Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
39 osób interesuje się tą książką
Zabytkowe mury spokojnego miasteczka skrywają tajemnice, które postanawia zgłębić dziennikarz śledczy Hubert Smoczyński, dawny mieszkaniec Krapkowic. Tymczasem licealista Damian Kruk, włączając się w poszukiwania zaginionego kolegi Witalija, trafia na starą książkę z zagadkowym symbolem i pieczęcią.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 390
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Barbara Kaszubowska
Korekta
Robert Ratajczak
Projekt okładki, skład i łamanie
Natalia Jargieło
Fotografia autora
Paweł Szpala
© Copyright by Paweł Brol
© Copyright by Wydawnictwo Vectra
Druk i oprawa
WZDZ Drukarnia Lega, Opole
Wydanie I
ISBN 978-83-68293-31-9
Wydawca
Wydawnictwo Vectra
Czerwionka-Leszczyny 2025
www.arw-vectra.pl
Rodzicom i Przyjaciołom
Trzeba się dziś zwyciężyć, aby jutra dożyć.
Juliusz Słowacki, „Kordian”
Hubert
Nie znam tego miasta. Wyparłem je z umysłu wiele lat temu, jako niepotrzebny element tożsamości. A teraz, kiedy tutaj wróciłem, już go nie rozumiem.
Na terenach inwestycyjnych, porosłych kiedyś trawą, powstały miasteczka-firmy. Warzywniaki zamieniono na sieciówki, a w ich miejscach powstały aglomeracje świątyń konsumpcyjnych. Więcej tu dróg dojazdowych niż głównych. Tory, po których dziesięć lat temu poruszał się pociąg, zostały zastąpione ścieżką rowerową. Pozamykano puby, bo życie towarzyskie przeniosło się do netu. Tylko pizzerie są w stanie jeszcze się utrzymać, ale nie ma sensu, żeby były otwarte dłużej niż do dwudziestej drugiej.
Krapkowice meblowały się na nowo równolegle z moim dorosłym życiem. Nie rozpoznaję miasteczka w zabytkach, które przecież nie należą do epoki mi znanej, ani w ludziach, którym czas zmienił wygląd. Place zabaw, będące najpierw miejscem spotkań dzieci, a później dorosłych, przeobraziły się z metalowych torów przeszkód w plastikowe małpie gaje. Pamięć po przeżywanych pierwszych miłostkach czy domowych libacjach zatarła się wraz ze zmianą. Pozostał sentyment, ale całkowicie pozbawiony wiarygodności. Dziś stałymi są tylko wiekowe drzewa, boczna rzeczka i niebo.
To, co mnie nurtuje przy okazji powrotu na stare śmieci, tkwi głębiej. Nie wierzę, że miasto całkiem się zmieniło. Nie mogło, bo jego niewidoczna sfera jest nadal wsparta na tych samych fundamentach co dawniej.
Widzę to, stojąc na ulicy Słowiańskiej, łączącej osiedle Dużych Liczb z nowoczesnym mieszkalnictwem. Pięciopiętrowe bloki powstałe w minionym ustroju, ulepione z budulcowego miszmaszu, pudrują się modnym tynkiem i skandynawskimi, zimnymi kolorami, chcąc dogonić trendy sprzed dekady. Wiem, że ów make-up skrywa szary beton, przemielony z drobnymi kamyczkami. Ten sam, który był elementem krajobrazu mojego dojrzewania.
Obok przechodzi dwóch typów w szerokich bluzach, z kapturami na głowach i plecakami zwieszonymi do lędźwi. Palą szlugi. Jeden z nich ma na uszach słuchawki, z których wydostaje się zamierzchły utwór DKA Jak by to było. Drugi spluwa na chodnik. Jest południe, musieli zwiać z lekcji. Nie rozmawiają, idą pośpiesznie, jakby chcieli się ukryć w blokowisku przed światem.
– Radzę zmienić kurs.
Ten, który splunął, przystaje i walcząc z kapturem, stara się namierzyć źródło głosu. Jego kolega niczego nie słyszy przez ogłuszającą muzykę, idzie dalej. Dopiero po chwili się orientuje, że zostawił kompana kilkanaście metrów za sobą.
– A to czemu?
Wskazuję na jeden z budynków.
– Pod tym blokiem stoją strażacy na sygnale. Słyszycie? Nadjeżdża już karetka. Za chwilę będą wynosić człowieka, który najprawdopodobniej zatruł się czadem. Nie chcecie tego widzieć. Na pewno pojawi się też policja.
Potrzebowali dłuższej chwili do namysłu. W końcu zaskoczyli i obrali kierunek do placu ruskich. Dziś to pięknie zorganizowany skwer, posiadający dumną nazwę, której nie jestem w stanie zapamiętać; kiedyś był wielką piaskownicą z kilkoma urządzeniami dla dzieciaków, ochrzczoną zgodnie ze standardami Polski Ludowej.
Przecinam ulicę jeszcze przed pogotowiem. Wszechobecne niebieskie światła działają jak magnes na ludzi, którzy za rzadko widzą zło. Odnajduję w skupisku gapiów Darka. Stoi obok wozu i pilnuje, żeby sanitarka mogła wjechać bez przeszkód. Ostatnio awansował na kapitana, doszły mu nowe obowiązki, ale pozostał w zespole prasowym.
– Krótka wypowiedź?
Zbliżam dyktafon do jego ust. Obraca w moim kierunku lekko już łysawą głowę i dopiero wtedy mnie rozpoznaje. Przestaję być anonimowy, więc zasłużyłem na stonowany uśmiech, który w połączeniu z podłużną twarzą i oczodołami, silnie poddającymi się grawitacji, sytuuje go gdzieś między człowiekiem a psem rasy basset. Karetka parkuje tuż obok nas.
– Dzisiaj o godzinie jedenastej czterdzieści trzy dyżurny Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Krapkowicach otrzymał zgłoszenie, że w jednym z mieszkań na osiedlu Dużych Liczb prawdopodobnie ulatnia się czad. Natychmiast wysłaliśmy naszą jednostkę. Na miejscu zastaliśmy niepełnoletnią dziewczynę w wieku szkolnym oraz jej matkę, która wykazywała oznaki zaczadzenia. To córka powiadomiła nas o zaistniałej sytuacji. Obecnie strażacy czekają na załogę pogotowia ratunkowego, żeby przekazać poszkodowaną. Równolegle sprawdzamy stężenie tlenku węgla i wietrzymy pomieszczenia.
– Darek, coś więcej – wtrącam, kiedy kończy raportować. – Czy kobieta była wtedy w łazience? Czy straciła przytomność? Czy chodzi o jakiś piecyk gazowy?
Stara się nie zdradzić zniecierpliwienia. Strażakom, podobnie jak innym służbom mundurowym, zależy na tym, żeby dobrze żyć z dziennikarzami. Kiedyś trzeba było dobijać się do nich drzwiami i oknami dla pozyskania informacji. Dziś jest inaczej. Nie chodzi nawet o obowiązek udzielania odpowiedzi na pytania dotyczące przebiegu akcji. Dobre relacje z czwartą władzą po prostu skracają czas kontaktu i tworzą odpowiednią renomę dla zawodu.
– Z moich informacji wynika, że kobieta brała kąpiel i przez dłuższy czas nie odpowiadała na pukanie córki. Dziewczyna weszła do łazienki i zastała matkę nieprzytomną. Wyciągnęła ją z wanny do przedpokoju, sprawdziła czynności życiowe, po czym zadzwoniła pod numer alarmowy. Teraz wymaga pomocy psychologicznej, ale nie pisz tego. Kobieta żyje. O reszcie powiadomię po badaniach technicznych. Zadzwoń później.
W tym momencie sanitariusze wynoszą nieprzytomną kobietę. Wygląda, jakby spała. Za nimi idzie zapłakana córka w asyście jednego ze strażaków. Cała się trzęsie, zupełnie nie zauważa gapiów. Proszę najbliżej stojących, żeby wrócili do swoich obowiązków, ale udają, że mnie nie słyszą. W końcu dziewczyna również wsiada do karetki. Dopiero wtedy kilka osób opuszcza tłum.
Redakcja mieści się dwieście metrów od osiedla. Po drodze uświadamiam sobie, że zapomniałem zrobić zdjęcia. Nie pierwszy raz. Wyciągam telefon, otwieram bazę numerów. Cholera, zapisałem go ze stopniem czy bez? Mam, „mł. kpt. Dariusz Wilczek”.
– Dobra, spróbuję coś cyknąć – odpowiada na moją prośbę. – Od razu ci powiem, że poziom tlenku węgla przekroczony. Nieszczelna instalacja gazowa. Dodaj, proszę, formułkę o tym, że strażacy zachęcają do montowania czujników, regularnych przeglądów systemów wentylacyjnych, i o postępowaniu w razie podejrzenia ulatniania się czadu.
Wbijam do przeszklonego przedsionka, który jest wizytówką mojej firmy. Na froncie grafiki z reklamą portalu, w głębi dębowa, ciemna lada, obok wygodna, czerwona sofa, przy której mieści się mały stolik, bardziej element dekoracyjny niż funkcjonalny. Na tyle było mnie stać, kiedy zakładałem portal Krapkowice Pod Lupą. Niewielki metrażowo lokal wynająłem od miejscowego biznesmena. Wszystkie oszczędności, które przywiozłem z Warszawy, wpompowałem w ten biznes, a że ich suma nie powaliłaby nawet pijanego menedżera średnio prosperującej knajpy, to widać w kolejnych pomieszczeniach. Za rozwiniętymi roll-upami stoją drzwi, za którymi kryje się mały korytarz. Z lewej strony jest łazienka, z prawej prowizoryczna kuchnia. W redakcji, gdzie ludzie spędzają większość dnia, a czasem także nocy, nie sposób pominąć kąta z jadalnią. Na końcu przejścia i jednocześnie całego parterowego budynku, który wizualnie ze względu na długość kojarzy mi się z jamnikiem, znajduje się pomieszczenie nazywane przez nas lożą. Tam, na tle białych ścian, siedzimy przy biurkach z laptopami. Pod oknami trzymamy dokumenty, a pośrodku stworzyliśmy sobie wyspę z krzesłami barowymi, przy której codziennie urządzamy burze mózgów.
– Czad? – zagaja Valeska, gdy zarzucam kurtkę na oparcie i podnoszę klapę komputera.
– I to jeszcze jaki. Babka w szpitalu, jej córka z traumą.
– Był Darek? Coś ciekawego powiedział?
Odrywa wzrok od klawiatury, przeczesuje dłonią długie, kręcone, kruczoczarne włosy i mierzy mnie spojrzeniem, jakby z góry znała odpowiedź. Sprężynki falują na ciemnozielonym swetrze.
– Jak zawsze: najpierw pijar, a po dopytkach konkrety.
Siadam i zaczynam pisać. Liczy się czas. To moja waluta, która przekłada się na wynik odwiedzin naszej strony. Teksty z pogłębionymi analizami mogą dojrzewać dłużej, nawet muszą, żeby czytelnik otrzymał skrupulatny i fachowy materiał. Newsy żyją krótko. Nauczyła mnie tego praca w radiu, gdzie serwis informacyjny jest emitowany co godzinę, czasami co pół. Gdybym nie przeniósł szybkiego stylu pracy na lokalne poletko, zjadłaby nas konkurencja. Jedna jedyna, która od kilkudziesięciu lat dyktuje warunki na tutejszym rynku. Najpierw wydawała gazetę, do której dokooptowała portal, teraz funkcjonuje już tylko w sieci.
– Burmistrz odpowiedział na maila? – zagaja ponownie, kiedy kończę.
Darek wysyła na WhatsAppie zdjęcia.
– Nie, ale ma czas do jutra. Nie spodziewam się, że zrobi to wcześniej – odpowiadam, próbując jednocześnie wysłać foty na Dysk Google i edytować tekst w WordPressie.
– Ściągniesz mu na kark prokuratora?
– Wątpię. To nie jest głupi facet. Nie sądzę, żeby dopuścił się przestępstwa. Chodzi bardziej o stronę etyczną. Kto zleca jednej i tej samej firmie, jeszcze jednoosobowej, drobne prace wykończeniowe przez kilka lat? Wyborcy powinni zostać jego prokuratorami podczas najbliższych wyborów.
– A nie wydaje ci się podejrzane, że faworyzuje akurat tego faceta? – odzywa się Sławek.
Wstaje i wolnym krokiem podchodzi do wyspy. Kuśtyka na jedną nogę, ale nadal nie chce słyszeć o wszczepieniu endoprotezy. Brakuje mu trzech lat do emerytury, choć wszyscy wiedzą, że będzie pisał do końca życia. Należy do tych, którzy nie dzielą czasu na pracę i po pracy. Nigdy nie zważał na stan konta, a jedyny rachunek wystawiło mu małżeństwo.
– To jakiś jego pociotek? – dopytuje.
– Kompletnie niespokrewniony – odpieram. – Dlatego to tym bardziej interesujące. A żeby było śmieszniej, facet prowadzi biznes od trzydziestu pięciu lat. Żadnych kar, żadnych długów. Algorytm Google pozycjonuje go pośrodku stawki, ma zaledwie kilka opinii, raczej dobrych.
– Potrzebował zastrzyku gotówki przed emeryturą?
– Na to wygląda. Pytanie brzmi: jaki interes ma w tym burmistrz? – zastanawiam się.
– Może facet chodził z nim do jednej klasy w podstawówce. A może grali razem w piłkę na podwórku. Wystarczy, że raz uratował mu skórę. Wiesz, jak jest z politykami…
Sunę ponownie oczami po tekście i poprawiam literówki. Klikam „publikuj”. Kiedy ustawiam promocję w mediach społecznościowych, Sławek jeszcze gładzi się po glacy. To oznaka, że myśli. Nigdy nie powiem tego na głos, bo w moim środowisku rzadko chwalimy się wzajemnie, ale praktycznie całą pracę analityczną w redakcji opieramy na nim. Ma umysł brydżysty: matematyczny, skrupulatny, przewidujący, biorący pod uwagę wiele różnych możliwości. Jest też jedynym, który lubi rozmawiać z naukowcami i pisać długie, trudne artykuły. I tylko on pali, nawet w pomieszczeniu.
– Mógłbyś wyjść na zewnątrz? Potem całe włosy mi śmierdzą – protestuje Valeska.
Tym razem daje się przekonać i wychodzi. Zostajemy w redakcji sami. Młody ma zajęcia na uniwerku, a Ryba poszedł do zamku zebrać informacje o przygotowaniach do matury.
Dużo materiałów opracowujemy razem, bo Valeska wciąż się uczy, jak mawiał jeden z prezydentów. Mogłaby pracować sama, ale jest ambitna, a ja mam to, czego szuka – doświadczenie. Wiem, że nie utrzymam jej długo w redakcji. Gdy pozna sposób działania mediów regionalnych albo nawet ogólnokrajowych, to zauważy, że niewiele odstaje. Wtedy się zorientuje, że brama, którą zawsze chciała sforsować, od dawna stoi przed nią otworem. Wskoczy przez nią na dziedziniec pełen dziennikarzy z podobnym jak ona wojowniczym nastawieniem na podbijanie nowych horyzontów i zacznie rywalizację o miejsce przy największym, elitarnym stole. Ociosanym, dekoracyjnym meblu, który jest niczym więcej niż kształtnym drewnem, dającym siedzącym ułudę utrzymywania porządku świata. Jeśli jej nie wyjdzie, stanie się frustratką, ale nadal dziennikarką pozostającą blisko ludzkich spraw. Chyba że zrezygnuje z ambicji… Nie, nie Valeska.
Tą samą ścieżką poszła moja żona.
– Chcesz, żebym pomogła ci przy materiale o burmistrzu?
– Dzięki, ale tym razem powalczę z nim sam.
Nie od dziś znam Jacka Kurpiela, włodarza Krapkowic. Już w liceum spotykałem go na korytarzach. Uczył historii, chociaż nie mnie. Miałem z nim kilka zastępstw, z których nie wyniosłem niczego. Szukał kontaktu z młodzieżą, ale robił to nieporadnie. Zupełnie jakby do szkoły muzycznej pierwszego stopnia ktoś wpuścił Micka Jaggera. Inne pokoleniowo fale, do tego brak nut. Ciągle organizował kółka pozalekcyjne, przedstawienia teatralne. Kiedy byłem w ostatniej klasie, został opiekunem szkolnej gazetki i chyba też radiowęzła. W każdym razie w eterze pojawiał się często. Już wtedy musiał mieć aspiracje polityczne, bo niedługo po moim pójściu na studia założył stowarzyszenie działające na rzecz miasta, które następnie przekształciło się w komitet popierający jego kandydaturę do rady gminy. Względnie szybko zrobił karierę. Po trzech kadencjach w fotelu rajcy wygrał wybory na burmistrza i w przyszłym roku będzie ubiegał się o ostatnią reelekcję.
Przez długi okres pozostawał dla mnie zagadką, bo z racji tego, że wyjechałem do Warszawy, obserwowałem jego poczynania jedynie z dystansu. Wydawały się nie najgorsze, przynajmniej pod względem inwestycyjnym. Słyszałem, że nie lubi sprzeciwu, ale mało interesowałem się plotkami, podobnie jak i miastem. Wpadałem tutaj kilka razy do roku wyłącznie po to, żeby odwiedzić rodziców.
Dziś już wiem, że włodarz miasta jest postacią śliską. W Krapkowicach w tym czasie monopol na odbiorców miał tylko portal Z Życia Krapkowic, który z czasem stał się jego tubą propagandową. Dopiero gdy stworzyłem konkurencję i zacząłem publikować krytyczne materiały, obnażyła się jego słabość. Widocznie lata przebywania z klakierami przyzwyczaiły go do pewnych standardów. Na początku ostrożnie zagadywał mnie po konferencjach prasowych, prezentując przy tym szeroki uśmiech. Później ostentacyjnie odmawiał komentarzy i odsyłał do biura prasowego.
Dlatego nie chcę wciągać do prac nad materiałem Valeski. Jest młoda, dopiero zaczyna karierę na etacie. To zamknęłoby jej drzwi do części lokalnych polityków na lata. Oczywiście gdyby zdecydowała się zostać. Ja i Sławek nie mamy nic do stracenia w tym mieście. Ryba też wchodzi w ten wiek, ale jeszcze stara się lawirować.
Chyba ściągnąłem go myślami.
– O czym gadacie?
Rzuca słowa z szybkością proporcjonalną do ruchów jego ciała. Pracuje również na wysokim tętnie. Ma zdolność zajmowania się kilkoma tematami naraz. Typowy newsowiec.
– O tym, czy w zamku spotkałeś dziewczynę, z którą w styczniu tańczyłeś poloneza na rynku, i czy na pewno jest pełnoletnia – dogryzam.
Ryba spontanicznie wyciągnął przypadkową uczennicę z tłumu i ustawił się z nią za starostą. Oczywiście potem z łatwością namówił ją na wypowiedź dla naszego portalu.
– Taki job, co zrobić? Wolałbym zatańczyć z Anią, ale jej tam nie było – ripostuje i wskazuje palcem Valeskę.
Czaruje przy tym twarzą, która równie dobrze mogłaby zdobić ścianę klubu fitness dla kobiet.
– Dla ciebie panią Anią. Mentalnie mogłabym być twoją nauczycielką. Naiwniary szukaj w szkole i nie pomyl z przedszkolem – odgryza się Valeska.
Ryba, a właściwie Dariusz Fischer, to amant, wieczny singiel. Żyje pracą, podobnie jak my wszyscy. Od zawsze zajmuje się dziennikarstwem albo dziennikarstwo nim, bo też pisze powieści. Posiada umiejętność wyciągania informacji spod ziemi – przynajmniej tak to określa. Ja wiem, że pod nią kryją się informatorzy, a wśród nich przede wszystkim handlowcy i kolekcjonerzy obietnic.
– Znajdzie się coś ciekawego w twoim materiale? – pytam.
– Uczniowie przygotowują się do matury. To już samo w sobie jest ciekawe – ironizuje.
– Jeśli zamierzasz publikować kalkę z tekstów, które pojawiają się w każdym miasteczku, to lepiej nie pisz. Zajmij się stanem Odry, bo znowu wykryto złote algi, a niedaleko Kanału Gliwickiego wyłowiono tonę śniętych ryb. Telefon do wojewody, Wód Polskich, naszej straży miejskiej. Znajdź miejscowych wędkarzy i wypytaj.
– Żartowałem z tym tekstem…
– Materiał z przygotowań do matury poczeka. To jest ważniejsze.
Rzeki, dzielącej miasto na dwie dzielnice, również nie poznaję. Kiedy poprzednio mieszkałem w Krapkowicach, Odra była czysta jak górski strumień. Bytowały w niej raki. Teraz to jedna wielka trucizna. Basen na ekskrementy firmowe, polne i kopalniane. Arena do przerzucania odpowiedzialności. Gdyby w ubiegłych wiekach miasto nie dokopało się do podziemnych źródeł, świecilibyśmy jak neony na dyskotece.
Ryba wyniósł się ze smartfonem na zewnątrz, a Sławek właśnie wraca, ciągnąc za sobą zapach peta wypalonego z kawałkiem filtra. To smród chroniczny, wryty w ubrania i skórę. Już w korytarzu zdradza go świszczący, płytki oddech oraz charakterystyczne pokasływanie. Z kuśtykającą nogą wygląda na jeszcze bardziej schorowanego.
Podobnie jak Kurpiela, znałem go już jako nastolatek. Obsługiwał wówczas nasz teren z ramienia regionalnej rozgłośni. Każdy chciał z nim gadać, każdy go lubił, może dlatego, że traktował nas jak dorosłych. Poza wyglądem właściwie się nie zmienił. Może to następny powód, dla którego trzymam go blisko.
Obserwuję, jak wdają się z Valeską w kolejną dyskusję o nałogu. Nagle na ekranie mojego laptopa pojawia się mail nadany przez biuro prasowe burmistrza. A jednak… Otwieram. Redaktorzy coraz bardziej podnoszą głos, gestykulują, ale to jest gdzieś poza mną. Staram się odczytać nie tyle wiadomość, ile jej sens ukryty pomiędzy wierszami. W końcu widzę go nazbyt wyraźnie.
– Sławek, zakładaj znowu kurtkę. Musimy gdzieś wyjść.
Hubert
Czarna, skórzana pilotka już nie jest demonstracją siły ani nawet mody. To element garderoby, który wchodzi głęboko w jestestwo, niemal wszywa się w skórę i staje znakiem rozpoznawczym człowieka. Zawsze mnie zastanawiało, czy sposób ubierania dziennikarza wynika z charakteru, czy raczej umysł dostosował się pod wymyślną kreację.
Sławek siedzi naprzeciwko i tupie niebieskim, zamszowym butem o posadzkę. Echo boleśnie przelatuje przez moje uszy i trafia w kufel, pieczołowicie pucowany przez barmankę. Kobieta nie reaguje, oswojona z różnymi nietypowymi dźwiękami.
Kiedyś była to elegancka restauracja, po której zostały czarno-białe płytki i kolumny w stylu korynckim. Sąsiadowała z poczekalnią niewielkiego dworca kolejowego, co napędzało klientów nie tylko spośród lokalsów, ale także migrujących pracowników, a w okresie letnim – turystów. Od kiedy podczas powodzi zawalił się pobliski most wraz z torami, biznes podupadł. Teraz serwują tu tylko pizzę, z której kawałek ląduje właśnie na sztruksowych spodniach dziennikarza stołującego się tu od czterdziestu lat.
– Psia mać!
– Nie przejmuj się, Sławek. Na czerwonych spodniach nie będzie widać sosu pomidorowego.
Grad serwetek powędrował pod stół. Dla barmanki nadal nie różnimy się od powietrza, które o tej porze wdychamy tutaj tylko my.
– Chrzanić to – mówi, energicznie ścierając plamę z ubrania. – Co ci odpisało biuro prasowe?
Sięgam po telefon i wchodzę do skrzynki odbiorczej.
Szanowny Panie Redaktorze,
wodpowiedzi na Pańskie pytania informujemy, że wżadnym punkcie nie złamano ustawy Prawo zamówień publicznych. Prace zlecane firmie Remontix Kawiński we wspomnianym okresie były każdorazowo niewielkimi usługami wykończeniowymi, realizowanymi na rzecz lokali, które zostaną przeznaczone na najem przez Urząd Miasta iGminy wKrapkowicach. Nie przekraczały one kwot 130 tys. zł, awwiększości przypadków dotyczyły sum poniżej 100 tys. zł.
Jednocześnie odrzucamy wszelkie sugestie, jakoby faworyzowany był jeden przedsiębiorca. Korzystamy także zusług innych podmiotów. Przedsiębiorstwo Remontix Kawiński otrzymało zlecenia, ponieważ przez lata współpracy zgminą zbudowało sobie renomę profesjonalnej irzetelnej firmy. Dzięki temu otrzymujemy również wysokie upusty na zamawiane przez nas prace.
Zwyrazami szacunku
Biuro Prasowe Urzędu Miasta iGminy wKrapkowicach
– I z tych małych zleceń zrobiły się trzy miliony w ciągu czterech lat. Mogli od razu zaproponować mu stałą umowę na ryczałt, po co się kryć? – ironizuje Sławek. – Albo wymyślić jakieś stanowisko w urzędzie i ciągle nagradzać za wzorowe wykonywanie zadań. Tutaj chłopina musiał się jeszcze namęczyć w pyle i brudzie.
– Na początku myślałem, że prokurator nie ma w tej sprawie czego szukać. Teraz już nie jestem tego taki pewien. Urząd świadomie omija przepisy o zamówieniach publicznych.
– Jeśli to wykończeniówka lokalów z małym metrażem, raczej nie.
– W większości tak, ale w fakturach zdarzają się zlecenia na całe budynki, również wille, które moim zdaniem powinny przekroczyć kwotę graniczną, i to dużo. Na przykład w ubiegłym roku i dwa lata temu firma wykonała dwie usługi. Obie faktury dotyczą tego samego domu, tylko rozbito je na prace realizowane na parterze oraz piętrze. Tu wyraźnie coś nie gra – zaznaczam.
– W każdym razie faworyzowanie jednego przedsiębiorcy jest ewidentne – zauważa Sławek, po czym prosi barmankę, by nalała mu kolejne piwo.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wypił poprzednie. Nigdzie go już dzisiaj nie wyślę. I tak będzie wolał spędzić dyżur redakcyjny w loży.
Kobieta stawia przed nim kufel złocistego trunku. Widzę, jak bezceremonialnie patrzy jej w biust, gdy ta się nachyla. Ona to ignoruje, tak samo jak kiedyś nie zwracała uwagi na hałasy przejeżdżających pociągów. Wieczorem wróci do domu, nieczuła na mężczyzn, których kojarzy tylko z rozczarowaniem. Wiem, że wychowuje samotnie syna. Chłopak uczy się w zamku i sprawia dużo problemów.
– To zależy – odpowiadam, kiedy Sławek zanurza brodę, usta i nos w śnieżnobiałej pianie. – Gdyby niejaki Kawiński był spokrewniony z Kurpielem, wówczas sprawa stałaby się jasna. Nie jest, ale mam przeczucie, że panowie nie są sobie zupełnie obcy. Sprawdź to, proszę.
– Zaraz sprawdzę.
– Jutro.
– A ty?
– Ja pokręcę się przy lokalach, które były remontowane. I pogadam z szefem firmy.
Sławek marszczy brwi, bacznie mi się przyglądając.
– Uważaj, bo Krapkowice nie są przyzwyczajone do uchylania zamkniętych drzwi. Ktoś może chcieć przytrzasnąć ci palce.
– Podobnie jak tobie – zauważam. – A jakimś cudem wciąż jeszcze jesteś cały i zdrowy.
Sławek śmieje się teraz na całą knajpę. Echo ponownie przeobraża się w piłeczkę pingpongową, atakującą zmysł z każdej strony. To rozbawienie potęgowane przez alkohol, którego w tej chwili mu zazdroszczę. Spoglądam na zegarek wiszący tuż nad barmanką skupioną na pucowaniu kolejnego szkła. Muszę podać rodzicom obiad.
Dom jest nowy, choć wygląda jak stary. Mama i ojciec pracowali na niego całe życie i dopiero emerytura zmobilizowała ich do ukończenia budowy. Przeprowadzka z jednego końca Krapkowic na drugi to spore wydarzenie dla kogoś, kto od dzieciństwa mieszka w tym samym miejscu. A jeśli przenosiny wiążą się z opuszczeniem Otmętu i przeprawieniem za Odrę – decyzja urasta do rangi ledwo wykonalnej. Dzielnica mentalnie separuje się od Krapkowic, mimo że terytorialnie należy do miasta. Wszystko przez to, że kiedyś osobne byty łącznie funkcjonują dopiero od niecałego wieku. Siła genów.
Sztafeta przekazywania DNA doszła do głosu także przy wyborze lokalizacji. Nowe budownictwo, spokojna okolica, niemal w sąsiedztwie wsi Blaszki. Blisko do kompleksu sportowego, parku i lasu. Idealny teren dla wnuków, których prawdopodobnie nigdy nie będzie.
Teraz rozległy trawnik za domem jest zarośnięty. Co kilka metrów stoją młodzieńcze drzewka owocowe, a całość zamyka zadaszenie z kamiennym grillem. Pierwsze dachówki zaczynają odpadać, a ja kompletnie nie mam czasu się za to zabrać.
Prawie osiemdziesięcioletni rodzice są schorowani i osłabieni, jeszcze dość samodzielni, ale wyjść do ogrodu mogą tylko z moją pomocą. Staram się też im gotować, od kiedy niedowidząca mama wylała sobie na stopy wrzącą zupę.
Dzisiaj filety z kurczaka. O, ojciec obrał ziemniaki, będzie szybciej.
– Zjesz z nami? – pyta mama, wchodząc do kuchni.
We wnętrzach nic się nie zmieniło od czasu przeprowadzki, ale jest schludnie. Wciąż czyszczone przez mamę białe blaty dobrze komponują się z czarnymi meblami. Za aranżację odpowiadała moja żona.
– Muszę pędzić do pracy, zapakuję sobie do pudełka.
Kątem oka widzę, że siada przy stole. Podpiera dłonią brodę i śledzi każdy mój ruch. To strasznie irytujące, ale wiem, że gotowanie od zawsze było jej konikiem. Dbała o moje i ojca podniebienie różnorodnie oraz smacznie. Pogodzenie się z wymuszoną wiekiem indolencją jest niemożliwe. Nie mówię więc nic, gdy komentuje zbyt lekko rozbite mięso.
– Pamiętaj, żeby w jajku nie maczać za długo.
Mama, zamknięta przez większość dnia w czterech ścianach, potrzebuje dialogu, choć często monologuje. Ja mogę zapewnić tylko ciszę, ewentualnie kilka frazesów. Niby to wiem, ale nie potrafię się przełamać.
Kiedy filety lądują na patelni, wyciągam telefon i piszę do Miśki: „Wieczorem u Ciebie?”.
„Tak :-)” – odpisuje.
„Nie mogę się doczekać”.
„Doczekasz się. Tego, o co ostatnio prosiłeś… :-)”
„? :-)”
„Muszę wracać do pracy, mam lekcje”.
Chowam komórkę do kieszeni i widzę, że mama zajęła się krzyżówką. Wyciągam więc ponownie smartfona, sprawdzam zasięgi artykułu o kobiecie zatrutej czadem. Są wysokie, zło lepiej się klika. Piszę do zaprzyjaźnionego lekarza z pytaniem, w jakim pacjentka jest stanie. „Wyjdzie z tego”. Szybko przekazuję informację Valesce: „Wrzuć jako osobny news, tylko pamiętaj, że wiadomość jest nieoficjalna, chroń źródło”.
Przecieram oczy, żeby pozbyć się mgiełki. Czuję ulgę podobną do tej, którą musi teraz doświadczać córka kobiety. Wydarzenie, które społeczeństwo puści za chwilę w niepamięć, pozostanie dla tej rodziny traumatyczne do końca życia.
W kuchni pojawia się ojciec. Nakładam jedzenie – rodzicom na talerze, sobie do pudełka. Kiedy wychodzę, podaje mi rękę i pokazuje, żebym przybliżył twarz. Po udarze słabiej słyszy.
– Jak tam w pracy? Siedzisz na ogonie Kurpielowi?
– Tak, patrzymy też na ręce innym samorządowcom – mówię głośno.
Ojciec odchrząkuje.
– Bardzo dobrze. To przygłup, chociaż coś tam dla miasta zrobił. Zasługuje na krytykę, żeby go znowu nie wybrali.
– Odra znów zatruta.
Zmieniam temat, wiedząc, że nie ma sensu robić ojcu wykładu o misji mediów. To już nie jego epoka.
Z przedpokoju słyszę ich rozmowę. O istotnych sprawach zawsze rozmawiali beze mnie. Teraz nie mieliby nic przeciwko, gdybym się włączył, tylko że ja już nie czuję potrzeby.
Wsiadam do dziesięcioletniego peugeota, w którym dwie kontrolki świecą się na pomarańczowo. Od prawie dwóch lat. Pojawiły się, gdy wyjeżdżałem z Warszawy, i tak zostało. Jadę na Pilewską. To tam mieści się jeden z remontowanych domów. Budynek wolnostojący, tuż za ciągiem bloków.
Porywisty wiatr ścieli przede mną drogę gałęziami. Miał nadejść dopiero w nocy. „Pilnuj strażaków” – wysyłam wiadomość głosową do Sławka.
Parkuję samochód kilkadziesiąt metrów od celu. Za ostatnimi zabudowaniami rozciągają się już tylko pola i lasy. W oddali farma wiatrowa. Jej skrzydła, poruszające się odwrotnie do kierunku wskazówek zegara, wyglądają, jakby cofały czas. Muszę się dowiedzieć, o co tutaj chodzi.
Dom na pewno pamięta więcej niż ja. Kiedyś mieszkało w nim starsze małżeństwo z dorosłymi synami. Gdy seniorzy zmarli, dzieci, żyjące już wtedy za granicą zrzekły się spadku, więc budynek przeszedł w ręce gminy. Widzę, że został ocieplony i pomalowany. Na dachu leży świeża, sprasowana papa, skąd odchodzą zaimpregnowane rynny. Rozglądam się, czy nikt nie patrzy, i przeskakuję przez zamkniętą furtkę.
W Warszawie robiliśmy różne rzeczy. Tego wymaga dziennikarstwo śledcze, a kreatywność wzrasta proporcjonalnie do coraz mniejszych łożonych nań środków.
Drzwi frontowe od razu mijam. Tylne, prowadzące do piwnicy, są zaryglowane. Na piętrze dostrzegam uchylone okno. Pod nim jest daszek – stopień do wejścia, idealny glejt dla wszelkiej maści złodziejów. Dolny mechanizm łatwo puszcza pod naciskiem scyzoryka i jestem w środku.
Pomieszczenia na piętrze są wyłożone jasnobrązowymi panelami. Ściany i sufity zostały pomalowane na biało. Wydają się bez wyrazu. Na parter prowadzą strome, drewniane schody, które trzeszczą przy każdym kroku. Dół to praktycznie kalka góry. Podłączenia do dwóch łazienek i jednej kuchni przygotowane, zapewne niebawem wjadą tutaj sprzęty.
Przeczesuję pomieszczenia, kończąc na poddaszu. Jedno z nich wyraźnie różni się od pozostałych. Pukam w ściany, które z pewnością nie są gipsowo-kartonowe. Mają w sobie coś ciężkiego, głuchego. Może pozostawiono oryginalny, gruby mur z cegły, który jedynie otynkowano oraz pomalowano?
Wracam. Wiatr o mało nie strąca mnie z daszku. Adrenalina schodzi dopiero wtedy, gdy siadam za kierownicę. Serce wali jak oszalałe przy każdej takiej akcji, może z przyzwyczajenia. Wiem, że za chwilę nadejdzie ból głowy, więc profilaktycznie łykam ibuprofen.
Telefon wibruje. Sławek pisze na WhatsAppie: „Nie włócz się po mieście, idzie duża wichura”.
Jestem w drodze do Otmętu, gdzie nieopodal Odry, zaraz za wałem, deweloper z monopolem na wszystko w tej części Opolszczyzny postawił apartamentowiec. A w nim mieszkanie, za którego wykończenie miasto zapłaciło równe sto dwadzieścia dziewięć tysięcy.
Po pięciu minutach już stoję przed długim, czteropiętrowym budynkiem, pomalowanym na czarno-biało. Pode mną nieco zieleni i wzorzysty chodnik wyglądający jak szachownica. Zdaje się, że to motyw przewodni projektanta.
Starsza pani z psem wpuszcza mnie do klatki schodowej, jadę windą na trzecie piętro. Wszędzie monitoring, więc nie mogę wzbudzać podejrzeń. Mieszkanie numer dziesięć, w głębi korytarza. Naciskam na dzwonek, pukam. Jeszcze nie wiem, co powiem, zazwyczaj wymyślam na poczekaniu. Tym razem nie będę miał takiej sposobności.
Naciskam na klamkę. Zamknięte. Dzwonię do sąsiada, otwiera mniej więcej szesnastoletnia dziewczyna.
– Przepraszam, spisuję liczniki. Czy sąsiedzi są nieobecni?
– Nikt tu jeszcze nie mieszka.
– Mieszkanie jest wystawione na sprzedaż?
W drzwiach pojawia się matka dziewczyny.
– Słucham pana?
– Spisuję liczniki i nie mogę dostać się do mieszkania obok. Podobno nie ma jeszcze lokatora.
– Tak – przyznaje kobieta. – I nawet nie widziałam żadnego ogłoszenia o sprzedaży.
– Chce pani kupić drugie mieszkanie i przebić się do niego? Proszę przyznać, wtedy mieliby państwo więcej metrażu. – Puszczam oko.
– Nie. – Śmieje się. – Po prostu chcę wiedzieć, kto będzie naszym sąsiadem.
– Rozumiem, dziękuję bardzo. Gdy ktoś w końcu tu zamieszka, proszę przekazać, żeby skontaktował się z wodociągami.
Patrzę na zegarek, a potem na drzewa za oknem, którymi wiatr szarpie we wszystkie strony. Dzisiaj już wiele nie zdziałam. W samochodzie mam zimny obiad. Często zapominam o głodzie, co odbija się na moich wynikach badań. Z jednej strony anemia, z drugiej przybieranie na wadze. Patrzę w lustrzane drzwi na dole klatki schodowej. Przede mną stoi brunet z bladą twarzą i zapadniętymi policzkami. Wory pod oczami i zaniedbany zarost, którego wąsy prześcigają długością brodę, sytuują mnie gdzieś pomiędzy buntownikiem klasy średniej a pijakiem. Aby uniknąć konfrontacji z samym sobą, przeczesuję włosy na bok i znikam z szachownicy.
Michalina mieszka na wieżyczce jednej z kamienic przy rynku. To mieszkanie dwupiętrowe, w którym sypialnia mieści się na szczycie. Mamy stąd doskonały widok na oświetlone nocą centrum. Miśka czasami wygląda przez okno, stojąc tyłem do mnie. Dziś było podobnie. Nie wiem, czy o czymś wtedy myśli, czy tylko poddaje się rozkoszy. Bywa, że zarzuca firankę za smukłą talię, by przylgnąć biustem do szyby.
Dźwięk nie wydostaje się z pomieszczenia, jest przeznaczony dla nas. Kiedy teraz leżymy przykryci kołdrą, z laptopem na podstawce, poziom głośności rzędu dziewięćdziesięciu procent napiera na kolistą strukturę wnętrza. Złowieszcza melodia z dreszczowca ma wstrzyknąć nam kolejną porcję adrenaliny. To na niej opiera się nasz luźny związek.
– Jaka ona była? – pyta niby niezobowiązująco Michalina, gdy wszystko cichnie.
Nie lubię rozmawiać o niej w czasie przeszłym. W ogóle lepiej o tym nie mówić. Za dużo zdarzeń w pamięci, różnych emocji, oczekiwań i wyobrażeń przyszłości, pozlepianych ze sobą jak kawałki modeliny o różnych kolorach.
– Nie wiem, nie jestem w stanie ocenić – odpowiadam.
Wycofuje się. Jest taktowna. Po chwili jej długie, ciemne blond włosy otulają moją szyję i spadają ku klatce piersiowej. Nadal ma rozpalone ciało, a mnie przeszywa dreszcz. Podmuchy silnego wiatru z zewnątrz przedzierają się przez nieocieplone ściany.
– Jak radzicie sobie w szkole? – podejmuję inny temat, żeby zdystansować się od poprzedniego.
– Jak zawsze w naszym systemie. Robimy, co możemy ze środków, które otrzymujemy. Uczniów dużo, a kadry brakuje. Dobrze, że chociaż przyjechały dwie nauczycielki z Ukrainy. Teraz, kiedy ukraińskie dzieci mają obowiązek nauki stacjonarnej w polskich szkołach, potrzeba rąk do pracy. Wcześniej zatrudniłam emerytowanych belfrów, którzy znali rosyjski. Co z tego, skoro Ukraińcy nie chcą porozumiewać się w tym języku. Dla nich to mowa wroga.
Czuję, że rysuje mi tipsem jakieś kształty na brzuchu.
– Spotkałam Rybę na korytarzu. Co tam robił?
– Nie spytałaś? Co z ciebie za dyrektorka? – Śmieję się.
– Przestań, Hubert! – Jej usta lądują na moim policzku.
– Robi materiał o maturzystach. Nic wielkiego.
– Tylko niech nie podrywa uczennic.
Wzruszam ramionami, dając do zrozumienia, że nie mam na niego wpływu. Ona doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
Ponoć dawno temu, jeszcze w czasach licealnych, mieli romantyczny epizod. Kiedy o tym myślę, nie czuję zazdrości. Ostatnio rzadko cokolwiek mną wzrusza, może poza dziećmi doświadczającymi traumy, jak te na Ukrainie czy dziewczyna, której mama zatruła się czadem. Poza tym nikt o nas nie wie. I niech tak pozostanie.
Hubert
Nie ma na świecie sprawiedliwości. To, że sądy wydają wyroki, w większości zapewne słuszne, a policja i prokuratura gonią przestępców, nie świadczy o równowadze. Znam ludzi, którym się w życiu upiekło mimo ewidentnej winy. Dla nich ostatecznym trybunałem jest sumienie, dające się wyciszyć jak dźwięk w telefonie.
Nie ma również miłości. Zanim na stałe osiadłem w redakcji Radia Pel, jednej z największych stacji w Polsce, przez kilka lat pracowałem w prasie jako korespondent zagraniczny na Bliskim Wschodzie. Każdego dnia spotykałem się z brakiem empatii człowieka dla człowieka, z potworną nienawiścią. W życiu poznałem także ludzi dobrych, altruistycznych, heroicznych, lecz niewielu. Zdecydowaną większość stanowią ci ze środka. Żyją, nie krzywdzą nikogo, ale też nie ratują. W połączeniu z tymi złymi wyjaławiają nasz świat z wzajemności.
To samo robią kobiety z mężczyznami i mężczyźni z kobietami. Liczę szybko w myślach i wychodzi mi kilka znajomych par spośród wielu, które po kilkunastu latach małżeństwa są nadal ze sobą. Nie chcę zgadywać, ile z tych, co przetrwało, czuje się szczęśliwych.
Jedyne, co ma jeszcze rację bytu, to prawda. Czasem nieodkryta bądź zniekształcana, ale ostatecznie zawsze zero-jedynkowa i czysta. Jedyna idea, która ma dla mnie jakąkolwiek wartość.
Jeśli świat nie zna sprawiedliwości ani miłości, to przynajmniej wygarnijmy mu to w twarz.
– Nic konkretnego nie znalazłeś. – Sławek huśta się na krześle z rękami wyciągniętymi za plecy, jak noworodek leżący w łóżeczku.
– Ale mam poszlaki – zauważam.
– Co to są za poszlaki? Człowieku…
– Każda wątpliwość jest dobrym punktem wyjścia do drążenia tematu.
– Stracisz czas.
Mam wrażenie, że Sławek od rana jest markotny i zniechęcony życiem. W kuble za budynkiem znalazłem kilka puszek po mocnym piwie.
– Może, ale nie pasuje mi kupienie mieszkania przez gminę i zlecenie wykończenia jego wnętrza bez dalszych działań, które miałyby na celu wynajęcie lokum. To pusty czas, który nie zarabia na właściciela.
– Wiesz, że pieniędzmi z podatków dysponuje się inaczej niż własnymi – ripostuje stary redaktor.
– Albo od dawna ma się konkretnego najemcę, któremu odjęto ból głowy związany z kwestiami mieszkaniowymi.
– Co sugerujesz?
– Nic – odpowiadam. – Na razie nic.
Do loży wchodzi Valeska, zdyszana i przemoczona od deszczu.
– Pójść dwa kroki do domu kultury i zmoknąć… To mogło się przydarzyć tylko mnie.
Nagrywała polecajki z dyrektorem instytucji, Waldemarem Szefnerem. Ostatnio w kinie pojawiły się nowości. Filmiki dotyczące kultury, zaraz po wiadomościach o wypadkach, notują najwięcej odsłon.
Podaję jej ręcznik papierowy, a ona obdarza mnie spojrzeniem pełnym wdzięczności.
– To pomieszczenie z głuchymi ścianami też jest podejrzane – wracam do rozmowy ze Sławkiem.
– Daj spokój. Znam pełno takich domów budowanych przed wojną lub zaraz po niej, gdzie każda ściana jest z innej parafii. Po prostu kiedyś materiały do wznoszenia budynków były ograniczone. Lepiło się z tego, co akurat udało się załatwić.
– Teraz można było to poprawić i wybudować dodatkową ściankę.
– Widocznie z jakiegoś powodu nie miało to sensu. Zapytaj o powód Kawińskiego.
– Tak zrobię.
– Pójdę z tobą. Mam wolne popołudnie – wtrąca Valeska, która próbuje dojść do ładu z mokrymi włosami.
– Odpuść – proszę ją i chcę, żeby moje słowa zabrzmiały stanowczo.
– Jestem już dużą dziewczynką. Wiesz, że przy trudnych sprawach zawsze lepiej pracuje się we dwoje. Ten obok nie pali się do sprawy. – Wskazuje na Sławka.
– Ania ma rację – wtóruje jej kolega redaktor.
Mam nieodparte wrażenie, że robi to specjalnie. Bawi go, że połowa obsady naszego portalu będzie uganiać się za jego zdaniem materiałem z góry przegranym. Chce mieć świadka mojej porażki, żeby potem móc mi dogryzać.
– Dobra, przyjadę po ciebie tuż przed siedemnastą, wtedy majstrzy kończą pracę. Ale jedna zasada: nie rób nic na własną rękę, rozmowę prowadzę ja.
Wcześniej zadzwoniłem do Kawińskiego, udając jego następnego klienta. Umówiłem z nim spotkanie pod pozorami dogadania zakresu robót budowlanych związanych z postawieniem przybudówki do mojego domu. Ściemniłem, że chcę zrobić sobie warsztat ciesielski. Łyknął przynętę, a nawet na miejsce rozmowy wyznaczył dom, który jako kolejny remontuje dla gminy.
– Czas to pieniądz, panie – powiedział na koniec rozmowy telefonicznej.
Zostawiamy samochód na ścieżce prowadzącej do lasu pomiędzy Blaszkami a Pedą. Tuż przed znakiem drogowym, przekreślającym teren zabudowany należący do drugiej z wiosek, mieści się ów remontowany budynek. Stoimy właśnie przed furtką i dzwonimy, ale nikt nie odpowiada. Od strony piętra dochodzi dźwięk pracującego wiertła.
– Wchodzimy – rzucam do Valeski i orientuję się, że ona stoi już za furtką.
Podczas gdy koleżanka wali mocno w drzwi, ja próbuję dodzwonić się do Kawińskiego. W końcu wiertarka cichnie i z otwartego okna słychać głos mężczyzny:
– Już idę!
Zaglądam za dom, skąd rozciąga się długi, trawiasty teren, otoczony płotem. Bliżej mnie jest miejsce wyznaczone na ognisko, nad nim na metalowych łańcuchach wisi żeliwny kociołek. Obok stoi potężny grill, któremu niewiele brakuje, żeby wpaść do zaniedbanego oczka wodnego. Widzę też zadaszoną salę, która z pewnością pomieści kilkadziesiąt osób. Tuż za płotem zaczyna się las.
To miejsce wygląda tak, jakby ktoś kiedyś prowadził tu agroturystykę, co potwierdzałyby gabaryty domu.
– Dzień dobry, słucham – mówi oschle łysy mężczyzna, który staje na ganku w dżinsach i flanelowej koszuli, a pot ścieka mu z czoła.
– Byliśmy z żoną umówieni z panem Kawińskim – odpowiadam, najmilej jak potrafię.
Podchodzę do Valeski i obejmuję ją w pasie. Patrzy na mnie nieco zaskoczona.
– We własnej osobie, pan…
– Dworkowski. Cyprian Dworkowski – przedstawiam się. – A to Kamila.
Wymieniamy uściski dłoni. Dopiero teraz mam okazję bliżej przyjrzeć się budowlańcowi. Wygląda jak recydywista. Nad okiem ma długą na kilka centymetrów bliznę, zęby w rozsypce, ręce zaś naznaczone już nieco wyblakłymi tatuażami: łezki na kostkach i wystający spod rękawa język węża albo smoka.
– Będziemy tutaj rozmawiać? – pytam.
– Wejdźcie do środka.
Chwilę się zawahał. Wyczuwam w nim jakąś nerwowość. Gdy zaczynamy rozmowę o rzekomym planie postawienia przybudówki, zauważam, że to Ślązak. Bardzo stara się nie mówić językiem, którego używa na co dzień, ale zdradza go akcent.
Valeska włącza się do dyskusji, nie robiąc sobie nic z moich próśb o odegranie roli milczącej towarzyszki. Dzięki temu zyskuję czas na rozejrzenie się po parterze domu. Są tam wielkie pomieszczenia, przygotowane pod dwie łazienki, kuchnia połączona z jadalnią, prawdopodobnie pokój gościnny. We wnętrze zainwestowano dużo pieniędzy. Podłogi wysadzane marmurowymi płytkami, z nowoczesnym zdobieniem, ściany pokryte fornirem lub tynkiem dekoracyjnym, sufity przygotowane pod halogeny. Istotnie różni się od tego, co widziałem w poprzednich nieruchomościach.
– Gminę stać na taki dom? – wtrącam, słysząc, że rozmowa zboczyła na small talk. – Pięknie wykończony – dodaję po chwili konsternacji.
Pierwszy raz podczas naszego spotkania na twarzy mężczyzny pojawia się niemrawy uśmiech, przypominający bardziej grymas.
– Starałem się, takie zlecenie, wie pan…
– Dużo ma pan zleceń od gminy?
– Nie narzekam.
– Ostatnio znajomi mi mówili, że obok nich remontował pan jedno z mieszkań. W sąsiedztwie starego osiedla. Stąd mam numer telefonu, ludzie pana polecają.
Jego wzrok zaczyna krążyć między nami, jakby obserwował mecz ping-ponga. Nie czuje się komfortowo w kurtuazyjnej atmosferze, zapewne na co dzień przyzwyczajony do trywialnych rozmów z kolegami. Komplementy wprawiają go w zakłopotanie, ale jednocześnie zdają się łechtać jego ego.
– Tak, to w sumie była prosta robota. Tutaj jest więcej pracy.
– Ciekaw jestem, kogo będzie stać na wynajęcie takiej powierzchni. I od razu zazdroszczę. – Wymuszam śmiech, a Valeska mi wtóruje.
– Nie mam pojęcia, ja tu tylko robię.
– Najważniejsze, że na zlecenia pan nie narzeka. – Valeska przejmuje inicjatywę. – Czasy mamy coraz cięższe, wszędzie drożyzna. Ostatnio z mężem remontowaliśmy piętro i muszę panu powiedzieć, że strasznie podrożały materiały.
– A kto wam remontował?
Ma nosa do biznesu.
– Wie pan, trochę sam, a trochę pomagał kolega, który wcześniej jeździł na roboty remontowe do Niemiec i Holandii – ratuję sytuację. – Ale skoro już dowiedzieliśmy się o panu, to będziemy się kontaktować, gdy żonie wykiełkują nowe pomysły. Zapewniam, że jest ich dużo.
Teraz wszyscy się śmiejemy.
– Ostatnio trochę tych zleceń z gminy mam, nie powiem.
– I bardzo dobrze. Jak się poznali na panu, że pan dobry fachowiec, to czemu nie korzystać z usług dla dobra małej ojczyzny? – odpowiadam.
– Też tak sądzę. Co swój, to swój. Warto wspierać lokalne firmy.
Zaczyna wierzyć, że nadajemy na podobnych falach. To dobrze.
– Ma pan jeszcze czas, żeby przyjąć nasze zlecenie?
– Jeśli wam nie przeszkadza, że będę przeskakiwał do was pomiędzy, to tak. Faktycznie gmina zleciła mi teraz trochę więcej, a zobowiązałem się jeszcze pomóc koledze przy innym remoncie.
– Czekają pana również takie nietypowe zlecenia jak tutaj? – Valeska jeszcze nie skończyła zdania, a ja już wiem, że przekroczyła czerwoną linię.
Zauważa to też Kawiński. Natychmiast się wycofuje. Mina mu rzednie, odburkuje, że robota jest robotą, jak każda inna. Dalsza rozmowa nie ma sensu. Nic więcej nie powie, a wszelkie próby przymilenia tylko zwiększą jego czujność.
– Odezwiemy się, jak uporządkujemy podwórze. Na pewno ustalimy jakiś termin. Nam się nie pali, możemy nawet zacząć z końcem lata – próbuję odkręcić sytuację.
Mężczyzna w milczeniu odprowadza nas do drzwi.
Kiedy idziemy w stronę samochodu, czuję, że obserwuje nas z okna.
– Prosiłem, żebyś nic nie mówiła – zaznaczam, gdy już siedzimy w środku.
– Wiem, spieprzyłam, ale dzięki mnie dowiedzieliśmy się więcej o obecnej inwestycji.
– Valeska, następnym razem nie pytaj wprost. Zawsze kamufluj intencje.
Wracamy w ciszy. Czerwone promienie zachodzącego słońca wpadają do wozu, rozświetlając nasze ponure miny. Valeska ma łzy w oczach, ambicja wzięła górę. Szybkim ruchem otwiera schowek, prawdopodobnie chcąc znaleźć chusteczki. Zanim zdążę zaprotestować, ubiega mnie:
– Czy to plamy po krwi?
Przez chwilę wpatrujemy się w otwartą kopertę, z której wystaje złota obrączka. Ciarki przechodzą po moim ciele, a wzrok wypełniają białe plamy. Czuję, jak wzmaga się uczucie paniki. Gdy paraliż puszcza, energicznym ruchem zamykam schowek. Valeska mruży oczy.
Pod domem chwyta za klamkę, ale ją zatrzymuję.
– Jesteś pewna, że chcesz poznać tę historię?
Przytakuje. Właściwie nie wiem, czemu jej to proponuję. Jeszcze nikomu nie powiedziałem całej prawdy.
Damian
Tłum rozlewa się po korytarzach, klasy pustoszeją. Patrzę przez okno na dziedziniec, gdzie zakapturzone postacie ciągną w kierunku rynku na kebaba i szluga. Wyglądają jak masa mnichów, udająca się do miejsca kultu, by odprawić rytuał. Większość znam jeszcze z podstawówki, już wtedy palili – fajki i siebie wzajemnie w słownych utarczkach. Połowa z nich nie wróci po długiej przerwie. Części nauczyciele w ogóle nie przepuszczą do klasy maturalnej.
Mówią, że przez papierosy się karleje.
Ostatnio wyszedłem na ich szlak, żeby spróbować. To nie w moim stylu, ale czasem dobrze mieć inne towarzystwo. Łysy, Kamil i Robert zostali w szkole. Oni mają swój świat, toczący się wokół Call of Duty, Diablo, Minecraft i Wiedźmina.
Tak więc stoję na piętrze obok klasy do religii, a koledzy dyskutują o tym, co dla nich najważniejsze. Karina siedzi na ławce i powtarza materiał z gegry. Widzę, jak na parterze pod krużgankami Axl wita się z Mają. Lecą na siebie od początku liceum, nikt nie wie, dlaczego jeszcze nie są razem.
Może to zmęczenie, a może wypiłem za dużo wysokotłuszczowego mleka do śniadania, ale nic mi się już dzisiaj nie chce. Marzę, żeby przylgnąć do tego okna i obserwować. Wszystkim w murach dawnego zamku jest nudno, dlatego ci przebywający teraz na zewnątrz urozmaicają sobie życie.
– Damian, przygotowałeś się do sprawdzianu? – Karina kłuje mnie długopisem w żebra.
– Coś tam czytałem – odpowiadam.
Czyli tyle, ile musiałem, żeby dostać minimum tróję. Wtedy nikt nie będzie miał do mnie pretensji: ani nauczyciel, ani rodzice. Dla tych ostatnich szkoła jest moją sprawą, dopóki pływam po powierzchni. Mnie to odpowiada. Jednocześnie nie muszę poświęcać zbyt dużo czasu, żeby kuć wszystko na blachę. Odwrotnie niż Karina.
– Ja już mam mętlik w głowie. Boję się, że będą pytania o stolice krajów z Azji i polegnę.
– Bandar Seri Begawan?
– Spadaj! Czego to była stolica?
– Brunei – odpowiadam.
Mam dar do zapamiętywania dziwnych ciekawostek zamiast najważniejszych informacji.
– No widzisz, umiesz, a ja nie – podsumowuje Karina, po czym ponownie zatapia wzrok w zeszycie.
Wiem, że ostatecznie to ona otrzyma bardzo dobrą ocenę, a ja średnią.
Spoglądam znowu za okno, gdzie Axl żegna się z Mają. Przytula ją, obejmując za biodra. Nie widzi, że Maja się uśmiecha, przylegając brodą do jego sporych rozmiarów pleców. Potem każde idzie w swoją stronę – dziewczyna wraca do budynku, a Axl zmierza na rynek. Ona obraca się za nim, on za nią nie. Czy to cokolwiek oznacza?
Ciągle szukam klucza do relacji damsko-męskich. Kiedy wydaje mi się, że już go mam, to przy najbliższej sposobności wychodzi, że nie pasuje do wszystkich zamków. Obróciła się, bo była pełna emocji. A on? Nie chce jej? Gra niedostępnego? Przecież na jutrzejszej długiej przerwie znowu się spotkają.
Ładne dziewczyny wybierają cymbałów – stwierdzam.
Odblokowuję telefon, wchodzę na Fejsa. Scrolluję ekran już po raz trzeci od rana. Nikt niczego ciekawego nie wrzucił. Przełączam konto na Czarodziejów Snów. Ponad setka obserwujących. Pod moim wczorajszym postem ani jednej reakcji. Prawo algorytmu.
Kamil macha nam dłonią, wskazując na koniec korytarza. Lekcja geografii przeniesiona do innej sali.
– Coś ty taki markotny? – Szturcha mnie przed wejściem do klasy.
Jego blond włosy są w nieładnie po wuefie. Za duża koszulka rozmiaru L wisi na posturze przypominającej szkielet. Trzeba mu przyznać, że dobry humor nigdy go nie opuszcza. Zazdroszczę, choć zdaję sobie sprawę, że w grupie wszyscy wydają się być zawsze szczęśliwi. Podobnie jak na Instagramie i TikToku.
– Spieprzaj, dziadu – ripostuję klasykiem.
Nie mam ochoty na żadne rozmowy. Chcę już wrócić do domu i odpalić kompa.
Sprawdzian mija szybko, podobnie jak reszta lekcji. W drodze powrotnej sprawdzam, co w sieci. Widzę, że jakaś kobieta zatruła się czadem. Pod spodem komentarze z życzeniami zdrowia. Te mędrkujące o treści „sama sobie winna, na pewno nie wpuściła wcześniej kominiarza” olewam. Ktoś ze słowami wsparcia zwraca się bezpośrednio do jakiejś dziewczyny. Wchodzę w jej profil, chyba kojarzę ją ze szkoły.
Shit, bateria pada.
Gdy docieram za Odrę, dostrzegam po drugiej stronie ulicy Maję, która również zmierza w kierunku domu. Mieszka w dolnej części Otmętu. Ja mam do pokonania dłuższy dystans do osiedla Małych Liczb. Początkowo udaję, że jej nie widzę, ale zaczyna mi machać, więc odwzajemniam gest. Rozmawialiśmy kilka razy w życiu, jesteśmy z tego samego rocznika, choć z innych klas.
Po chwili przechodzi przez ulicę i znajduje się kilkadziesiąt metrów przede mną. Idzie szybko, a ja nie chcę jej dogonić. O czym byśmy rozmawiali? To ambitna dziewczyna, laureatka kilku wojewódzkich olimpiad. Interesuje się modą, co widać. Ma na sobie granatową, luźną tunikę, która z wcięciem od dołu opada na białe, dżinsowe spodnie. Na stopach obcasy. Jej długie, złote włosy, idealnie uczesane, opadają na plecy, poruszając się w rytm kroków.
W pewnym momencie wpadam na pomysł, żeby dotrzymać jej tempa. Za późno. Kiedy dociera do placu zabaw, z którego niesie się gwar języka ukraińskiego, skręca w stronę zabudowań. Znika z oczu.
W domu rzucam plecak do pokoju i idę odgrzać sobie obiad. Rodzice są jeszcze w pracy, wrócą za dwie godziny. Stawiam talerz na biurku i rozsiadam się przed komputerem. Za sobą pozostawiam włączony telewizor, liga NBA zbliża się do fazy play off. Do jedzenia odpalam Minecraft. Widzę, że kumple są online, ale teraz chcę pozostać niewidoczny. Napychając buzię odgrzanymi ziemniakami i filetem z kurczaka, próbuję zbudować portal, który przeniesie mnie do świata Netheru. Innego świata. Coś nie wychodzi. Frustruję się i wyłączam.
Czarodzieje Snów nadal bez żadnej nowej aktywności.
Word, czcionka dwunastka, Times New Roman.
Wybrał gościniec, choć wolałby podążać górską ścieżką. Wtamtym momencie niebezpieczny, skalisty szlak wydawał mu się mniej groźny od odkrytej, szerokiej drogi. Coś jednak ciągnęło go wstronę przygody, nieoczekiwanych zdarzeń. Pragnął chwili, która odmieni jego szare życie wwiosce, gdzie rytm dnia wyznacza czerpanie ze źródła cudownej wody. Idąc tą samą, dobrze znaną trasą, miał nawet wrażenie, że przemknął przed nim wierzchowiec ze srebrzystym grzbietem, októrym traktuje przepowiednia. Już nie wiedział, co jest jawą, aco wizją. Bardzo chciał zostać tym wybranym, którego książę koni zaniesie do dalekiego Królestwa Bundii, gdy wybije godzina nadejścia Snu.
Kiedy dotarł do tafli wody, odbijającej okazały księżyc wnowiu, zanurzył wiadro wna wpół zlodowaciałej cieczy. Delikatny szum wiatru zamienił się wpotężny wicher. Poczuł wsercu lęk, lecz również ukłucie szczęścia. To jego szansa. Wiedział, że on stoi tuż za nim. Ułamek sekundy dzielił go od reakcji. Reakcji, która odmieni całe jego dotychczasowe życie.
SMS. To Łysy. Sięgam po telefon.
„Cała szkoła szuka Witalija. Ponoć zaginął”.
„Jak to zaginął?”
„Nie jest chory. Jego mama dopiero dzisiaj zgłosiła to dyrekcji. Policja już go szuka, na Fejsie lecą ogłoszenia w Zaginionych”.
Sprawdzam, rzeczywiście. Teraz wszyscy udostępniają, jeden od drugiego.