Zaśpiewaj tylko dla mnie - Weronika Tomala - ebook
NOWOŚĆ

Zaśpiewaj tylko dla mnie ebook

Weronika Tomala

4,7

136 osób interesuje się tą książką

Opis

Od tego momentu już nic nie będzie takie jak wcześniej. 
To była najstraszniejsza noc w życiu Gai. Gdy zrozpaczona dziewczyna myślała, że to już koniec, w ostatniej chwili na jej drodze stanął jednak mężczyzna, który miał odmienić jej życie. 
Pochodzą z zupełnie różnych światów i na pozór nic ich nie łączy. Wkrótce jednak przyciąganie między tymi dwojgiem staje się tak silne, że nic nie będzie w stanie go powstrzymać.
Dla obojga zaczyna się szalona jazda bez trzymanki. Dokąd ich zaprowadzi? Czy pokonają przeszkody piętrzące się na ich wspólnej drodze? Czy czeka ich happy end?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Irenaira

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała książka. Przyciąga niesamowicie od samego początku. Ciężko mi było się od niej oderwać jak już zaczęłam czytać. Jestem szczęśliwa że mogłam przeczytać kolejną książkę która dała mi wiele wzruszeń podczas czytania.
00
Olazd

Dobrze spędzony czas

Zabrakło mi w epilogu odwołania się do sprawy z bratem i wyjaśnienia rodzinie.
00



Co­py­ri­ght © We­ro­nika To­mala Co­py­ri­ght © 2025 by Lucky
Pro­jekt okładki: Ilona Go­styń­ska-Rym­kie­wicz
Źró­dło ob­razu: Tino i DRONE QU­EST (stock.adobe.com)
Skład i ła­ma­nie: Mi­chał Bog­dań­ski
Re­dak­cja i ko­rekta: Bar­bara Ramza-Ko­ło­dziej­czyk
Wy­da­nie I
Ra­dom 2025
ISBN 978-83-68261-57-8
Wy­daw­nic­two Lucky ul. Że­rom­skiego 33 26-600 Ra­dom
Dys­try­bu­cja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: kon­takt@wy­daw­nic­two­lucky.plwww.wy­daw­nic­two­lucky.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

W nocy sny mó­wią to, co skrywa dzień.

Tho­mas Browne

.

Nie jest ten biedny, kto po­siada mało, lecz ten,kto stale pra­gnie mieć wię­cej.

Se­neka Star­szy

Mar­le­nie Kon­sek, Adze Da­niel, Be­acie Bar­czyk, Ma­rze­nie Ty­choń, Ewie Krau­ze­wicz, Ma­dzi Ca­łej, Kasi Cha­bło, Ani Ogłoszce, Ani Pa­pierz, Kasi Dzię­gie­lew­skiej, Ma­rze­nie Opale i Ire­nie Ko­zan

Moim Dziew­czy­nom

Roz­dział 1

Gaja

Par­kiet drży pod no­gami, kiedy z wiel­kich ko­lumn usta­wio­nych przy sta­no­wi­sku DJ-a raz po raz wy­do­by­wają się gło­śne dźwięki basu. Tań­czę z pu­stą szklanką w dłoni na­prze­ciw męż­czy­zny, który tego wie­czoru bez­ce­re­mo­nial­nie za­pro­po­no­wał mi drinka. Rzadko się na to go­dzę. W za­sa­dzie ni­gdy. Mam swoje za­sady, a wła­ści­wie jesz­cze go­dzinę temu są­dzi­łam, że ist­nieją. Po­sta­no­wi­łam je zła­mać, kiedy fa­cet z na­prawdę szcze­rym uśmie­chem po­wie­dział mi, że mam atrak­cyjne do­łeczki w po­licz­kach. Ewe­ne­ment. Prę­dzej spo­dzie­wa­ła­bym się spro­śnego ko­men­ta­rza na te­mat in­nych par­tii ciała, tych znacz­nie po­ni­żej głowy. Tak naj­czę­ściej bywa w przy­padku chło­pa­ków bę­dą­cych mo­imi ró­wie­śni­kami. Dla­tego po­sta­no­wi­łam dać szansę temu go­ściowi. Poza tym prze­zor­nie po­de­szłam z nim do baru i ode­bra­łam pro­po­no­wany na­pój nie­malże od sa­mego bar­mana.

Roz­glą­dam się do­okoła. Wi­dzę ko­le­żankę, z którą tu­taj przy­szłam. Bawi się w naj­lep­sze w ra­mio­nach chło­paka z na­szej uczelni. Może w końcu też po­win­nam za­cząć ko­rzy­stać z ży­cia? Spo­śród setki róż­nych osób, które się tu­taj znaj­dują, znaczną część ko­ja­rzę, i to nie dla­tego, że je­stem by­wal­czy­nią klu­bów. Lo­ka­to­rzy aka­de­mika, w któ­rym przez trzy lata miesz­ka­łam i ja, naj­wy­raź­niej po pro­stu upodo­bali so­bie tę dys­ko­tekę.

Po­wra­cam wzro­kiem do męż­czy­zny sto­ją­cego na­prze­ciwko mnie. Mrużę oczy, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie jego imię, ale w za­sa­dzie na­wet nie wiem, czy w ogóle się przed­sta­wił. Wy­gląda tro­chę ina­czej niż więk­szość obec­nych tu­taj fa­ce­tów. Może po­wo­dem są ele­ganc­kie spodnie i ciemny golf za­miast zwy­kłego T-shirtu? W każ­dym ra­zie ma klasę. Wy­soki, ciem­no­włosy, z jedną dło­nią we­pchniętą w kie­szeń wwierca we mnie spoj­rze­nie. Chyba nie prze­stał mi się przy­glą­dać, od kiedy we­szli­śmy ra­zem na par­kiet. To tro­chę krę­pu­jące. Uśmie­cha się, pod­cho­dzi do mnie i wyj­muje mi z ręki pu­stą szklankę. Kła­dzie dłoń na mo­ich ple­cach i za­czyna bu­jać się ze mną w rytm mu­zyki. Nie ukry­wam, że robi się cał­kiem przy­jem­nie.

Za­sta­na­wiam się nad tym, dla­czego wy­brał aku­rat mnie, bo prze­cież na­prawdę ni­czym się nie wy­róż­niam. Pro­ste dżinsy, biały, do­pa­so­wany top, który nie od­sła­nia ani brzu­cha, ani tym bar­dziej de­koltu. To skromny strój na tle ra­czej roz­ne­gli­żo­wa­nego tłumu. Moje brą­zowe włosy już też z pew­no­ścią zdą­żyły się zmierz­wić po tym, jak w domu nie do końca sta­ran­nie po­trak­to­wa­łam je pro­stow­nicą.

– Chyba nie by­wasz tu­taj zbyt czę­sto, co? – Męż­czy­zna prze­rywa mi my­śle­nie.

Od­chy­lam się i spo­glą­dam mu pro­sto w oczy. W bla­sku stro­bo­sko­pów do­strze­gam, że są szare. Wcze­śniej nie mia­łam oka­zji przy­glą­dać się mu z tak bli­ska.

– Nie chcę za­brzmieć zbyt nudno, ale zwy­kle nie mam na to czasu.

– Stu­dia? – do­cieka.

– Stu­dia, praca – wy­mie­niam i przy­po­mi­nam so­bie o ju­trzej­szej roz­mo­wie, na któ­rej mu­szę zja­wić się w do­brej for­mie. – To zna­czy... praca jesz­cze do nie­dawna. Za­mknięto re­stau­ra­cję, w któ­rej by­łam za­trud­niona. Więc – wzru­szam ra­mio­nami – chwi­lowo je­stem bez­ro­botna. Mam na­dzieję, że to nie po­trwa zbyt długo. – Jesz­cze parę dni temu przy­wo­ła­nie tego te­matu do­pro­wa­dzało mnie do łez. Te­raz czuję tylko nie­przy­jemny, ale przej­ściowy ucisk w żo­łądku. Mu­szę zna­leźć coś no­wego, żeby ja­koś się utrzy­mać w mie­ście. Moi ro­dzice żyją skrom­nie, więc ni­gdy nie ośmie­li­ła­bym się pro­sić ich o ja­kie­kol­wiek pie­nią­dze. Zresztą skąd mie­liby je wziąć? Prze­pro­wadzka do Kra­kowa to był tylko i wy­łącz­nie mój po­mysł, więc to ja mam obo­wią­zek po­no­sić kon­se­kwen­cje ta­kiej de­cy­zji.

– Z taką bu­zią na pewno coś szybko znaj­dziesz – kom­ple­men­tuje mnie, a ja nie wiem, co mam mu od­po­wie­dzieć. Po­dobne sy­tu­acje są dla mnie nie­zręczne. Opusz­czam wzrok, ale tylko na chwilę.

– Są­dzę, że mam inne za­lety, które na­prawdę mogą przy­dać się w... – Milknę. Marsz­czę czoło, bo na­gle za­czyna mi się krę­cić w gło­wie. – W pracy – koń­czę. Przy­trzy­muję się ra­mie­nia nie­zna­jo­mego i zer­kam w bok. Dziwne. Pró­buję zro­zu­mieć, co się ze mną dzieje. Ale to chyba nie ze mną. To ko­lory wo­kół mnie na­gle stają się żyw­sze. Wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­łam. I ta mu­zyka. Zmie­niła brzmie­nie. Te­raz jest bar­dziej płynna. Jakby bar­dziej spójna. Zde­cy­do­wa­nie gło­śniej­sza.

– Zmie­nił się DJ? – wy­pa­lam gło­śno.

Oboje z nie­zna­jo­mym spo­glą­damy w stronę źró­dła dźwięku.

– Nie. Dla­czego? – od­po­wiada mi i zerka na mnie po­dejrz­li­wie.

Kręcę głową. Wła­ści­wie sama nie wiem, dla­czego o to za­py­ta­łam. Za­czy­nam się śmiać, w za­sa­dzie bez po­wodu. Chyba zwa­rio­wa­łam. Fa­cet po­my­śli, że je­stem głu­pia. Nie­ważne. Mogę się śmiać i ba­wić. Za­my­kam oczy i za­czy­nam wić się w rytm ko­lej­nych ude­rzeń wy­do­by­wa­ją­cych się z ko­lumn. Czuję je każdą ko­mórką ciała, jak­by­śmy z mu­zyką two­rzyły zsyn­chro­ni­zo­waną jed­ność. Dźwięki prze­ni­kają mnie na wskroś. Jesz­cze ni­gdy nie tań­czyło mi się tak do­brze. Tak in­ten­syw­nie.

– Wszystko w po­rządku? – sły­szę głos nie­zna­jo­mego. Jest mę­ski. Głę­boki i po­cią­ga­jący. Pró­buje się prze­bić przez mu­zykę.

– Nie wiem – od­po­wia­dam, bo tak się wła­śnie czuję. Nie­co­dzien­nie. Znów za­czy­nam chi­cho­tać, bo cały ten wie­czór wy­daje mi się za­bawny. Śmieję się chyba sama z sie­bie. Na­gle dłoń nie­zna­jo­mego za­czyna prze­su­wać się po mo­ich ple­cach. Prze­cho­dzi mnie przy­jemny dreszcz. Prze­staję re­cho­tać i wcią­gam po­wie­trze.

– Kto to ma wie­dzieć, jak nie ty? – kon­ty­nu­uje tę bez­sen­sowną gadkę.

– Ty – przy­gry­zam wargę. – Słabo mi. – Opie­ram głowę o jego klatkę pier­siową. Dziw­nie się czuję. Nie je­stem zmę­czona, wręcz prze­ciw­nie. Ogar­nia mnie ja­kieś nie­ty­powe po­bu­dze­nie, a przy tym kręci mi się w gło­wie. A prze­cież wy­pi­łam tylko jed­nego drinka.

– Chcesz wyjść? – pyta on. Przy­trzy­muję się jego ra­mie­nia i bu­jam na boki, bo nie po­tra­fię ustać w miej­scu. Ki­wam głową, że tak. Choć sama nie wiem, czego w tym mo­men­cie naj­bar­dziej chcę.

Męż­czy­zna ła­pie mnie za rękę i cią­gnie za sobą. Prze­ci­skamy się przez tań­czą­cych lu­dzi. Ktoś śmier­dzi po­tem. Wzdry­gam się, ale za­pach szybko znika. Kiedy do­cie­ramy do roz­sta­wio­nych pod ścia­nami bok­sów, przy­staję, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę nie­zna­jo­mego.

Pa­trzy na mnie zdzi­wiony i wy­cze­ku­jąco pod­nosi brew.

– Ja na­wet nie wiem, jak ty masz na imię. – Roz­kła­dam bez­rad­nie wolną rękę i wzru­szam ra­mio­nami. – Nie pa­mię­tam, czy mi to wcze­śniej mó­wi­łeś.

Par­ska śmie­chem.

– A jak byś mnie na­zwała? – od­po­wiada py­ta­niem na py­ta­nie.

– Nie wiem. Oskar? – su­ge­ruję.

– Może być – po­ta­kuje i ru­sza da­lej, wciąż trzy­ma­jąc moją dłoń. Jest za­gad­kowy. Cały ten wie­czór taki się wy­daje. Może po­win­nam zo­stać w klu­bie i po­szu­kać Kasi. Zer­kam w bok, ale wszy­scy lu­dzie zle­wają się w jedną bez­kształtną masę. Nie roz­po­znaję ni­kogo. To­talny chaos.

Wy­cho­dzimy na ze­wnątrz. Jest błogo. Let­nie po­wie­trze wy­daje się rześ­kie. Do­piero te­raz uświa­da­miam so­bie, jak w klu­bie było mi duszno. Te­raz od­dy­cham pełną pier­sią.

– Do­kąd idziemy? – do­py­tuję, kiedy orien­tuję się, że nie­zna­jomy vel Oskar cią­gnie mnie w stronę par­kingu. – Bo chyba nie do sa­mo­chodu! – Znów za­czy­nam się śmiać. Dzi­wię się sama so­bie, że po­tra­fię być wy­lu­zo­wana. Na co dzień sto pro­cent roz­sądku, a te­raz bez­tro­ska wy­daje mi się dzie­cin­nie pro­sta. Gdyby jesz­cze nie te za­wroty głowy, by­łoby na­prawdę cu­dow­nie. W końcu ja, Gaja Ryb­ska, po­tra­fię się ba­wić! – Cze­kaj. – Znów przy­staję w miej­scu. Wszystko do­okoła wi­ruje jesz­cze szyb­ciej niż przed chwilą. Mam wra­że­nie, że na mo­ment tracę od­dech. Pusz­czam dłoń nie­zna­jo­mego. Po­chy­lam się i opie­ram ręce na udach.

– Jest do­brze. – Jego głos po­brzmiewa gdzieś nade mną. Działa uspo­ka­ja­jąco. – Też tak cza­sami mam, kiedy prze­by­wam w tłu­mie. To dla­tego. – Znów chwyta moją dłoń. Chyba ma ra­cję. Pro­stuję się, a wtedy on po pro­stu bie­rze mnie na ręce.

– Prze­stań, wa­ria­cie – śmieję się, ale nie wy­ry­wam. Nie mam za­miaru. Opla­tam rę­kami jego szyję. Czuję się lekka jak piórko. Fi­zycz­nie i men­tal­nie. Zero trosk. Jakby to nie było moje ży­cie.

Mija chwila, do­cie­ramy do ja­kie­goś bia­łego auta. Rze­komy Oskar sta­wia mnie na ziemi i za­czyna grze­bać w kie­szeni spodni. Chwilę po­tem ze sto­ją­cego przed nami po­jazdu do­ciera cha­rak­te­ry­styczny od­głos od­blo­ko­wy­wa­nia drzwi. Mu­siał na­ci­snąć gu­zik na pi­lo­cie.

Przy­glą­dam się bu­dyn­kom sto­ją­cym wo­kół mnie. Wy­dają się tak bar­dzo obce, choć prze­cież ode­szli­śmy od klubu za­le­d­wie ka­wa­łek. Wtedy ciem­no­włosy nie­zna­jomy kła­dzie dłoń na moim po­liczku i za­czyna mnie ca­ło­wać. Wszystko dzieje się tak szybko. Nie mam czasu na to, by za­re­ago­wać. Je­stem za­mro­czona, ale wiem jedno. Chcę tego. Wła­ści­wie... chyba tego chcę. Już tak dawno nie by­łam z ni­kim bli­sko. Nie mia­łam na to czasu. Dziś jest mój dzień.

Nie­zna­jomy vel Oskar otwiera drzwi sa­mo­chodu i po­maga mi wsiąść. Opa­dam na skó­rzany fo­tel, a do mo­ich noz­drzy do­ciera za­pach luk­susu. Ba­na­nowe fo­tele, ba­na­nowa de­ska roz­dziel­cza, chro­mo­wane wy­koń­cze­nia. Sunę po nich pal­cem. Matko Bo­ska! Kok­pit tego auta chyba nie­wiele różni się od kok­pitu sa­mo­lotu. Wszystko się tu­taj świeci. Przy­my­kam po­wieki, bo ja­skrawe świa­tełka draż­nią moje oczy, choć ni­gdy do­tąd nie mia­łam pro­blemu z nad­wraż­li­wo­ścią na świa­tło.

Sły­szę od­głos sil­nika. Ru­szamy z miej­sca.

– Do­kąd je­dziemy? – py­tam. W za­sa­dzie nie są­dzi­łam, że w ogóle gdzieś wy­ru­szymy. My­śla­łam, że przy­szli­śmy tu­taj po­sie­dzieć i po­ga­dać w ci­szy. No do­bra, może ewen­tu­al­nie prze­kro­czyć ba­rierę nu­mer je­den. Ale to już zro­bi­li­śmy.

– W fajne miej­sce. – Pa­trzy na mnie przez chwilę, a po­tem na po­wrót kie­ruje wzrok przed sie­bie. Wjeż­dżamy na główną drogę, która o tej po­rze jest nie­mal pu­sta.

Ni­gdy w ży­ciu nie je­cha­łam sama z zu­peł­nie ob­cym ty­pem. W za­sa­dzie nie jest aż tak obcy. Ma na imię vel Oskar.

Kur­czę blade.

To nie jest jego praw­dziwe imię.

– Chyba chcę wy­siąść – mó­wię mu z za­sko­cze­nia. W gło­wie za­pala mi się ja­kaś blada czer­wona lampka.

– No coś ty – śmieje się. Ła­pie mnie za ko­lano i prze­suwa pal­cami wy­żej. – Chcesz coś na uspo­ko­je­nie? – pyta.

– Nie. – Kręcę głową. Nie wiem, czy cho­dzi mu o ta­bletki czy o coś in­nego, ale nie mam za­miaru ni­czym się fa­sze­ro­wać. – Nie je­stem zde­ner­wo­wana.

Vel Oskar na­ci­ska na ja­kiś gu­zik, a wtedy tuż przed mo­imi ko­la­nami za­czyna po­woli otwie­rać się scho­wek. De­li­katna po­świata po­zwala doj­rzeć jego za­war­tość. Wi­dzę puszkę z ener­ge­ty­kiem, ja­kiś spray, per­fumy, Ke­to­nale, Apapy i ja­kieś pu­dełko z ko­lo­rową za­war­to­ścią. Się­gam po nie. O ja cię kręcę! Nie wie­rzę wła­snym oczom.

– To pu­drowe cu­kie­reczki? – do­py­tuję roz­en­tu­zja­zmo­wana z po­wodu ko­lo­ro­wych słod­ko­ści, które pa­mię­tam z lat dzie­ciń­stwa. Tak dawno ich nie wi­dzia­łam.

– Nie! Zo­staw to. – Wy­rywa mi pu­dełko z rąk i wrzuca je z po­wro­tem do schowka. Za­trza­skuje go z im­pe­tem. Jest wy­raź­nie zde­ner­wo­wany, a ja nie ro­zu­miem po­wodu jego na­głego wy­bu­chu zło­ści. Pa­trzę na nie­zna­jo­mego zszo­ko­wana, kiedy po­ciera pal­cami lekko ha­czy­ko­waty nos.

– Do­bra. – Kulę się na przed­nim sie­dze­niu. Nie bar­dzo wiem, jak mam za­re­ago­wać. Kładę rękę na drzwiach, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, czy po pro­stu ich nie otwo­rzyć. Chcę wy­siąść. Dziw­nie się czuję. Jesz­cze go­rzej niż przed­tem. Tro­chę chce mi się wy­mio­to­wać.

– Prze­pra­szam. – Ton jego głosu ła­god­nieje. – To cu­kierki młod­szej ku­zynki. Za­po­mniała je w au­cie, a ja obie­ca­łem, że od­dam pu­dełko w nie­na­ru­szo­nym sta­nie – tłu­ma­czy.

– Okej. – Ki­wam głową. Mógł mi prze­cież o tym po pro­stu nor­mal­nie po­wie­dzieć. Zro­zu­mia­ła­bym, nie je­stem głu­pia.

– Nie bądź zła. Opo­wiedz mi coś o so­bie – pró­buje zmie­nić te­mat. Przy tym włą­cza ra­dio, a z gło­śni­ków roz­lega się głos dzien­ni­ka­rza, który mówi coś o go­rą­cych prze­bo­jach lata.

Nie mogę się sku­pić.

– Mó­wi­łam ci. Stra­ci­łam pracę i ju­tro idę na roz­mowę. Cho­lera... – Znów so­bie o tym przy­po­mi­nam. Naj­póź­niej o ósmej mu­szę być na no­gach, żeby punkt dzie­wiąta sta­nąć pod drzwiami firmy prze­pro­wa­dza­ją­cej re­kru­ta­cję. Być może sprzą­ta­nie ho­telu to nie jest ro­bota ma­rzeń, ale dla stu­dentki, dzie­lą­cej czas mię­dzy na­ukę i pracę, ofe­ro­wane w zgło­sze­niu wy­na­gro­dze­nie wy­daje się szczy­tem tych ma­rzeń. Za­leży mi więc, i to na­prawdę bar­dzo.

– Mo­żesz pod­rzu­cić mnie do domu? – py­tam ni stąd, ni zo­wąd.

– Nie. – Vel Oskar wali pro­sto z mo­stu.

– Słu­cham? – do­py­tuję, bo jego bez­po­śred­niość ścina mnie z nóg, choć wcale na nich nie stoję.

Ła­pię za klamkę i po­cią­gam, po­mimo tego, że auto wciąż mknie po głów­nej dro­dze.

– Ale z cie­bie pa­ni­kara. Chcesz wy­paść i po­ła­mać gnaty? – śmieje się ze mnie, na mo­ment roz­luź­nia­jąc at­mos­ferę. – Pod­wiozę cię pod dom, tylko chcę ci coś naj­pierw po­ka­zać. To nie po­trwa długo – za­po­wiada prze­ko­nu­jąco. Po­woli wy­pusz­czam po­wie­trze z płuc. Po­ta­kuję i zer­kam za okno, a świa­tła wo­kół znów zle­wają się w jedną plamę. – Chyba się tro­chę upi­łaś – za­rzuca mi.

– To nie­moż­liwe. Wy­pi­łam tylko jed­nego drinka. – Milknę na mo­ment. – Choć fak­tycz­nie czuję się tak, jak­bym była mocno wsta­wiona – przy­znaję. Może mam po pro­stu gor­szy dzień. Utrata pracy i emo­cje z tym zwią­zane ostat­nio mocno od­biły się na moim zdro­wiu.

– Więc może jed­nak mam ra­cję – stwier­dza.

Nie od­zy­wam się. Za­wie­szam wzrok w jed­nym punk­cie. W mo­jej gło­wie go­ści wielka pustka. Po eu­fo­rycz­nym śmie­chu, chwili po­żą­da­nia i stra­chu na­de­szła bier­ność. Ogar­nia mnie zu­peł­nie zo­bo­jęt­nie­nie.

Nie wiem, ile czasu mija, nim sa­mo­chód za­czyna wy­raź­nie zwal­niać.

W końcu za­trzy­muje się na do­bre.

W le­sie.

Marsz­czę brwi i spo­glą­dam na vel Oskara.

– Co to za miej­sce? Dla­czego tu­taj sta­nę­li­śmy? – py­tam, bo mię­dzy nami pa­nuje nie­zręczna ci­sza. Do­cho­dzi do mnie, że nie gra już ra­dio. A je­dy­nymi świa­tłami, ja­kie wi­dać w po­bliżu, są te, które emi­tuje biały sa­mo­chód nie­zna­jo­mego.

Nie po­doba mi się to. Co my tu ro­bimy?

– Tu­taj? – Chło­pak uśmie­cha się, ale da­lej mil­czy. Trzyma mnie w nie­pew­no­ści. – Mó­wi­łem ci, że naj­pierw chcę ci coś po­ka­zać.

Szcze­rzy białe zęby, ale w jego oczach nie wi­dać już tej ser­decz­no­ści, co wcze­śniej.

Szar­pię za klamkę, by otwo­rzyć drzwi. Tym ra­zem ustę­puje. Drzwi się otwie­rają, a ja do­słow­nie wy­pa­dam na ze­wnątrz, jak­bym stra­ciła kon­trolę nad wła­snym cia­łem. Szczy­pią mnie ręce. Chyba zdar­łam skórę. Serce za­czyna ło­mo­tać mi w piersi. Chcę wstać, ale nogi od­ma­wiają mi po­słu­szeń­stwa. Prze­cież nie wy­pi­łam aż tyle. Coś jest nie tak! Obej­muję się ra­mio­nami i za­czy­nam się trząść.

Mu­szę wstać. Czym prę­dzej!

Gra­molę się z ziemi, kiedy do­strze­gam zbli­ża­jące się w moją stronę buty. Ele­ganc­kie, czarne, luk­su­sowe mo­ka­syny.

Na­bie­ram po­wie­trza w płuca.

– Ra­tunku! – wrzesz­czę ile sił. Choć mam wra­że­nie, że na­gle mi ich za­bra­kło.

– Nie rób scen – mówi su­cho nie­zna­jomy. Stoi z rę­kami wło­żo­nymi w kie­sze­nie i śmieje się kpiar­sko. – Tu­taj i tak nikt cię nie usły­szy.

Wszystko wo­kół wi­ruje. Leżę na ziemi, a su­cha trawa dra­pie moje łydki.

Czuję ból, ale nie mam siły, żeby się sza­mo­tać. Ktoś spu­ścił ze mnie całe po­wie­trze.

Leżę jak kłoda. Ciało nie ma sił, ale wciąż po­zo­stał mi umysł. Wiem, co się dzieje. Kur­czowo trzy­mam gu­zik spodni, ale nie po­wstrzy­muję męż­czy­zny na długo. Nie dam rady. Je­stem spa­ra­li­żo­wana. Pró­buję wy­łą­czyć my­śle­nie. Sku­piam się na ko­ro­nach igla­stych drzew, które roz­po­ście­rają się nad moją głową.

Ale kiedy las mil­czy, ja krzy­czę w my­ślach. I mo­dlę się o to, by nie czuć już nic.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki