Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dla Zuzy i Ani wakacje w stajni pana Marka miały być czasem przygody i zdobywania nowych umiejętności jeździeckich. Kiedy jednak do ich życia wkracza Paweł, przyjaźń dziewczyn zostaje wystawiona na próbę. Zuza nie wie, jak poradzić sobie z nowymi uczuciami, tym bardziej, że serce przyjaciółki wyrywa się do tego samego chłopaka. Wszystko zaczyna się komplikować – nawet stajnia przestaje być rajem na ziemi, odkąd pojawia się tam zadufany w sobie Krzysiek. Czy przyjaźń dziewczyn przetrwa, gdy na jaw wyjdzie niewygodna prawda? Co kryje się za niespodziewaną sympatią Patrycji? I czy Krzysiek zrobi wszystko, by wykurzyć Zuzę ze stajni?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 262
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ROZDZIAŁ 1
Nerwowo przestępowałam z nogi na nogę, zastanawiając się, gdzie podziewa się Anka. Ponownie zerknęłam na zegarek. Powinna tu być piętnaście minut temu! Otarłam kropelkę potu, która spływała mi spod luźno puszczonych włosów, i znów powiodłam wzrokiem po parkowej alejce. Końcówka maja nie rozpieszczała pod względem pogody – niebo uparcie przykrywały deszczowe chmury. Jednak upały, które przyniósł początek czerwca, były dla mnie lekkim przegięciem. Zrezygnowana usiadłam na ławce i przyglądałam się ludziom przechadzającym się po głównej, wybrukowanej alei. Dziwiłam się tym, którzy siadali na ławkach ustawionych w pełnym słońcu, zamiast wybrać te w cieniu rozłożystych drzew. Gdzie ta Ania? Dłużej nie wytrzymam! Powachlowałam się dłonią i z przestrachem podskoczyłam, gdy ktoś od tyłu dotknął mojego ramienia.
– No w końcu! – wykrzyknęłam nie bez pretensji. – Myślałam, że tu jajko zniosę!
– Przepraszam, spotkanie z ojcem trochę się przeciągnęło – westchnęła Ania, po czym obeszła ławkę i zajęła miejsce obok. Z zazdrością popatrzyłam, jak jej blond kucyk podskoczył energicznie. Też mogłam związać włosy, ten skwar sprawiał, że się gotowałam! – Wyobraź sobie, że przyprowadził na obiad swoją nową cizię! Boże, co za tupet! Ledwo się rozstał z tą ostatnią, Beatą, a już przygruchał sobie kolejną. Mógłby chociaż oszczędzić mi...
– Tak, masz rację, do bani, ale ja muszę ci coś powiedzieć! Pół dnia na to czekałam! – Moje zniecierpliwienie sięgało zenitu.
– Nie mogłaś mi tego napisać?
Moje oczy przybrały rozmiar denek od słoików, w które babcia Krysia pakowała przecier z jabłek zebranych późną jesienią. Gdy miałam gorszy dzień, smażyła górę puszystych naleśników i nie szczędziła swoich zapasów jabłkowego złota, byle poprawić mi humor. Ślinka pociekła mi na samo wspomnienie, ale szybko przywołałam się do porządku. To, co miałam do powiedzenia Ance, zasługiwało na osobiste przekazanie, a nie przez jakieś tam messengery!
– Jakby to nie była taka petarda, to z pewnością bym ci to napisała. – Zawiesiłam na chwilę głos, dając przyjaciółce szansę na poczucie choćby odrobiny ekscytacji. Sporych rozmiarów rumieńce, obejmujące nawet szyję Anki, były jednak raczej wynikiem odległości, którą musiała pokonać z rynku, aby się ze mną spotkać. Jedynie brew drgnęła jej odrobinę. Poza tym nie dostrzegłam żadnych oznak podekscytowania. Za to ja poderwałam się z ławki. – Nie jesteś ciekawa?– zapytałam z wyrzutem. – Chyba faktycznie niepotrzebnie tyle czekałam. Mogłam ci to napisać, skoro i tak masz to w nosie.
– Zuza? Serio? Gnałam tu z pełnym żołądkiem, w upale. Myślisz, że będę skakać i klaskać w dłonie w oczekiwaniu, aż sprzedasz mi tę rewelację? Wyrzuć to po prostu z siebie. – Anka położyła dłoń na brzuchu w zbyt teatralnym jak dla mnie geście. – Nie mam siły się ruszać! – dodała i wlepiła we mnie swoje wielkie, błękitne oczy.
– Ech! Ty to zawsze potrafisz zabić całą magię...
– Nie to nie.
– Oj, dobra! Już mówię! – Zablokowałam jej dłoń, bo już sięgała po telefon. Pewnie po to, aby przeglądać TikToka. – No, to trzymaj się! Dudududu, werble proszę! Znalazłam stajnię!
– Stajnię? No super, też znam kilka miejscówek, ale nie robię z tego wielkiego halo. – Anka przewróciła oczami.
– Ale ja znalazłam naszą stajnię! – Nie wytrzymałam i podniosłam głos, ściągając na siebie wzrok przechodzących obok chłopaków. Zresztą całkiem przystojnych. – To znaczy, nie do końca naszą, wiadomo, ale taką, w której będziemy mogły jeździć!
– Zuzka, mówiłam ci już, że nie mam kasy na jazdę w szkółce. Może i od ojca coś wyciągnę, bo zawsze jak ma nową pannę, to ma gest, ale to nie potrwa długo.
– Anka, nie mówię o szkółce! Przecież dobrze wiesz, że moja mama też nie jest w stanie opłacać mi lekcji. Mówię o takiej przydomowej szkółce jeździeckiej!
– I że niby gdzie ta stajnia się znajduje? – W końcu dostrzegłam w jej oczach cień zainteresowania. Po chwili jednak ściągnęła brwi, które poprawiła dziś jasnobrązową kredką. – Pewnie na jakimś wygwizdowie, gdzie nie będziemy w stanie dojechać. Pamiętasz, już kiedyś znalazłaś takie miejsce. I co? Po pierwszej wizycie musiałyśmy iść po zmroku z buta, bo się okazało, że nie ma żadnego powrotnego autobusu! – Wstała z ławki i zrobiła krok w moją stronę. – O nie! Nie dam się tak znowu zrobić. Przypominam ci, że była wtedy zima i zmarzłam jak pies!
Zacisnęłam usta, aby nie parsknąć śmiechem. Doskonale pamiętałam tę felerną wycieczkę. Na jednej z grup na Facebooku znalazłam post pani, która szukała pomocy w stajni w zamian za jazdy. Nie było to tak daleko od naszego miasta, zaledwie pięć kilometrów. Niewiele myśląc, umówiłam nas na próbny dzień i cała w skowronkach wyciągnęłam Ankę w tę podróż życia. Jedynym problemem było to, że otumaniona szczęściem zapomniałam sprawdzić, o której odjeżdża ostatni powrotny autobus. Jak się potem okazało, zadziało się to prawie dwie godziny wcześniej, niż my pojawiłyśmy się na przystanku. Myślałam, że Anka zamorduje mnie z zimną krwią, tym bardziej że warunki były do tego dość korzystne, bo na dworze panował już mrok. Cóż, uratowało mnie chyba tylko to, że ziemia była tak zmarznięta i przykryta czapą śniegu, że Ance nie udałoby się wykopać dołu na zwłoki. Tym oto sposobem nabiłyśmy pokaźną liczbę kroków, brodząc w brudnym śniegu zalegającym na poboczu, a nogi czułyśmy przez kolejny tydzień. Żadna z nas nie miała śmiałości zadzwonić po rodziców, którzy oczywiście nawet nie zdawali sobie sprawy z naszej zimowej eskapady na konie. Cóż. Tym razem miałam asa w rękawie.
– Ale ta stajnia znajduje się tu!
– Tu? – Anka zatoczyła ręką koło, prześlizgując wzrokiem po obszernym trawniku za naszymi plecami i szerokiej alejce przed nami. – Nie widzę tu żadnej stajni.
– Przestań się zgrywać – prychnęłam i pociągnęłam ją na ławkę. Odpaliłam mapę w telefonie. – Widzisz? – Postukałam paznokciem w ekran. – Obrzeża miasta. Naszego miasta!
Anka przez dłuższą chwilę wpatrywała się w obraz wyświetlany na moim smartfonie. Odebrała mi urządzenie i kilkukrotnie oddaliła oraz przybliżyła mapę, jakby chciała się upewnić, że wpisałam w wyszukiwarkę odpowiednie miasto.
– Nic ci się nie pomyliło?
– Nie.
– Jesteś pewna? To na pewno Legnica? Nie Letnica albo jakaś Lechnica?
– Istnieją w ogóle takie miasta?
– Z tobą wszystko jest możliwe – mruknęła i oddała mi telefon. Najwyraźniej nie do końca była przekonana. – Skąd wiesz o tym miejscu?
– Serio, to jest dla ciebie najważniejsze? – Pociągnęłam ją za łokieć, dając sygnał do podniesienia się z ławki, i skierowałam nas w stronę centrum, do którego przez park szło się zaledwie dziesięć minut. – Koleżanka mamy z pracy wie, jak jestem zafiksowana na punkcie koni...
– A kto nie wie...
– I powiedziała, że jej wujek zna takiego mężczyznę, od którego bierze obornik na działkę – ciągnęłam, niezrażona uwagą i ciężkim krokiem przyjaciółki. – No i załatwiła mi numer telefonu do niego! W sensie do tego pana od koni, nie do wujka koleżanki mamy, żeby była jasność.
– Domyśliłam się.
– Super, że nadążasz z myśleniem, bo jeśli chodzi o poruszanie nogami, to kiepsko ci idzie.
– Już mówiłam, że obżarłam się jak świnia! Nie mam siły. Po co mnie tam ciągniesz?
– Cicho, teraz się skup! – poleciłam Ance, próbując poprzez ciągnięcie za rękę zachęcić ją do szybszego marszu. – Umówiłam nas na jutro! Uhu! Dlatego musimy to uczcić. Najlepiej lodami!
– Lody? Jutro?
– Nie! Lody dziś, zaraz, teraz! – Moja zachęta chyba zadziałała, bo Anka wyrwała do przodu. – A jutro stajnia. Z samego rana. Pójdziesz tam ze mną, prawda? – Mocniej ścisnęłam jej dłoń.
Nie odpowiedziała od razu, bo rozdzieliła nas grupka niemieckich turystów w podeszłym wieku. Rozeszłyśmy się, każda na przeciwległą stronę alei. Byłam pełna obaw. Myślałam, że Anka zareaguje na te nowiny większym entuzjazmem, a wychodziło na to, że to wzmianka o lodach wzbudziła w niej więcej emocji. Westchnęłam. Wprawdzie lubiła konie, jazda też jej się podobała, jednak nie miała na punkcie tych zwierząt takiego świra jak ja. W sumie to dzięki mnie zainteresowała się jeździectwem, ale nie miała potrzeby spędzania w stajni każdej wolnej chwili, w przeciwieństwie do mnie. No dobra, ja w sumie też do tej pory nie miałam okazji, aby w jakiejkolwiek stajni spędzać cały swój wolny czas, ale wiedziałam, że tak by to u mnie wyglądało, gdybym znalazła jakąś, w której mogę pomagać. A wychodziło na to, że właśnie się udało. Chyba. Tak naprawdę miało się to okazać dopiero jutro, ale ja już się bałam, że Ania straci zapał. Co innego od czasu do czasu iść gdzieś na jazdę, gdy akurat wpadło nam parę groszy, a co innego przyklasnąć wizji spędzenia całych, zbliżających się wielkimi krokami wakacji w towarzystwie koni i z widłami w ręku, wyrzucając obornik.
– To jak? Pójdziesz? – spytałam ponownie, gdy tylko minęłyśmy tę przeklętą grupę, która zdawała się nie mieć końca.
– No a co? Mam nie iść? A na te lody to gdzie?
– Do Cynamonu.
– Dlaczego tam? Nie ma żadnych bliżej?
– Ania! Czy ty możesz się przez chwilę skupić?
– Przecież jestem skupiona! – Jej głos był pełen pretensji, a na policzkach znów pojawił się rumieniec.
Ciekawe, czy posmarowała się kremem z filtrem, przeszło mi przez myśl. Przy jej jasnej cerze wystarczyła odrobina słońca, aby spiekła się na raka.
– Halo! I kto tu odpływa myślami?
– Ania! – jęknęłam przeciągle, przylegając do jej ramienia. – Bo mi bardzo zależy. Chcę, żebyś chodziła tam ze mną. Chcę, żebyśmy razem jeździły po usłanej kwiatami łące, łapiąc wiatr we włosy. Chcę, żebyśmy uczyły się nowych rzeczy i przeżywały niesamowite przygody!
– Naczytałaś się chyba zbyt dużo Heartlandu.
Przewróciłam oczami, chociaż nie mogłam odmówić jej racji. W mojej biblioteczce znajdowały się chyba wszystkie dostępne na polskim rynku pozycje, które choć w małym stopniu zahaczały o konie.
– Ale już powiedziałam, że będę z tobą chodzić, z tym że chciałam ci, kochana, przypomnieć, że jest jeszcze rok szkolny, więc trochę będziesz musiała poczekać na te swoje przygody. Trzeba poprawić oceny...
– Chyba żartujesz? Co ty chcesz w ciągu miesiąca poprawiać? Przecież będziesz miała świadectwo z czerwonym paskiem!
– Ja tak. – Widziałam, jak sugestywnie unosi brwi.
Przeszłyśmy przez ulicę, która stanowiła jedną z granic parku. Minęłyśmy okupowaną o tej godzinie restaurację, gdzie pracownicy dostawiali właśnie kolorowe krzesła na zewnątrz, tuż przy stawie, który nosił szumną nazwę Koziego. Do tej pory nie wiedziałam, dlaczego tak nazwano ten sztuczny zbiornik znajdujący się niemal w centrum miasta.
– Pff! – Szybko załapałam, co miała na myśli. – Jest jak jest, nie mam zamiaru już zawracać sobie głowy szkołą. Jeśli myślałaś, że twoja uwaga sprawi, że usiądę do nauki w czasie, gdy mogę iść do stajni, to chyba kiepsko mnie znasz.
– No właśnie chyba znam cię aż za dobrze – westchnęła i pchnęła przeszklone drzwi mojej ulubionej cukierni. – Lody ty stawiasz – zastrzegła jeszcze, skupiając się na smakach wypisanych białą kredą na czarnej ścianie za plecami młodej ekspedientki. – Twoja mama raczej nie będzie zadowolona, gdy zobaczy twoje świadectwo – ciągnęła, a ja mimowolnie przewróciłam oczami.
– Moją mamą się nie przejmuj, nie jest tak krytyczna jak ty. Dwie tróje to nie jest jakiś wielki dramat.
– Poproszę jedną gałkę o smaku słonego karmelu i jedną miętową.
– A dla pani?
Drgnęłam, słysząc, jak nieco starsza ode mnie dziewczyna nazywa mnie panią. Dziwnie to zabrzmiało, ale sprawiło, że dumnie podniosłam głowę.
– Dla mnie będzie kinder bueno. – Czekałam na swoją porcję, podczas gdy Anka udała się już na zewnątrz, aby zająć stolik. – Dziękuję bardzo. – Zapłaciłam i również wyszłam na dwór, gdzie stały okrągłe stoliki.
Opadłam na krzesło wyłożone miękkimi poduszkami w poszewkach ozdobionych zielonymi liśćmi jakiejś egzotycznej rośliny.
Już po chwili lód zaczął spływać mi po palcach, powstrzymałam się więc od kontynuowania rozmowy. Siedziałyśmy, wydając od czasu do czasu pomruki zadowolenia. Gdy Ania schrupała końcówkę swojego rożka, sama podjęła rozmowę.
– Czyli zamierzasz wagarować do końca roku? – Posłała mi spojrzenie pełne dezaprobaty.
– A ty nie? – Odbiłam piłeczkę, oblizując usta.
– Oczywiście, że nie! Co roku pytasz o to samo.
– A ty za każdym razem odpowiadasz, że zamierzasz czekać do ostatniego dzwonka, który wybrzmi w szkole przed oficjalnym zakończeniem roku, a i tak odpuszczasz i zrywasz się z lekcji.
– Najwyraźniej masz na mnie zły wpływ. – Zauważyłam, że ledwo powstrzymuje uśmiech.
Wiedziałam, że pewnie tak samo będzie i tym razem. Trafiła mi się zdolna przyjaciółka, niemal najlepsza uczennica w szkole, nie musiała więc uczęszczać na lekcje, które teraz i tak były już luźne jak guma w starych majtkach. A co lepsze, nikt nigdy nie miał jej tego za złe, nawet jeśli nie dostarczała żadnego sensownego usprawiedliwienia. Przynajmniej tak było w podstawówce i w sumie nawet należało sprawdzić, jak na opuszczanie przez nią zajęć zareagują nauczyciele w naszym nowym liceum. Tak, to był dobry argument, który powinnam jej przedstawić, jeśli będzie się upierać przy swoim.
– Na którą mamy jutro być w tej stajni? – spytała, wyciągając przed siebie blade nogi. Już się bałam, że nie wróci do tego tematu.
– O dziesiątej. Pomyślałam, że możesz po mnie wpaść i razem pójdziemy na przystanek. Zrobię nam kanapki! Weź jakieś rzeczy na przebranie, nie wiadomo, co będziemy tam robić. Jezu! Nie mogę się doczekać! Ciekawe, jakie tam są konie i czy jest plac do jazdy. No i jaki jest właściciel...
– Jutro się dowiemy, nie nakręcaj się już tak. Chodź, pora wracać.
Anka, nie czekając na mnie, podniosła się z krzesła i ruszyła w kierunku parku. Pokazałam język jej plecom. Łatwo było mówić: „Nie nakręcaj się”! Do koni ciągnęło mnie od dziecka. Nie wiedziałam, skąd zrodziła się u mnie ta pasja, ale za każdym razem, gdy widziałam te piękne zwierzęta, to serce biło mi dwa razy szybciej. Mama wspominała, że mój ojciec kiedyś jeździł, ale nie wydawało mi się, aby to mogło mieć na mnie jakiś wpływ. W końcu nigdy o tym nie mówił, zresztą – nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy...
Weszłyśmy ponownie do parku. Na dworze zrobiło się już nieco chłodniej, z ulgą przyjęłam też to, że zerwał się wiatr, który delikatnie zakołysał bujnymi koronami drzew. Moje myśli znowu pogalopowały w kierunku czekającego nas jutro spotkania. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy sportowych, zadbanych koni, pięknej stajni z podłogą wyłożoną starą cegłą i drzwiami do boksów z opalanych desek. Odbywałam właśnie wirtualny spacer we własnej głowie po miejscu, którego nigdy nie widziałam na oczy. Po chwili już siedziałam na grzbiecie konia o lśniącej i ciemnej jak nocne niebo sierści. Pędziłam w pełnym galopie po łące, której koniec ledwo dostrzegałam gdzieś na horyzoncie. Pęd powietrza wyciskał mi łzy z oczu i dopiero nerwowe zarzucenie głową rumaka zwróciło moją uwagę na majaczącą w oddali plamę. Nagle, nie wiadomo skąd, nadciągnęły ciemne chmury, opatulając całe niebo. Błysk rozdzierający mroczną przestrzeń ukazał to, do czego się zbliżałam. Przed oczami mignęła mi sylwetka szczupłego chłopaka, u którego boku stał siwy koń. Kolejny błysk rozświetlił jego twarz. Spojrzenie błękitnych oczu przeszyło mnie na wskroś...
Nagle poczułam mocne szarpnięcie za ramię. Bardzo mocne!
– Zuzia! Halo, Zuza, odbiór! – Anka ze zbyt dużą jak na mój gust energią potrząsała moim ciałem. – Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię?
Zamrugałam niepewnie, zdając sobie sprawę, że dotarłyśmy już do żółtego mostu na Kaczawie, która stanowiła granicę parku. W ogóle nie zarejestrowałam dystansu, jaki pokonałyśmy! Boże! Chyba Anka miała rację, naczytałam się zbyt wielu romansideł dla nastoletnich miłośniczek koni i teraz wyobraźnia podsuwała mi jakieś sceny rodem z tych właśnie książek. Potrząsnęłam głową i złapałam się rozgrzanej barierki. Zerknęłam na leniwie płynącą w dole rzekę i wzięłam głęboki oddech. „Opanuj swoją wyobraźnię, bo kiedyś stanie ci się krzywda”, upomniałam się w duchu, wyobrażając sobie, jak pochłonięta własnymi myślami mogłabym wpaść na przykład pod samochód. Odepchnęłam się od barierki, z której odłaziła żółta farba, i popatrzyłam na Anię skruszonym wzrokiem.
– Przepraszam. Totalnie odpłynęłam...
– Nie pierwszy raz...
– Mogłabyś powtórzyć? Naprawdę przepraszam! – Złapałam ją pod ramię i znowu ruszyłyśmy, zostawiając za sobą rzekę, park i moje przeklęte zamyślenie. – No nie obrażaj się.
– Nie obrażam się. Pytałam, czy zastanawiałaś się już, co z twoimi urodzinami. To już za tydzień!
– Nic. Już ci mówiłam.
– Ty dalej się upierasz przy tym, że chcesz siedzieć w piżamie i gapić się w telewizor? – jęknęła. Dziwiłam się, dlaczego tak bardzo zależy jej na tym, abym wyprawiła urodzinową imprezę. Musiałam napiąć ciało, bo po chwili dodała: – Przecież to piętnastka, taka prawie że okrągła liczba! Nie możesz tego olać.
– A niby dlaczego? – Zatrzymałam się w pół kroku i spojrzałam jej w oczy.
– Prawie każdy z naszej klasy wyprawiał imprezę z tej okazji...
– Ty skończyłaś już piętnastkę, a jakoś nie przypominam sobie, żebym była na twojej szalonej imprezie.
Wyrwałam do przodu. Chciałam być już w domu, od którego dzieliło mnie zaledwie kilkaset metrów. Nie miałam ochoty na dyskutowanie o tym, dlaczego nie chciałam obchodzić urodzin. Ani tych, ani kolejnych. Przeczuwałam, że Anka nie odpuści, zmusiłam się więc do jeszcze szybszego marszu, wyciągając nogi z takim rozmachem jak żołnierz podczas defilady. Nie myliłam się, Anka potruchtała za mną i tym razem to ona złapała mnie pod ramię, jakby w obawie, że zaraz puszczę się biegiem. Byłam gotowa do takiego poświęcenia!
– Dobrze wiesz, że byłam wtedy z ojcem i jego cizią na feriach – wysapała.
Chwila energicznego marszu i zziajała się, jakby przebiegła półmaraton. To była moja chwila, aby uciąć temat.
– Anka! Powiedziałam: nie! Nie mam ochoty organizować żadnej imprezy, zapraszać ludzi ze szkoły, patrzeć, jak się upadlają po kilku piwach... Tym bardziej że z większością nigdy nie zamieniłam nawet słowa.
– Kto mówi, że będziemy pić?!
Posłałam jej pełne politowania spojrzenie. Mhm. Już to widzę. Urodziny bez alkoholu. Na jakim ona świecie żyła? Nawet jeśli żadna z nas nie była miłośniczką napojów wyskokowych, to nie miałam złudzeń, że impreza byłaby suto zakrapiana piwem, czy co gorsza, wódką. Wiedziałam, jak bawią się nasi rówieśnicy, i nie miałam na to najmniejszej ochoty. Skręciłam w wąską uliczkę, przy której stał mój dom. Moje wybawienie.
– Nie i koniec tematu.
– Ale, Zuzia, mogłabyś chociaż...
Urwała w pół zdania. Zaskoczona uniosłam wzrok, który do tej chwili wbijałam w asfalt pod moimi stopami. Szybko dostrzegłam, co takiego odebrało mowę mojej przyjaciółce.
Mignęła mi bujna czupryna mojego sąsiada, który zajmował właśnie miejsce pasażera w zaparkowanym naprzeciw mojego domu sypiącym się golfie. Anka drgnęła, gdy silnik zawarczał groźnie, a kierowca ruszył z piskiem opon. Ledwo zdążyłyśmy wskoczyć na chodnik, gdy minął nas z prędkością, która z pewnością w terenie zabudowanym była niedozwolona.
– Debil – mruknęłam, nie wiedząc właściwie, czy te słowa kierowałam do kierowcy, czy mojego sąsiada, który otaczał się tak inteligentnymi znajomymi.
– Ech, boski!
W tym przypadku nie miałam wątpliwości, o kim mówi Anka. Od kiedy Paweł wprowadził się do domu naprzeciwko mojego, stał się obiektem westchnień mojej nieśmiałej przyjaciółki. Dokonałam szybkich obliczeń w głowie. Tak, od ponad dwóch tygodni Anka wspominała o nim niemal codziennie.
– Ciekawe, czy kogoś ma – westchnęła przeciągle, opierając się plecami o moją furtkę.
Wlepiła tęskny wzrok w białą elewację domu Pawła, a ja mimowolnie przewróciłam oczami. Zaraz zacznie się codzienna rozkmina, czy Anka ma u niego jakiekolwiek szanse. No cóż, przynajmniej pojawienie się mojego przystojnego, co musiałam w duchu przyznać, sąsiada, skutecznie odwróciło jej uwagę od moich nieszczęsnych urodzin.
– Nie zauważyłam, aby kręciła się tu jakaś laska. Tylko ten oto głupek, który nas właśnie o mało nie rozjechał.
– Udało ci się czegoś o nim dowiedzieć? Gdzie chodzi do szkoły? W naszym liceum go nie widziałam. A może zacznie tam chodzić od przyszłego roku? W końcu dopiero niedawno się przeprowadzili...
– To dlatego masz zamiar chodzić do samego końca? – Nie mogłam powstrzymać śmiechu. – Liczysz na to, że zjawi się tam miesiąc przed zakończeniem roku? – Popukałam się palcem w czoło, za co boleśnie oberwałam w ramię. Ma krzepę ta dziewczyna! – No ej, żartuję przecież! Z tego, co wiem, to Paweł chodzi do jakiejś zawodówki...
– Rozmawiałaś z nim? – Odepchnęła się od bramki, która wydała z siebie cichy jęk, i dopadła do mnie. Odskoczyłam w tył, bojąc się, że znowu mi się za coś oberwie. – No mów, mów!
– Jezu, uspokój się! I bądź ciszej, bo jeszcze twoi przyszli teściowie cię usłyszą i wezmą za wariatkę. – Wskazałam na uchylone okno znajdujące się na ganku. – Nie rozmawiałam. Kilka razy tylko się minęliśmy i wymieniliśmy uprzejme „cześć”, nic poza tym. Moja mama wpadła na jego ojca i trochę podpytała. Nic więcej nie wiem, przykro mi!
Pociągnęłam zasuwę, która jak zawsze zablokowała się w połowie. Szarpnęłam furtką, a uparty skobel odskoczył niechętnie. Zrobiłam krok w stronę domu. Chciałam znaleźć się w swoim pokoju i oddać się lekturze kolejnej części Heartlandu.
– Zmykam, kochana. Trzeba się wyspać. Jutro czeka nas wspaniały dzień! – przypomniałam jej i wygrzebałam z torebki klucze. Anka kiwnęła mi niemrawo głową, nie ruszyła się jednak z miejsca. – Co jest? Będziesz tu czatować na Pawła czy jak?
– Zuzia? Bo wiesz, z tymi urodzinami...
– No nie! Ty znowu, zupełnie jak zdarta płyta...
– Wiesz, myślałam, że może jakbyśmy wyprawiły ci tę imprezę – kontynuowała, niezrażona moją niezadowoloną miną – to mogłybyśmy... To znaczy ty byś mogła... No wiesz, zaprosić kilka osób, w tym może też Pawła...
Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc i uderzyłam się otwartą dłonią w czoło. Och, czyli o to jej chodziło! Że też wcześniej na to nie wpadłam. Przygryzłam wargę. Widziałam, jak się czerwieni, wyrzucając to w końcu z siebie. Cholera! Chyba faktycznie jej na tym zależy... Z tym że totalnie nie pokrywa się to z moimi planami, w których jest jedynie seans filmowy z miską popcornu. W samotności.
– Ania... Wiesz, że ja nie obchodzę urodzin. – Kąciki ust opadły jej tak bardzo, że miałam wrażenie, że dotkną zaraz rozgrzanego asfaltu. Nie. Tylko nie ta jej żałosna mina! – Pomyślę, dobrze? – zapytałam niepewnie, łudząc się, że jednak machnie ręką i odmówi.
Niestety, tak się nie stało. W jednej chwili znalazła się przy mnie i zamknęła mnie w swoich silnych ramionach.
– Dziękuję! Zuza, jesteś najlepsza! Jeśli to zrobisz, to obiecuję, że przez całe wakacje, a nawet i dłużej, będę chodzić z tobą na te konie, nawet jeśli miałabym wstawać o świcie i całe dnie wywalać obornik!
– Ciekawe, jak znajdziesz wtedy czas na randki z Pawłem – wysapałam, próbując złapać oddech. Musiałam przyznać, że jej oferta była całkiem kusząca. – No już! Puszczaj, bo złamiesz mi żebra. Powiedziałam, że się zastanowię, a nie, że już się zgodziłam – zastrzegłam, gdy w końcu się wyswobodziłam.
– Jasne! Lecę, żebym faktycznie nie zaspała.
Ruszyła w podskokach, a jej blond kucyk skakał z lewej na prawą. Po raz kolejny przewróciłam oczami i skryłam się w końcu w domu. Całą dzisiejszą radość popsuła mi nieco myśl o zbliżających się urodzinach, o których nie chciałam pamiętać. Na dodatek teraz nie będę już potrafiła odmówić Ani, skoro znałam prawdziwy powód, dla którego tak jej na tym zależało.
– A już myślałam, że tak bardzo chce świętować kolejny rok mojego stąpania po tym padole łez – rzuciłam do swojego odbicia w lustrze wiszącym naprzeciwko drzwi wejściowych. Rozczochrałam palcami posklejaną od potu grzywkę i przekręciłam klucz w drzwiach.