Tysiąc powodów, by kochać - Krystyna Mirek - ebook + audiobook

Tysiąc powodów, by kochać ebook i audiobook

Krystyna Mirek

4,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Jest tysiąc powodów, by kochać – powiedziała babcia Oli, młodej dziewczyny zakochanej po raz pierwszy.

Tę samą prawdę odkrywa Justyna, dopiero teraz, choć dawno jest już dorosła.

Ale nic nie jest proste w przypadku obu tych kobiet.

Ola musi trzymać swój związek w tajemnicy. Piękne uczucie napotyka przeszkody, które jednak przynoszą niespodziewane skutki.

Justyna ukrywa w życiu tylko jeden sekret, ale za to tak wielki, że nie pozwala jej swobodnie decydować o swoim losie. Jest sama i nawet tak mocno jej to nie ciąży. Aż do momentu, kiedy poznaje człowieka, który mówi, że naprawdę ją rozumie. I wcale nie kłamie...

Jak wiele warto zmienić w życiu dla miłości? Czy spojrzenie prawdzie w oczy zmieni wszystko na lepsze, czy też wręcz przeciwnie – zburzy nawet ten kruchy spokój, jaki udało się zbudować?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 285

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 54 min

Lektor: Michał Zarzycki

Oceny
4,7 (57 ocen)
42
14
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
malgorzatapakos_212

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia, gorąco polecam 💕💕
00
Mada10000

Nie oderwiesz się od lektury

historia jak z bajki, ale dobrze się czyta
00
Maryniabia

Nie oderwiesz się od lektury

super,polecam
00
osirmina

Dobrze spędzony czas

początek ciężki, ale koniec wymiata
00
rudakitka1

Dobrze spędzony czas

Zadziwiająco wciąga. Ciekawa.
00

Popularność




Rozdział 1

Nie podoba mi się ten zwią­zek!

Ese­mes o takiej tre­ści przy­szedł rano, kiedy Justyna zbie­rała się do pracy. I od razu spo­wo­do­wał, że zmię­kły jej kolana. Igor wyraź­nie nie bawił się w zbędne wstępy ani wyja­śnie­nia. O co mu cho­dziło? Jaki znowu zwią­zek? Pew­nie dla Igora musiało to być oczy­wi­ste. Powinna wie­dzieć.

Justyna, czter­dzie­sto­trzy­let­nia samotna kobieta, która od lat nie była na randce.

I nie miała takich pla­nów.

Sły­szała każ­dego dnia, jak wiele osób narzeka, że im jest ciężko z tym czy z owym. Może wyobra­żali sobie nawet, że mają szcze­gól­nego pecha, mie­rzą się z wiel­kimi wyzwa­niami. Buty by im spa­dły z nóg, gdyby poznali jej los. Ale nie mogła nic powie­dzieć.

Kiwała więc tylko głową, uśmie­chała się i mil­czała.

Cie­szyła się opi­nią dosko­na­łego roz­mówcy. „Pani Zalew­ska, jakże się z panią wspa­niale roz­ma­wia!” – sły­szała czę­sto. Cóż, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści osób po pro­stu nie mówiła o sobie. Nie mogła. Bała się nawet roz­po­cząć jakie­kol­wiek zda­nie, żeby nie­wła­ściwe słowo nie wymsknęło się.

Coś jed­nak się wyda­rzyło i zanie­po­ko­iło Igora.

Justyna weszła do łazienki.

Zbie­rała się do wyj­ścia według codzien­nej nie­skom­pli­ko­wa­nej rutyny. Prysz­nic, cze­sa­nie pro­stych wło­sów, dys­kretny maki­jaż tanimi kosme­ty­kami z dys­kontu, które zresztą cał­kiem nie­źle sobie radziły. Taka prawda.

Choć i tak nie miało to zna­cze­nia. Nie chciała się podo­bać, zwra­cać na sie­bie uwagi. Wolała być w tle. Nie­wi­doczna. Wyda­wało jej się, że zdą­żyła się do tego przy­zwy­czaić

I nagle poczuła to nie­zwy­kłe cie­pło, nie­znane od lat, jak pły­nie razem ze wspo­mnie­niem tam­tych odle­głych cza­sów. Cze­goś naj­pięk­niej­szego, co może spo­tkać czło­wieka. Praw­dzi­wej bli­sko­ści, czu­ło­ści, miło­ści.

Niech sobie wszy­scy opo­wia­dają, że można bez tego żyć. Oczy­wi­ście, że tak. Była tego naj­lep­szym przy­kła­dem. Wie­działa jed­nak dosko­nale, z czego świa­do­mie zre­zy­gno­wała. I choć długo zno­siła to z rezy­gna­cją pełną świa­do­mo­ści, że tak trzeba, nie ma innego wyj­ścia, to dziś przy­po­mniało jej się, jak to jest, kiedy dotyk czy­jejś dłoni może zmie­nić nawet naj­bar­dziej szary pora­nek w roz­błysk świa­tła. Ale musi być to dotyk wła­ści­wej dłoni.

Te myśli nie poja­wiły się przy­pad­kiem.

To się stało wczo­raj na szkol­nym kory­ta­rzu. Justyna spie­szyła się jak co dzień. Prze­ci­skała przez gęstą ciżbę uczniów i nie zauwa­żyła momentu, kiedy spod cie­płej kurtki wyśli­zgnął jej się sza­lik. Sporo osób mogło to zauwa­żyć. Ale tylko jeden męż­czy­zna schy­lił się po niego. W dokład­nie tym samym momen­cie, w któ­rym zro­biła to Justyna. Gnana potrzebą ochro­nie­nia jed­nej z nie­licz­nych pięk­nych rze­czy, jakie posia­dała. Kasz­mi­rowy szal kupiony oka­zyj­nie na pchlim targu trak­to­wała jak praw­dzi­wego przy­ja­ciela. Był cie­pły i miły, świet­nie się nada­wał jako sub­sty­tut tego, na co w rze­czywistym życiu nie miała szans.

Zare­ago­wała odru­chowo. Schy­liła się i mocno wal­nęła głową w czy­jąś czaszkę. Nic dziw­nego, że zro­biło jej się gorąco. Ale wiele wię­cej się nie wyda­rzyło. Czy Igor mógł się o tym dowie­dzieć? Z jed­nej strony tak, widziało tę scenę mnó­stwo osób. Ale z dru­giej, nikt nie zwró­cił na nią uwagi. Daniel podał jej sza­lik, dotknął dłoni, uśmiech­nął się i tyle. Cała akcja trwała może minutę.

Nikt nie miał prawa się domy­ślić, jak ważna to była chwila. Musiałby chyba czy­tać w myślach, a tego Igor zde­cy­do­wa­nie nie potra­fił. Dawno padłby na zawał i zerwał układ, który wiele lat temu zawarli, gdyby się zorien­to­wał, co ona na ten temat naprawdę sądzi.

Ale coś było na rze­czy.

Jesz­cze raz spoj­rzała na ese­mesa.

Nie podoba mi się ten zwią­zek! – napi­sał.

Zro­biło jej się zimno. Nie ogrzałby jej teraz żaden kasz­mir, nawet naj­lep­szy. Musiała jakoś się rato­wać.

Ina­czej wyobra­żała sobie ten dzień. Obu­dziła się dzi­siaj w lep­szym nastroju niż zwy­kle. Nawet maki­jaż zro­biła sobie wyjąt­kowo ładny i jak na jej stan­dardy nieco moc­niej­szy. Wie­działa, że znowu pój­dzie tym kory­ta­rzem, a Daniel będzie tam stał. Jak każ­dego poranka od wielu lat. Dla niego ta krótka chwila wczo­raj też była ważna.

Chciała go znowu zoba­czyć. Nie miała zamiaru niczego robić ani mówić. Tylko zer­k­nąć w jego stronę. Jak co dzień od dłuż­szego już czasu. Taka mała tajem­nica, zauwa­żalna tylko dla niej.

Nie­moż­liwe, żeby ktoś doniósł o tym Igo­rowi. O czym zresztą?! Że upadł jej sza­lik? Cho­dzi po kory­ta­rzach szkoły, w któ­rej pra­cuje? Nic w tym nie­po­ko­ją­cego nie ma!

Pochy­liła się w łazience nad umy­walką, a potem spoj­rzała w lustro i zoba­czyła kobietę o nie­zwy­kłej sile. Nie­złomną. Co do tej cechy nie miała wąt­pli­wo­ści. Wczo­raj jed­nak prze­ko­nała się rów­nież, że wciąż ma też w sobie tamto cie­pło i mięk­kość sprzed lat, które pozwo­liły jej kie­dyś kochać do utraty tchu.

Wes­tchnęła tylko. Stare dzieje.

Wzięła do ręki per­fumy, takie za dwa­dzie­ścia zło­tych, świet­nie zresztą pach­niały. Skro­piła się obfi­cie. Wyszła z łazienki do przed­po­koju. Się­gnęła po służ­bową torbę, miała ona pięt­na­ście lat, ale dobrze słu­żyła. Dziew­czyny z klasy matu­ral­nej mówiły nawet, że to vin­tage, podobno teraz modne. Cóż, wszystko ma swoje złe i dobre strony, nawet stara teczka. Wło­żyła buty, kurtkę. No i ten sza­lik…

Nie mogła się opa­no­wać. Przy­ło­żyła go do twa­rzy i poczuła cie­pło. Nic dziw­nego, kasz­mir tak działa – pomy­ślała, tłu­ma­cząc to sobie roz­sąd­nie, ale oczy­wi­ste, że cho­dziło o coś wię­cej.

Popra­wiła koł­nierz i sta­ran­nie zamknęła za sobą drzwi pustej i cichej kawa­lerki, którą kie­dyś pomógł kupić jej Igor, za co dotąd czuła się wobec niego zobo­wią­zana. I na doda­tek za resztę wciąż spła­cała kre­dyt.

„Nie podoba mi się ten zwią­zek!”, napi­sał. Bo ktoś pod­niósł sza­lik z ziemi? Spoj­rzał jej w oczy na kilka sekund? To naprawdę sza­lone albo zbyt opty­mi­styczne nazy­wać coś takiego związ­kiem. A tym­cza­sem już poja­wiły się pre­ten­sje.

Pobie­gła na przy­sta­nek. Roz­kład auto­bu­sów miej­skich znała na pamięć. Nie stać jej było na samo­chód i ta kwe­stia miała się nie zmie­nić ni­gdy. Zbyt wielki zacią­gnęła kie­dyś dług.

***

Kiedy docho­dziła do bramki szkol­nego ogro­dze­nia, po dru­giej stro­nie ulicy zoba­czyła Olę Jusz­czyk. Uczen­nicę klasy czwar­tej b, mat-fiz. Cza­sem o niej myślała. W jakimś sen­sie były do sie­bie podobne. Ola też wyglą­dała jak szara myszka, czym tro­chę wyróż­niała się na tle swo­ich barw­nych kole­ża­nek. Pra­wie nie robiła maki­jażu. Pro­ste włosy cze­sała w zwy­kły kucyk i od trzech lat miała te same czapkę i kurtkę. W domu się nie prze­le­wało – o tym wszy­scy wie­dzieli. Wycho­wy­wała ją bab­cia i to pew­nie było trudne.

Zna­jo­mość pry­wat­nego życia uczniów sta­no­wiła tutaj normę. Zespół szkół, w któ­rym Justyna pra­co­wała, skła­dał się z przed­szkola, szkoły pod­sta­wo­wej i liceum. Więk­szość dzie­cia­ków prze­cho­dziła przez wszyst­kie etapy, spę­dza­jąc tutaj szmat swo­jego życia.

Justyna lubiła Olę, tym bar­dziej że dziew­czyna świet­nie się uczyła, a szcze­gól­nie dobra była z mate­ma­tyki. Ale dziś na jej widok poczuła irra­cjo­nalny nie­po­kój. Dla­czego? Nic się prze­cież nie zmie­niło. Ola jak co dzień pew­nie nosiła starą czapkę, jakby była co naj­mniej od Arma­niego. Szła, ema­nu­jąc spo­ko­jem, któ­rego nie da się pod­ro­bić. Z tego, co Justyna wie­działa, Ola ni­gdy jesz­cze nie miała chło­paka, z nikim się nie spo­ty­kała. Była dość tajem­ni­cza, co wielu pocią­gało. Ale ona nie przyj­mo­wała żad­nych pro­po­zy­cji.

Justyna się domy­ślała, że opieka nad bab­cią i nauka nie zosta­wiają jej wiele czasu. Ale dla więk­szo­ści nasto­lat­ków takie realia to kosmos. Nawet nie przyj­dzie im na myśl tego rodzaju wyja­śnie­nie. Nie­któ­rzy się z niej śmiali. Ale ona ni­gdy nie wda­wała się w dys­ku­sje. Robiła swoje.

Zatrzy­mała się przy grupce kole­ża­nek, a Justyna ruszyła dalej. Prze­stała myśleć o uczen­nicy. Sku­piła się na wczo­raj­szym wspo­mnie­niu. Nie mogła powstrzy­mać tego uczu­cia, że się cie­szy, że za chwilę wej­dzie do środka. Sta­nie na tym samym kory­ta­rzu i znowu go zoba­czy.

Co za bzdury! – pró­bo­wała sobie wytłu­ma­czyć. A potem zatrzy­mała się tuż przed wej­ściem. Wpa­try­wała się w jakiś pla­kat wiszący na dużych szkla­nych drzwiach. Mogło to z boku wyglą­dać, jakby z zain­te­re­so­wa­niem śle­dziła jego treść. Ale ona nawet nie widziała liter. Potrze­bo­wała po pro­stu chwili. Przy­mknęła oczy. Pró­bo­wała sobie wyobra­zić, jak to jest być zwy­czaj­nym czło­wie­kiem, który ma nor­malne życie, prawo do decy­do­wa­nia o sobie, podą­ża­nia za swo­imi uczu­ciami. Jak by to w ogóle było? Pozwo­lić sobie się zako­chać?

„Nie podoba mi się ten zwią­zek” – przy­po­mniała sobie treść ese­mesa. I od razu wró­ciła na zie­mię, do twar­dej rze­czy­wi­sto­ści.

Musiała wytrzy­mać jesz­cze tro­chę. Do maja. Naprawdę nie­dużo. W porów­na­niu z tym, jaki szmat czasu był już za nią, ten nie­wielki odci­nek, który został, wyda­wał się nie­zwy­kle mały. A jed­nak gdy patrzyła na to z innej strony, roz­po­ście­rał się przed nią jak prze­strzeń nie do prze­by­cia. Dla­czego opa­dała z sił aku­rat teraz? Prze­cież bywało cię­żej.

Tego nie rozu­miała.

Wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, wypro­sto­wała się i weszła do środka. Czas ucie­kał. Za chwilę zacznie się lek­cja. A spóź­nień w wyko­na­niu nauczy­cie­lek mate­ma­tyki ludzie nie tole­rują.

Kiedy tylko wcho­dziła do środka, pierw­sza jej czyn­ność zawsze była taka sama: szu­kała wzro­kiem Anto­sia. Nie mogła się odzwy­czaić, by prze­stać tak o nim myśleć, choć wyrósł. Miał metr osiem­dzie­siąt i cał­kiem postawną syl­wetkę. Blade od uro­dze­nia policzki i jasne włosy. Stał teraz przed szafką i roz­ma­wiał z kole­gami. Spra­wiało to nor­malne wra­że­nie, ale mimo wszystko nie­po­kój ści­snął jej serce. A potem zauwa­żyła, że Antoś skie­ro­wał się w stronę Oli.

Dziwne. Nie wie­działa, że się przy­jaź­nią. Dziew­czyny czę­sto krę­ciły się wokół niego, bo spra­wiał wra­że­nie miłego chło­paka i sporo odzie­dzi­czył po przy­stoj­nym ojcu. Ale Antek sku­piał się na innych spra­wach.

Justyna zauwa­żyła, że szybko poko­nał odle­głość dzie­lącą go od dziew­czyny i coś podał jej. Prze­stra­szyła się. To by było naprawdę dziwne. Mło­dzi ludzie dzi­siaj nie wymie­niają się liści­kami, raczej piszą do sie­bie na komu­ni­ka­to­rach w inter­ne­cie. Co takiego można ukrad­kiem wrę­czyć dziew­czy­nie? W pierw­szym momen­cie przy­szło jej na myśl, że nar­ko­tyki, no bo prze­cież nie list miło­sny.

Coś jed­nak mię­dzy nimi było, bo w odpo­wie­dzi na jego gest Ola mocno ści­snęła dłoń, a potem szybko scho­wała rękę do kie­szeni i ode­szła, sta­ra­jąc się uda­wać, że nic mię­dzy nimi nie zaszło. I to wła­śnie było nie­po­ko­jące, bo prze­cież mogli roz­ma­wiać jaw­nie.

Antek nie miał żad­nej ofi­cjal­nej dziew­czyny, nie musiał się ukry­wać. Ola też nie. Jeśli chcieli o czymś poga­dać, na coś się umó­wić, mogli sta­nąć na środku kory­ta­rza i po pro­stu wymie­nić się infor­ma­cjami albo wła­śnie do sie­bie napi­sać. Skąd taka dziwna kon­spi­ra­cja?

Justyna otarła pot z czoła. W szkole było gorąco, kory­tarz cia­sny i mnó­stwo ludzi prze­cho­dziło tam i z powro­tem. Odwró­ciła się i nagle sko­ja­rzyła fakty. Antek stał cały czas w tym samym miej­scu. Patrzył za odcho­dzącą Olą. Pew­nie myślał, że jest dys­kretny, ale jego wzrok był dość cha­rak­te­ry­styczny, zwłasz­cza dla uważ­nego obser­wa­tora. Kogoś, kto znał go dosko­nale.

Miał na twa­rzy wyraź­nie wypi­sane: „Kocham cię, dziew­czyno”. Choć z pew­no­ścią nie każdy byłby w sta­nie to odczy­tać.

Justyna ścią­gnęła sza­lik i roz­pięła kurtkę. Pot lał się jej po ple­cach. A więc to tak! Igo­rowi wcale nie cho­dziło o to głu­pie zda­rze­nie wczo­raj na kory­ta­rzu, ale o Antka. O jego zwią­zek.

Nogi pod nią się ugięły.

Na litość boską, nie teraz!

Żadna szkolna laseczka by jej nie wystra­szyła, żadna wyma­lo­wana insta­gra­mowa laleczka z wiel­kimi paznok­ciami, docze­pia­nymi rzę­sami i wło­sami pie­lę­gno­wa­nymi za połowę jej pen­sji. Ale taka dziew­czyna!

Justyna była samotna i tro­chę wyśmie­wana w szkole z powodu swo­jego życia. Nawet nie nazy­wano jej sin­gielką, tylko bar­dzo po sta­ro­świecku starą panną lub bar­dziej ele­gancko samotną kobietą. Cóż, małe mia­steczka mają swoje prawa. Wszy­scy wie­dzieli, że mieszka sama w kawa­lerce, z nikim się nie spo­tyka i z jakichś dziw­nych powo­dów nie ma pie­nię­dzy, choć prze­cież po tylu latach pracy jej pen­sja wcale nie jest taka mała. Skąd mogli wie­dzieć, jak rze­czy­wi­ście jest? Ni­gdy nie dała żad­nego powodu, by powstała jaka­kol­wiek poszlaka pro­wa­dząca do prawdy. Ale mylili się. Wie­działa, co to miłość. Zdzi­wi­liby się, gdyby usły­szeli jej histo­rię. Znała się na uczu­ciach.

Ale teraz miała ochotę pal­nąć się w głowę.

Jak mogła myśleć, że Igor kon­cen­truje się na niej? Oczy­wi­ście, że myślał przede wszyst­kim o Antku. I słusz­nie był na nią zły.

Jak to moż­liwe, że w życiu tego chło­paka wyda­rzyło się coś tak waż­nego, a ona tego nie zauwa­żyła? Prze­cież nie spusz­czała z niego wzroku.

Zde­ner­wo­wała się tak bar­dzo, jak już jej się dawno nie zda­rzyło. Prze­cież to mogło wszystko zmie­nić. Nie teraz. Nie przed majem. Za dużo tego jak na jeden pora­nek.

Ruszyła bez zasta­no­wie­nia. Nie­bez­pie­czeń­stwo było cał­kiem realne. A co, jeśli te dzie­ciaki dały się w coś wkrę­cić? Tyle się o tym ostat­nio sły­szało. Nawet w ich małym mia­steczku. Jakieś tabletki, po któ­rych wie­dza rze­komo sama wcho­dzi do głowy? Czy to mogło się dla nich stać kuszące? Kto wie? Zarówno Ola, jak i Antek świet­nie się uczyli. Ale kosz­to­wało to sporo wysiłku.

A jeśli wpa­dli na pomysł, by sobie uła­twić życie tuż przed maturą. Zmę­cze­nie wszyst­kim dawało się we znaki.

Boże! Na myśl o jakichś nie­bez­piecz­nych sub­stan­cjach w orga­ni­zmie tego chło­paka aż skrę­cił jej się żołą­dek.

Pod­bie­gła do Oli, już się nad niczym wię­cej nie zasta­na­wia­jąc, a potem szarp­nęła ją za ramię. Sta­now­czo za mocno. Kątem oka zauwa­żyła, że Antek też do nich szybko pod­szedł wyraź­nie zanie­po­ko­jony.

Ucznio­wie zamarli. Pol­ska szkoła w ciągu tych lat, kiedy Justyna tu pra­co­wała, zmie­niła się i choć oczy­wi­ście wiele powinno się popra­wić, to coś takiego nie miało miej­sca już od dawna. Nikt nie naru­szał nie­ty­kal­no­ści fizycz­nej uczniów.

– Daj mi to! – zawo­łała ostro Justyna. – Co ci Antek podał po kry­jomu? Mów! Widzia­łam to przed chwilą!

Antek natych­miast sta­nął naprze­ciwko niej. Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna stra­cił bla­dość policz­ków, do któ­rej wszy­scy już zdą­żyli się na dobre przy­zwy­czaić. Zaró­żo­wił się wresz­cie, ale Justyna nie miała powo­dów do rado­ści. Patrzył na Olę, jakby dawał jej wzro­kiem znak, żeby w żad­nym wypadku nie słu­chała tego pole­ce­nia.

Justyna z prze­ra­że­niem utwier­dziła się w swo­ich podej­rze­niach. Robili coś złego.

Chło­pak wciąż hip­no­ty­zo­wał Olę wzro­kiem, ale ona posłu­chała nauczy­cielki. Justyna oddy­chała pospiesz­nie, wpa­tru­jąc się w jej dłoń wędru­jącą w stronę kie­szeni. Zoba­czyła białą nie­wielką kar­teczkę zło­żoną na pół. Czy coś tam w środku było? Jakieś tabletki? Pro­szek?

A może to tylko list z infor­ma­cjami?

Justyna już się cie­szyła, było jej wszystko jedno, byle tylko zoba­czyć, co tam jest napi­sane, gdy nagle ta dzie­wu­cha bły­ska­wicz­nym ruchem wło­żyła sobie kar­teczkę do ust, a potem zaczęła ją żuć.

– Co ty wypra­wiasz?! – krzyk­nęła Justyna. – Odda­waj to natych­miast!

Oczy­wi­ście nie była gotowa wpa­ko­wać uczen­nicy palca do buzi i wycią­gnąć mokrego kar­te­luszka. Poza tym zbli­żała się do nich nauczy­cielka dyżu­ru­jąca na kory­ta­rzu, a wokół gro­ma­dził się coraz więk­szy tłum gapiów. Zro­biło się jesz­cze bar­dziej gorąco. Justyna miała wra­że­nie, że cała jest mokra.

I w tym momen­cie zadzwo­nił dzwo­nek. Ola prze­łknęła kartkę. Ucznio­wie wpa­try­wali się w nią wyraź­nie zszo­ko­wani tym, co się stało.

Justyna czuła, że kręci jej się w gło­wie.

– Idź­cie już do klasy – powie­działa słabo, a potem odwró­ciła się, mając nadzieję, że rozejdą się na lek­cje i zapo­mną o wszyst­kim. Nie było to jed­nak zbyt praw­do­po­dobne.

Rozdział 2

Witek Zbo­row­ski – jej dobry kolega z pracy, a ofi­cjal­nie dyrek­tor szkoły, popro­sił ją do swo­jego gabi­netu już na prze­rwie po pierw­szej lek­cji. O ósmej czter­dzie­ści pięć. Nawet nie zdą­żyła wejść do pokoju nauczy­ciel­skiego, bo sekre­tarka Kasia, a pry­wat­nie jej dobra zna­joma, prze­ka­zała dość ofi­cjal­nym tonem, że to wyjąt­kowo pilna sprawa. Widać było, że nie­zręcz­nie się z tym czuje.

Znały się pięt­na­ście lat, prze­żyły ze sobą mnó­stwo służ­bo­wych wigi­lii, wyjaz­dów, ale też zwy­czaj­nych pry­wat­nych roz­mów, choćby tylko w szkole.

Kasia myślała, że kie­dyś zostaną bli­skimi przy­ja­ciół­kami. Justyna też bar­dzo tego pra­gnęła, ale trzy­mała dystans. Wie­działa, że kie­dyś nie­uchron­nie przyj­dzie taki moment, gdy wszystko się wyda i wtedy straci każ­dego bli­skiego czło­wieka. Ta osoba nie wyba­czy, że o niczym nie wie­działa.

Justyna mogłaby wypeł­nić na temat sekre­tarki dyrek­tora bar­dzo szcze­gó­łową ankietę per­so­nalną, na tyle tema­tów słu­chała jej zwie­rzeń. Nie odwdzię­czała się jed­nak tym samym. A o niej było wia­domo, ile ma lat, kim jest z zawodu, jakie stop­nie osią­gają jej ucznio­wie na koń­co­wych egza­mi­nach, jak się ubiera i tym podobne dro­bia­zgi. Ni­gdy nie zapro­siła Kasi do swo­jego miesz­ka­nia. Na mia­sto razem nie wycho­dziły, bo Justyna nie miała na to pie­nię­dzy. Ale i tak zbu­do­wały namiastkę bli­skiej więzi.

Jed­nak teraz Kasia szła z nią nie jak przy­ja­ciółka ani dobra zna­joma, lecz nieco zestre­so­wana pra­cow­nica szkoły.

– Wejdź – powie­działa uprzej­mym tonem, zapra­sza­jąc ją do sekre­ta­riatu. Otwo­rzyła drzwi gabi­netu szefa jak przed ofi­cjal­nym gościem i prze­pu­ściła ją.

Witek musiał być strasz­nie zły, skoro tak to na nią wpły­nęło. Żad­nych żar­tów po dro­dze, roz­mowy. Było to do Kasi zupeł­nie nie­po­dobne.

Dyrek­tor też przy­wi­tał ją chłod­niej niż zwy­kle. Zasad­ni­czo się lubili. Znali jesz­cze z cza­sów, kiedy Witek po pro­stu uczył tutaj bio­lo­gii. Roz­ma­wiali tylko na służ­bowe tematy, ale czę­sto i chęt­nie. A odkąd trzy lata temu zmarła mu żona, Justyna cią­gle miała wra­że­nie, że wystar­czy, by powie­działa jedno słowo, a ta zna­jo­mość prze­ro­dzi się coś więk­szego.

Pil­no­wała się, by mu nie wysłać żad­nego sygnału, o rela­cji nie mogło być mowy, ale lubiła Witka.

– Cześć – powie­dział, kiedy weszła do środka. – Sia­daj. – Był bar­dzo zmar­twiony. – Naprawdę nie wiem, jak mam zacząć tę roz­mowę. – Stał po dru­giej stro­nie biurka i mocno opie­rał dło­nie o jego blat. – Na skargę przy­szło kilka osób, w tym dwoje rodzi­ców – prze­szedł do rze­czy, bo Justyna się nie odzy­wała. – Głów­nie ci, któ­rzy aku­rat nie­szczę­śli­wie byli na kory­ta­rzu. Możesz mi to wyja­śnić? Co się stało? Nie poznaję cię.

Zada­wał pyta­nia, ale patrzył cią­gle na swoje palce, nie na nią. I tro­chę też nie dawał jej szansy na odpo­wiedź, bo w jego mono­logu nie poja­wiały się żadne pauzy. Ale ona wcale się do tego nie pchała. Jak mogłaby to wytłu­ma­czyć? To jedna z tych sytu­acji, któ­rych bez uchy­le­nia choćby rąbka tajem­nicy wyja­śnić się po pro­stu nie da.

– Prze­pra­szam – powie­działa tylko. – Widzia­łam, że coś sobie prze­ka­zy­wali. Wystra­szy­łam się, że może to jakaś nie­bez­pieczna sub­stan­cja…

– U Oli Jusz­czyk? – Wes­tchnął.

Tak, wie­działa sama, że to mało praw­do­po­dobne. Ale prze­cież różne rze­czy się zda­rzają. Rozu­miała jed­nak jego punkt widze­nia. Gdyby nie miała do tej sprawy tak oso­bi­stego sto­sunku, nawet nie zwró­ci­łaby uwagi na scenę na kory­ta­rzu, a już na pewno nie zaczę­łaby szar­pać uczen­nicy, żeby jej coś ode­brać.

– Słu­chaj. – Witek wresz­cie spoj­rzał jej w oczy. – Jeśli ktoś napi­sze skargę, to kon­se­kwen­cje mogą być poważne.

Justyna się wystra­szyła.

– Wła­ści­wie to nawet nie wiem, czy to by nie było dla cie­bie dobre. – Obser­wo­wał ją uważ­nie, wie­działa, że pró­buje zro­zu­mieć. – Tyle razy pro­po­no­wali ci w Kor­czaku pracę – ode­zwał się. – Czemu się tam nie prze­nie­siesz? Może masz dość tej szkoły po tylu latach? Masz prawo czuć się wypa­lona – pró­bo­wał zna­leźć odpo­wiedni trop. Bez­sku­tecz­nie.

Justyna wie­działa, że choćby szu­kał sto lat, ni­gdy na to nie wpad­nie. To prawda, że w pry­wat­nym liceum imie­nia Kor­czaka, miesz­czą­cym się dzie­sięć kilo­me­trów stąd, od dłuż­szego czasu gro­ma­dzono naj­lep­szą kadrę z oko­licy, a ona już trzy razy dosta­wała pro­po­zy­cję, żeby się tam zatrud­nić. Szkoła spo­łeczna, nie­ogra­ni­czana żad­nymi tabe­lami z mini­ster­stwa, mogła sobie pozwa­lać na pre­mię dla nauczy­cieli i dodatki za wyniki w pracy. Kole­żanki, które się tam prze­nio­sły, opo­wia­dały, że atmos­fera jest świetna i to zupeł­nie inne życie. Ale Justyna kon­se­kwent­nie odma­wiała.

– Pro­szę cię. – Pode­szła do biurka i podob­nie jak Witek pochy­liła się nad bla­tem, a prze­ra­że­nie w jej oczach było cał­ko­wi­cie szczere. – Nie pozwól mi stra­cić tej pracy. – Pro­szę cię – powtó­rzyła.

Miał do niej sła­bość i teraz świa­do­mie to wyko­rzy­sty­wała. Nie czuła nawet wyrzu­tów sumie­nia, tylko strach. Musiała tu prze­pra­co­wać przy­naj­mniej do końca roku. Odej­ście w tym momen­cie byłoby naj­gor­szą kata­strofą, jaką mogła sobie w ogóle wyobra­zić. Nie zauwa­żyła, kiedy po policzku zaczęła jej pły­nąć łza. Coś się z nią zde­cy­do­wa­nie dzi­siaj złego działo. Orga­nizm był już po tych wszyst­kich latach wyraź­nie na skraju wyczer­pa­nia. Ale dla­czego? Nie mógł pocze­kać jesz­cze tro­chę? To już była naprawdę koń­cówka.

– Nie no, bła­gam cię, Justyna, nie płacz przy mnie.

Witek momen­tal­nie zmiękł. Pogła­dził siwe włosy, podra­pał się po bro­dzie, a potem obszedł biurko i sta­nął obok niej. Miała wra­że­nie, że chce ją objąć jak przy­ja­ciel, ale cof­nął się. Jed­nak znaj­do­wali się w szkol­nym gabi­ne­cie dyrek­tora, łączyły ich rela­cje służ­bowe i chyba nie chciał, żeby Justyna miała jesz­cze wię­cej kło­po­tów.

– Obie­cuję, że jakoś ukręcę temu łeb – powie­dział cie­płym gło­sem, a ona szybko otarła łzy. – To się prze­cież zda­rzyło pierw­szy raz. Masz nie­ska­zi­telną opi­nię. Ale gdy­byś mi to wyja­śniła, może byłoby mi łatwiej? – Spoj­rzał na nią z nadzieją, że coś powie.

Dosko­nale wie­dział, że coś przed nim ukrywa, i to od lat, ale ni­gdy nie umiał sobie wyja­śnić, co by to mogło być. Jej życie było tak poukła­dane i przej­rzy­ste, jak mało któ­rej osoby w tej szkole, a jed­no­cze­śnie tak tajem­ni­cze, że nic nie mógł pojąć.

Cze­kał i wie­działa, że od tego zależy jej los. Chciała coś powie­dzieć.

Nie mogła jed­nak wymy­ślić żad­nej sen­sow­nej histo­rii, kłam­stwa, dobrej wymówki, żeby to uspra­wie­dli­wić, uczy­nić real­nym, dać ludziom pożywkę, któ­rej potrze­bo­wali.

– Po pro­stu… – zaczęła, zawie­sza­jąc głos, a on wpa­try­wał się w jej usta. – Może jed­nak… Potknę­łam się przy­pad­kiem, aku­rat koło niej, zła­pa­łam Olę za rękę, żeby nie upaść.

Słabe to było. On też zda­wał sobie z tego sprawę, ale przy­jął to. Lep­sze niż nic.

– Dobrze. – Wes­tchnął zre­zy­gno­wany. – Tak powiem. Justyna? – Spoj­rzał na nią. – Prze­cież ja wiem, że ty masz jakieś zmar­twie­nie. Wiem do od dawna. – Sły­szała w jego gło­sie cie­pło, ser­decz­ność i tro­skę, za któ­rymi tęsk­niła tak długo. Ale nie mogła się zła­mać. Nie teraz!

Prze­stra­szyła się jesz­cze bar­dziej. Trudno okre­ślić, co było bar­dziej prze­ra­ża­jące: wizja, że straci pracę, czy ta, że Witek odgad­nie jej tajem­nicę. Fala trzy­ma­nych na uwięzi słów pod wpły­wem emo­cji nagle wydo­sta­nie się na zewnątrz, by ruszyć z siłą, któ­rej nic nie jest w sta­nie powstrzy­mać.

– Nie – powie­działa cicho, ale sta­now­czo, a broda znowu jej zadrżała. Kur­czę, nie pła­kała przy obcym czło­wieku już chyba ze dwa­dzie­ścia lat, a teraz czuła, że za chwilę roz­ry­czy się jak dziecko. Jak nie­doj­rzała osoba, która kom­plet­nie nie panuje nad swo­imi emo­cjami. A prze­cież taka nie była ani tro­chę. – Witek… – Spoj­rzała na niego. – Pro­szę cię, nie. Zostawmy ten temat. Mia­łam słaby dzień.

– Jak chcesz. – Zro­bił krok do tyłu, ramiona mu opa­dły w geście rezy­gna­cji. – Ale uwierz mi, byłoby ci lżej, gdy­byś się komuś zwie­rzyła.

Ludzie czę­sto udzie­lają innym takich porad. Mówią im, co mają robić. Wydaje im się, że wie­dzą, a do każ­dej sytu­acji będą paso­wać te same słowa. Jed­nak cza­sem bar­dzo się mylą.

Naj­gor­sze, co mogłoby się stać, to gdy­bym się komuś zwie­rzyła – pomy­ślała Justyna. – Naj­gor­sze.

– Pójdę już. – Ledwo dała radę się od niego odwró­cić, bo cokol­wiek by nie mówić, to prze­cież chciała tego, co zapro­po­no­wał. Wresz­cie z kimś poga­dać, zrzu­cić z sie­bie ten cię­żar, usły­szeć: „Jesteś bar­dzo dzielna. To nie­sa­mo­wite” lub jakie­kol­wiek inne słowa, któ­rymi ludzie pod­no­szą się na duchu. Albo cho­ciaż tylko podzi­wiają nawza­jem swoje zmar­twie­nia, przy­zna­jąc, że serio mają wielki roz­miar. To cza­sem też pomaga. A jej tro­ska naprawdę była ogromna. – Pójdę już – powtó­rzyła. A potem wresz­cie zro­biła pierw­szy krok.

Patrzył za nią. Miała wra­że­nie, że chce podejść do niej, ale tego nie zro­bił.

– Dobrze. – Kiw­nął tylko głową. – Pamię­taj jed­nak, że tu jestem.

Nie miała siły nawet mu odpo­wie­dzieć. Dobry, ser­deczny czło­wiek. W innym życiu mogłaby go pew­nie bar­dzo lubić.

Prze­szła przez sekre­ta­riat bez słowa. Kasia na szczę­ście stała do niej tyłem, szu­kała cze­goś na rega­łach z segre­ga­to­rami. Ale w nor­mal­nej sytu­acji Justyna zatrzy­ma­łaby się, żeby opo­wie­dzieć, jak poszło. A Kasia też z pew­no­ścią by się od razu odwró­ciła i zapy­tała. Teraz nie zatrzy­mała Justyny, która szybko prze­mknęła przez małe pomiesz­cze­nie i sta­nęła na kory­ta­rzu.

Scho­wała się mię­dzy dwiema szaf­kami. Oddy­chała.

– Spo­koj­nie! – szep­tała do sie­bie. – Spo­koj­nie. Dasz radę.

Potem ruszyła przed sie­bie. Zaczy­nała się druga lek­cja. Mimo­wol­nie zwol­niła kroku w tym miej­scu, gdzie wczo­raj upadł jej sza­lik, ale teraz ta chwila wyda­wała jej się tak bar­dzo odle­gła. Wra­że­nie prze­ży­wa­nia cze­goś nie­zwy­kłego ode­szło, a pozo­stały tylko bie­żące zmar­twie­nia.

I wtedy go zoba­czyła. Daniel, tata Maćka, ucznia klasy siód­mej, nie poje­chał jesz­cze do domu. Sie­dział na ławce przed salą histo­ryczną. Cze­kał, czy syn zosta­nie na dobre. I nudził się. Wpraw­dzie miał ze sobą lap­topa, ale sprzęt leżał obok niego na ławce.

Patrzył na nią. Dzie­liła ich spora odle­głość, ale Justyna miała wra­że­nie, że patrzy na nią czło­wiek, który wszystko wie.

Jed­no­cze­śnie przy­ci­skała do boku torebkę i czuła, jak wibruje tele­fon. Dostała wia­do­mość. Aż bała się odczy­tać.

Zakończ to. Pamię­taj, mie­li­śmy umowę.

Odpi­sała drżą­cymi rękami:

Wszystko jest w porządku.

Naprawdę? A gdzie jest teraz Antek?

Justyna przy­po­mniała sobie szybko plan lek­cji.

W sali przy­rod­ni­czej, oczy­wi­ście – odparła. – A gdzie mógłby być? Mają bio­lo­gię.

Ledwo to wysłała, poczuła prze­ni­ka­jący ją zimny dreszcz złego prze­czu­cia. Pode­szła do odpo­wied­niej klasy, zapu­kała i wło­żyła głowę do środka. Chciała coś powie­dzieć, jakieś ogło­sze­nie prze­ka­zać, żeby uspra­wie­dli­wić swój czyn, ale ledwo tylko zoba­czyła drugą ławkę pod oknem, stra­ciła cały kon­cept. Zro­biło jej się na odmianę gorąco z prze­ra­że­nia. Antka bowiem nie było w kla­sie.

– Prze­pra­szam – wyją­kała tylko i szybko się wyco­fała.

Zde­cy­do­wa­nie dzi­siaj jej nie szło. Znowu będzie gada­nie, że pani Zalew­ska zwa­rio­wała, samot­ność rzu­ciła jej się na mózg, robi jakieś dziwne rze­czy. A tyle czasu dbała o swój nie­ska­zi­telny wize­ru­nek.

Ale prze­stra­szyła się.

Antek ni­gdy nie ucie­kał z lek­cji, przeni­gdy. Obser­wo­wała go od przed­szkola, gdy jako trzy­la­tek zaczął edu­ka­cję w gru­pie „Rybki”, pro­wa­dzo­nej zresztą przez jej dobrą zna­jomą. Miała dostęp do doku­men­ta­cji szkol­nej i jego ocen. Poza tym zawsze prze­rwy spę­dzała na kory­ta­rzu, dopóki on nie zakoń­czył lek­cji. Spa­ce­ru­jąc od jed­nego końca do dru­giego, patrzyła, jak je kanapki, roz­ma­wia z kole­gami, kopie swój ple­cak pod ławkę, bo nie chciało mu się schy­lić, stoi w kolejce do skle­piku. Był tu zawsze.

Rozdział 3

Ola wpa­dła do miesz­ka­nia, a bab­cia Wik­to­ria natych­miast wyszła z kuchni. Dziew­czyna była do tego przy­zwy­cza­jona. Nie łudziła się nawet przez chwilę, że cokol­wiek mogłaby zro­bić dys­kret­nie. Moni­to­ring bab­ciny dzia­łał tak sku­tecz­nie, że nawet ame­ry­kań­scy szpie­dzy mogliby się cze­goś nauczyć.

A jed­nak Ola miała swoje tajem­nice.

– Hej, kocha­nie. – Bab­cia uśmiech­nęła się.

Siwe krę­cone włosy ukła­dały się równo wokół jej głowy. Ola nie znała żad­nej dziew­czyny, która mia­łaby tak zdy­scy­pli­no­wane loki. A bab­cia nic prze­cież z nimi nie robiła. Rano szybko prze­cze­sy­wała sta­rym grze­bie­niem i tyle.

– Spie­szę się, bab­ciu – powie­działa. – Zapo­mnia­łam stroju, a dziś są zawody.

– Naprawdę? – Bab­cia Wik­to­ria oparła się o fra­mugę drzwi. Wyglą­dała jak detek­tyw ze szwedz­kiego kry­mi­nału. Patrzyła uważ­nie. Ola czuła, że zaraz pad­nie jakieś pyta­nie. Celne.

Bab­cia dosko­nale znała jej plan lek­cji. Roz­kład tre­nin­gów, ter­miny zawo­dów. Wie­działa o każ­dym siniaku na nodze, kich­nię­ciu, gor­szym dniu. Bez trudu mogła się domy­ślić, że dzieje się coś dziw­nego. Tu nawet nie trzeba było uży­wać jej wyso­kich kom­pe­ten­cji. Dziew­czyna szybko wrzu­cała spodenki, koszulkę i buty do ple­caka, aż w końcu zanie­po­ko­iła ją prze­dłu­ża­jąca się cisza. Dawno już powinno się poja­wić zdu­mie­nie babci, że prze­cież wnuczka nic o tych zawo­dach nie wspo­mi­nała, a wcze­śniej do każ­dych sta­ran­nie się przy­go­to­wy­wała i prze­ży­wała każdy występ.

Mijały minuty. Ruchy dziew­czyny zwal­niały, choć naprawdę bar­dzo się spie­szyła. Spoj­rzała w stronę kobiety, która ją wycho­wała. I znała jak nikt inny.

– Zako­chaj się, Oleńko moja – ode­zwała się wresz­cie bab­cia. – Jest tysiąc powo­dów, by kochać.

Dziew­czyna aż stra­ciła na chwilę oddech. Tak ją zasko­czyły te słowa.

– Bab­ciu, ja nie mogę…

– Nic nie mów. – Wik­to­ria nawet się nie poru­szyła. – Ja prze­cież nie pytam. Ni­gdy w życiu mnie nie okła­ma­łaś i lepiej, żeby to się nie zmie­niło.

Ola prze­łknęła ślinę, zakasz­lała.

– Jedź, dziecko, na te zawody. – Bab­cia znów się uśmiech­nęła. – Tylko się, pro­szę, zabez­piecz­cie, bo ciąża w liceum to nie jest naj­lep­szy pomysł na życie.

– Mam tabletki – odparła szybko Ola, tym samym w jed­nym zda­niu zdra­dza­jąc wszyst­kie sekrety, które ostat­nio tak skrzęt­nie ukry­wała.

Zaczer­wie­niła się aż po czubki uszu, a potem porwała ple­cak i wybie­gła z pokoju. Ale zanim wyszła z miesz­ka­nia, uca­ło­wała bab­cię w poli­czek, jak zawsze. Cokol­wiek by się działo w jej życiu, to jedno miało się ni­gdy nie zmie­nić.

Kochała ją. Nawet jeśli bab­cia Wik­to­ria, mimo swo­jego opty­mi­stycz­nego podej­ścia do miło­ści, nie zaak­cep­tuje jej wyboru.

Rozdział 4

Pani Zalew­ska miała dzi­siaj zde­cy­do­wa­nie zły dzień. – Do tego wnio­sku spo­łecz­ność szkolna doszła tak zgod­nie, że wła­ści­wie wypa­da­łoby to odno­to­wać w kro­nice.

Zasad­ni­czo bowiem w żad­nej kwe­stii nauczy­ciele, ucznio­wie i rodzice nie mieli takiej jed­no­ści. Wiecz­nie się spie­rali. A tu wer­dykt padł bar­dzo szybko i jed­no­myśl­nie.

A miało być jesz­cze gorzej. Dzwo­nek dawno już wybrzmiał. Przez wiele lat wyzna­czał ramy jej czyn­no­ści zawo­do­wych, a ona ni­gdy go nie lek­ce­wa­żyła. Ucznio­wie nie­raz widzieli, jak prze­rywa zda­nie w pół słowa i pędzi do klasy. A teraz liczna grupa pierw­sza­ków hała­so­wała pod salą mate­ma­tyczną, a pani Zalew­ska nie tylko ich nie uci­szyła, lecz nawet w tamtą stronę nie spoj­rzała.

Zamiast tego pobie­gła na drugi koniec kory­ta­rza, by zapu­kać do kolej­nych drzwi i z prze­stra­chem w oczach zaj­rzeć do czwar­tej b, która aku­rat miała histo­rię.

– Dzień dobry. – Tylko tyle była w sta­nie powie­dzieć, wła­ści­wie powie­działo się samo. Wyćwi­czo­nym przez lata odru­chem.

Prze­ska­no­wała bły­ska­wicz­nie klasę. Ławka Oli stała pusta. Justyna czuła, że zaraz zacznie krzy­czeć. Co tu się, u licha, działo i dla­czego ona niczego wcze­śniej nie zauwa­żyła. Musiała pil­nie wziąć się w garść.

Wypro­sto­wała się więc, ści­snęła w dłoni klu­czyk do sali, potem pode­szła pod mate­ma­tyczną i wpu­ściła pierw­szą b, z którą miała wła­śnie dzi­siaj oma­wiać wek­tory. Do jasnej cho­lery, to miał być nor­malny dzień! Pełen zasta­na­wia­nia się, czy dzie­ciaki opa­nują wek­tory do tego stop­nia, żeby zdać za trzy lata maturę z dosta­tecz­nie dobrym wyni­kiem, wypeł­niony ruty­no­wym spraw­dza­niem: „Co tam u Antka?” i tyle.

Tym­cza­sem wszystko poto­czyło się ina­czej i szło niczym tor­nado, two­rząc wiry przy­no­szące coraz więk­sze szkody. Krę­ciła się nie­spo­koj­nie na krze­śle, jakby sie­dzi­sko było gorące. Wie­działa, że powinna teraz zosta­wić tę klasę i po pro­stu szu­kać Antka. A także tej dziew­czyny.

Dokąd oni poszli? I dla­czego nikt nie robi afery?

Roz­są­dek pod­po­wia­dał jej, że powinna wytrzy­mać, prze­pro­wa­dzić nor­mal­nie zaję­cia i na prze­rwie dowie­dzieć się, co się wyda­rzyło, ale w tej sytu­acji roz­są­dek nie miał szans.

– Pocze­kaj­cie chwilę! – Już wie­działa, że kolejna klasa będzie roz­ma­wiać o tym, co dziś wstą­piło w panią Zalew­ską. Nie była jed­nak w sta­nie się opa­no­wać.

Wyszła z sali, zosta­wia­jąc otwarte drzwi, żeby mieć oko na uczniów, prze­bie­gła przez kory­tarz, pusty już na szczę­ście, po czym wpa­dła do kan­torka sprzą­ta­czek.

– Pani Mał­go­siu! – zawo­łała w stronę woź­nej. – Pro­szę na chwilę podejść do dzie­siątki. Potrze­buję dosłow­nie na cztery minuty.

– Dobrze! – Woźna kiw­nęła głową, odsta­wiła szklankę z kawą i spo­koj­nym kro­kiem poszła w stronę wska­za­nej sali.

Pre­zen­to­wała się w takim moc­nym kon­tra­ście z roz­wianą, nie­spo­kojną mate­ma­tyczką, że wyda­wała się zde­cy­do­wa­nie bar­dziej odpo­wied­nim opie­ku­nem mło­dzieży niż wykształ­cony peda­gog z dłu­go­let­nim doświad­cze­niem.

Justyna wpa­dła jesz­cze raz do sekre­ta­riatu.

– Kasiu! – zawo­łała. – Dla­czego Antka Skal­skiego nie ma dzi­siaj na lek­cji?

Zła­mała swoją świętą zasadę. Opie­ku­jąc się tym chłop­cem dys­kret­nie przez tyle lat, bar­dzo uwa­żała, by ni­gdy go w żaden szcze­gólny spo­sób nie wyróż­niać, nie roz­ma­wiać o nim, nie sta­wać za bli­sko, nie inte­re­so­wać się oce­nami, nikomu nie zada­wać pytań. Sta­ran­nie spra­wiać wra­że­nie, że jest dla niej uczniem takim samym jak wszy­scy inni. Słusz­nie robiła, bo sekre­tarka zain­te­re­so­wała się natych­miast. Zwłasz­cza że ładu­nek emo­cjo­nalny zawarty w tym pyta­niu rzu­cał się mocno w oczy.

– Z tego, co wiem, poje­chał na kon­kurs pla­styczny – odparła sekre­tarka powoli.

Ach! – pomy­ślała Justyna. – Jak to moż­liwe, że o tym nie wiem.

– Ale jak to?! – zawo­łała. – Był zgło­szony?

Pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć, jak Alek Żabiń­ski, kolega uczący pla­styki, wczo­raj roz­ma­wiał na ten temat w pokoju nauczy­ciel­skim i wymie­niał listę uczest­ni­ków. Nie inte­re­so­wało ją to, ale gdyby się poja­wiło nazwi­sko Antka, toby prze­cież natych­miast zwró­ciła uwagę.

– Nie. – Kasia pokrę­ciła głową. – Rzu­tem na taśmę się zgło­sił w ostat­niej chwili. Dzi­siaj rano przy­niósł swoją pracę. Żabiń­ski mówi, że jest świetna.

Alek był nie­speł­nio­nym arty­stą, który po latach prób zaist­nie­nia w śro­do­wi­sku arty­stycz­nym w szkole zna­lazł bez­pieczną przy­stań. Pogo­dziw­szy się z fak­tem, że ni­gdy już nie zrobi kariery, marzył tylko o tym, że przy­naj­mniej odkryje kogoś wiel­kiego wśród uczniów. A kie­dyś będzie wzru­szo­nym gło­sem opo­wia­dał, że to wła­śnie on jako pierw­szy dostrzegł jego talent. Jak do tej pory nie­stety w tym małym mia­steczku żadna wybitna osoba nie chciała się poja­wić. Pan Żabiń­ski jed­nak nie usta­wał w pie­lę­gno­wa­niu swo­jej nadziei.

Justyna oddy­chała z tru­dem. Nie mogła w to wszystko uwie­rzyć. Miała wiele tajem­nic, ale jedna infor­ma­cja była w tej szkole powszech­nie znana. Antek poważ­nie cho­ro­wał. Czy wszy­scy już o tym zapo­mnieli. Bo ostat­nio nic się nie działo i pozor­nie czuł się lepiej? Prze­stał opusz­czać lek­cje? I tak nale­żało uwa­żać!

– Co się dzieje? – Kasia wpa­try­wała się w nią uważ­nie, jak wiele osób dzi­siaj.

– Nic, wszystko w porządku. – Justyna mach­nęła dło­nią, sama pró­bu­jąc się opę­dzić od natręt­nych myśli. – Prze­pra­szam, mam dzi­siaj wyjąt­kowo ciężki dzień.

– Tak, tyle wszy­scy zauwa­ży­li­śmy – przy­znała Kasia – ale gdy­byś powie­działa, o co cho­dzi, może mogli­by­śmy ci pomóc. Co cię tak prze­ra­ziło w tym, że Antek poje­chał na kon­kurs? Pobla­dłaś, jak­byś usły­szała coś strasz­nego.

– Ja… nic, nic. – Justyna zaczęła się wyco­fy­wać z sekre­ta­riatu. – Prze­pra­szam cię bar­dzo. Po pro­stu ma teraz bio­lo­gię, a prze­cież wiesz, że chce się dostać na medy­cynę.

Błąd. Drugi raz zła­mała swoją żela­zną zasadę, by ni­gdy się nie tłu­ma­czyć. Każde tłu­ma­cze­nie daje bowiem poszlaki pro­wa­dzące do tajem­nicy.

– A dla­czego ci tak zależy na jego medy­cy­nie? – zapy­tała sekre­tarka.

– Wiesz, że lubię, kiedy ucznio­wie osią­gają swoje cele – odparła wymi­ja­jąco, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę, że nikt jej nie uwie­rzy. Słaby dzi­siaj miała czas, jeśli cho­dzi o wymy­śla­nie wymó­wek, a zazwy­czaj była w tym cał­kiem nie­zła. – Dobra. Muszę iść. Dzię­kuję ci – powie­działa. – Chyba mam migrenę – dodała i to był wresz­cie jakiś słusz­niej­szy trop.

– Ni­gdy prze­cież cię coś takiego nie doty­kało. – Kasia pochy­liła się w jej stronę.

– Widzisz, wła­śnie pierw­szy raz się zda­rzyło – odparła szybko Justyna. – I dla­tego kom­plet­nie sobie nie radzę.

Sekre­tarka, która z migre­nami zma­gała się przez ostat­nie pięt­na­ście lat, poczuła się nagle jak w domu. To był nie­zły pomysł.

– Dam ci tabletkę. – Otwo­rzyła torebkę. – Uwierz mi, zna­la­złam to po latach prób. Mor­do­wa­łam się jak głu­pia, a ta wresz­cie pomaga, ale nie otę­pia. – Wycią­gnęła z torebki saszetkę, a z niej małe białe lekar­stwo, jakby to było coś naj­cen­niej­szego na świe­cie. – Pomoże ci. Wiem, jak to jest – mówiła z wyraźną ulgą, jak czło­wiek, który znów rozu­mie ota­cza­jący go świat.

– Dzię­kuję. – Justyna czuła wyrzuty sumie­nia, że jej zabiera ten cenny spe­cy­fik, a na doda­tek okła­muje. Ale się nie wyco­fała. – Zaraz zażyję – powie­działa.

Kasia nalała jej wody i podała szklankę. Justyna odwró­ciła się bokiem. Uda­wała, że wło­żyła tabletkę do ust i szybko popiła, lecz cały czas trzy­mała ją w ręce.

– A powiedz mi – popro­siła po chwili. – A Ola Jusz­czyk? Czemu jej z kolei nie ma na lek­cji? Rano prze­cież przy­szła.

– Ola ma zawody – odparła Kasia. – Siat­ka­rze dzi­siaj poje­chali. Chwilę temu wsie­dli do busa.

No tak, to aku­rat paso­wało. Dziew­czyna ćwi­czyła siat­kówkę od lat, wszystko się tutaj zga­dzało.

– Idę. Powiem ci, co migrena potrafi zro­bić z czło­wie­kiem, byś nie uwie­rzyła. – Justyna odsta­wiła szklankę.

– O, ja aku­rat dosko­nale to rozu­miem – odparła Kasia ze szcze­rze brzmią­cym współ­czu­ciem.

Wszystko się uspo­ko­iło. Wzbu­rzone nagle wody oce­anu tar­gane nie­sa­mo­wi­tym sztor­mem spa­dły w jed­nej sekun­dzie do nor­mal­nego poziomu i teraz tylko lekko chlu­po­tała woda. Spo­kój, nor­mal­ność, zwy­kła szkoła, kolejny dzień. Plan lek­cji, który orga­ni­zuje życie. Wszystko nastę­puje po sobie zgod­nie z usta­loną kolej­no­ścią. Dzieci wcho­dzą do sal, wycho­dzą, drą się, cichną, słu­chają albo nie. Za chwilę minie kolejny rok szkolny, przyj­dzie egza­min koń­cowy i waka­cje, a wraz z nimi wyjazd do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ostatni.

Ileż razy na głos lub w myślach wypo­wia­dała to słowo.

Ostatni raz.

Mogłaby mu posta­wić pomnik. Skła­da­łaby pod nim kwiaty do końca swo­jego życia. Po dru­giej stro­nie byłoby napi­sane: „Dałaś radę. Naprawdę dałaś radę”. I codzien­nie plo­tłaby wianki i ukła­dała w geście hołdu wobec nie­wia­ry­god­nego trudu, jaki wyko­nała. Ale był sty­czeń i do maja pozo­stało jesz­cze tro­chę czasu.

Weszła do sali mate­ma­tycz­nej i podzię­ko­wała pani woź­nej. Nieco spo­koj­niej­sza, choć mocno zmę­czona, jakby ten pora­nek wyczer­pał ją bar­dziej niż ostat­nie dzie­więt­na­ście lat, usia­dła za biur­kiem.

– Otwórz­cie pod­ręcz­niki na stro­nie trzy­dzie­stej szó­stej – powie­działa pew­nym tonem, który spra­wił, że ucznio­wie zapo­mnieli o jej kry­zy­sie i weszli w nor­malny rytm nauki.

Ci, któ­rzy się nie przy­go­to­wali, pochy­lali plecy i głowy. Od razu można ich było zauwa­żyć. Sil­niejsi patrzyli śmiało na tablicę, a zako­chani albo nie­szczę­śliwi w okno lub zło­żone na ławce dło­nie.

Każdy ma swoje sprawy. I nie­ła­two uczyć mate­ma­tyki, gdy myśli uczniów roz­bie­gają się na wszyst­kie strony do wła­snych spraw, a nauczy­cielka też sku­pia się na wek­to­rach z naj­wyż­szym tru­dem. Poszła dziś na łatwi­znę. Wołała do tablicy tylko naj­lep­szych uczniów. Niczego nie tłu­ma­czyła, po pro­stu pozwa­lała, by pry­musi roz­wią­zy­wali jedno zada­nie za dru­gim. A reszta klasy, bez względu na fakt, czy cokol­wiek z tego rozu­miała, czy też nie, po pro­stu prze­pi­sy­wała je do zeszytu. I tak minęło pół godziny, które jesz­cze zostało z lek­cji.

W tym cza­sie odpi­sała na ese­mesa. Zasad­ni­czo ni­gdy nie uży­wała tele­fonu w trak­cie lek­cji, żeby nie dawać uczniom złego przy­kładu i mieć prawo wyma­gać od nich tego samego. Ale dziś był dzień wyjąt­ków.

Wszystko dobrze – odpi­sała Igo­rowi. – Antoś jest na kon­kur­sie.

Popra­wiła zaraz: Antek, bo wie­działa, że Igor nie znosi zdrob­nień, posta­no­wiła więc jesz­cze tro­chę zapunk­to­wać: Antoni jest na kon­kur­sie. Taką wer­sję osta­tecz­nie wysłała.

Nie dodała jakim, bo Igor nie prze­pa­dał za tym, że chło­pak ma zdol­no­ści arty­styczne. Szału by dostał, gdyby wie­dział, że chło­pak skry­cie marzy o gra­fice kom­pu­te­ro­wej, a nie medy­cy­nie. Na szczę­ście się nie zorien­to­wał. Antek był lojalny wobec taty. A ona nie chciała go dzi­siaj dodat­kowo dener­wo­wać.

Tą dziew­czyną też się nie martw – dodała. – Ma swoje sprawy. Pocho­dzą z róż­nych świa­tów i nic ich nie łączy. Wszystko jest dobrze. – To dopi­sała chyba do samej sie­bie. – Oceny Antek wciąż ma świetne, o czym wiesz.

Dziś żaden nauczy­ciel nie był w sta­nie rodzi­com zaim­po­no­wać infor­ma­cją o postę­pach w nauce dziecka, bo Librus robił to zawsze szyb­ciej.

Zostało parę mie­sięcy do matury. Wiesz dobrze, że dosta­nie się na każdą uczel­nię – uzu­peł­niła jesz­cze.

Była o to spo­kojna. Antek miał naprawdę wyso­kie wyniki. Mógł zda­wać do Kra­kowa, a w razie czego na inną uczel­nię. A potem to już pój­dzie z górki. Jak tylko dosta­nie dyplom, zna­jo­mo­ści ojca leka­rza otwo­rzą mu każde drzwi, będzie żył peł­nią życia.

– Będzie żył – powtó­rzyła. W przy­padku tego jasno­wło­sego chłopca wcale nie było to takie oczy­wi­ste.

Trzeba tylko dotrwać do maja.

Kiedy zadźwię­czał dzwo­nek, poszła na prze­rwę do pokoju nauczy­ciel­skiego, zapa­rzyła sobie kawę, sia­dła pod oknem i przy­mknęła oczy. Czuła się, jakby unik­nęła czo­ło­wego zde­rze­nia z pocią­giem. Nikt jej nie prze­szka­dzał. Za oknem padał śnieg, zima była piękna tego roku. Nie­któ­rzy żało­wali, że minęły już święta, ale ona lubiła wła­śnie ten moment. Patrzyła na oszro­nione drzewa i podzi­wiała uroki tego zwy­kłego czasu.

Dobrze, że Antek jest na kon­kur­sie – pomy­ślała jesz­cze.

Naprawdę się wystra­szyła, że z Olą.

Rozdział 5

To ci nie ujdzie na sucho. – Antek cia­sno otu­lał Olę kra­cia­stym kocem, żeby nie zmar­zła. Kawa­lerka mamy stała pusta od trzech mie­sięcy, odkąd wypro­wa­dzili się poprzedni loka­to­rzy, a nowych jesz­cze nie udało się zna­leźć. Ogrze­wa­nie dzia­łało, ale miał wra­że­nie, że jest tu zawsze jakoś chłodno. – Żabiń­ski będzie mnie krył – dodał. – Uważa, że jestem jego życiową szansą, ale Zabłocka zrobi aferę. Zoba­czysz!

– Nie – odpo­wie­działa Ola mięk­kim, cie­płym gło­sem, który dzia­łał na niego jak nar­ko­tyk.

Był od niego uza­leż­niony i zda­wał sobie z tego sprawę. Już od pierw­szej chwili, gdy na szkol­nej wycieczce zgi­nął jej ple­cak. Wspól­nie wró­cili, żeby go szu­kać. Nie potrze­bo­wał niczego wię­cej, tak wtedy przy­naj­mniej sądził, tylko żeby do niego mówiła. Potem jed­nak odkrył, że są na świe­cie rze­czy, o któ­rych nie miał poję­cia. Że można kogoś kochać aż tak, być z nim tak bli­sko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki