Zaplątane w grzywie. Zła przyjaciółka - Majewska Kamila - ebook

Zaplątane w grzywie. Zła przyjaciółka ebook

Majewska Kamila

0,0

Opis

Dla Zuzy i Ani wakacje w stajni pana Marka miały być czasem przygody i zdobywania nowych umiejętności jeździeckich. Kiedy jednak do ich życia wkracza Paweł, przyjaźń dziewczyn zostaje wystawiona na próbę. Zuza nie wie, jak poradzić sobie z nowymi uczuciami, tym bardziej, że serce przyjaciółki wyrywa się do tego samego chłopaka. Wszystko zaczyna się komplikować – nawet stajnia przestaje być rajem na ziemi, odkąd pojawia się tam zadufany w sobie Krzysiek. Czy przyjaźń dziewczyn przetrwa, gdy na jaw wyjdzie niewygodna prawda? Co kryje się za niespodziewaną sympatią Patrycji? I czy Krzysiek zrobi wszystko, by wykurzyć Zuzę ze stajni?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Re­dak­tor pro­wa­dząca: JU­LITA GĘB­SKA
Re­dak­cja: ELŻ­BIETA WO­ŁO­SZYŃ­SKA-WI­ŚNIEW­SKA
Ko­rekta: KA­TA­RZYNA MA­LI­NOW­SKA, ALEK­SAN­DRA WIE­TO­CHA
Skład i pro­jekt okładki: RA­DO­SŁAW KA­MIŃ­SKI
Ilu­stra­cja okład­kowa: ANNA DĄ­BROW­SKA
© Co­py­ri­ght for text by Ka­mila Ma­jew­ska, 2025 © Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zie­lona Sowa Sp. z o.o. War­szawa 2025
All ri­ghts re­se­rved
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-83881-44-7
Wszyst­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ści albo frag­men­tów książki moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Wy­daw­nic­two Zie­lona Sowa Sp. z o.o. 00-807 War­szawa, Al. Je­ro­zo­lim­skie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51wy­daw­nic­two@zie­lo­na­sowa.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZ­DZIAŁ 1

Ner­wowo prze­stę­po­wa­łam z nogi na nogę, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie po­dziewa się Anka. Po­now­nie zer­k­nę­łam na ze­ga­rek. Po­winna tu być pięt­na­ście mi­nut temu! Otar­łam kro­pelkę potu, która spły­wała mi spod luźno pusz­czo­nych wło­sów, i znów po­wio­dłam wzro­kiem po par­ko­wej alejce. Koń­cówka maja nie roz­piesz­czała pod wzglę­dem po­gody – niebo upar­cie przy­kry­wały desz­czowe chmury. Jed­nak upały, które przy­niósł po­czą­tek czerwca, były dla mnie lek­kim prze­gię­ciem. Zre­zy­gno­wana usia­dłam na ławce i przy­glą­da­łam się lu­dziom prze­cha­dza­ją­cym się po głów­nej, wy­bru­ko­wa­nej alei. Dzi­wi­łam się tym, któ­rzy sia­dali na ław­kach usta­wio­nych w peł­nym słońcu, za­miast wy­brać te w cie­niu roz­ło­ży­stych drzew. Gdzie ta Ania? Dłu­żej nie wy­trzy­mam! Po­wa­chlo­wa­łam się dło­nią i z prze­stra­chem pod­sko­czy­łam, gdy ktoś od tyłu do­tknął mo­jego ra­mie­nia.

– No w końcu! – wy­krzyk­nę­łam nie bez pre­ten­sji. – My­śla­łam, że tu jajko zniosę!

– Prze­pra­szam, spo­tka­nie z oj­cem tro­chę się prze­cią­gnęło – wes­tchnęła Ania, po czym obe­szła ławkę i za­jęła miej­sce obok. Z za­zdro­ścią po­pa­trzy­łam, jak jej blond ku­cyk pod­sko­czył ener­gicz­nie. Też mo­głam zwią­zać włosy, ten skwar spra­wiał, że się go­to­wa­łam! – Wy­obraź so­bie, że przy­pro­wa­dził na obiad swoją nową ci­zię! Boże, co za tu­pet! Le­dwo się roz­stał z tą ostat­nią, Be­atą, a już przy­gru­chał so­bie ko­lejną. Mógłby cho­ciaż oszczę­dzić mi...

– Tak, masz ra­cję, do bani, ale ja mu­szę ci coś po­wie­dzieć! Pół dnia na to cze­ka­łam! – Moje znie­cier­pli­wie­nie się­gało ze­nitu.

– Nie mo­głaś mi tego na­pi­sać?

Moje oczy przy­brały roz­miar de­nek od sło­ików, w które bab­cia Kry­sia pa­ko­wała prze­cier z ja­błek ze­bra­nych późną je­sie­nią. Gdy mia­łam gor­szy dzień, sma­żyła górę pu­szy­stych na­le­śni­ków i nie szczę­dziła swo­ich za­pa­sów jabł­ko­wego złota, byle po­pra­wić mi hu­mor. Ślinka po­cie­kła mi na samo wspo­mnie­nie, ale szybko przy­wo­ła­łam się do po­rządku. To, co mia­łam do po­wie­dze­nia Ance, za­słu­gi­wało na oso­bi­ste prze­ka­za­nie, a nie przez ja­kieś tam mes­sen­gery!

– Jakby to nie była taka pe­tarda, to z pew­no­ścią bym ci to na­pi­sała. – Za­wie­si­łam na chwilę głos, da­jąc przy­ja­ciółce szansę na po­czu­cie choćby odro­biny eks­cy­ta­cji. Spo­rych roz­mia­rów ru­mieńce, obej­mu­jące na­wet szyję Anki, były jed­nak ra­czej wy­ni­kiem od­le­gło­ści, którą mu­siała po­ko­nać z rynku, aby się ze mną spo­tkać. Je­dy­nie brew drgnęła jej odro­binę. Poza tym nie do­strze­głam żad­nych oznak pod­eks­cy­to­wa­nia. Za to ja po­de­rwa­łam się z ławki. – Nie je­steś cie­kawa?– za­py­ta­łam z wy­rzu­tem. – Chyba fak­tycz­nie nie­po­trzeb­nie tyle cze­ka­łam. Mo­głam ci to na­pi­sać, skoro i tak masz to w no­sie.

– Zuza? Se­rio? Gna­łam tu z peł­nym żo­łąd­kiem, w upale. My­ślisz, że będę ska­kać i kla­skać w dło­nie w ocze­ki­wa­niu, aż sprze­dasz mi tę re­we­la­cję? Wy­rzuć to po pro­stu z sie­bie. – Anka po­ło­żyła dłoń na brzu­chu w zbyt te­atral­nym jak dla mnie ge­ście. – Nie mam siły się ru­szać! – do­dała i wle­piła we mnie swoje wiel­kie, błę­kitne oczy.

– Ech! Ty to za­wsze po­tra­fisz za­bić całą ma­gię...

– Nie to nie.

– Oj, do­bra! Już mó­wię! – Za­blo­ko­wa­łam jej dłoń, bo już się­gała po te­le­fon. Pew­nie po to, aby prze­glą­dać Tik­Toka. – No, to trzy­maj się! Du­du­dudu, wer­ble pro­szę! Zna­la­złam staj­nię!

– Staj­nię? No su­per, też znam kilka miej­scó­wek, ale nie ro­bię z tego wiel­kiego halo. – Anka prze­wró­ciła oczami.

– Ale ja zna­la­złam na­szą staj­nię! – Nie wy­trzy­ma­łam i pod­nio­słam głos, ścią­ga­jąc na sie­bie wzrok prze­cho­dzą­cych obok chło­pa­ków. Zresztą cał­kiem przy­stoj­nych. – To zna­czy, nie do końca na­szą, wia­domo, ale taką, w któ­rej bę­dziemy mo­gły jeź­dzić!

– Zuzka, mó­wi­łam ci już, że nie mam kasy na jazdę w szkółce. Może i od ojca coś wy­cią­gnę, bo za­wsze jak ma nową pannę, to ma gest, ale to nie po­trwa długo.

– Anka, nie mó­wię o szkółce! Prze­cież do­brze wiesz, że moja mama też nie jest w sta­nie opła­cać mi lek­cji. Mó­wię o ta­kiej przy­do­mo­wej szkółce jeź­dziec­kiej!

– I że niby gdzie ta staj­nia się znaj­duje? – W końcu do­strze­głam w jej oczach cień za­in­te­re­so­wa­nia. Po chwili jed­nak ścią­gnęła brwi, które po­pra­wiła dziś ja­sno­brą­zową kredką. – Pew­nie na ja­kimś wy­gwiz­do­wie, gdzie nie bę­dziemy w sta­nie do­je­chać. Pa­mię­tasz, już kie­dyś zna­la­złaś ta­kie miej­sce. I co? Po pierw­szej wi­zy­cie mu­sia­ły­śmy iść po zmroku z buta, bo się oka­zało, że nie ma żad­nego po­wrot­nego au­to­busu! – Wstała z ławki i zro­biła krok w moją stronę. – O nie! Nie dam się tak znowu zro­bić. Przy­po­mi­nam ci, że była wtedy zima i zmar­z­łam jak pies!

Za­ci­snę­łam usta, aby nie par­sk­nąć śmie­chem. Do­sko­nale pa­mię­ta­łam tę fe­lerną wy­cieczkę. Na jed­nej z grup na Fa­ce­bo­oku zna­la­złam post pani, która szu­kała po­mocy w stajni w za­mian za jazdy. Nie było to tak da­leko od na­szego mia­sta, za­le­d­wie pięć ki­lo­me­trów. Nie­wiele my­śląc, umó­wi­łam nas na próbny dzień i cała w skow­ron­kach wy­cią­gnę­łam Ankę w tę po­dróż ży­cia. Je­dy­nym pro­ble­mem było to, że otu­ma­niona szczę­ściem za­po­mnia­łam spraw­dzić, o któ­rej od­jeż­dża ostatni po­wrotny au­to­bus. Jak się po­tem oka­zało, za­działo się to pra­wie dwie go­dziny wcze­śniej, niż my po­ja­wi­ły­śmy się na przy­stanku. My­śla­łam, że Anka za­mor­duje mnie z zimną krwią, tym bar­dziej że wa­runki były do tego dość ko­rzystne, bo na dwo­rze pa­no­wał już mrok. Cóż, ura­to­wało mnie chyba tylko to, że zie­mia była tak zmar­z­nięta i przy­kryta czapą śniegu, że Ance nie uda­łoby się wy­ko­pać dołu na zwłoki. Tym oto spo­so­bem na­bi­ły­śmy po­kaźną liczbę kro­ków, bro­dząc w brud­nym śniegu za­le­ga­ją­cym na po­bo­czu, a nogi czu­ły­śmy przez ko­lejny ty­dzień. Żadna z nas nie miała śmia­ło­ści za­dzwo­nić po ro­dzi­ców, któ­rzy oczy­wi­ście na­wet nie zda­wali so­bie sprawy z na­szej zi­mo­wej eska­pady na ko­nie. Cóż. Tym ra­zem mia­łam asa w rę­ka­wie.

– Ale ta staj­nia znaj­duje się tu!

– Tu? – Anka za­to­czyła ręką koło, prze­śli­zgu­jąc wzro­kiem po ob­szer­nym traw­niku za na­szymi ple­cami i sze­ro­kiej alejce przed nami. – Nie wi­dzę tu żad­nej stajni.

– Prze­stań się zgry­wać – prych­nę­łam i po­cią­gnę­łam ją na ławkę. Od­pa­li­łam mapę w te­le­fo­nie. – Wi­dzisz? – Po­stu­ka­łam pa­znok­ciem w ekran. – Obrzeża mia­sta. Na­szego mia­sta!

Anka przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wała się w ob­raz wy­świe­tlany na moim smart­fo­nie. Ode­brała mi urzą­dze­nie i kil­ku­krot­nie od­da­liła oraz przy­bli­żyła mapę, jakby chciała się upew­nić, że wpi­sa­łam w wy­szu­ki­warkę od­po­wied­nie mia­sto.

– Nic ci się nie po­my­liło?

– Nie.

– Je­steś pewna? To na pewno Le­gnica? Nie Let­nica albo ja­kaś Lech­nica?

– Ist­nieją w ogóle ta­kie mia­sta?

– Z tobą wszystko jest moż­liwe – mruk­nęła i od­dała mi te­le­fon. Naj­wy­raź­niej nie do końca była prze­ko­nana. – Skąd wiesz o tym miej­scu?

– Se­rio, to jest dla cie­bie naj­waż­niej­sze? – Po­cią­gnę­łam ją za ło­kieć, da­jąc sy­gnał do pod­nie­sie­nia się z ławki, i skie­ro­wa­łam nas w stronę cen­trum, do któ­rego przez park szło się za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut. – Ko­le­żanka mamy z pracy wie, jak je­stem za­fik­so­wana na punk­cie koni...

– A kto nie wie...

– I po­wie­działa, że jej wu­jek zna ta­kiego męż­czy­znę, od któ­rego bie­rze obor­nik na działkę – cią­gnę­łam, nie­zra­żona uwagą i cięż­kim kro­kiem przy­ja­ciółki. – No i za­ła­twiła mi nu­mer te­le­fonu do niego! W sen­sie do tego pana od koni, nie do wujka ko­le­żanki mamy, żeby była ja­sność.

– Do­my­śli­łam się.

– Su­per, że na­dą­żasz z my­śle­niem, bo je­śli cho­dzi o po­ru­sza­nie no­gami, to kiep­sko ci idzie.

– Już mó­wi­łam, że ob­żar­łam się jak świ­nia! Nie mam siły. Po co mnie tam cią­gniesz?

– Ci­cho, te­raz się skup! – po­le­ci­łam Ance, pró­bu­jąc po­przez cią­gnię­cie za rękę za­chę­cić ją do szyb­szego mar­szu. – Umó­wi­łam nas na ju­tro! Uhu! Dla­tego mu­simy to uczcić. Naj­le­piej lo­dami!

– Lody? Ju­tro?

– Nie! Lody dziś, za­raz, te­raz! – Moja za­chęta chyba za­dzia­łała, bo Anka wy­rwała do przodu. – A ju­tro staj­nia. Z sa­mego rana. Pój­dziesz tam ze mną, prawda? – Moc­niej ści­snę­łam jej dłoń.

Nie od­po­wie­działa od razu, bo roz­dzie­liła nas grupka nie­miec­kich tu­ry­stów w po­de­szłym wieku. Ro­ze­szły­śmy się, każda na prze­ciw­le­głą stronę alei. By­łam pełna obaw. My­śla­łam, że Anka za­re­aguje na te no­winy więk­szym en­tu­zja­zmem, a wy­cho­dziło na to, że to wzmianka o lo­dach wzbu­dziła w niej wię­cej emo­cji. Wes­tchnę­łam. Wpraw­dzie lu­biła ko­nie, jazda też jej się po­do­bała, jed­nak nie miała na punk­cie tych zwie­rząt ta­kiego świra jak ja. W su­mie to dzięki mnie za­in­te­re­so­wała się jeź­dziec­twem, ale nie miała po­trzeby spę­dza­nia w stajni każ­dej wol­nej chwili, w prze­ci­wień­stwie do mnie. No do­bra, ja w su­mie też do tej pory nie mia­łam oka­zji, aby w ja­kiej­kol­wiek stajni spę­dzać cały swój wolny czas, ale wie­dzia­łam, że tak by to u mnie wy­glą­dało, gdy­bym zna­la­zła ja­kąś, w któ­rej mogę po­ma­gać. A wy­cho­dziło na to, że wła­śnie się udało. Chyba. Tak na­prawdę miało się to oka­zać do­piero ju­tro, ale ja już się ba­łam, że Ania straci za­pał. Co in­nego od czasu do czasu iść gdzieś na jazdę, gdy aku­rat wpa­dło nam parę gro­szy, a co in­nego przy­kla­snąć wi­zji spę­dze­nia ca­łych, zbli­ża­ją­cych się wiel­kimi kro­kami wa­ka­cji w to­wa­rzy­stwie koni i z wi­dłami w ręku, wy­rzu­ca­jąc obor­nik.

– To jak? Pój­dziesz? – spy­ta­łam po­now­nie, gdy tylko mi­nę­ły­śmy tę prze­klętą grupę, która zda­wała się nie mieć końca.

– No a co? Mam nie iść? A na te lody to gdzie?

– Do Cy­na­monu.

– Dla­czego tam? Nie ma żad­nych bli­żej?

– Ania! Czy ty mo­żesz się przez chwilę sku­pić?

– Prze­cież je­stem sku­piona! – Jej głos był pe­łen pre­ten­sji, a na po­licz­kach znów po­ja­wił się ru­mie­niec.

Cie­kawe, czy po­sma­ro­wała się kre­mem z fil­trem, prze­szło mi przez myśl. Przy jej ja­snej ce­rze wy­star­czyła odro­bina słońca, aby spie­kła się na raka.

– Halo! I kto tu od­pływa my­ślami?

– Ania! – jęk­nę­łam prze­cią­gle, przy­le­ga­jąc do jej ra­mie­nia. – Bo mi bar­dzo za­leży. Chcę, że­byś cho­dziła tam ze mną. Chcę, że­by­śmy ra­zem jeź­dziły po usła­nej kwia­tami łące, ła­piąc wiatr we włosy. Chcę, że­by­śmy uczyły się no­wych rze­czy i prze­ży­wały nie­sa­mo­wite przy­gody!

– Na­czy­ta­łaś się chyba zbyt dużo He­ar­tlandu.

Prze­wró­ci­łam oczami, cho­ciaż nie mo­głam od­mó­wić jej ra­cji. W mo­jej bi­blio­teczce znaj­do­wały się chyba wszyst­kie do­stępne na pol­skim rynku po­zy­cje, które choć w ma­łym stop­niu za­ha­czały o ko­nie.

– Ale już po­wie­dzia­łam, że będę z tobą cho­dzić, z tym że chcia­łam ci, ko­chana, przy­po­mnieć, że jest jesz­cze rok szkolny, więc tro­chę bę­dziesz mu­siała po­cze­kać na te swoje przy­gody. Trzeba po­pra­wić oceny...

– Chyba żar­tu­jesz? Co ty chcesz w ciągu mie­siąca po­pra­wiać? Prze­cież bę­dziesz miała świa­dec­two z czer­wo­nym pa­skiem!

– Ja tak. – Wi­dzia­łam, jak su­ge­styw­nie unosi brwi.

Prze­szły­śmy przez ulicę, która sta­no­wiła jedną z gra­nic parku. Mi­nę­ły­śmy oku­po­waną o tej go­dzi­nie re­stau­ra­cję, gdzie pra­cow­nicy do­sta­wiali wła­śnie ko­lo­rowe krze­sła na ze­wnątrz, tuż przy sta­wie, który no­sił szumną na­zwę Ko­ziego. Do tej pory nie wie­dzia­łam, dla­czego tak na­zwano ten sztuczny zbior­nik znaj­du­jący się nie­mal w cen­trum mia­sta.

– Pff! – Szybko za­ła­pa­łam, co miała na my­śli. – Jest jak jest, nie mam za­miaru już za­wra­cać so­bie głowy szkołą. Je­śli my­śla­łaś, że twoja uwaga sprawi, że usiądę do na­uki w cza­sie, gdy mogę iść do stajni, to chyba kiep­sko mnie znasz.

– No wła­śnie chyba znam cię aż za do­brze – wes­tchnęła i pchnęła prze­szklone drzwi mo­jej ulu­bio­nej cu­kierni. – Lody ty sta­wiasz – za­strze­gła jesz­cze, sku­pia­jąc się na sma­kach wy­pi­sa­nych białą kredą na czar­nej ścia­nie za ple­cami mło­dej eks­pe­dientki. – Twoja mama ra­czej nie bę­dzie za­do­wo­lona, gdy zo­ba­czy twoje świa­dec­two – cią­gnęła, a ja mi­mo­wol­nie prze­wró­ci­łam oczami.

– Moją mamą się nie przej­muj, nie jest tak kry­tyczna jak ty. Dwie tróje to nie jest ja­kiś wielki dra­mat.

– Po­pro­szę jedną gałkę o smaku sło­nego kar­melu i jedną mię­tową.

– A dla pani?

Drgnę­łam, sły­sząc, jak nieco star­sza ode mnie dziew­czyna na­zywa mnie pa­nią. Dziw­nie to za­brzmiało, ale spra­wiło, że dum­nie pod­nio­słam głowę.

– Dla mnie bę­dzie kin­der bu­eno. – Cze­ka­łam na swoją por­cję, pod­czas gdy Anka udała się już na ze­wnątrz, aby za­jąć sto­lik. – Dzię­kuję bar­dzo. – Za­pła­ci­łam i rów­nież wy­szłam na dwór, gdzie stały okrą­głe sto­liki.

Opa­dłam na krze­sło wy­ło­żone mięk­kimi po­dusz­kami w po­szew­kach ozdo­bio­nych zie­lo­nymi li­śćmi ja­kiejś eg­zo­tycz­nej ro­śliny.

Już po chwili lód za­czął spły­wać mi po pal­cach, po­wstrzy­ma­łam się więc od kon­ty­nu­owa­nia roz­mowy. Sie­dzia­ły­śmy, wy­da­jąc od czasu do czasu po­mruki za­do­wo­le­nia. Gdy Ania schru­pała koń­cówkę swo­jego rożka, sama pod­jęła roz­mowę.

– Czyli za­mie­rzasz wa­ga­ro­wać do końca roku? – Po­słała mi spoj­rze­nie pełne dez­apro­baty.

– A ty nie? – Od­bi­łam pi­łeczkę, ob­li­zu­jąc usta.

– Oczy­wi­ście, że nie! Co roku py­tasz o to samo.

– A ty za każ­dym ra­zem od­po­wia­dasz, że za­mie­rzasz cze­kać do ostat­niego dzwonka, który wy­brzmi w szkole przed ofi­cjal­nym za­koń­cze­niem roku, a i tak od­pusz­czasz i zry­wasz się z lek­cji.

– Naj­wy­raź­niej masz na mnie zły wpływ. – Za­uwa­ży­łam, że le­dwo po­wstrzy­muje uśmiech.

Wie­dzia­łam, że pew­nie tak samo bę­dzie i tym ra­zem. Tra­fiła mi się zdolna przy­ja­ciółka, nie­mal naj­lep­sza uczen­nica w szkole, nie mu­siała więc uczęsz­czać na lek­cje, które te­raz i tak były już luźne jak guma w sta­rych majt­kach. A co lep­sze, nikt ni­gdy nie miał jej tego za złe, na­wet je­śli nie do­star­czała żad­nego sen­sow­nego uspra­wie­dli­wie­nia. Przy­naj­mniej tak było w pod­sta­wówce i w su­mie na­wet na­le­żało spraw­dzić, jak na opusz­cza­nie przez nią za­jęć za­re­agują na­uczy­ciele w na­szym no­wym li­ceum. Tak, to był do­bry ar­gu­ment, który po­win­nam jej przed­sta­wić, je­śli bę­dzie się upie­rać przy swoim.

– Na którą mamy ju­tro być w tej stajni? – spy­tała, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie blade nogi. Już się ba­łam, że nie wróci do tego te­matu.

– O dzie­sią­tej. Po­my­śla­łam, że mo­żesz po mnie wpaść i ra­zem pój­dziemy na przy­sta­nek. Zro­bię nam ka­napki! Weź ja­kieś rze­czy na prze­bra­nie, nie wia­domo, co bę­dziemy tam ro­bić. Jezu! Nie mogę się do­cze­kać! Cie­kawe, ja­kie tam są ko­nie i czy jest plac do jazdy. No i jaki jest wła­ści­ciel...

– Ju­tro się do­wiemy, nie na­krę­caj się już tak. Chodź, pora wra­cać.

Anka, nie cze­ka­jąc na mnie, pod­nio­sła się z krze­sła i ru­szyła w kie­runku parku. Po­ka­za­łam ję­zyk jej ple­com. Ła­two było mó­wić: „Nie na­krę­caj się”! Do koni cią­gnęło mnie od dziecka. Nie wie­dzia­łam, skąd zro­dziła się u mnie ta pa­sja, ale za każ­dym ra­zem, gdy wi­dzia­łam te piękne zwie­rzęta, to serce biło mi dwa razy szyb­ciej. Mama wspo­mi­nała, że mój oj­ciec kie­dyś jeź­dził, ale nie wy­da­wało mi się, aby to mo­gło mieć na mnie ja­kiś wpływ. W końcu ni­gdy o tym nie mó­wił, zresztą – nie pa­mię­tam, kiedy ostatni raz roz­ma­wia­li­śmy...

We­szły­śmy po­now­nie do parku. Na dwo­rze zro­biło się już nieco chłod­niej, z ulgą przy­ję­łam też to, że ze­rwał się wiatr, który de­li­kat­nie za­ko­ły­sał buj­nymi ko­ro­nami drzew. Moje my­śli znowu po­ga­lo­po­wały w kie­runku cze­ka­ją­cego nas ju­tro spo­tka­nia. Wy­obraź­nia pod­su­wała mi ob­razy spor­to­wych, za­dba­nych koni, pięk­nej stajni z pod­łogą wy­ło­żoną starą ce­głą i drzwiami do bok­sów z opa­la­nych de­sek. Od­by­wa­łam wła­śnie wir­tu­alny spa­cer we wła­snej gło­wie po miej­scu, któ­rego ni­gdy nie wi­dzia­łam na oczy. Po chwili już sie­dzia­łam na grzbie­cie ko­nia o lśnią­cej i ciem­nej jak nocne niebo sier­ści. Pę­dzi­łam w peł­nym ga­lo­pie po łące, któ­rej ko­niec le­dwo do­strze­ga­łam gdzieś na ho­ry­zon­cie. Pęd po­wie­trza wy­ci­skał mi łzy z oczu i do­piero ner­wowe za­rzu­ce­nie głową ru­maka zwró­ciło moją uwagę na ma­ja­czącą w od­dali plamę. Na­gle, nie wia­domo skąd, nad­cią­gnęły ciemne chmury, opa­tu­la­jąc całe niebo. Błysk roz­dzie­ra­jący mroczną prze­strzeń uka­zał to, do czego się zbli­ża­łam. Przed oczami mi­gnęła mi syl­wetka szczu­płego chło­paka, u któ­rego boku stał siwy koń. Ko­lejny błysk roz­świe­tlił jego twarz. Spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu prze­szyło mnie na wskroś...

Na­gle po­czu­łam mocne szarp­nię­cie za ra­mię. Bar­dzo mocne!

– Zu­zia! Halo, Zuza, od­biór! – Anka ze zbyt dużą jak na mój gust ener­gią po­trzą­sała moim cia­łem. – Czy ty w ogóle słu­chasz, co do cie­bie mó­wię?

Za­mru­ga­łam nie­pew­nie, zda­jąc so­bie sprawę, że do­tar­ły­śmy już do żół­tego mo­stu na Ka­cza­wie, która sta­no­wiła gra­nicę parku. W ogóle nie za­re­je­stro­wa­łam dy­stansu, jaki po­ko­na­ły­śmy! Boże! Chyba Anka miała ra­cję, na­czy­ta­łam się zbyt wielu ro­man­si­deł dla na­sto­let­nich mi­ło­śni­czek koni i te­raz wy­obraź­nia pod­su­wała mi ja­kieś sceny ro­dem z tych wła­śnie ksią­żek. Po­trzą­snę­łam głową i zła­pa­łam się roz­grza­nej ba­rierki. Zer­k­nę­łam na le­ni­wie pły­nącą w dole rzekę i wzię­łam głę­boki od­dech. „Opa­nuj swoją wy­obraź­nię, bo kie­dyś sta­nie ci się krzywda”, upo­mnia­łam się w du­chu, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak po­chło­nięta wła­snymi my­ślami mo­gła­bym wpaść na przy­kład pod sa­mo­chód. Ode­pchnę­łam się od ba­rierki, z któ­rej odła­ziła żółta farba, i po­pa­trzy­łam na Anię skru­szo­nym wzro­kiem.

– Prze­pra­szam. To­tal­nie od­pły­nę­łam...

– Nie pierw­szy raz...

– Mo­gła­byś po­wtó­rzyć? Na­prawdę prze­pra­szam! – Zła­pa­łam ją pod ra­mię i znowu ru­szy­ły­śmy, zo­sta­wia­jąc za sobą rzekę, park i moje prze­klęte za­my­śle­nie. – No nie ob­ra­żaj się.

– Nie ob­ra­żam się. Py­ta­łam, czy za­sta­na­wia­łaś się już, co z two­imi uro­dzi­nami. To już za ty­dzień!

– Nic. Już ci mó­wi­łam.

– Ty da­lej się upie­rasz przy tym, że chcesz sie­dzieć w pi­ża­mie i ga­pić się w te­le­wi­zor? – jęk­nęła. Dzi­wi­łam się, dla­czego tak bar­dzo za­leży jej na tym, abym wy­pra­wiła uro­dzi­nową im­prezę. Mu­sia­łam na­piąć ciało, bo po chwili do­dała: – Prze­cież to pięt­nastka, taka pra­wie że okrą­gła liczba! Nie mo­żesz tego olać.

– A niby dla­czego? – Za­trzy­ma­łam się w pół kroku i spoj­rza­łam jej w oczy.

– Pra­wie każdy z na­szej klasy wy­pra­wiał im­prezę z tej oka­zji...

– Ty skoń­czy­łaś już pięt­nastkę, a ja­koś nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym była na two­jej sza­lo­nej im­pre­zie.

Wy­rwa­łam do przodu. Chcia­łam być już w domu, od któ­rego dzie­liło mnie za­le­d­wie kil­ka­set me­trów. Nie mia­łam ochoty na dys­ku­to­wa­nie o tym, dla­czego nie chcia­łam ob­cho­dzić uro­dzin. Ani tych, ani ko­lej­nych. Prze­czu­wa­łam, że Anka nie od­pu­ści, zmu­si­łam się więc do jesz­cze szyb­szego mar­szu, wy­cią­ga­jąc nogi z ta­kim roz­ma­chem jak żoł­nierz pod­czas de­fi­lady. Nie my­li­łam się, Anka po­truch­tała za mną i tym ra­zem to ona zła­pała mnie pod ra­mię, jakby w oba­wie, że za­raz pusz­czę się bie­giem. By­łam go­towa do ta­kiego po­świę­ce­nia!

– Do­brze wiesz, że by­łam wtedy z oj­cem i jego ci­zią na fe­riach – wy­sa­pała.

Chwila ener­gicz­nego mar­szu i zzia­jała się, jakby prze­bie­gła pół­ma­ra­ton. To była moja chwila, aby uciąć te­mat.

– Anka! Po­wie­dzia­łam: nie! Nie mam ochoty or­ga­ni­zo­wać żad­nej im­prezy, za­pra­szać lu­dzi ze szkoły, pa­trzeć, jak się upa­dlają po kilku pi­wach... Tym bar­dziej że z więk­szo­ścią ni­gdy nie za­mie­ni­łam na­wet słowa.

– Kto mówi, że bę­dziemy pić?!

Po­sła­łam jej pełne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nie. Mhm. Już to wi­dzę. Uro­dziny bez al­ko­holu. Na ja­kim ona świe­cie żyła? Na­wet je­śli żadna z nas nie była mi­ło­śniczką na­po­jów wy­sko­ko­wych, to nie mia­łam złu­dzeń, że im­preza by­łaby suto za­kra­piana pi­wem, czy co gor­sza, wódką. Wie­dzia­łam, jak ba­wią się nasi ró­wie­śnicy, i nie mia­łam na to naj­mniej­szej ochoty. Skrę­ci­łam w wą­ską uliczkę, przy któ­rej stał mój dom. Moje wy­ba­wie­nie.

– Nie i ko­niec te­matu.

– Ale, Zu­zia, mo­gła­byś cho­ciaż...

Urwała w pół zda­nia. Za­sko­czona unio­słam wzrok, który do tej chwili wbi­ja­łam w as­falt pod mo­imi sto­pami. Szybko do­strze­głam, co ta­kiego ode­brało mowę mo­jej przy­ja­ciółce.

Mi­gnęła mi bujna czu­pryna mo­jego są­siada, który zaj­mo­wał wła­śnie miej­sce pa­sa­żera w za­par­ko­wa­nym na­prze­ciw mo­jego domu sy­pią­cym się gol­fie. Anka drgnęła, gdy sil­nik za­war­czał groź­nie, a kie­rowca ru­szył z pi­skiem opon. Le­dwo zdą­ży­ły­śmy wsko­czyć na chod­nik, gdy mi­nął nas z pręd­ko­ścią, która z pew­no­ścią w te­re­nie za­bu­do­wa­nym była nie­do­zwo­lona.

– De­bil – mruk­nę­łam, nie wie­dząc wła­ści­wie, czy te słowa kie­ro­wa­łam do kie­rowcy, czy mo­jego są­siada, który ota­czał się tak in­te­li­gent­nymi zna­jo­mymi.

– Ech, bo­ski!

W tym przy­padku nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, o kim mówi Anka. Od kiedy Pa­weł wpro­wa­dził się do domu na­prze­ciwko mo­jego, stał się obiek­tem wes­tchnień mo­jej nie­śmia­łej przy­ja­ciółki. Do­ko­na­łam szyb­kich ob­li­czeń w gło­wie. Tak, od po­nad dwóch ty­go­dni Anka wspo­mi­nała o nim nie­mal co­dzien­nie.

– Cie­kawe, czy ko­goś ma – wes­tchnęła prze­cią­gle, opie­ra­jąc się ple­cami o moją furtkę.

Wle­piła tę­skny wzrok w białą ele­wa­cję domu Pawła, a ja mi­mo­wol­nie prze­wró­ci­łam oczami. Za­raz za­cznie się co­dzienna roz­k­mina, czy Anka ma u niego ja­kie­kol­wiek szanse. No cóż, przy­naj­mniej po­ja­wie­nie się mo­jego przy­stoj­nego, co mu­sia­łam w du­chu przy­znać, są­siada, sku­tecz­nie od­wró­ciło jej uwagę od mo­ich nie­szczę­snych uro­dzin.

– Nie za­uwa­ży­łam, aby krę­ciła się tu ja­kaś la­ska. Tylko ten oto głu­pek, który nas wła­śnie o mało nie roz­je­chał.

– Udało ci się cze­goś o nim do­wie­dzieć? Gdzie cho­dzi do szkoły? W na­szym li­ceum go nie wi­dzia­łam. A może za­cznie tam cho­dzić od przy­szłego roku? W końcu do­piero nie­dawno się prze­pro­wa­dzili...

– To dla­tego masz za­miar cho­dzić do sa­mego końca? – Nie mo­głam po­wstrzy­mać śmie­chu. – Li­czysz na to, że zjawi się tam mie­siąc przed za­koń­cze­niem roku? – Po­pu­ka­łam się pal­cem w czoło, za co bo­le­śnie obe­rwa­łam w ra­mię. Ma krzepę ta dziew­czyna! – No ej, żar­tuję prze­cież! Z tego, co wiem, to Pa­weł cho­dzi do ja­kiejś za­wo­dówki...

– Roz­ma­wia­łaś z nim? – Ode­pchnęła się od bramki, która wy­dała z sie­bie ci­chy jęk, i do­pa­dła do mnie. Od­sko­czy­łam w tył, bo­jąc się, że znowu mi się za coś obe­rwie. – No mów, mów!

– Jezu, uspo­kój się! I bądź ci­szej, bo jesz­cze twoi przy­szli te­ścio­wie cię usły­szą i we­zmą za wa­riatkę. – Wska­za­łam na uchy­lone okno znaj­du­jące się na ganku. – Nie roz­ma­wia­łam. Kilka razy tylko się mi­nę­li­śmy i wy­mie­ni­li­śmy uprzejme „cześć”, nic poza tym. Moja mama wpa­dła na jego ojca i tro­chę pod­py­tała. Nic wię­cej nie wiem, przy­kro mi!

Po­cią­gnę­łam za­suwę, która jak za­wsze za­blo­ko­wała się w po­ło­wie. Szarp­nę­łam furtką, a uparty sko­bel od­sko­czył nie­chęt­nie. Zro­bi­łam krok w stronę domu. Chcia­łam zna­leźć się w swoim po­koju i od­dać się lek­tu­rze ko­lej­nej czę­ści He­ar­tlandu.

– Zmy­kam, ko­chana. Trzeba się wy­spać. Ju­tro czeka nas wspa­niały dzień! – przy­po­mnia­łam jej i wy­grze­ba­łam z to­rebki klu­cze. Anka kiw­nęła mi nie­mrawo głową, nie ru­szyła się jed­nak z miej­sca. – Co jest? Bę­dziesz tu cza­to­wać na Pawła czy jak?

– Zu­zia? Bo wiesz, z tymi uro­dzi­nami...

– No nie! Ty znowu, zu­peł­nie jak zdarta płyta...

– Wiesz, my­śla­łam, że może jak­by­śmy wy­pra­wiły ci tę im­prezę – kon­ty­nu­owała, nie­zra­żona moją nie­za­do­wo­loną miną – to mo­gły­by­śmy... To zna­czy ty byś mo­gła... No wiesz, za­pro­sić kilka osób, w tym może też Pawła...

Wcią­gnę­łam gwał­tow­nie po­wie­trze do płuc i ude­rzy­łam się otwartą dło­nią w czoło. Och, czyli o to jej cho­dziło! Że też wcze­śniej na to nie wpa­dłam. Przy­gry­złam wargę. Wi­dzia­łam, jak się czer­wieni, wy­rzu­ca­jąc to w końcu z sie­bie. Cho­lera! Chyba fak­tycz­nie jej na tym za­leży... Z tym że to­tal­nie nie po­krywa się to z mo­imi pla­nami, w któ­rych jest je­dy­nie se­ans fil­mowy z mi­ską po­pcornu. W sa­mot­no­ści.

– Ania... Wiesz, że ja nie ob­cho­dzę uro­dzin. – Ką­ciki ust opa­dły jej tak bar­dzo, że mia­łam wra­że­nie, że do­tkną za­raz roz­grza­nego as­faltu. Nie. Tylko nie ta jej ża­ło­sna mina! – Po­my­ślę, do­brze? – za­py­ta­łam nie­pew­nie, łu­dząc się, że jed­nak mach­nie ręką i od­mówi.

Nie­stety, tak się nie stało. W jed­nej chwili zna­la­zła się przy mnie i za­mknęła mnie w swo­ich sil­nych ra­mio­nach.

– Dzię­kuję! Zuza, je­steś naj­lep­sza! Je­śli to zro­bisz, to obie­cuję, że przez całe wa­ka­cje, a na­wet i dłu­żej, będę cho­dzić z tobą na te ko­nie, na­wet je­śli mia­ła­bym wsta­wać o świ­cie i całe dnie wy­wa­lać obor­nik!

– Cie­kawe, jak znaj­dziesz wtedy czas na randki z Paw­łem – wy­sa­pa­łam, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. Mu­sia­łam przy­znać, że jej oferta była cał­kiem ku­sząca. – No już! Pusz­czaj, bo zła­miesz mi że­bra. Po­wie­dzia­łam, że się za­sta­no­wię, a nie, że już się zgo­dzi­łam – za­strze­głam, gdy w końcu się wy­swo­bo­dzi­łam.

– Ja­sne! Lecę, że­bym fak­tycz­nie nie za­spała.

Ru­szyła w pod­sko­kach, a jej blond ku­cyk ska­kał z le­wej na prawą. Po raz ko­lejny prze­wró­ci­łam oczami i skry­łam się w końcu w domu. Całą dzi­siej­szą ra­dość po­psuła mi nieco myśl o zbli­ża­ją­cych się uro­dzi­nach, o któ­rych nie chcia­łam pa­mię­tać. Na do­da­tek te­raz nie będę już po­tra­fiła od­mó­wić Ani, skoro zna­łam praw­dziwy po­wód, dla któ­rego tak jej na tym za­le­żało.

– A już my­śla­łam, że tak bar­dzo chce świę­to­wać ko­lejny rok mo­jego stą­pa­nia po tym pa­dole łez – rzu­ci­łam do swo­jego od­bi­cia w lu­strze wi­szą­cym na­prze­ciwko drzwi wej­ścio­wych. Roz­czo­chra­łam pal­cami po­skle­janą od potu grzywkę i prze­krę­ci­łam klucz w drzwiach.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki