ani dyżuru, ani nawet pierw­szej połowy trze­ciego dnia lutego pro­ku­ra­tor Pie­trzak nie zapa­mię­tał jakoś szcze­gól­nie. Po godzi­nie pięt­na­stej myślami był już w dro­dze do domu, miał ode­brać córkę z przed­szkola, zro­bić jakieś zakupy. Wtedy zadzwo­nił służ­bowy tele­fon.

„Poli­cjant poin­for­mo­wał mnie, że w bloku przy ulicy Potoc­kiej jest pożar, a pod­czas doga­sza­nia straż pożarna ujaw­niła zwłoki kobiety. Na początku mia­łem cząst­kowe infor­ma­cje, nie wie­dzia­łem jesz­cze, co się wyda­rzyło. Gdy jecha­łem na miej­sce, poli­cja znów zadzwo­niła. Dowie­dzia­łem się wtedy, że ta kobieta, którą zna­le­ziono, nie ma głowy i nie wia­domo, gdzie ta głowa jest. Już czu­łem, że to będzie coś poważ­niej­szego, bo samo­bój­stwo i wypa­dek ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów wyklu­czy­łem, nie będąc jesz­cze na miej­scu” – powie­dział mi pro­ku­ra­tor Pie­trzak. Po ośmiu latach od zda­rze­nia wciąż dokład­nie pamię­tał szcze­góły tej inter­wen­cji. Przed blo­kiem stał wóz straży pożar­nej, była poli­cja i sporo gapiów. Pro­ku­ra­tor wraz z grupą oglę­dzi­nową wszedł na górę.

„Weszli­śmy do skrom­nie ume­blo­wa­nego pokoju, w któ­rym leżały zwłoki szczu­płej kobiety w pozy­cji embrio­nal­nej. Ciało było nad­pa­lone, owi­nięte w czarny worek i chyba jakąś torbę. Nie mie­li­śmy wtedy poję­cia, kim jest pokrzyw­dzona. O sprawcy też nie mie­li­śmy żad­nego poję­cia. W tym lokalu w momen­cie pożaru nikogo nie było” – usły­sza­łam. Do momentu poja­wie­nia się pro­ku­ra­tora nikt nie doty­kał przed­mio­tów znaj­du­ją­cych się w miesz­ka­niu. Dopiero gdy for­mal­nie roz­po­częły się oglę­dziny pomiesz­czeń, jeden z tech­ni­ków zna­lazł w rogu pokoju dużą torbę, przy­po­mi­na­jącą pokro­wiec na pościel. W środku scho­wany był ciemny ple­cak z oku­la­rami pły­wac­kimi, czep­kiem i ręcz­ni­kiem, były tam spa­ko­wane rów­nież dam­skie kap­cie, zakrwa­wione różowe ręka­wice i coś, czego tech­nicy nie spo­dzie­wali się zna­leźć. „Panie pro­ku­ra­to­rze, jest głowa” – powie­dział tech­nik poli­cyjny. Widzieli już nie­jedne zwłoki, ale ten widok trudno było wyma­zać póź­niej z pamięci. Kobieta wyglą­dała jak lalka, a jasne dłu­gie włosy miała poskle­jane krwią, którą w pro­to­kole opi­sano póź­niej jako „sub­stan­cja koloru bru­nat­nego”. Zro­bili zdję­cia.

* * *

Wezwano bie­głą z zakresu medy­cyny sądo­wej i bie­głego z zakresu pożar­nic­twa, przy­je­chali też funk­cjo­na­riu­sze z Wydziału do spraw Zwal­cza­nia Ter­roru Kry­mi­nal­nego i Zabójstw Komendy Sto­łecz­nej Poli­cji. W trak­cie oglę­dzin do znisz­czo­nych przez straż pożarną drzwi zaczął dobi­jać się jakiś chło­pak. Twier­dził, że wynaj­muje tam pokój, i chciał wie­dzieć, co się stało. Wpadł w histe­rię, gdy usły­szał, że w jego miesz­ka­niu naj­praw­do­po­dob­niej doszło do zabój­stwa i musi chwi­lowo zatrzy­mać się gdzie indziej. Damian prze­ka­zał funk­cjo­na­riu­szom, że pokój, w któ­rym zna­le­ziono zwłoki, zamiesz­kuje Kaje­tan Poznań­ski. Wie­dział, że męż­czy­zna pra­cuje w biblio­tece, a jego mama jest pro­ku­ra­to­rem. Współ­lo­ka­tor twier­dził, że Poznań­ski jest dziwny, kon­flik­towy, paso­wał na mor­dercę. Roz­po­częły się poszu­ki­wa­nia czło­wieka, który wkrótce miał się stać naj­pil­niej ści­ga­nym prze­stępcą w Euro­pie. Ale zanim do tego doszło, trzeba było zebrać jakie­kol­wiek dowody na to, że miał ze zbrod­nią coś wspól­nego. Zwłoki w pokoju to za mało, by przed­sta­wić zarzuty. Oglę­dziny trwały pra­wie dzie­sięć godzin, zabez­pie­czano każdy ślad, który mógłby mieć zna­cze­nie dla sprawy. A śla­dów nie bra­ko­wało.

„Zgon pokrzyw­dzo­nej stwier­dzono kilka minut po godzi­nie pięt­na­stej, ale wie­dzie­li­śmy, że do zabój­stwa doszło kilka godzin wcze­śniej. Wska­zy­wały na to pewne pro­cesy, które zacho­dzą w ciele po śmierci, jak plamy opa­dowe i stę­że­nie pośmiertne, czyli zesztyw­nie­nie. Począt­kowo sądzi­li­śmy, że miesz­ka­nie przy ulicy Potoc­kiej jest miej­scem zbrodni. Nie bar­dzo byli­śmy w sta­nie zro­zu­mieć, po co sprawca odciął głowę. Zro­bił to zresztą bar­dzo pre­cy­zyj­nie, jak rzeź­nik, lekarz albo cho­ciaż stu­dent medy­cyny. Domnie­my­wa­li­śmy, że może chciał zbez­cze­ścić ofiarę, ale z dru­giej strony nie ranił innych czę­ści ciała” ‒ wspo­mina pro­ku­ra­tor Pie­trzak. Poli­cjan­tów zdu­miało rów­nież, że zwłoki spa­ko­wane były w torby, jakby ktoś przy­go­to­wał je do trans­portu. „Wie­dzie­li­śmy, że facet impro­wi­zo­wał. Może spa­ni­ko­wał, może się nie znał, a może się bar­dzo spie­szył. Zna­leź­li­śmy opa­ko­wa­nia pod­pałki do grilla, któ­rej użył do pod­pa­le­nia miesz­ka­nia i ciała. Nie udało mu się jed­nak zatrzeć śla­dów, co praw­do­po­dob­nie było jego celem” – zga­duje śled­czy.

* * *

Kilka godzin póź­niej poli­cjan­tów z innej dziel­nicy wez-wał młody męż­czy­zna. Paweł od ponad roku wynaj­mo­wał pokój u kole­żanki w PRL-owskim wie­żowcu przy Skier­nie­wic­kiej. Gdy wró­cił do miesz­ka­nia, zasko­czyły go otwarte drzwi wej­ściowe. Pamię­tał, że gospo­dyni miała wyje­chać na urlop, ale ni­gdy wcze­śniej nie wycho­dziła w takim roz­tar­gnie­niu. Zdzi­wił się też, że nie zosta­wiła w drzwiach kar­teczki ze spi­sa­nym licz­ni­kiem gazu, któ­rego kon­trola zapo­wia­dana była na popo­łu­dnie.

„Na klatce scho­do­wej były ciemne ślady, wyglą­dały jak błoto, jakby ktoś coś brud­nego cią­gnął. Ślad biegł od drzwi w stronę windy. Myśla­łem, że to Kasia walizkę cią­gnęła” – mówił póź­niej poli­cjan­tom.

Jego nie­po­kój wzrósł, gdy już po prze­kro­cze­niu progu przyj­rzał się pod­ło­dze. Wyglą­dała na nie­sta­ran­nie umytą, lepiła się od ciem­nej mazi. Pokoje nie były splą­dro­wane, ale bra­ko­wało kilku rze­czy. Zgi­nęły mię­dzy innymi jego spor­towa torba i ciemny ple­cak, w któ­rym miał naszy­ko­wane rze­czy na basen. Nie­po­ko­jące były także jakieś szmaty i gąbki pio­rące się w pralce, krew na pod­ło­dze w kuchni i zakrwa­wiony brzesz­czot, który zna­lazł w swoim pokoju. Po Kata­rzy­nie nie było śladu, jej tele­fon leżał na stole, obok mate­ria­łów do naucza­nia języka.

„Stwier­dzi­łem, że coś strasz­nego się wyda­rzyło. Kasi torby, które naszy­ko­wała na wyjazd, leżały cią­gle na szaf­kach w przed­po­koju. W jej pokoju na łóżku leżał otwarty lap­top, w świą­tecz­nym kubku stała zimna her­bata. Ta sytu­acja wyglą­dała jak w złych fil­mach” – opo­wia­dał współ­lo­ka­tor Kata­rzyny.

Naj­pierw zadzwo­nił do sio­stry, która przy­jaź­niła się z jego współ­lo­ka­torką, ale ta spo­koj­nie mu tłu­ma­czyła, że Kasia na pewno jest już w Bolo­nii. Pobiegł do sąsia­dów spy­tać, czy ktoś coś sły­szał, ale nikt nie koja­rzył niczego nie­po­ko­ją­cego. Wtedy wykrę­cił numer do ojca Kata­rzyny, to on popro­sił go o wezwa­nie poli­cji. Paweł cze­kał na funk­cjo­na­riu­szy na zewnątrz, bał się tego, co odkrył. Naj­pierw przy­je­chał patrol z dziel­nicy, póź­niej tech­nicy ze sto­łecz­nego „ter­roru”. Paweł powie­dział mun­du­ro­wym, że tego dnia do Kasi miał na kore­pe­ty­cje przyjść ktoś nowy. Mówiła o tym też kole­żan­kom i rodzi­com, bo się bar­dzo cie­szyła. Nikt jed­nak o tajem­ni­czym uczniu niczego wię­cej nie wie­dział.

Na miej­sce przy­je­chał nawet zastępca komen­danta rejo­no­wego inspek­tor Sła­wo­mir Tro­ja­now­ski, który póź­niej w notatce służ­bo­wej napi­sał, że choć miesz­ka­nie było całe w krwa­wych śla­dach, „obraz kry­mi­na­li­styczny miej­sca zda­rze­nia wska­zuje za brak śla­dów typo­wej walki”. Celem poten­cjal­nego sprawcy – zda­niem inspek­tora – nie był rabu­nek, chyba że sprawca został spło­szony i nie zdą­żył ukraść pozo­sta­wio­nych w miesz­ka­niu pie­nię­dzy, sprzętu elek­tro­nicz­nego.

„Na pewno dostał się do miesz­ka­nia pod legendą lub był umó­wiony z wła­ści­cielką. (…) osoba ta, będąc w miesz­ka­niu, mogła wziąć nawet kąpiel. Świad­czą o tym ślady bosych stóp oraz ślady w kabi­nie prysz­ni­co­wej” – napi­sał zastępca komen­danta. W miesz­ka­niu poli­cja zna­la­zła też męskie skar­pety i ręcz­nik, któ­rym praw­do­po­dob­nie wytarł się sprawca.

Sprawy szybko sko­ja­rzono. Poli­cjanci z Woli przy­je­chali pobrać mate­riał do badań DNA z ciała, które zna­le­ziono na Żoli­bo­rzu. Chciano jak naj­szyb­ciej usta­lić, czy „NN” ‒ z angiel­skiego no-name, bez imie­nia ‒ to ta sama osoba, któ­rej znik­nię­cie zgło­sił męż­czy­zna. Wyniki były następ­nego dnia. Potwier­dziło się, że jest to lek­torka języka wło­skiego, Kata­rzyna J.

„Nie mogli­śmy pojąć, dla­czego zabił tę dziew­czynę na Woli i przy­wiózł ją do swo­jego pokoju. Prze­cież to jakby się pod­pi­sać pod zbrod­nią. Zresztą, wznie­ca­jąc nie­udol­nie pożar, tylko przy­śpie­szył zain­te­re­so­wa­nie służb jego osobą. Długo nas to zasta­na­wiało, kim jest ten czło­wiek i po co to zro­bił. Czym ta dziew­czyna mu zawi­niła” – zasta­na­wiał się pro­ku­ra­tor Pie­trzak.

Odpo­wie­dzi na te pyta­nia przy­szły póź­niej.

* * *

Star­szy sier­żant Seba­stian Gra­bow­ski napi­sał trze­ciego lutego notatkę służ­bową. Wyni­kało z niej, że poli­cja, tuż po ujaw­nie­niu bez­gło­wych zwłok w miesz­ka­niu przy Potoc­kiej, pró­bo­wała odtwo­rzyć moż­liwy prze­bieg zda­rze­nia. Funk­cjo­na­riu­sze widzieli, że na budyn­kach są zamon­to­wane kamery moni­to­ringu, które mogły zare­je­stro­wać na przy­kład ucieczkę zabójcy, ale szybko oka­zało się, że do ele­wa­cji bloku przy­twier­dzone są atrapy, które miały dzia­łać odstra­sza­jąco na poten­cjal­nych wła­my­wa­czy czy domo­krąż­ców. Jedy­nym źró­dłem wie­dzy mogli więc być sąsie­dzi. Poli­cja prze­py­tała wszyst­kich miesz­kań­ców bloku w nadziei, że ktoś odno­to­wał zda­rze­nie, któ­rego nie uchwy­ciły wyłą­czone kamery.

Pani Jadwiga twier­dziła, że miesz­ka­jący na pierw­szym pię­trze trzej mło­dzi męż­czyźni to towa­rzy­stwo spo­kojne i bez­pro­ble­mowe. Szcze­gól­nie lubiła Łuka­sza, który cza­sem do niej zagaił, chwa­lił się osią­gnię­ciami w pracy i na uczelni. Inni loka­to­rzy bloku rów­nież nie mieli zastrze­żeń do współ­lo­ka­to­rów, nie sły­szeli także niczego nie­po­ko­ją­cego w dniu pożaru. Ale prze­by­wa­jąca aku­rat u zna­jo­mych przy Potoc­kiej Maria około godziny trzy­na­stej albo czter­na­stej wyglą­dała przez okno i zare­je­stro­wała nie­ty­pową scenkę. Młody, szczu­pły męż­czy­zna w ciem­nej kurtce i czapce zakry­wa­ją­cej pra­wie oczy cią­gnął za sobą duży paku­nek.

„Ten paku­nek nie miał żad­nego kon­kret­nego kształtu, był to czarny worek owi­nięty jasną taśmą. Męż­czy­zna miał go na tor­bie spor­to­wej koloru sza­rego. Uno­sił ten paku­nek, ale nie mógł go prze­nieść dalej, jakby był dla niego za ciężki. Siło­wał się z tym, ale nie wyglą­dał na zde­ner­wo­wa­nego, nie roz­glą­dał się. Przy­glą­da­łam mu się z odle­gło­ści pię­ciu metrów, z miesz­ka­nia usy­tu­owa­nego na par­te­rze. Widzia­łam go pierw­szy raz” – pod­kre­śliła. Zanie­po­ko­iła się dopiero kil­ka­dzie­siąt minut póź­niej, gdy przed blok przy­je­chały, straż pożarna i poli­cja. Dotarło do niej, że sytu­acja, którą widziała, może mieć więk­sze zna­cze­nie.

Alarm w związku z poża­rem w miesz­ka­niu numer dwa­dzie­ścia cztery wsz­częła dozor­czyni budynku. Pani Marzanna szła aku­rat wyrzu­cić śmieci, gdy zoba­czyła gęsty dym. Dobi­jała się do drzwi, chcąc powia­do­mić loka­to­rów, ale nikt nie otwie­rał. Spoj­rzała na wycie­raczkę, która była ubru­dzona krwią. Bor­dowe ślady, jakby malo­wane pędz­lem, były widoczne też na pod­ło­dze klatki scho­do­wej i na ścia­nach. Ktoś się tu musiał bić! – pomy­ślała.

Na miej­sce przy­je­chały cztery zastępy straży pożar­nej. Drzwi do pło­ną­cego miesz­ka­nia były zamknięte, dla­tego straż pożarna dostała się do środka oknem. Jeden z funk­cjo­na­riu­szy wszedł po dra­bi­nie i wybił okno, a potem poda­nym przez kole­gów wężem zaczął gasić pło­mie­nie. Zady­mie­nie było spore, ale walka z ogniem oka­zała się szybka i sku­teczna. Stra­żak spraw­dził całe miesz­ka­nie w poszu­ki­wa­niu osób poszko­do­wa­nych. Widział, że na pod­ło­dze w pomiesz­cze­niu, w któ­rym się paliło, leży czło­wiek i praw­do­po­dob­nie nie żyje. „Mamy poszko­do­waną!” – krzyk­nął. Stra­żacy wywa­żyli podwójne drzwi do miesz­ka­nia. Dopiero wtedy upew­nili się, że ofiara fak­tycz­nie nie żyje, ale nie ma to nic wspól­nego z ogniem.

* * *

Trzeci dzień lutego zapadł w pamięć także nie­któ­rym miesz­kań­com bloku przy Skier­nie­wic­kiej i to na długo przed tym, jak zaro­iło się od poli­cyj­nych tech­ni­ków i przed­sta­wi­cieli pro­ku­ra­tury. Około godziny trzy­na­stej miesz­ka­jąca na trze­cim pię­trze pani Bro­ni­sława zoba­czyła inną sąsiadkę, która stała przed drzwiami do windy i ner­wowo roz­glą­dała się na boki.

„Co się stało, pani Wie­siu? Znowu nie działa?” – dopy­ty­wała seniorka, ale gdy pode­szła bli­żej, zauwa­żyła, że w kabi­nie dźwigu jest duży, dziwny paku­nek. To była pla­sti­kowa torba przy­po­mi­na­jąca te, w które pakuje się pościel. Mimo prze­zro­czy­sto­ści mate­riału trudno było okre­ślić jej zawar­tość. „Może to bomba?” – zapy­tała jedna z eme­ry­tek. W win­dzie nic wię­cej nie było. Kobiety zasta­na­wiały się jesz­cze chwilę, czy powinny wezwać dozorcę, a może nawet poli­cję. Wtedy usły­szały, że ktoś szybko zbiega po scho­dach.

„Torba! Gdzie jest moja torba?!” – wydzie­rał się młody męż­czy­zna o ciem­nej kar­na­cji, któ­rego kobiety okre­ślały póź­niej, rela­cjo­nu­jąc zda­rze­nie poli­cji, jako „Syryj­czyka”. Twier­dziły, że coś beł­ko­tał, może był pijany albo słabo mówił po pol­sku. Wystra­szyły się go, bo był bar­dzo ner­wowy. Ode­tchnęły z ulgą dopiero wtedy, gdy zabrał swoje rze­czy z kabiny windy.

Akt 4. Dziesięć złotych za kombi

Akt 4 Dzie­sięć zło­tych za kombi

Trzeci lutego, godzina dwu­na­sta dwa­dzie­ścia sie­dem.

‒ Dzień dobry, Super Taxi – mówi znu­dzo­nym gło­sem pani z cen­trali jed­nej z naj­więk­szych kor­po­ra­cji w War­sza­wie.

‒ Dzień dobry. Pro­szę pani, popro­szę o dużą tak­sówkę na ulicę Skier­nie­wicką 13. Gdy­bym mógł pro­sić o pod­jazd tyłem, bagaż­ni­kiem jak naj­bli­żej klatki scho­do­wej, jakby się tak dało pod klatkę, to byłaby bomba – odpo­wiada do słu­chawki pod­eks­cy­to­wany męż­czy­zna.

– Jak naj­bli­żej klatki… Dobrze, ale… ‒ zaczęła kobieta.

‒ To jest klatka druga – ucina jej roz­mówca, nie chce sły­szeć o pro­ble­mach.

‒ A jaki dla pana jest duży samo­chód? Kombi wystar­czy czy więk­szy? – dopy­tuje pani z cen­trali.

‒ Tak. Chciał­bym jedną dużą torbę prze­wieźć. Chciał­bym, żeby było dla niej miej­sce, żeby się z tymi rze­czami nic nie stało – pod­kre­śla, jakby wiózł coś bar­dzo cen­nego.

‒ Dzie­sięć zło­tych dopłaty dla kombi – oświad­cza bez­na­mięt­nie kobieta.

‒ Dobra – zga­dza się klient.

‒ I na jakie nazwi­sko?

‒ Sło­miń­ski.

‒ Na którą godzinę?

‒ Wie pani, tak za dwa­dzie­ścia minut może być… – zasta­na­wia się, jakby nie był pewny, czy zdąży.

‒ Czyli dwu­na­sta pięć­dzie­siąt, tak?

‒ Okej.

‒ Płat­ność kartą czy gotówką?

‒ Oj, będzie gotówka, będzie! – oznaj­mia mocno zado­wo­lony.

‒ Dobrze, dzię­kuję.

Jed­nak o dwu­na­stej pięć­dzie­siąt kie­rowca kombi z Super Taxi nie zastał nikogo przed blo­kiem. Zaczął się dener­wo­wać, bo w przy­padku tak­sów­ka­rza w sto­licy czas to przy­sło­wiowy pie­niądz. Skon­tak­to­wał się z cen­tralą, żeby donieść o braku punk­tu­al­no­ści pasa­żera, a znu­dzona tele­fo­nistka połą­czyła go ze „Sło­miń­skim”.

„Zaraz scho­dzę!” – krzyk­nął do słu­chawki. I fak­tycz­nie kilka minut póź­niej wyszedł z budynku, nio­sąc pla­sti­kową torbę, jak do trans­portu pościeli. Był zasko­czony, że kor­po­ra­cja wysłała po niego kie­rowcę w mer­ce­de­sie viano, takim vanie, któ­rym można by prze­wo­zić wie­lo­po­ko­le­niową rodzinę.

„Pro­szę zacze­kać, muszę iść po jesz­cze jedną torbę na górę. Mia­łem pro­blem ze znie­sie­niem, bo mi się roze­rwała” – tłu­ma­czył prze­woź­ni­kowi. Tak­sów­karz włą­czył licz­nik i cier­pli­wie cze­kał. Po dzie­się­ciu minu­tach Poznań­ski znów wyszedł przed blok. Cią­gnął coś cięż­kiego i machał do tak­sów­ka­rza.

„Może mi pan pomóc? Nie udźwi­gnę” – stę­kał. Kie­rowca zauwa­żył, że torba podróżna ma zerwane jedno ucho. Trudno było ją nieść samo­dziel­nie, dla­tego dźwi­gnęli ją obaj. „Czu­łem, że zawar­tość jest cie­pła, ale nie pyta­łem o nic. W poło­wie drogi do auta ten czło­wiek popro­sił, żeby zro­bić przy­sta­nek i odpo­cząć. Wtedy ktoś z sąsia­dów się nad nami zli­to­wał i powie­dział, jak opu­ścić blo­kadę, żeby wje­chać pod samą klatkę. Udało się tę torbę zapa­ko­wać do auta” – opo­wia­dał tak­sów­karz.

* * *

Sło­miń­ski kazał się wysa­dzić na Bie­la­nach, przy ulicy Nał­kow­skiej. Nagle krzyk­nął: „O, tu popro­szę!” ‒ zapła­cił gotówką i wysiadł. Pan Michał, tak­sów­karz, zapa­mię­tał, że klient, wyj­mu­jąc pakunki z bagaż­nika, był bar­dzo deli­katny. Odjeż­dża­jąc, patrzył w lusterka, zasta­na­wia­jąc się, co ten chło­pak dalej zrobi. A on po pro­stu stał na skrzy­żo­wa­niu i nie wyglą­dał, jakby pla­no­wał się gdzie­kol­wiek ruszyć. Musiał tam stać dobry kwa­drans, potem zamó­wił kolejny kurs.

„Klienci bywają różni. Jed­nym się buzia nie zamyka, inni potra­fią mil­czeć całą drogę i nie powie­dzą nawet »do widze­nia« na koniec. Ale to mi nie prze­szka­dza. Naj­bar­dziej mnie dener­wuje, jak po kur­sie auto jest brudne. Nie lubię wozić małych dzieci, zwie­rząt i pija­ków. Wożę setki osób mie­sięcz­nie, twa­rze się zmie­niają, nazwisk się raczej nie zapa­mię­tuje. Ale zda­rzają się tacy, któ­rych jesz­cze długo po kur­sie trudno wyma­zać z pamięci – mówi mi tak­sów­karz, który w 2016 roku pra­co­wał w sto­licy. ‒ On wła­śnie taki był”.

Trze­ciego lutego o trzy­na­stej czter­dzie­ści sie­dem tak­sów­karz w czar­nym volks­wa­ge­nie gol­fie z logo Bayer Taxi na boku dostał z cen­trali wia­do­mość SMS, że ma poje­chać na róg ulic Nał­kow­skiej i Maku­szyń­skiego. Klient o nazwi­sku „Poznań­ski” już cze­kał, miał ze sobą wiel­kie torby i nie wyglą­dał, jakby miał sobie sam pora­dzić z wło­że­niem ich do bagaż­nika.

„Wysia­dłem, żeby otwo­rzyć bagaż­nik i mu pomóc. Ten męż­czy­zna miał około dwu­dzie­stu kilku lat, był szczu­płej budowy ciała i miał ciemne krót­kie włosy. Żad­nych cha­rak­te­ry­stycz­nych zna­ków, żad­nych oku­la­rów. Nie wie­dzia­łem, czy jest Pola­kiem, bo miał taką śniadą kar­na­cję, ale mówił po pol­sku i wszystko rozu­miał” – wspo­mi­nał tak­sów­karz. Klient popro­sił, by prze­woź­nik pomógł mu z baga­żem. Męż­czy­zna zapa­mię­tał, że dość mała spor­towa torba był bar­dzo ciężka i okle­jona taśmą. „Zła­pa­łem za jeden bok tej torby, a klient za drugi bok. Czu­łem, że coś, co jest w środku, jest cie­płe. Pyta­łem go nawet, co tam w jest, a on powie­dział, że to dzik. Byłem bar­dzo zasko­czony, bo na myśli­wego nie wyglą­dał. Pew­nie poznał po mojej minie, więc za chwilę dodał »żar­to­wa­łem z tym dzi­kiem«. Nie wni­ka­łem w szcze­góły i nie pyta­łem” – dodał. Przy­po­mniał sobie rów­nież, że jego nowy klient zakła­dał skó­rzane ręka­wiczki, gdy pako­wali bagaż do auta. Z drugą torbą śniady chu­dzie­lec pora­dził sobie sam. „To była taka torba prze­zro­czy­sta, spi­nana napą. W środku był jakiś misz­masz, jakby wrzu­cił tam rze­czy zgar­nięte ze stołu. Nie wiem, co tam dokład­nie było” – dodał.

Poznań­ski usiadł po pra­wej stro­nie na tyl­nej kana­pie i ogło­sił, że chciałby doje­chać na Potocką 60. Jechali dosłow­nie kilka minut, bo trasa nie miała nawet dwóch kilo­me­trów. Kurs kosz­to­wał dwa­dzie­ścia jeden zło­tych, bo dychę trzeba było dopła­cić za wybór auta typu kombi. Klient zapła­cił, nie pró­bo­wał się tar­go­wać z kie­rowcą volks­wa­gena. Wyglą­dał na zado­wo­lo­nego do momentu, w któ­rym przy­szło im wycią­gać torby z bagaż­nika. Spor­towa torba nie była już gra­na­towa, zro­biły się na niej czer­wone plamy.

‒ Panie, co tam jest?! ‒ dopy­ty­wał tak­sów­karz.

‒ Mówi­łem już, że dzik – odparł pew­nie mło­dzie­niec, choć mina mu nieco zrze­dła.

Torby wycią­gali w mil­cze­niu. Poznań­ski znów zało­żył ręka­wiczki, tak­sów­karz się zanie­po­koił. Gdy dzi­waczny klient odszedł z pakun­kami, prze­woź­nik zadzwo­nił do cen­trali.

‒ Bożenka, co to był za czło­wiek, któ­rego wio­złem? To jakiś stały klient?

‒ Nie, pierw­szy raz dzwo­nił. Coś się stało? – zain­te­re­so­wała się.

‒ Nic, tak pytam – urwał tak­sów­karz. Koń­czył wła­śnie zmianę, chciał odpo­cząć w domu.

* * *

Trze­ciego lutego, krótko po godzi­nie sie­dem­na­stej w sto­łecz­nych por­ta­lach infor­ma­cyj­nych zawrzało. „Maka­bryczne odkry­cie przy Potoc­kiej!” – gło­siły nagłówki mię­dzy innymi w One­cie, Wir­tu­al­nej Pol­sce czy TVN24. O poża­rze w stu­denc­kim miesz­ka­niu i ujaw­nio­nych tam bez­gło­wych zwło­kach dowie­dział się nie­mal każdy użyt­kow­nik inter­netu. Tak­sów­karz z Bayer Taxi także prze­glą­dał wie­czo­rem por­tale.

„Wszystko zło­żyło mi się w całość. Podej­rze­wa­łem, że klient, któ­rego wio­złem, może mieć z tym zwią­zek. Skon­tak­to­wa­łem się z cen­tralą, a potem, następ­nego dnia, jadąc do pracy, z poli­cją” – wyja­śnił. Na tablicy poglą­do­wej oka­zano mu wize­runki czte­rech męż­czyzn. Nie miał wąt­pli­wo­ści, który to Poznań­ski. Wska­zał pal­cem męż­czyznę, któ­rego zdję­cie poli­cja pobrała ze strony inter­ne­to­wej Biblio­teki Publicz­nej Dziel­nicy Wola.

Następ­nego dnia tak­sów­karz do domu wra­cał na pie­chotę. Jego auto zabez­pie­czyli funk­cjo­na­riu­sze Wydziału Ter­roru Kry­mi­nal­nego i Zabójstw Komendy Sto­łecz­nej Poli­cji. Fakt, że Poznań­ski był trze­ciego lutego jego ostat­nim klien­tem i po nim już nikogo nie woził, umoż­li­wił kry­mi­nal­nym pobra­nie śla­dów do badań porów­naw­czych. Cho­dziło mię­dzy innymi o zapach, odci­ski pal­ców, ale także ślady krwi, która sączyła się ze spor­to­wej torby Poznań­skiego.

Następ­nego dnia poli­cjan­tom udało się dotrzeć do kie­rowcy pierw­szej tak­sówki i stam­tąd także pobrać ślady do badań. Usta­le­nie kie­rowcy mer­ce­desa było trud­niej­sze, bo sprawca nie przed­sta­wił się tam praw­dzi­wym nazwi­skiem. Czemu podał swoje praw­dziwe dane, zama­wia­jąc Bayer Taxi? Praw­do­po­dob­nie emo­cje wzięły górę nad rozu­mem, był prze­cież do tej zbrodni świet­nie przy­go­to­wany.

Akt 5. Śledztwo, jakiego jeszcze nie było

Akt 5 Śledz­two, jakiego jesz­cze nie było

Posta­no­wie­nie o wsz­czę­ciu śledz­twa dato­wane jest na czwarty lutego 2016 roku. Pod­pi­sał je pro­ku­ra­tor Paweł Pie­trzak z Pro­ku­ra­tury Rejo­no­wej War­szawa-Żoli­borz. Śled­czy nie zdą­żył się jed­nak nawet dobrze roz­krę­cić, pla­nu­jąc kolejne czyn­no­ści w spra­wie. Została mu zabrana następ­nego dnia, po prze­słu­cha­niu pierw­szych świad­ków i sek­cji zwłok Kata­rzyny, którą w eks­pre­so­wym tem­pie prze­pro­wa­dzono w zakła­dzie medy­cyny sądo­wej, lub ‒ jak mawiają pro­ku­ra­torzy w War­sza­wie ‒ „na Oczki”, bo zakład znaj­duje się wła­śnie przy ulicy Woj­cie­cha Oczki.

Nad­zór nad postę­po­wa­niem prze­jęła Pro­ku­ra­tura Okrę­gowa w War­sza­wie. Argu­men­tów za pro­wa­dze­niem śledz­twa w jed­no­stce nad­rzęd­nej było wiele. Mówiło się, że sto­łecz­nych śled­czych zmro­ził fakt, że matka podej­rze­wa­nego o doko­na­nie zbrodni jest czyn­nym pro­ku­ra­to­rem, zatrud­nio­nym w Pro­ku­ra­tu­rze Ape­la­cyj­nej w Pozna­niu, ale peł­nią­cym funk­cję wizy­ta­tora w Pro­ku­ra­tu­rze Gene­ral­nej. Krótko mówiąc: wyżej się nie dało. Plot­kom o tym, jak kobieta mogłaby wpły­wać na bieg postę­po­wa­nia w spra­wie swo­jego syna, nie było końca. W pierw­szej chwili, gdy poli­cja zastała ją w miesz­ka­niu matki przy ulicy Bruna w War­sza­wie, kobieta poka­zała służ­bową legi­ty­ma­cję i popro­siła o numer do pro­ku­ra­tora, żeby dowie­dzieć się, o co w spra­wie cho­dzi. Do nikogo jed­nak nie zadzwo­niła, więc pro­ku­ra­tura sama się z nią skon­tak­to­wała, wzy­wa­jąc na prze­słu­cha­nie w spra­wie syna. Spe­cjal­nie dla niej wybrano ter­min i zaaran­żo­wano takie oko­licz­no­ści, by mogła dostać się do gma­chu poza zasię­giem dzien­ni­ka­rzy i papa­raz­zich. Anna Poznań­ska nie czuła wdzięcz­no­ści. Kory­ta­rzowa legenda głosi, że wpa­dła do „okrę­gówki” i krzy­czała na pro­ku­ra­tora, że nisz­czy życie jej rodziny i oczer­nia nie­win­nego czło­wieka. Nie wie­rzyła, że jej złoty chło­piec mógł doko­nać zbrodni tak potwor­nej, jak opi­sy­wana w mediach. Była wście­kła też o to, że poli­cja na oczach sąsia­dów robi szopkę i prze­szu­kuje ich dom, a także inne nie­ru­cho­mo­ści posia­dane przez rodzinę. Odmó­wiła skła­da­nia zeznań, do czego miała prawo jako osoba naj­bliż­sza. Podobno bała się, że jej zwie­rze­nia wyciekną natych­miast do prasy.

Postać matki nie miała jed­nak nic wspól­nego z prze­nie­sie­niem sprawy wyżej. Cho­dziło o kwe­stie czy­sto tech­niczne. Pro­ku­ra­tura okrę­gowa była lepiej przy­go­to­wana do podej­mo­wa­nia współ­pracy mię­dzy­na­ro­do­wej, bo – jak podej­rze­wano – sprawca mógł po zbrodni uciec za gra­nicę. Cho­dziło też o moż­li­wie jak naj­szyb­sze dzia­ła­nia, mające na celu uję­cie poszu­ki­wa­nego. Akta zgro­ma­dzone w nie­spełna czter­dzie­ści osiem godzin przez pro­ku­ra­tora Pie­trzaka tra­fiły więc na biurko naczel­nika wydziału śled­czego w „okręgu”. Pro­ku­ra­tor Arka­diusz Buś­kie­wicz opo­wia­dał póź­niej, że przej­rzał sprawę i zasta­na­wiał się, któ­remu ze śled­czych ją przy­dzie­lić. Żar­to­wał, że aku­rat prze­cho­dziła obok jego pokoju pro­ku­ra­tor Mag­da­lena Koło­dziej, więc zawo­łał do niej:„Magda, mam dla cie­bie sprawę!”. To postę­po­wa­nie mocno nazna­czyło jej zawo­dowy życio­rys. Gdy roz­ma­wia­ły­śmy po ośmiu latach od tam­tych wyda­rzeń, jej wspo­mnie­nia były wciąż bar­dzo żywe.

„Ta sprawa była pod każ­dym wzglę­dem nie­ty­powa. Nie­stan­dar­dowy był wybór ofiary i, jak się póź­niej oka­zało, moty­wa­cja do popeł­nie­nia zbrodni. Sama osoba sprawcy była bar­dzo nie­tu­zin­kowa i tajem­ni­cza. Zna­li­śmy jego per­so­na­lia, wie­dzie­li­śmy, że ten męż­czy­zna jest synem pro­ku­ra­tora, ale nic wię­cej. Bar­dzo mało na jego temat wie­działy osoby, które z nim pra­co­wały w biblio­tece czy nawet wspól­nie zamiesz­ki­wały. Wie­dzie­li­śmy, że był osobą skrytą, mało­mówną, w ostat­nim cza­sie odciął się także od kon­tak­tów z rodziną. Trudno było na początku zro­zu­mieć, co się wyda­rzyło. Łań­cuch poszlak, który jed­no­znacz­nie potwier­dzał, że to wła­śnie Kaje­tan Poznań­ski jest sprawcą zabój­stwa, uzu­peł­niany był stop­niowo. W miarę jak poszu­ki­wa­nia podej­rza­nego trwały, my gro­ma­dzi­li­śmy dowody, prze­słu­chi­wa­li­śmy świad­ków, odtwa­rza­li­śmy to, co stało się przed zbrod­nią i tuż po niej. To była gra na czas, wie­dzie­li­śmy, że on ucieka i jest nie­bez­pieczny. Wymy­kał nam się” – powie­działa pro­ku­ra­tor Koło­dziej.

Pro­ku­ra­tor Jakub Romel­czyk, który na począt­ko­wym eta­pie śledz­twa wspie­rał Mag­da­lenę Koło­dziej, mówił, że kole­żanka dzia­łała „ener­gicz­nie i odważ­nie”.

„Jesz­cze tego samego dnia, w któ­rym Magda dostała tę sprawę, napi­sała posta­no­wie­nie o przed­sta­wie­niu Kaje­ta­nowi Poznań­skiemu zarzutu zabój­stwa. To był doku­ment, który dawał nam pod­stawę do zło­że­nia wnio­sku o tym­cza­sowe aresz­to­wa­nie sprawcy. Laikowi wydaje się to dziwne, że można zarzu­cać coś komuś, kogo fizycz­nie nie ma. Ale decy­zja o tym­cza­so­wym aresz­to­wa­niu w przy­padku sprawcy poszu­ki­wa­nego daje poli­cji moż­li­wość uję­cia go i natych­mia­sto­wego osa­dze­nia w jed­no­stce peni­ten­cjar­nej na czter­na­ście dni od zatrzy­ma­nia” – wyja­śniał pro­ku­ra­tor Romel­czyk.

Zgoda na aresz­to­wa­nie Poznań­skiego została wydana już pią­tego lutego. Sędzia Jakub Iwa­niec z Sądu Rejo­no­wego dla War­szawy-Moko­towa zazna­czył, że „zgro­ma­dzony dotych­czas mate­riał dowo­dowy wska­zuje na duże praw­do­po­do­bień­stwo, że podej­rzany dopu­ścił się zarzu­ca­nego mu czynu (…) bru­tal­nego zabój­stwa”. Następ­nego dnia pro­ku­ra­tura zarzą­dziła poszu­ki­wa­nie Kaje­tana Karola Poznań­skiego listem goń­czym. Każda jed­nostka poli­cji w kraju dostała jego dane i wize­ru­nek. Infor­ma­cje te tra­fiły także do wszyst­kich mediów, a nazwi­sko i zdję­cie zabójcy tra­fiły na czo­łówki ser­wi­sów infor­ma­cyj­nych oraz okładki gazet. Cała Pol­ska szu­kała szczu­płego bru­neta o śnia­dej cerze.

„Funk­cjo­na­riu­sze zwra­cają się z prośbą o kon­takt do wszyst­kich osób, które mają infor­ma­cje o miej­scu pobytu poszu­ki­wa­nego, lub widziały widoczną na zdję­ciach osobę od dnia trze­ciego lutego 2016 roku do chwili obec­nej” – nota o takiej tre­ści uka­zała się na stro­nie poli­cji.

* * *

Od momentu opu­bli­ko­wa­nia wize­runku Kaje­tana Poznań­skiego poli­cyjny tele­fon zamie­nił się w gorącą linię. Nie­mal z całego kraju docie­rały infor­ma­cje od oby­wa­teli, któ­rzy daliby sobie rękę uciąć, że widzieli bru­tal­nego zabójcę prze­cha­dza­ją­cego się w oko­li­cach ich domu albo robią­cego zakupy w lokal­nym mar­ke­cie. Ósmego lutego do komendy powia­to­wej w Prusz­czu Gdań­skim zgło­siła się kasjerka z Bie­dronki, która widziała mło­dego szczu­płego męż­czy­znę z „deli­kat­nym wąsi­kiem”. Ktoś inny spo­tkał mor­dercę na wyciągu nar­ciar­skim w Klusz­kow­cach albo w pociągu jadą­cym do Sosnowca. Kaje­tan Poznań­ski był także widziany w agro­tu­ry­styce w Resku i w hotelu w Gar­wo­li­nie. Po zawia­do­mie­niach od miesz­kań­ców poszu­ki­wano go także w Dębicy, Rumii i w Kale­tach. Szó­stego lutego ktoś zaalar­mo­wał poli­cję, że widział Poznań­skiego w pociągu ze Star­gardu Szcze­ciń­skiego do Kosza­lina. Młody czło­wiek o podob­nych cechach fizycz­nych do poszu­ki­wa­nego cho­wał się w kącie prze­działu, zakry­wa­jąc twarz przed współ­pa­sa­że­rami. Czujny oby­wa­tel roz­po­znał go po ciem­nej kar­na­cji i cha­rak­te­ry­stycz­nej kurtce. Kaje­tan widziany był także w Olsz­ty­nie, w przy­droż­nym zajeź­dzie w Toru­niu, w Zale­siu Gór­nym i w Szy­dłowcu.

Naj­cie­kaw­szy, choć rów­nież fał­szywy trop pocho­dził z Rado­mia. Pra­cow­nica sklepu z zabaw­kami w Gale­rii Sło­necz­nej roz­dy­go­tana pobie­gła do szefa ochrony, infor­mu­jąc go, że roz­po­znała w jed­nym z klien­tów poszu­ki­wa­nego za zabój­stwo męż­czy­znę. Była pewna, że sprze­dała zestaw pla­sti­ko­wych kloc­ków Kaje­ta­nowi Poznań­skiemu. Ochrona powia­do­miła Komendę Miej­ską Poli­cji w Rado­miu, a funk­cjo­na­riu­sze zabez­pie­czyli zapis z moni­to­ringu, żeby spraw­dzić, czy groźny prze­stępca mógł fak­tycz­nie zaopa­try­wać się w arty­kuły dla dzieci. Tego samego dnia, w któ­rym Kaje­tan miał kupo­wać klocki, był widziany w tej samej gale­rii han­dlo­wej, tym razem na fotelu w salo­nie fry­zjer­skim na pierw­szym pię­trze.

Gdy infor­ma­cje te docie­rały z róż­nych rejo­nów kraju do Pro­ku­ra­tury Okrę­go­wej w War­sza­wie, śled­czy tylko uśmie­chali się pod nosem. Poli­cja bar­dzo szybko usta­liła, jaki kie­ru­nek trasy obrał Kaje­tan Poznań­ski, ucie­ka­jąc przed wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści. I nie był to Radom.

Akt 6. Terror w bibliotece

Akt 6 Ter­ror w biblio­tece

Na dru­gim pię­trze Biblio­teki Publicz­nej Dziel­nicy Wola jest pokój z tabliczką na drzwiach „Dział Pro­mo­cji i Ani­ma­cji Kul­tu­ral­nej”. W 2016 roku stały tam dwa biurka i dwa kom­pu­tery, a z jed­nego korzy­stał Kaje­tan Poznań­ski. Dzie­lił tę prze­strzeń z kolegą, który pro­mo­wał biblio­tekę w inter­ne­cie. Czwar­tego lutego, czyli nie­spełna dobę po zbrodni, do biblio­teki wpa­dło kilku funk­cjo­na­riu­szy Wydziału Ter­roru Kry­mi­nal­nego i Zabójstw Komendy Sto­łecz­nej Poli­cji. Szu­kali śla­dów pla­no­wa­nia zabój­stwa, cze­goś, co przy­bliży ich do zro­zu­mie­nia dzia­łań sprawcy. Liczyli, że znajdą jakiś trop łączący Kaje­tana z ofiarą. Nikt wtedy jesz­cze nie mógł uwie­rzyć, że Kata­rzyna mogła zostać wyty­po­wana przy­pad­kowo. Kaje­tan nie­wiele po sobie zosta­wił ‒ jakie­goś pen­drive’a i sta­cjo­narny kom­pu­ter, który zabez­pie­czono do badań. Dyrek­torka pla­cówki bar­dzo chciała pomóc poli­cji. Była zszo­ko­wana, że jej pra­cow­nik może być zamie­szany w zabój­stwo, któ­rego bru­tal­ność po pro­stu nie mie­ści się w gło­wie. Udo­stęp­niła kry­mi­nal­nym jego pokój, ewi­den­cję obec­no­ści, a także zapis z kamer moni­to­ringu umiesz­czo­nych na zewnątrz budynku i w kory­ta­rzu przy drzwiach.

* * *

„Kaje­tan był naj­pierw czy­tel­ni­kiem naszej biblio­teki, zatrud­niony został we wrze­śniu 2015 roku. Wcze­śniej w jed­nej z naszych filii pro­wa­dził pre­lek­cje i wtedy zapy­tał, czy mogli­by­śmy go zatrud­nić. Zło­żył CV i dostał pracę na okres próbny, na pół etatu. To był raczej zamknięty czło­wiek, intro­wer­tyk taki, trzy­mał dystans. Ni­gdy o sobie nie opo­wia­dał, nie mam poję­cia, czy utrzy­my­wał bliż­sze kon­takty z któ­rymś z pra­cow­ni­ków. Jedyne, co o nim wie­dzia­łam, to że wyje­chał do Gre­cji i odbył tak zwaną piel­grzymkę duchową śla­dami boha­te­rów antycz­nych. Nawet nie wiem, czy miał jakąś rodzinę albo dzieci” – zeznała dyrek­torka biblio­teki Agnieszka Zyg­mun­ciak. Pod­kre­ślała, że na Kaje­tana ni­gdy nie było skarg, choć jego zacho­wa­nie momen­tami odbie­gało od przy­ję­tych w pla­cówce stan­dar­dów. Zda­rzało się mu na przy­kład nie mówić i nie odpo­wia­dać „dzień dobry” albo wcho­dzić do gabi­ne­tów bez puka­nia. Dener­wo­wał tym współ­pra­cow­nice, choć ni­gdy nie dostał nagany. Kaje­tan sumien­nie wyko­ny­wał swoje obo­wiązki, kole­żanki mówiły o nim „dziwny”, ale też „elo­kwentny”.

Trze­ciego lutego Kaje­tan napi­sał do swo­jej sze­fo­wej Agnieszki na Sky­pie. Infor­mo­wał, że po godzi­nie dzie­sią­tej zamie­rza opu­ścić biblio­tekę, bo wybiera się służ­bowo do kawiarni, by pro­mo­wać jakieś wyda­rze­nie, a potem na Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski. Obie­cy­wał, że wróci po połu­dniu. Sze­fowa popro­siła go, by wpi­sał się w książce ewi­den­cji wyjść oraz żeby zaj­rzał do niej po powro­cie z mia­sta. Nie zanie­po­ko­iło jej, gdy o szes­na­stej Kaje­tana cią­gle nie było, w końcu róż­nie bywa na mie­ście. Zresztą pra­cow­nik ni­gdy nie nad­uży­wał zaufa­nia prze­ło­żo­nych i skru­pu­lat­nie odno­to­wy­wał wszyst­kie wyj­ścia w godzi­nach pracy. Dwie godziny póź­niej, gdy Agnieszka Zyg­mun­ciak była już w domu, zadzwo­niła do niej roz­go­rącz­ko­wana pra­cow­nica. Mówiła, że Kaje­tana Poznań­skiego szu­kała poli­cja i funk­cjo­na­riu­sze liczyli, że zastaną go w biblio­tece. „Ja nie wie­dzia­łam, o co cho­dzi. Napi­sa­łam tego dnia do pana Kaje­tana wia­do­mość ze swo­jego pry­wat­nego tele­fonu. »Dzień dobry, Panie Kaje­tanie, czy u Pana i z Panem wszystko w porządku?«. Ale on nie nawią­zał ze mną kon­taktu” – powie­działa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki