14,99 zł
Każdego dnia kilkudziesięciu emerytów odbiera telefony od "wnuczkowej mafii". Oszuści podają się za krewnych w potrzebie, albo policjantów prowadzących tajne śledztwo wymierzone w zmyślone grupy przestępcze. Proszą o pieniądze. Seniorzy przekazują ogromne sumy wierząc, że działają w słusznej sprawie. Tylko w 2018 roku było 3476 takich osób, straty wyniosły blisko 57 milionów złotych. Ciemna liczba przestępstw jest trudna do oszacowania, ale może być nawet kilkukrotnie wyższa. Ofiary wstydzą się zgłaszać na policję. Niektórzy nigdy nie zorientują się, że zostali wykorzystani, inni umierają ze stresu nie doczekując sprawiedliwości..
Polscy seniorzy nękani są przez tytułową „wnuczkową mafię” od blisko dwóch dekad. Skąd się wzięła ta niezwykle podstępna metoda oszustw? Dlaczego sprawcy są tak skuteczni? Dlaczego czują się bezkarni? Jak żyją za wyłudzone pieniądze?
Reportaż Hanny Dobrowolskiej przestawia problem od każdej strony. Są relacje policjantów, którzy od lat próbują zwalczyć „wnuczkową mafię”, są podsłuchy rozmów między przestępcami, opisy i zdjęcia niewyobrażalnego bogactwa, które - w zestawieniu z dramatem pokrzywdzonych - razi jeszcze bardziej. Autorka dotarła do ofiar, które zwierzyły jej się ze swoich historii. Przeczytała setki tomów akt sądowych, brała udział w procesach oszustów. Ujawniła wyroki sądów, które skazywały przestępców na proponowane przez nich kary.. Udało jej się także dotrzeć do osoby ściśle związanej z mafią, w tym m.in. z Arkadiuszem Ł. ps.”Hoss”, legendarnym pomysłodawcą metody „na wnuczka”.
„Wnuczkowa mafia” to książka, która zadziwia, bulwersuje i wzrusza. To obowiązkowa lektura dla każdego. Nie tylko dla seniorów, ale przede wszystkim dla przedstawicieli młodszego pokolenia, które ma szansę uchronić swoich najbliższych przed podobnym dramatem. Niejedna ofiara była przekonana, że nie dałaby się nabrać na „wnuczkową” historię, a później słysząc w słuchawce „Zgadnij kto mówi?!” nieświadomie łapała przynętę…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 331
OD AUTORKI
Był styczeń 2015 roku. Dla dziennikarza newsowego to potwornie nudny czas, informatorzy zazwyczaj jeżdżą wtedy na nartach albo wracają z przedłużonych imprez sylwestrowych. Porywającej historii wypatruje się jak pierwszej gwiazdki. Pracowałam wtedy w „Super Expressie”, zajmowałam się działką kryminalną.
Pamiętam, jak siedziałam w Komendzie Stołecznej Policji z jej ówczesnym rzecznikiem Mariuszem Mrozkiem. Ja szukałam dobrego tematu, jemu zależało, by w gazecie pojawił się materiał przestrzegający seniorów przed oszustwami „na wnuczka”. Problem przybierał na sile, funkcjonariusze potrzebowali wsparcia, by dotrzeć do potencjalnych ofiar, zanim zrobią to sprawcy.
Był tylko jeden problem: fotki. Wiedziałam, że bez porządnego obrazka mogę w redakcji nawet stanąć na głowie, zgłaszając temat, a i tak niewiele zdziałam. Ponieważ miałam w planach wnuczkowe podsumowanie minionego roku, zdjęcia wcale nie musiały być świeże. Wtedy Mariuszowi przypomniała się ciekawa realizacja, której funkcjonariusze z KSP wraz z niemiecką policją dokonali w maju 2014 roku. Z bloku przy ulicy Żelaznej wyprowadzili w kajdankach Arkadiusza Ł., zwanego „Hossem”, domniemanego pomysłodawcę oszustwa „na wnuczka”. Temat rozszedł się w polskich mediach beznadziejnie, głównie w lokalnych portalach. Mariusz pokazał mi zdjęcia „Hossa”, luksusowych aut i złota, które u niego zabezpieczono. Materiał był udostępniony na policyjnej stronie. Nie mogłam uwierzyć, że przeoczyłam taką historię!
Redaktorom w firmie aż zaświeciły się oczy, bo temat „Hossa” miał ogromny potencjał. Zamiast jednej publikacji, powstały ich dziesiątki. Postać chorującego na serce, bezrobotnego Cygana w ferrari, który ukończył jedynie dwie klasy podstawówki i oficjalnie utrzymuje się dzięki pomocy rodziny, okazała się fascynująca. Zdumiewały także łatwość, z jaką Arkadiuszowi Ł. przychodziło wyłudzanie pieniędzy od starszych osób, bezczelność, z jaką on i jego krewni obnosili się z bogactwem, oraz rozmach, z jakim wydawali pieniądze. Szokował także zupełny brak empatii i refleksji nad ogromną krzywdą, jaką wyrządzał swoim ofiarom.
Przez lata rozłożyliśmy rodzinny gang „Hossa” na atomy – zaczynając od materiałów z zatrzymania, przez filmy z ich rodzinnych imprez, po zdjęcia na Facebooku, które tak chętnie wtedy jeszcze publikowali. Za sprawą „SE” zrobiło się o „Hossie” naprawdę głośno, a takie terminy jak „wnuczkowa mafia” czy „król wnuczkowej mafii” są dziś powszechnie używane w Polsce przez wszystkie media. Zrobiliśmy z Arkadiusza Ł. postać niezwykle medialną, a dzięki temu społeczeństwo po raz pierwszy zobaczyło, że oszustwa „na wnuczka” czy później „na policjanta” to nie przypadkowe numery, lecz opracowana do perfekcji manipulacja wymierzona w najsłabszą grupę społeczną. Pokazaliśmy, że mafia, która się tym zajmuje, wyłudza każdego roku ogromne sumy pieniędzy. Dostrzegł to także Sąd Okręgowy w Poznaniu, który 3 września 2019 roku skazał za to „Hossa” na 7 lat więzienia.
Moje kilkuletnie zaangażowanie w temat oszustw „na wnuczka” zaprocentowało. Poznałam wielu niesamowitych, pełnych pasji i zaangażowania kryminalnych, niektórzy są już dziś na zasłużonej emeryturze. To właśnie dzięki nim przekonałam się, że mój wysiłek miał sens i był niezwykle potrzebny. Okazali mi zaufanie, poświęcili czas, podzielili się ogromem wiedzy na temat przestępstw i przestępców, którzy jak szarańcza żerują na seniorach nie tylko w Polsce, lecz także za granicą. Opowiedzieli o trudnościach związanych z pracą przy „wnuczkach”, o wyczekiwanych przez lata sukcesach, a także o rozczarowaniu procedurami utrudniającymi śledztwa, które sprawiają, że oszuści czasem mogą czuć się bezkarni. Na szczęście moim rozmówcom nie brakuje determinacji w dążeniu do celu.
Poznałam „Cygana”, którego przedstawiam Państwu w tej książce. To człowiek blisko związany z wnuczkową mafią, który z niemałą satysfakcją zdradził mi tajemnice „Hossa” i wprowadził w hermetyczny cygański świat.
Dotarłam także do innych sprawców, którzy – choć nie są tak medialni jak „Hoss” – mają wcale nie mniejszy dorobek kryminalny niż legendarny twórca tej metody oszustwa. Za wyłudzone pieniądze żyli na absurdalnie wysokim poziomie, latali po świecie, pili najdroższego szampana, obwieszali się złotem, kolekcjonowali luksusowe auta albo rolexy…
Zbierając materiały do tej książki, przeczytałam kilkaset tomów akt sądowych. Pokonałam tysiące kilometrów, by dotrzeć do moich rozmówców. Najtrudniejsze było jednak dotarcie do ofiar. Nieraz odbiłam się od drzwi, bo skrzywdzony senior obawiał się spotkania albo czuł zbyt duży wstyd, by zwierzyć się komuś ze swojego dramatu. Wielu pokrzywdzonych chce zabrać swą historię do grobu. Ich otwartość i dobroduszność została już tak okrutnie wykorzystana, że tracą zaufanie do społeczeństwa, a często nawet do bliskich, podejrzewając, że mogli brać udział w oszustwie. Niektórzy seniorzy nie wytrzymują stresu, umierają niedługo po przestępstwie. Tym bardziej jestem wdzięczna moim trzem wspaniałym, niezwykle odważnym rozmówczyniom, które zdecydowały się ze mną spotkać. To były poruszające rozmowy. Pełne ciepła, serdeczności i łez, także moich.
Jest dla mnie bardzo ważne, by wynieśli Państwo z tej lektury coś więcej niż sensacyjną opowieść o „Hossie” i jemu podobnych. Pomyślcie o wykorzystanych przez nich seniorach. Ale nie jak o dotkniętych demencją starcach, którzy nie odróżniają własnego wnuczka od Cygana. Tylko jak o bezbronnych ofiarach oszustwa, które na końcu swojej życiowej drogi zostały zręcznie zmanipulowane przez wykwalifikowanych przestępców i pozbawione składanych przez lata oszczędności, co w większości przypadków było możliwe jedynie dzięki licznym wyrzeczeniom.
Czytając ich historie, spróbujcie sobie wyobrazić ukochaną babcię, zobaczyć w jej oczach strach i łzy, które ja widziałam, słuchając zwierzeń ofiar. Na końcu książki zamieściłam rozmowę z prof. dr hab. Beatą Pastwą–Wojciechowską i dr. Marcinem Szulcem z Uniwersytetu Gdańskiego, którzy wyjaśniają, dlaczego starsze osoby tak często są wykorzystywane i dlaczego to my, przedstawiciele młodszego pokolenia, jesteśmy za to pośrednio odpowiedzialni. Ten rozdział jest niezwykle ważny, jeśli nie najważniejszy w całej książce. Wyjaśnia to, czego nie potrafiła pojąć większość osób, którym opowiadałam o pracy nad tym tematem. I czego nie rozumieją rodziny pokrzywdzonych, często raniąc swoich seniorów oskarżeniami, dodatkowo wpędzając w potworne wyrzuty sumienia.
Początkowo miałam opory przed pisaniem książki o oszustwach „na wnuczka” i „na policjanta”. Obawiałam się zarzutów o rasizm, bo w aktach każdej z opisywanych przeze mnie spraw głównymi podejrzanymi są osoby narodowości romskiej, często całe rodziny. Dlatego chciałabym podkreślić, że ta książka nie jest żadną wizytówką ani próbą przypisania jakichś cech czy skłonności tej grupie etnicznej. Jest to zbiór faktów, opis działalności wybranych mafijnych grup, przeciwko którym skierowano już akty oskarżenia albo które zostały już osądzone.
Zdaję sobie sprawę, że zbierając ten obszerny materiał do książki, ledwie liznęłam temat ‒ jak lubił powtarzać mi „Cygan”. Oszustwami „na wnuczka” zajmują się obecnie dziesiątki grup przestępczych, a straty w Polsce z tego tytułu w 2018 roku wyniosły 57 milionów złotych. Nie wiadomo, jaka jest ciemna liczba tych przestępstw, ilu seniorów ze wstydu i strachu nie zgłosiło się na policję. Głęboko wierzę w to, że tak szczegółowe omówienie problemu otworzy komuś oczy. Że czyjaś babcia w porę odłoży słuchawkę.
PROLOG
GDZIE TEN OSZUST MA SUMIENIE? HISTORIA OFIARY Z LUBELSZCZYZNY
Panią Jadwigę, mieszkankę województwa lubelskiego, do rozmowy ze mną przekonał lokalny policjant. Funkcjonariusz pracował przy sprawie oszustwa, którego seniorka padła ofiarą. Przyznał mi później, że nakłonienie kobiety do spotkania nie było łatwe. Niewielu pokrzywdzonych chce opowiadać o nieszczęściu, którego doświadczyli. Wstydzą się nie tylko przed rodziną, lecz także sami przed sobą. 83-latka zgodziła się zwierzyć z tego, co ją spotkało, bo ma nadzieję, że jej historia będzie przestrogą dla innych starszych osób.
Na spotkanie umawiamy się wczesną wiosną 2019 roku. Do pani Jadwigi jadę busem spod Pałacu Kultury i Nauki. To jedyny sensowny łącznik między Warszawą a małą miejscowością, z której pochodzi moja bohaterka. Po trzech godzinach docieram na miejsce. Dokładnej lokalizacji obiecuję nie ujawniać. Policjant, który mnie tu zaprosił, nazywa swoje miasto osadą. Wszyscy się tu znają. Ani mnie, ani pani Jadwidze nie zależy, by zaczepiano ją później na ulicy.
Udaję się pod wskazany adres pieszo, wszędzie jest zadziwiająco blisko. Drzwi do mieszkanka na pierwszym piętrze w bloku otwiera mi drobna starsza pani. Ma srebrne włosy za ucho, upięte dziewczęco wsuwkami nad skronią. Od progu wita się ze mną serdecznie. Z jej ogromnych jasnych oczu biją radość i energia. W spotkaniu bierze udział także policjant, który nas skontaktował. Zależy mu, by pokrzywdzona się nie stresowała i była pewna, że tym razem nikt jej nie oszuka. Siedzi cichutko na kanapie i przysłuchuje się naszej rozmowie. Gdyby nie fakt, że jest bardzo postawny i ma na sobie granatowy mundur, można by go w ogóle nie zauważyć.
Pani Jadwiga jest w dobrym nastroju. Biega między kuchnią a salonem, przynosi ciastka z galaretką i cukierki, którymi przez całą rozmowę będzie mnie częstowała. Proponuje herbatę, chce, żebym czuła się u niej dobrze. Mieszkanie pani Jadwigi jest skromne, ale bardzo przytulne. Stół nakryty białą serwetą, tapczan, kanapa, kredens i kilka doniczkowych roślin. Z gabloty koło telewizora uśmiechają się do mnie Jan Paweł II oraz młode kobiety w ślubnych sukniach wtulone w objęcia swoich świeżo poślubionych mężów. Tuż obok z ramek zerkają małe dzieci, jedno z nich ma nawet policyjny mundur, który – jak tłumaczy gospodyni – był przebraniem na karnawałową zabawę w przedszkolu. To wnuki i prawnuki pani Jadwigi. Radość jej życia. I jednocześnie wielka słabość, która została wykorzystana przez oszustów. Gdy przechodzimy do tematu naszego spotkania, kobieta momentalnie gaśnie, a jej wielkie jasne oczy wypełniają się łzami.
83-latka tłumaczy mi, że od śmierci męża mieszka sama. W starej książce telefonicznej, z której korzystali przestępcy, numer zarejestrowany jest właśnie na nią. Podany jest też dokładny adres mieszkania. Gdy 5 grudnia ubiegłego roku zadzwonił telefon stacjonarny, nie było szans, by odebrał go ktoś inny. Kobieta pamięta, że po drugiej stronie słuchawki usłyszała stanowczy męski głos. Człowiek ten przedstawił się pani Jadwidze jako policjant, wymienił nawet swoje dane i podał numer służbowej legitymacji. Emerytka nie pamięta, czy powiedział, z jakiej komendy dzwoni, bo informacje, które podał chwilę później, całkowicie nią wstrząsnęły.
‒ Policjant powiedział, że mój wnuczek miał wypadek samochodowy. Mówił, że potrącił trzy osoby, które trafiły do szpitala, a jedna z nich walczy o życie, bo jest w bardzo ciężkim stanie. Powiedział, że to paskudna sprawa – przypomina sobie kobieta.
Gdy to opowiada, trzęsą jej się ręce. Pani Jadwiga tłumaczy mi, że historia wydawała się wiarygodna, bo jej prawdziwy wnuczek posiada prawo jazdy i na co dzień korzysta z samochodu. Dodała, że rodzina zawsze kontaktuje się z nią, dzwoniąc na telefon stacjonarny, rzadko na komórkę. Jej czujność została zupełnie uśpiona, gdy rzekomy funkcjonariusz podał „wnuczka” do słuchawki.
30 tysięcy – i wszystko będzie dobrze
Pani Jadwiga usłyszała w telefonie dziwny głos.
– Był taki ochrypły, inny niż zawsze… Wnuczek przeprosił, że mówi tak niewyraźnie, ale jest chory. Płakał. Mówił, że muszę mu pomóc, bo inaczej trafi do więzienia. Prosił, żebym pożyczyła mu pieniądze na kilka dni, że wszystko odda. Ale teraz musi wpłacić pieniądze. Nie pamiętam dokładnie, ale to chyba miała być jakaś kwota przeznaczona dla rodzin tych ofiar. Ten policjant co chwila wtrącał się w naszą rozmowę. Mówił, że jak będą pieniądze, to wszystko zostanie załatwione, że będzie dobrze – opowiada kobieta.
Połączenie z „policjantem” trwało blisko trzy godziny.
– Kazał mi się nie rozłączać, cały czas być pod telefonem. Nie byłam pewna, co powinnam zrobić, ale mój wnuczek tak prosił o pomoc. Wciąż powtarzał: „Babciu, pożycz mi”. Nie mówił „daj”, tylko prosił. On płakał, a ja razem z nim. Mówiłam mu: „Dziecko, coś ty zrobił? wyrządziłeś ludziom krzywdę”. Na początku powiedziałam, że się zastanowię, ale w końcu obiecałam, że pożyczę. Prawdopodobnie sama powiedziałam w rozmowie, że w domu mam około 30 tysięcy złotych oszczędności – mówi mi staruszka.
Pani Jadwiga pamięta, że była bardzo zdenerwowana. Wpadła w panikę, gdy podczas rozmowy z rzekomym policjantem odwiedził ją mieszkający po sąsiedzku syn. Mężczyznę zaniepokoiło to, że telefon jego matki od kilku godzin jest zajęty.
– Syn mówił, że nie mógł się do mnie dodzwonić. Pokazałam mu palcem na telefon, żeby zrozumiał, że prowadzę rozmowę, ale został jeszcze chwilę. Ten policjant był bardzo niezadowolony, ale powiedziałam mu, że własnego dziecka z domu nie wyrzucę. Funkcjonariusz kazał mi zachować dyskrecję, nie mówić o wypadku. Twierdził, że to musi zostać tajemnicą, żeby załatwić sprawę na korzyść mojego wnuczka. Ledwo powstrzymywałam łzy, taka byłam zdenerwowana. Może mogłam wtedy szepnąć synowi, co się dzieje, ale bardzo się bałam, że przeze mnie sytuacja się tylko pogorszy. Tak mi teraz wstyd… ‒ wyznaje załamana kobieta.
„Policjant”, z którym rozmawiała przez telefon pani Jadwiga, cały czas upewniał się, czy kobieta będzie chciała podjąć współpracę.
– Ciągle mówił o tych ludziach z wypadku, że tak ucierpieli. Myślałam o nich, modliłam się, żeby nic im nie było. Chciałam nawet dzwonić do szpitala, żeby ustalić, co się stało, sprawdzić, czy oni żyją. Ale ten policjant tłumaczył, że mam się nie denerwować, nie płakać. Zapewniał, że wszystko będzie dobrze. Mówił: „Pomożemy pani i wnuczkowi przez to przejść, niech pani tylko przygotuje pieniądze” – wspomina kobieta.
Emerytka wyciągnęła z kredensu gromadzoną przez lata gotówkę. Liczyła pieniądze przy telefonie, połączenie z oszustem wciąż trwało.
– Z nerwów wszystko mi się myliło, nie wiedziałam już, ile dokładnie mam tych pieniędzy. Co chwila wychodziła mi inna kwota, płakałam nad banknotami, nie umiałam sobie z tym poradzić. Policjant powiedział, że oni to wszystko przeliczą w sądzie, sporządzą protokół i w ciągu dwóch godzin dostanę pokwitowanie. Zgodnie z tym, co mi powiedział, spakowałam pieniądze w dużą kopertę. Miałam jakąś, która została mi po przesyłce z urzędu miasta. Włożyłam tam wszystkie oszczędności. Zostawiłam sobie tylko 200 złotych, żeby wystarczyło mi do emerytury, w razie gdyby wnuczek nie zdążył oddać na czas. Wiedziałam, że może mu być ciężko, bo nie zarabiał wiele. Dziwię się, że mnie wtedy nie zastanowiło, skąd wnuczek miałby w ogóle pieniądze, żeby mi je zwrócić – mówi pokrzywdzona.
„Policjant” powiedział pani Jadwidze, że w ciągu kilku minut w jej mieszkaniu pojawi się funkcjonariusz w cywilu, który przyjmie przygotowaną przez nią gotówkę. Kobieta oddała obcemu mężczyźnie oszczędności swojego życia. Była w takim szoku, że nie poprosiła go nawet o okazanie służbowej legitymacji.
Chciałam tylko pomóc
‒ Nie pytałam o nic, chciałam, żeby mój wnuczek mógł już wyjść na wolność. Czekałam na sygnał z policji, że wszystko jest dobrze – tłumaczy mi seniorka.
Pani Jadwiga do dziś pamięta, jak bardzo dłużył jej się czas oczekiwania na policjanta z pokwitowaniem.
– Włączyłam telewizor, ale na niczym nie mogłam się skupić. Cały czas zerkałam na zegarek. Gdy opadły emocje, zaczęłam się zastanawiać nad całą historią. Przyszło mi do głowy, że to było oszustwo. Tyle się o tym mówi, że wyłudzają „na wnuczka”, „na policjanta”. Musiałam wtedy stracić rozum – mówi kobieta.
Emerytka natychmiast skontaktowała się ze swoim wnuczkiem, mieszkańcem ten samej miejscowości.
– Odebrał od razu. I ja do niego mówię: „Synu, miałeś wypadek?”. Ale on zaprzeczył. Chwilę później przyjechał do mnie do mieszkania, był bardzo zdenerwowany – mówi emerytka.
Pani Jadwiga opowiedziała wnuczkowi historię, którą przez telefon przedstawił jej „policjant”. Kobieta nie spotkała się jednak ze zrozumieniem ze strony najbliższych.
– Wnuczek pytał mnie: „Babciu, jak mogłaś?”. I dopowiadał z żalem: „Toś nam zrobiła Mikołaja” – wspomina kobieta.
Rodzina natychmiast wezwała policję. Przesłuchana została nie tylko pani Jadwiga – zeznania składał także jej wnuk, który musiał wyjaśnić, że to nie on dzwonił do babci z prośbą o pieniądze.
83-latka do dziś zadaje sobie pytanie, czy odzyska skradzione pieniądze. Policjanci ujęli dwóch mężczyzn, mieszkańców sąsiedniego powiatu, którzy mieli być zaangażowani w wyłudzenie gotówki od pani Jadwigi. To jednak nie oni dzwonili. Z ustaleń śledczych wynika, że połączenie z numerem emerytki nawiązano z terytorium Wielkiej Brytanii. Tam również trafiły pieniądze. Zatrzymani mężczyźni pełnili jedynie funkcję odbieraków – to najniższa funkcja w hierarchii grupy przestępczej.
‒ Te 30 tysięcy, które im oddałam, to były moje jedyne oszczędności. Gromadziłam je przez ostatnich 15 lat. Mam niewielką emeryturę, odkładałam każdy grosz. Wszystko, co się dało, kupowałam na promocjach, nieraz jadłam przeterminowane jedzenie, żeby tylko mi wystarczyło. Moja rodzina nie wiedziała, że coś odkładam. Wolałam nic nie mówić, zawsze by się znalazł ktoś, komu przydałyby się pieniądze. A ja chciałam być przygotowana, żeby na późną starość nie być dla syna ciężarem. Żebym mogła godnie dożyć swoich ostatnich dni w jakimś ośrodku. Przecież moich bliskich na to nie stać, to są drogie rzeczy… ‒ kobieta nie kryje łez. – Wracam do tej sprawy cały czas, najczęściej, gdy nie mogę spać. Przypominam sobie to wszystko: jak mogłam tak postąpić, tak dać się oszukać? – obwinia się pokrzywdzona.
Po tym zdarzeniu kobieta długo nie wychodziła z domu, a potem wyjechała do krewnej.
– Ile ja zdrowia straciłam. Chybabym się wykończyła, gdybym wtedy została sama – tłumaczy.
Wstyd i upokorzenie towarzyszyły emerytce także kilka tygodni po oszustwie, gdy policja zatrzymała sprawców. W mediach pojawiła się informacja o sprawie. W małej miejscowości, gdzie mieszka pani Jadwiga, takie wieści szybko się rozchodzą. Kobieta była zaczepiana przez sąsiadów na ulicy, dopytywali, czy to ona dała się tak oszukać.
‒ Nie kłamałam, bo po co? Ludzie i tak już swoje wiedzieli – wyznaje szczerze emerytka.
Staruszka często myśli o oszustach, którzy wmówili jej, że wnuczek miał wypadek.
‒ To niesamowite, że potrafią tak omotać człowieka, że nie zdąży się zastanowić. Gdzie jest sumienie ludzi, którzy potrafią tak postępować? Kiedyś nie było w społeczeństwie takiej podłości – mówi.
Urodzona w 1936 roku kobieta pamięta trudne czasy niemieckiej i radzieckiej okupacji.
‒ Jestem nauczona, że drugiemu człowiekowi w potrzebie zawsze trzeba pomóc, rękę podać. Mama nas tego nauczyła. W trudnych czasach zawsze znalazł się w naszym domu kawałek chleba dla głodnego człowieka. I też zawsze robiłam, co mogłam, żeby ratować drugą osobę. A bliskiemu oddałabym wszystko. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że można drugiego człowieka tak wykorzystać. Dotąd nie miałam do czynienia z oszustami, to i nie wiedziałam, że mogę zostać tak oszukana. Czasem się zastanawiam, czy musiałam oddać im wszystko, co miałam. Ale jak miałabym nie pomóc własnemu wnuczkowi? Gdybym miała wtedy więcej pieniędzy, pewnie też oddałabym wszystko…
CZĘŚĆ 1
O ZATRZYMANIU „HOSSA”, KRÓLA WNUCZKOWEJ MAFII
O tym, że oszustwa metodą „na wnuczka” mogą być źródłem bajecznego bogactwa, Polacy dowiedzieli się dopiero późną wiosną 2014 roku. Pierwszymi, którzy o tym usłyszeli, byli mieszkańcy kamienicy mieszczącej się przy ulicy Żelaznej 67 w Warszawie. Ten niepozorny szary budynek z końca lat 90. od miesięcy obserwowany był przez najlepszych funkcjonariuszy Wydziału Kryminalnego Komendy Stołecznej Policji. A dokładnie – interesował ich mieszkający pod numerem 68 Arkadiusz Ł. ps. „Hoss”.
Wtorek, 27 maja, godzina 6 rano.
‒ Otwierać, policja! – krzyczeli funkcjonariusze pod drzwiami do mieszkania „Hossa”. Wiedzieli, że jest w domu, a z czwartego piętra nigdzie im nie ucieknie. Chwilę trwało, zanim żona podejrzanego, ubrana w piżamę, otworzyła policjantom. Gdyby przeciągnęła ten moment, zastosowaliby swój uniwersalny klucz, czyli łom do wyważania drzwi. Na filmie, który pokazali mi funkcjonariusze, od samego początku słychać przeraźliwe krzyki Sylwii K. i jej dorosłej córki. Kobiety zachowywały się, jakby tymi dźwiękami próbowały ogłuszyć interweniujących.
‒ Ale o co chodzi? Może by pan powiedział, o co chodzi?! Bo ja nie wiem. A walicie w drzwi, jakby jakieś morderstwo było! – wołała Sylwia K., udając zaskoczenie zaistniałą sytuacją. Policja szybko wyjaśniła awanturującej się kobiecie, że Prokuratura Okręgowa w Warszawie wydała nakaz zatrzymania jej męża pod zarzutem oszustw i udziału w zorganizowanej grupie przestępczej.
Kobieta wraz z córką i wnuczką zostały zabrane przez policjantów do salonu. Sylwia K. siedziała w piżamie na welurowej kanapie, odpalała jednego marlboro light od drugiego, a niedopałki gasiła w kryształowej popielnicy. Była wyraźnie zdenerwowana, podnosiła głos.
– Kto miał działać w grupie?! – krzyczała do policjantów i z niedowierzaniem kręciła głową.
Wpadła w histerię, gdy weszli do sypialni, w której przebywał jej mąż.
– On jest chory na serce! – łkała.
Policjanci z Komendy Stołecznej Policji zastali „Hossa” w piżamie na złotym łożu. Twierdził, że źle się czuje.
foto KSP
Boss wnuczkowej mafii w niczym nie przypominał króla opływającego w dostatki. Był potargany, miał na sobie granatowe szorty i wyciągniętą koszulkę, która ledwo okrywała mu opasły brzuch. Siedział na brzegu tapicerowanego, wysadzanego kryształami małżeńskiego łoża ze złotą pościelą i poduszkami z wyhaftowanym logo projektanta Emanuela Berga.
‒ Myślę, że chciał wyglądać na zaspane niewiniątko. Nawet mu się udało. Kilka razy próbowaliśmy go zapytać, jak się nazywa i kiedy się urodził. Najpierw twierdził, że nie pamięta, a później, że nie rozumie, co do niego mówimy – opowiada mi jeden z policjantów, który podejmował interwencję u „Hossa”.
Pamięta, że Arkadiusz Ł. przedstawił policjantom teczkę z dokumentacją medyczną, która miała uwiarygadniać chorobę serca, o której wspomniała wcześniej jego żona.
– Zaczął się dziwnie zachowywać, mówił, że mu słabo. Wezwaliśmy pogotowie – wspomina kryminalny.
W czasie gdy „Hoss” odgrywał przed ratownikami scenę konającego ze stresu niewinnego człowieka, policjanci zgodnie z poleceniem prokuratora dokonali „przeszukania zajmowanych przez Arkadiusza Ł. pomieszczeń, (…) jego osoby oraz użytkowanych przez niego pojazdów w celu znalezienia rzeczy mogących pochodzić z przestępstw lub służyć do ich popełniania”. Mieli się skupić na zabezpieczeniu gotówki, biżuterii, telefonów komórkowych, kart SIM i tabletów.
‒ Byłem już na wielu zatrzymaniach u naprawdę bogatych ludzi. Ale takiej chaty nigdy w życiu nie widziałem. Nie bawili się w Ikeę. Tam było jak w pałacu. Nie przesadzę, gdy powiem, że wszystko dosłownie ociekało złotem – wyznaje mi po pięciu latach od akcji jeden z policjantów.
Jego słowa potwierdza nagranie z mieszkania przy Żelaznej. Operator kamery uchwycił w trakcie tej interwencji niespotykane bogactwo.
Stół w jadalni nakryto serwetą wyszywaną kryształami, a drewniany blat ledwo było widać spod złotych dekoracji. Najbardziej zaskakiwała złota taca z ośmioma kieliszkami i nieotwartą butelką szampana Dom Pérignon Vintage Rosé z 1998 roku, który kosztuje około 8 tysięcy złotych za sztukę. Obok stała tekturowa etykieta z informacją w kolorze różowego złota informującą o roczniku trunku.
‒ Wyglądało, jakby oni czekali, aż ktoś przyjdzie, żeby to podziwiać i robić zdjęcia. Przecież nikt nie trzyma takiego szampana na stole jako dekoracji – komentuje policjant.
W tym samym pomieszczeniu stał też kredens, na którym lśnił złocony serwis deserowy z porcelany wykonany w słynnej na całym świecie XVIII-wiecznej manufakturze porcelany w Miśni w Niemczech. Podobne eksponaty można podziwiać np. na Zamku Królewskim w Warszawie. To zbytek, na który mogą sobie pozwolić naprawdę nieliczni. Drugi podobny komplet stał w gablocie w korytarzu.
Nad saksońską zastawą wisiał obraz, także w złotej ramie. Jak ustalili policjanci, była to scena alegoryczna autorstwa nieznanego malarza wykonana w połowie XIX wieku. Dzieło w takiej właśnie oprawie zostało kupione w stołecznym domu aukcyjnym Atena w 2009 roku. To prawdopodobnie właśnie o tym obrazie mówiło się w środowisku romskim, że jest wart tyle, ile samochód. Bogactwo „Hossa” było powszechnie znane i szeroko omawiane przez Romów nie tylko w Warszawie. Wielu chciało żyć tak jak on.
Dzieła sztuki, złoto i marmur – tak wyglądało warszawskie mieszkanie króla wnuczkowej mafii.
foto KSP
To tylko część biżuterii, którą policja zabezpieczyła w mieszkaniu „Hossa”.
foto KSP
W sypialni króla wnuczkowej mafii leżał plik gotówki.
foto KSP
Butelka Dom Pérignon Vintage Rosé z 1998 roku kosztuje około 8 tysięcy złotych.
foto KSP
Porcelana ze słynnej manufaktury w Miśni zdobiła jadalnię „Hossa”.
foto KSP
Telewizor w złotej ramie stanowił centralny punkt salonu.
foto KSP
Ale to wciąż nie wszystkie muzealne eksponaty w domu „Hossa”. XIX-wieczne szafki i konsole w stylu Boulle’a wykańczane marmurem i złotem, warte po kilkanaście tysięcy złotych za sztukę, stały przy każdej ścianie. Policjantów przyćmiła ilość dzieł sztuki i złota. W każdym pomieszczeniu wisiała rama z mniejszym lub większym obrazem, ale największą oprawę „Hoss” i jego rodzina przygotowali dla… gigantycznego telewizora w centralnej części salonu.
‒ Zabezpieczyliśmy tam dziesiątki kart SIM, telefony komórkowe, tablety – najprawdopodobniej ich sprzęt roboczy. I oczywiście mnóstwo złotej biżuterii, pierścionki, broszki, kolczyki, klipsy, łańcuszki – kilkadziesiąt sztuk. No i rolexa z białego złota, który kosztował pewnie więcej niż moje mieszkanie. Na parapetach i w garderobie było pełno gotówki. Odnieśliśmy wrażenie, że są to dla nich drobniaki. W sypialni „Hossa” wśród niedopałków i butelek po napojach leżały na toaletce 24 tysiące złotych związane białą gumką. Ale największy szok to klamka do kibla, która była wysadzana kryształkami Swarovskiego. Do tego kryształowe lampy, żyrandole, te meble robione na zamówienie, marmurowa podłoga. Obserwując „Hossa” przez wiele miesięcy, wiedzieliśmy, że żyje na bardzo wysokim poziomie, ale że to będzie taki luksus, nie przyszło nam do głowy. Widać było po tym mieszkaniu, że żyli po to, żeby się pokazywać. Przecież nikt normalny nie kupuje takich rzeczy do wynajmowanego mieszkania na Woli. To był ewidentnie ich ukochany dom, który wraz z naszym wejściem przestał być bezpiecznym schronem – przyznaje policjant.
Mój informator, blisko związany ze środowiskiem romskim, tłumaczy mi, że zachowanie żony „Hossa” to wyuczony schemat działania, np. właśnie w przypadku nalotu policji na mieszkanie. Podobno Cyganie mówią na to cypin keren, czyli robić hałas, siać panikę, by odwrócić uwagę od czegoś innego. W tym przypadku wcale nie od „Hossa”, lecz od ukrytej przed organami ścigania biżuterii, od bogactwa. Cypin keren były także udawane ataki złego samopoczucia przez Arkadiusza Ł. i wzywanie pogotowia. Wszystko po to, by zrobić jak największe zamieszanie, żeby policjanci chcieli jak najszybciej zakończyć interwencję.
Żona „Hossa”, Sylwia K., w asyście policjantów wyjmuje ukrytą w garderobie biżuterię
foto KSP
‒ Powiem pani szczerze, co myślę. Tym policjantom brakło zdrowego rozsądku. Pewnie to jego bogactwo, które było na wierzchu, tak ich onieśmieliło. Nawet nie pomyśleli, że skoro tyle jest na widoku, to ile może być jeszcze ukryte. Cyganie specjalnie tak się obstawiają, żeby nikt nie szukał dalej. Nawet mnie śmieszy, że „Hoss” miał sejf w mieszkaniu, bo żaden szanujący się Cygan nie trzyma w sejfie wartościowych rzeczy. To się robi chyba tylko po to, żeby zostawić jakąś przynętę dla policji, gdy robi kipisz. Żeby myśleli, że znaleźli to, czego szukają. Prawdziwe barwalimo, czyli bogactwo, Cyganka ma zawsze przy sobie. Brylanty, kamienie, sztabki złota czy platyny… Wśród Cyganów bardzo dużo mówiło się, że „Hoss” kupił w Niemczech jakiś piękny brylant w wyjątkowym kolorze… Pyta pani, gdzie Sylwia to ukryła, skoro zastali ją w mieszkaniu ubraną tylko w piżamę? Proszę pomyśleć jeszcze raz. A czy policja zrobiła jej rewizję osobistą? – śmieje się mój „Cygan”.
Powiedział mi także, że żaden szanujący się Rom nie trzyma wszystkich kosztowności w jednym miejscu.
– Bank ziemny. To jest bank prawdziwego Cygana. Tak było od wieków – dodaje.
Kilka dni przed zatrzymaniem „Hossa” w Komendzie Stołecznej Policji powstaje notatka urzędowa. Aspirant Dariusz Cegiełka opisuje w niej szczegółowo, co jemu i kolegom udało się ustalić na temat „Hossa” i pozostałych członków jego bandy. To kluczowe informacje, niezbędne do skutecznego przeprowadzenia zatrzymania i zabezpieczenia wszelkich dóbr, jakie wnuczkowy boss zgromadził.
„Arkadiusz Ł. zamieszkuje wraz z rodziną pod adresem Warszawa, ul. Żelazna 67a (…). Ponadto wynajmuje apartament nr 7 w Warszawie przy ulicy Sułkowickiej 2/4, w Belvedere Residence, gdzie zajmuje również dwa miejsca parkingowe oznaczone numerami 54 i 55 na poziomie -3 parkingu podziemnego, gdzie parkuje użytkowane przez siebie samochody marki Ferrari (…) koloru szarego oraz Mercedes koloru ciemnozielonego. Arkadiusz Ł. porusza się również samochodem marki Mercedes koloru czarnego, którym parkuje przeważnie przy Żelaznej 67” – napisał Cegiełka.
Uwagi policjantów nie umknęło, że auta są zarejestrowane na zupełnie inne osoby. Bolesława Ł., wujka „Hossa”, oraz Romana K., syna „Hossa”. Wątek własności tych pojazdów będzie później przedmiotem przepychanki między prokuraturą a adwokatami „Hossa”.
„Hoss” parkował luksusowego mercedesa pod blokiem przy ul. Żelaznej w Warszawie. Auto zabezpieczyła policja.
foto KSP
Notatką objęto także pozostałych podejrzanych, którym zamierzano przedstawić zarzuty za wielomilionowe oszustwa metodą „na wnuczka”. Prokurator Wojciech Smoleń z Prokuratury Okręgowej w Warszawie wydał nakaz zatrzymania i doprowadzenia na przesłuchanie czterech Romów: Arkadiusza Ł., jego syna Marcina K. ps. „Lolli” (czyt. loł-li), który wynajmował z żoną i dziećmi mieszkanie na Żoliborzu przy ulicy Rydygiera 11. „Lolli” miał na stanie m.in. czerwone ferrari, kabriolet porsche, niebieskiego bentleya i czarnego land rovera model Range Rover Sport.
Kolejnym do zatrzymania był Adam P., ps. „Adam”, młodszy brat „Hossa”, na stałe mieszkający w Poznaniu. O nim policja nie wiedziała już tak wiele. Nie było nawet pewne, gdzie dokładnie może przebywać. Ostatnim Romem na celowniku KSP i prokuratury był Jan K. „Susek”, właściciel kilku stołecznych knajp, m.in. na Nowym Świecie i w Sadyba Best Mall. „Susek” miał być bliskim współpracownikiem romskich braci, członkiem wnuczkowego gangu. Policja ustaliła, że należy go szukać w apartamencie przy Słomińskiego 15 w Warszawie, skąd może wyjeżdżać czarnym matowym bmw serii 7 albo volkswagenem touaregiem zarejestrowanym na syna.
Na dzień zatrzymania czterech Cyganów czekała cała stołeczna komenda. Wszystko było dokładnie sprawdzone. Policjanci od miesięcy znali każde posunięcie podejrzanych. Noc przed zatrzymaniem niemal układali ich do snu, by mieć pewność, gdzie rano zastaną przestępców. 27 maja coś jednak poszło nie tak.
„Hoss”, „Adam” i „Susek” zostali zatrzymani tam, gdzie się ich spodziewano. Ale w mieszkaniu na Mokotowie, w którym miał nocować „Lolli”, policja zastała tylko jego brata z żoną i dwójką dzieci. Roman K. twierdził, że u niego, przy ulicy Sułkowickiej 2/4, „Lolli” był tylko raz, około miesiąca wcześniej. Brat poszukiwanego przestępcy był bardzo zaskoczony wizytą kryminalnych. Twierdził, że „Lolli” dorywczo zajmuje się handlem samochodami dla kuzyna, a na co dzień utrzymuje go… teść. Roman przyznał, że on sam korzysta z pomocy teścia i także pracuje dorywczo, ma bezrobotną żonę. Ferrari i mercedes, które były zaparkowane na należących do mieszkania miejscach garażowych, należały rzekomo do wujka Bolesława z Niemiec, który jeździł nimi, gdy wpadał z wizytą do Warszawy.
W tym samym momencie, kiedy policja przeszukiwała mieszkanie przy Sułkowickiej, nalot zorganizowano przy Rydygiera 11, gdzie „Lolli” z rodziną miał wynajmować mieszkanie. Faktycznie zastano tam jego żonę, Isaurę, ale pan domu zniknął.
„Rozpytana oświadczyła, że przebywa sama w domu z dwójką małych dzieci, a Marcina K. nie zna. (…) Nie ujawniono podejrzanego, dokonano penetracji dachu budynku połączonego z tarasem lokalu, ale z wynikiem negatywnym” – napisał w notatce urzędowej asp. Andrzej Wijatkowski z KSP.
W mieszkaniu były komputery, tablety i telefony komórkowe oraz kluczyki od ferrari, ale pani Isaura nie potrafiła powiedzieć, do kogo należą. Nie wiedziała także, kto zostawił męskie buty przed drzwiami do mieszkania. Policja próbowała odnaleźć ich właściciela z pomocą wyszkolonego psa, ale ślad po „Lollim” się urwał. Śledczy do dziś uważają, że ktoś go uprzedził o policyjnej akcji i dzięki temu udało mu się uciec w ostatniej chwili. Najprawdopodobniej zeskoczył z balkonu na daszek poniżej, a stamtąd na ulicę.
Syn „Hossa” – Marcin K., znany także jako „Lolli” – lubił chwalić się w internecie swoim życiem.
foto FACEBOOK
Policjanci nie ukrywają, że wyprowadzenie „Hossa” w kajdankach z pałacu przy Żelaznej dało im ogromną satysfakcję.
‒ Ta akcja stanowiła zwieńczenie wielu miesięcy ciężkiej pracy operacyjnej. Koledzy z Niemiec zwrócili się do nas o pomoc około roku wcześniej. W prokuraturze okręgowej i w Komendzie Głównej Policji odbyło się spotkanie, ustalaliśmy szczegóły współpracy. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o tym całym „Hossie” – mówi mi policjant, który w maju 2014 roku skuwał romskiego bossa. ‒ Mówiło się, że bez jego zgody nikt nie może wejść na wnuczkowy rynek. Kogo by zapytać, twierdził, że to właśnie „Hoss” jest ojcem chrzestnym tego przestępstwa. Że każdy, kto chce w ten sposób naciągać emerytów, musi mieć jego błogosławieństwo i mu się opłacać, inaczej narobi sobie kłopotów. Szybko zauważyliśmy, że Romowie chętnie chwalą się bogactwem, chełpią się dużymi oszustwami. Takie informacje błyskawicznie docierały także do „Hossa”. Słyszałem, że były między nimi o to niezłe tarcia – wspomina policjant.
Z rozmów zarejestrowanych podczas kontroli operacyjnych wynika, że „Hoss” to nie tylko niezwykle ważna persona wśród Romów, lecz także człowiek o wielkim sercu.
23 grudnia 2012 roku policja podsłuchała rozmowę „Hossa” z mężem jego siostry Sorai, czyli Romulesem S., „Remkiem”. Szwagier Arkadiusza Ł. i „Adama” to bardzo ciekawa i ważna postać – bracia regularnie do niego dzwonili, zwierzali się z problemów, prosili o radę. Zwracali się do niego zawsze z wielkim szacunkiem. Według nieoficjalnych informacji przekazanych mi przez jednego z funkcjonariuszy miał on dla wnuczkowego gangu stanowić coś w rodzaju kancelarii prawnej, organizować adwokatów, a nawet opłacać niektórych sędziów czy biegłych. Częściowo wynika to ze stenogramów rozmów, które znajdują się w aktach sprawy „Hossa”. Jednak w żadnym postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie „Remek” nie usłyszał zarzutów.
Zabawne jest to, że „Remek” podczas tej rozmowy zwraca się do „Hossa” słowami „mój bogaty szwagrze”, a przynajmniej tak wynika z załączonego do akt tłumaczenia.
Cyganie rozmawiają o ustanowionym przez „Hossa” prawie, według którego odbierakowi, który wziął od emeryta np. 30 tysięcy euro i został aresztowany, przysługuje połowa łupu, czyli 15 tysięcy. Król wnuczkowej mafii ustalił nawet, że tej osobie należy się pomoc finansowa podczas całego pobytu w więzieniu. Wspierana ma być także rodzina odbieraka. Na fundusz kryzysowy muszą się zrzucać wszystkie klany zaangażowane w proceder oszukiwania emerytów. Jednak nic za darmo! Gdy ten, który siedzi w więzieniu, w końcu stamtąd wyjdzie i „znów będzie bogaty”, musi zwrócić poniesione przez mafię koszty. Niektórzy mieli z tym problem.
‒ Ryzyko wpadki i kosztów z tym związanych zawsze bierze na siebie zarządca. Fundusz powstawał w momencie aresztowania, wszyscy zrzucali się solidarnie. Nie ma czegoś takiego jak zwrot kosztów za mecenasa od osoby, która siedzi w areszcie. To znaczy nie powinno być. Przecież pracowali dla niego i on miał z tego największe zyski. Były rozmowy między Cygankami, że jeśli „Hoss” nie będzie pomagał tym, którzy mieli przypał, to oni zaczną opowiadać, co on robi i jaki jest bogaty. Nie wykluczam, że właśnie to było jednym z powodów, dla którego posypało się jego imperium – mówi mój „Cygan”.
Polscy śledczy o królu wnuczkowej mafii dowiedzieli się znacznie później niż ich koledzy z Zachodu. Niemcy już od 2012 roku deptali „Hossowi” po piętach, bo on i jego ludzie na potęgę ogołacali konta tamtejszych emerytów. Około rok później do Wydziału Nadzoru nad Postępowaniem Przygotowawczym Prokuratury Okręgowej w Warszawie trafiła seria pism z prokuratury w Hamburgu. W jednym z dokumentów, do których dotarłam, czytając akta tej sprawy, hamburski prokurator generalny zwraca się do warszawskich śledczych z prośbą o pomoc prawną. Momentami zabawna konstrukcja zdań wynika najprawdopodobniej z dosłowności tłumaczenia. Mimo to pismo idealnie odzwierciedla to, z czym mierzyły się tamtejsze organy ścigania.
„Szanowni Państwo,
Prokuratura w Hamburgu prowadzi od lipca 2012 postępowanie wyjaśniające przeciw ugrupowaniu sprawców z powodu podejrzenia zawodowego oszustwa w grupie przestępczej. Sprawcy popełniają tak zwane oszustwa »metodą na wnuka«, według następującego schematu: jeden lub kilku przebywających w Polsce popleczników dzwoni z Polski do wybranych starszych osób w Niemczech, Szwajcarii lub Luksemburgu i podają się za ich krewnych lub znajomych. Udają, że znajdują się w trudnej sytuacji finansowej, i proszą swoich rozmówców o przekazanie im tak szybko, jak to jest możliwe, dużych sum pieniędzy, biżuterii lub innych wartościowych przedmiotów. Gdy zauważą, że ofiara dała się nabrać na kłamstwo, prowadzący rozmowę kontaktuje się z »logistykiem« przebywającym w pobliżu poszkodowanych. Ci, wysyłani są wcześniej przez prowadzących rozmowę w tę okolicę, aby w przypadku skutecznego telefonu móc udać się razem z »odbierakami« do poszkodowanych, zanim poszkodowany zauważy, że jest oszukiwany. »Logistycy« towarzyszą »odbierakom«, zlecają przekazywanie łupu przez specjalnie wysyłanych kurierów do popleczników z Polski lub sami zawożą łup. Poplecznicy to osoby, które ustalają, jak łup będzie dzielony między sprawcami” – informowało pismo z Hamburga.
Niemiecki prokurator generalny tłumaczył polskim prokuratorom, że wielopoziomowa struktura wnuczkowych gangów i ich międzynarodowa działalność „zmniejsza dla telefonujących ryzyko zatrzymania”, z czego sprawcy doskonale zdają sobie sprawę i to wykorzystują. Tylko zwarcie szyków i mocna współpraca Polski i Niemiec mogła się przyczynić do rozbicia grupy. W tym czasie liczba przestępstw w obu krajach stale rosła.
Polscy policjanci i prokuratorzy mieli nieco ułatwione zadanie, bo Niemcy zgłosili się do nas z prośbą o pomoc dopiero po wielu miesiącach ciężkiej pracy operacyjnej, gdy zgromadzili już dziesiątki godzin kontroli operacyjnych, czyli mówiąc po ludzku – podsłuchów. Niemiecki prokurator generalny załączył do cytowanego pisma całą listę osób, które stoją za tymi przestępstwami.
Najważniejsze osoby w gangu, czyli telefoniści, z niewiadomych przyczyn w polskim tłumaczeniu akt nazywani są trałowcami, czyli jak okręty wojenne przeznaczone do wykrywania i niszczenia min morskich. To najprawdopodobniej także wynika z bezmyślnego tłumaczenia. Na oszusta działającego według metody „na wnuczka” mówi się na Zachodzie „keiler”. Znajomy policjant z Niemiec wyjaśnia mi, że można to tłumaczyć jako „dzik”, „odyniec”, „guziec”.
‒ Oni sami nazywają się dzikami, wiemy to z podsłuchanych rozmów. To dlatego, że telefonista dzwoni do emerytów po kolei z książki telefonicznej i ryje w niej jak dzik tak długo, aż nie trafi na to, czego szukał – tłumaczy.
Koleżanka z niemieckojęzycznej prasy uważa, że słowo „keiler”, którym określa się telefonistów, trzeba kojarzyć z „keilen”, czyli kopać, przebijać się, bo telefonista właśnie to robi z psychiką ofiary.
Jako głównego odyńca Hamburg już w 2012 roku wskazywał urodzonego w 1968 roku w Jaworznie Arkadiusza Ł., który przez blisko 20 lat mieszkał w Niemczech i tam szlifował swoje zdolności. Jego prawą ręką i kolejnym keilerem miał być jego syn Marcin K. „Lolli”, który zachodniej policji znany był także pod fałszywym nazwiskiem – jako Jeff Orłowski. Trzecim dzikiem był Adam P., brat „Hossa”, który do grudnia 2001 roku nazywał się Adam Łakatosz. Wszyscy oni mieli dzwonić z Polski do seniorów z zagranicy.
Dzikom pomagał ryć Jan K. „Susek”. „Współpracował z »Hossem« jako keiler-pośrednik, którego zadaniem był transport samochodowy pieniędzy, biżuterii i monet pochodzących z przestępstwa ze Szwajcarii przez Niemcy do Polski, do rąk »Hossa«” – poinformował Krajowy Urząd Kryminalny w Hamburgu. Takie pismo znajduje się w aktach dotyczących identyfikacji K.
Za logistykę odpowiadali też Józef K.-S. „Paramanć” i Zofia Ł. „Babaja”. Rolę kuriera w Polsce niemiecka policja przypisywała Polakowi Dariuszowi T., a odbierającej łupy – Marzenie T. Później wśród ustalonych odbieraków znalazła się także m.in. teściowa „Hossa”, Zofia K. ps. „Kuka”.
„Łącznie sprawcy popełnili co najmniej 23 czyny oszustwa metodą »na wnuka«” – informował Hamburg.
Śledztwo, przez które posypało się cudowne życie rodziny „Hossa”, zaczęło się od trzech oszustw dokonanych 5 i 6 lipca 2012 roku w Hamburgu. 91-letni emeryt z tego miasta przekazał nieznanym sprawcom na stacji kolejki U-Bahn Niendorf Nord kwotę 6,7 tysiąca euro, którą miał w domu. Jeszcze tego samego dnia wypłacił z banku kolejne 30 tysięcy i oddał obcej osobie na tej samej stacji. Wierzył, że pomaga krewnemu o imieniu „Harry”. Następnego dnia 77-letnia pani Fischer wypłaciła z rachunku 20 tysięcy euro, których rzekomo potrzebował jej syn na okazyjny zakup mieszkania. Gotówkę miał odebrać kolega, ale do transakcji nie doszło.
Policja nazwała wtedy dzwoniących „sprawcami z zaplecza”. Dzięki imponująco szybkiej decyzji sądu na telefony, z których wykonywano połączenia do pokrzywdzonych, zostały założone podsłuchy. Pseudonimy „Hoss” i „Lolli” trafiły do akt – nie było jednak jeszcze wiadomo, kto za nimi stoi. Krok po kroku niemiecka policja podsłuchiwała coraz więcej numerów, z którymi w stałym kontakcie byli tajemniczy przestępcy. Z akt sprawy wynika, że oskarżeni co chwila zmieniali numery telefonów, ale decyzje o kolejnych „drutach” zapadały błyskawicznie, dzięki czemu policjanci mieli coraz więcej danych na temat działania grupy. Byli w stanie odtworzyć jej hierarchię, ustalić, z jakimi przestępstwami mogą mieć związek.
Gdy na biurko prokuratora Wojciecha Smolenia trafiły akta tej sprawy, niemiecka policja podsłuchiwała już trzy numery telefonów, z których korzystał „Hoss”, cztery należące do Adama, „Lollego”, „Suska” i pozostałych członków bandy. Niczego nieświadomi Romowie oszukiwali w najlepsze. Byli też cały czas obserwowani. Najpierw tylko na terenie Niemiec, a później już także w Polsce. Policjanci wiedzieli, kto jak się nazywa, gdzie mieszka, czym jeździ, z kim żyje, z kim sypia, gdzie pije wódkę i w którym kasynie przegrywa wyłudzone pieniądze. Udało się też odtworzyć powiązania rodzinne pomiędzy sprawcami.
Niemcy rozrysowali te związki na dziesiątkach różnych wykresów, dotarli do struktur od samej wierchuszki po najmniej poważanych odbieraków.
Każdy z czytelników, który przeczytał, że policja wiedziała już, kto dzwoni, zastanowi się zapewne, dlaczego przestępcom pozwalano działać nadal. Ale przekucie materiału zdobytego drogą pracy operacyjnej w materiał procesowy jest mozolne, niewdzięczne, a często niemożliwe.
Przestępstwa dokonywane przez romskie gangi to dla śledczych zadanie o tyle utrudnione, że przestępcy porozumiewają się ze sobą w języku, do którego nie ma podręczników, nigdzie nie można się go nauczyć. Deficyt tłumaczy z romskiego jest tak dotkliwy, że śledczy gotowi są zapłacić każdą kwotę osobie, która zdecyduje się podjąć takie wyzwanie. Ale to także nie jest proste, bo w większości przypadków taką osobą musi być Rom. Nie można jednak materiałów śledztwa pokazać każdemu, kto kiwnie głową, że pomoże. Osoby ze środowiska romskiego są wieloetapowo weryfikowane pod względem lojalności i rzetelności, a i tak zdarza się, że policja czuje, iż strzelają z ucha, czyli – krótko mówiąc – informują swoich kumów, że w ich kierunku zmierza pocisk zarzutów. Taki Cygan zwija wówczas interes, rozpływa się w powietrzu, zmienia nazwisko.
W przypadku „Hossa” był jeszcze inny problem. Większość osób, które na stałe współpracują z organami ścigania, tłumacząc romskie podsłuchy, na dźwięk nazwiska Ł. odmawiała pomocy, nawet za najlepszą stawkę. Podobno żadne pieniądze nie są w stanie zrekompensować strat, które może przynieść sprzeciwienie się wnuczkowemu bossowi.
‒ To ludzie zdolni do wszystkiego i Cyganie o tym wiedzą. Naprawdę większość z nich panicznie się go boi. Nie mamy, oczywiście, oficjalnych zgłoszeń dotyczących jakiejkolwiek przemocy, którą „Hoss” miałby wobec kogokolwiek stosować albo zlecić, bo oni na siebie nigdy nie nadają. Ale wiemy, że jeśli ktoś się sprzeniewierzył, mógł się spodziewać kosy – mówi mi jeden z policjantów.
Na współpracę zdecydował się w końcu romski tłumacz pozyskany przez Niemców. Z niezrozumiałego dla śledczych języka przygotował dziesiątki stron stenogramów rozmów. Dzięki temu ustalono, że 30 listopada 2012 roku kobieta z rodziny „Hossa” opowiadała Romulesowi S. „Remkowi”, że „Lolli” ma urodziny. Policja szybko połączyła te informacje z datą urodzenia cudzoziemca Jeffa Orłowskiego, ustalonego później jako Marcin K. W aktach znajdują się także protokoły przesłuchań świadka incognito, który potwierdził m.in. tożsamość „Lollego” i jego przestępczą działalność. Tożsamość tej osoby jest do dziś owiana tajemnicą, ale z opisu protokołu wynika, że zeznawał ktoś bardzo bliski. I odważny.
Policja wiedziała, że „Hoss” był związany z Sylwią. Oficjalnie kobieta nosiła nazwisko K., ale w niektórych niemieckich dokumentach funkcjonowała pod fałszywym nazwiskiem jako „Orłowska”, podobnie jak ich najstarszy syn „Lolli”. Oprócz Marcina wnuczkowy król miał jeszcze dwóch synów – Piotra oraz Romana – i córkę Darię.
Drzewo genealogiczne „Hossa” w pierwszych tomach akt jest uzupełnione także o pochodzącą ze Lwowa matkę Barbarę P., rocznik 1940, oraz rodzeństwo: Adama P. (urodzonego w Jaworznie dwa lata po „Hossie”), Elżbietę „Vivian” P. (o trzy lata starsza od bossa), Sorayę P. i Joliona „Johna” Ł. (obydwoje młodsi od Arkadiusza, przyszli na świat już za naszą zachodnią granicą).
Widać, że niemiecka policja rozpracowywała tę grupę sukcesywnie, idąc po nitce do kłębka, a zwieńczeniem ich drobiazgowej, mozolnej wręcz pracy było właśnie zatrzymanie na Żelaznej w maju 2014 roku. Gdy w Polsce ruszało lustrzane śledztwo, czyli prowadzone przez organa ścigania w dwóch krajach jednocześnie, najstarsi bracia byli objęci nakazami aresztowania przez prokuraturę w Stuttgarcie za „wnuczki”.
27 czerwca 2013 roku prokurator Wojciech Smoleń z Prokuratury Okręgowej w Warszawie wszczął śledztwo w sprawie „działania zorganizowanej grupy przestępczej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, Republiki Federalnej Niemiec, Konfederacji Szwajcarskiej i Wielkiego Księstwa Luksemburskiego”.
Powodem była seria oszustw dokonanych od sierpnia 2012 do 22 stycznia 2013 roku – telefonujący z Polski przestępcy mieli wyłudzić od zagranicznych emerytów gigantyczne kwoty. Według wyliczeń niemieckiej policji w samym tylko RFN-ie oszukano starsze osoby na równowartość ponad 300 tysięcy złotych. W Luksemburgu dwie kobiety przekazały nieznanym sprawcom około 1 miliona złotych. W Szwajcarii straty w tym okresie wyniosły około 1,3 miliona złotych, z czego tylko jedna pokrzywdzona oddała oszustom 312 150 franków szwajcarskich (ponad milion złotych), a kolejne 300 tysięcy franków uchroniła jedynie dzięki postawie pracownika banku. Oprócz tego policja odnotowała serię nieudanych wyłudzeń na wielomilionowe kwoty. W aktach znajdują się protokoły przesłuchań pokrzywdzonych osób. Historie, które opisują, wbijają w fotel.
W piątek, 7 grudnia 2012 roku do Komendy Miejskiej Zollikofen w Szwajcarii zgłosiła się 82-letnia wówczas Regula Charlotte von W.-K., majętna przedstawicielka znanego rodu. Kobieta przyszła na policję z córką, by zgłosić przestępstwo, którego padła ofiarą. To doskonały przykład zręczności, z jaką oszuści manipulują starszymi osobami.
‒ Czy może mi pani opisać, co się wydarzyło? – zapytał policjant.
‒ Odebrałam telefon, a mężczyzna powiedział: „Halo?”. Poznałam w tym głosie Viggo, który mieszka w Monachium. Brzmiał trochę bardziej szorstko niż zwykle, ale powiedział, że jest przeziębiony. Viggo powiedział, że pilnie potrzebuje pieniędzy. Że ma możliwość kupienia ziemi w Neuchâtel i Adliswil koło Zurychu. Mówił, że może tę ziemię kupić w bardzo korzystnej cenie, a jeżeli nie zdobędzie pieniędzy do piątku, straci tę okazję. (…) Viggo powiedział w bardzo krótkich zdaniach, że musi zdobyć jak najwięcej pieniędzy. Umówiliśmy się na 600 tysięcy franków szwajcarskich. Najpierw była jednak mowa o euro. Ciągle powtarzał: „Posłuchaj, zrozumiałaś?”. Poprosił mnie też o numer telefonu komórkowego – opisywała kobieta kilka dni po zdarzeniu.
Oszust skontaktował się z nią 4 grudnia po południu. Viggo miał tłumaczyć kobiecie, że powinna domagać się wypłaty pieniędzy, nawet jeżeli bank odmówi. „Przecież oni pracują dzięki naszym pieniądzom, więc jak mogą odmawiać klientom. Musisz nalegać, musisz im powiedzieć, że potrzebujesz tych pieniędzy. Sprawdź też, ile masz gotówki i biżuterii. Potrzebuję tego na zabezpieczenie dla notariusza” – cytowała rozmówcę emerytka.
‒ Powiedziałam mu, że nie wyczaruję pieniędzy, że muszę porozmawiać z bankiem. Rankiem następnego dnia znowu się zaczęło. Viggo cały czas do mnie dzwonił, pytał, ile mam pieniędzy, ile mogę dać. Wtedy zawiadomiłam bank Julius Baer, że potrzebuję 600 tysięcy euro, lecz później zrobiły się z tego franki. Bank powiedział, że nie wypłaci mi tego w gotówce. Jeżeli już, to będą musieli zrobić przelew. Ustaliliśmy, że w gotówce dostanę 200 tysięcy. (…) Wybrałam pieniądze – opowiadała pani Regula.
Zaniepokojeni bankierzy już 5 grudnia skontaktowali się z córką ofiary. Kobieta zeznała, że bardzo się zdenerwowała, gdy usłyszała od matki, że wypłacone pieniądze chce przekazać mieszkającemu w Monachium chrześniakowi ojca. Viggo był adwokatem i osobą godną zaufania, a historia zupełnie do niego nie pasowała. Niestety, zanim udało się nawiązać kontakt z prawdziwym kuzynem, wiedziona dobrocią serca pani Regula wykonała polecenia oszusta.
‒ Viggo powiedział mi, że matka tego, do którego należy działka, jest w Bazylei [ok. 90 km od Zurychu – H.D.]. Mówił, że teraz musi ze swoim notariuszem jechać do Bazylei. Ja też tam pojechałam. Mój pociąg ruszał o 12.30. Pieniądze miałam w kopercie, w torbie na szyi. (…) Zadzwonił do mnie Viggo, powiedział, że jest spóźniony i mam przyjść do Burger Kinga. Powiedział, że ktoś tam teraz podejdzie. Była to kobieta, która nie mówiła perfekcyjnie po niemiecku. Chciałam, żeby podpisała kopię wyciągu bankowego, ale wtedy ona zadzwoniła do Viggo i on mnie zapewniał, że nie ma takiej potrzeby, że on wszystkie dokumenty ma przy sobie. (…) Dałam pieniądze tej kobiecie, nie przeliczyła ich – zapamiętała emerytka.