Żona szkodnika - Tatiana Czernawina - ebook

Żona szkodnika ebook

Tatiana Czernawina

5,0

Opis

Wspomnienia żony aresztowanego w sfingowanym procesie rosyjskiego inteligenta. Tatiana Czernawina opisuje urągające ludzkiej godności warunki życia w Rosji bolszewickiej, pobyt w więzieniu i ucieczkę przez zieloną granicę wraz z mężem i synkiem. Nakładem KARTY ukazały się wspomnienia jej męża Władimira Czernawina Zapiski „szkodnika”.

To nie jest polityczna rozprawa, lecz opowieść o sowieckim losie kobiety w czasach terroru. Nie sądzę, aby ktokolwiek z rządzących bolszewików wierzył w mit o „szkodnictwie”, pod sloganem którego krzewi się terror. W sabotaż ogólnie nikt nie wierzył. Ku zdumieniu wszystkich ogłoszono go nowym przejawem walki klasowej, jego ujawnienie stało się częścią wewnętrznej polityki i, jak zawsze przy wypełnianiu dyrektyw politbiura, wcielano ją w życie z maksymalnym zapałem. Owa gorliwość – masowe aresztowania, brutalne przesłuchania, niekiedy wręcz bezwzględne tortury, egzekucje, koszmary łagrów i zesłania – prezentowano tak, jakby były naturalną częścią sowieckiej egzystencji, jak ludożerstwo u kanibali.
Obywatel „najswobodniejszego kraju świata” nie jest człowiekiem, lecz niewolnikiem, gorszym od pańszczyźnianego chłopa. Kimkolwiek by nie była jego żona, jakiejkolwiek pracy by nie wykonywała, traci twarz i staje się „żoną szkodnika”. Tak wiele nas było w więzieniu – staruszek, kobiet, niemalże dziewczynek i moja opowieść o tym, jak byłam żoną „szkodnika”, nie jest wyjątkiem. Pomiędzy mężem zesłanym do sołowieckich łagrów a porzuconym na łaskę losu dzieckiem wlokły się miesiące mojego życia w więzieniu. Podobnie jak wszyscy, żyłam dramatem więzienia i złudnymi radościami, cierpiąc poniżające przesłuchania i marząc o nieosiągalnej wolności.
Tatiana Czernawina, Żona „szkodnika”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (8 ocen)
8
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jawoja

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita relacja żony naukowca, skazanego za "szkodnictwo". Więzienie jego i jej, łagier, brawurowa ucieczka do Finlandii i zderzenie z rzeczywistością, tak różną od sowieckiej biedy i propagandy. Koniecznie.
00

Popularność




W serii ŚWIADECTWA.XX WIEKtakże:

– Dorothy Adams, Amerykańska Polka. Z miłości do mężczyzny i jego kraju

– Tadeusz Bukowy, Trochę szczęścia. Dziesięć lat łagru i zesłania 1945–1955

– Władimir Czernawin, Zapiski „szkodnika”. Wspomnienia więźnia łagrów sołowieckich

– Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

– Václav Havel, Siła bezsilnego. Reportaż z pierwszego uwięzienia

– Heinz Heger, Mężczyźni z różowym trójkątem

– Edward Herzbaum, Między światami. Dziennik andersowca 1939–1945

– Friedrich Kellner, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939–1942

– Stefan Kisielewski, Reakcjonista. Autobiografia intelektualna

– Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918–1959

– Janina Konarska, Dwór na wulkanie. Dziennik ziemianki z przełomu epok 1895–1920

– Hans von Lehndorff, Dziennik z Prus Wschodnich. Zapiski lekarza z lat 1945–1947

– Wolfgang Leonhard, Dzieci rewolucji

– Jan Józef Lipski, Umysł niepodległy. Autobiografia odczytana

– Zbigniew Lubieniecki, Odwet. Polski chłopak przeciwko Sowietom 1939–1946

– Anja Lundholm, Wrota piekieł. Ravensbrück

– Łacińska wyspa. Antologia rumuńskiej literatury faktu

– Jerzy Konrad Maciejewski, Zawadiaka. Dzienniki frontowe 1914–1920

– Anatolij Marczenko, Moje zeznania

– Hans-Jürgen Massaquoi, Neger, Neger... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech

– Aleksander Podrabinek, Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni

– Ksawery Pruszyński, Narrator rzeczywistości. Autoportret odczytany

– Michał Römer, Dzienniki, t. 1: 1911–1913, t. 2: 1914–1915, t. 3: 1916–1919, t. 4: 1920–1930, t. 5: 1931–1938, t. 6: 1939–1945

– Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk

– Michał Sokolnicki, Dziennik ankarski. Wybór z lat 1939–1945

– Michał Sokolnicki, Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896–1919

– Stanisława Sowińska, Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia

– Zigmas Stankus, Jak się zostaje albinosem. Wojna w Afganistanie oczami sowieckiego żołnierza 1979–1981

– Sigrid Undset, Odzyskać przyszłość. Wspomnienia z ucieczki przed totalitaryzmami

– Hanna Świda-Ziemba, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989

– Michael Wieck, Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina

– Wiktor Woroszylski, Dzienniki, t. 1: 1953–1982, t. 2: 1983–1987, t. 3: 1988–1996

Tatiana Czernawina, Żona „szkodnika”. Wspomnienia z życia i ucieczki z ZSRS

Tytuł oryginalny: Pobieg iz GUŁAGa

© by Fundacja Ośrodka KARTA and Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego, 2024

© for the Polish translation by Piotr Tymiński, 2024

REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt

REDAKCJA Miłosz Niewierowicz

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII

SKŁADTANDEM STUDIO

ZDJĘCIE NA OKŁADCE Petersburg, Newski Prospekt, lata 20. Fot. visualhistory.livejournal.com

Wydanie I

Warszawa 2024

ISBN 978-83-66707-96-2

Fundacja Ośrodka KARTAul. Narbutta 29, 02-536 Warszawatel. (48) 22 848-07-12kontakt do wydawnictwa: [email protected]: [email protected]ęgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.plwww.karta org.pl

Fundacja Ośrodka KARTA jest niezależną organizacją pozarządową. Odkrywamy, chronimy i upowszechniamy historię z perspektywy jednostki. Robimy to w taki sposób, że przeszłość staje się źródłem zrozumienia, budujemy wspólnotę obywatelską, wspieramy pojednanie. Tak naprawiamy przyszłość.

Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego jest instytucją państwową z siedzibą w Warszawie działającą rzecz dialogu i porozumienia w stosunkach Polaków z narodami Europy Wschodniej, w szczególności z Ukraińcami, Białorusinami, Gruzinami, Mołdawianami i Rosjanami. Centrum inicjuje projekty wspierające dialog poprzez m.in.: badania naukowe, działalność wydawniczą, zwalczanie stereotypów, przeciwdziałanie dezinformacji, organizowanie konferencji, seminariów, wykładów oraz debat publicznych na temat stosunków Polaków z narodami Europy Wschodniej. (więcej: www.mieroszewski.pl)

WSTĘP

Ta książka jest autobiografią, mogę bowiem mówić tylko o sobie, nie narażając nikogo na więzienie i zsyłkę. Mój los nie różni się jednak od losów tysięcy innych kobiet z inteligencji. Wszystkie od dzieciństwa przeszłyśmy wielką szkołę, aby wyrobić w sobie kulturę, niezbędną nie tylko nam samym, ale i krajowi, któremu pragnęłyśmy służyć swą pracą. Żadna z nas nie była wroga rewolucji i wiele z zapałem poświęcało swe siły budowie nowego porządku. A jednak większości z nas przyszło doświadczyć podobnego: głodu, kiedy nie było czym wykarmić dziecka, wojny domowej, gdy nie było gdzie ukryć go przed kulami, wreszcie więzienia i zsyłki.

Oczywiście jeśli specjalistów, gdy już ich rękami zbudowano wszystko, co można nazwać osiągnięciami rewolucji, uznano za „szkodników”, my stałyśmy się żonami „szkodników”. Była w tym prosta logika: aby unicestwić inteligencję jako klasę, należało zlikwidować nie tylko mężczyzn, ale i kobiety, a wraz z nimi również ich dzieci. Pędzono nas szlakiem bezmyślnej, okrutnej eksterminacji.

Końca terroru, rozpętanego trzy lata temu1, jeszcze nie widać. Nie wiadomo, kto jeszcze ocaleje. Wiem natomiast jedno: że na wolności i w więzieniu wszyscy żyliśmy jednym pragnieniem – opowiedzieć ludziom, co się dzieje w kraju, który wielu uważa za przyszłą krainę ludzkiej szczęśliwości.

CZĘŚĆ ITERROR

Narodziny syna

Mój syn urodził się ciepłego wrześniowego dnia. Miękko świeciło słońce, pod błękitem nieba sad szeleścił żółcią i czerwienią liści; wszystko było tak, jak powinno być piękną, jesienną porą.

Mijał pierwszy rok rządów bolszewików. W życie wkradał się chaos, pojawiło się widmo głodu. Wszyscy mówili wyłącznie o nim, lecz nikt jeszcze nie pojmował, jak może być straszny. Rewolucja właściwie mnie nie przerażała: wyrosłam w profesorskiej, niezwykle liberalnej rodzinie i byłam przekonana, że po zmianie władzy powinna zapanować prawdziwa swoboda myśli i działań, zaś jeśli chodzi o kłopoty materialne, to można je ścierpieć. Wydawało mi się niemożliwe, aby mąż i ja, ludzie kulturalni i zdolni do pracy, nie mogli zarobić na życie. A jednak pierwsze, co poczułam, gdy obudziłam się następnego dnia po urodzeniu syna, to głód. Było mi wręcz wstyd – do tego stopnia owo uczucie było natrętne i nieustępliwe.

Pieniędzy ledwie wystarczyło, aby rozliczyć się z lekarką. Co prawda miałam otrzymać z wydawnictwa dużą sumę, ale ono ociągało się z wypłatą, a potem nieoczekiwanie zostało zlikwidowane, a ja zostałam bez zarobionych pieniędzy. Mąż podjął dodatkową pracę, ja miałam wrócić na swą posadę pedagoga, ale ceny rosły tak szybko, że nasze zarobki nie mogły wystarczyć nawet na pół miesiąca.

Karmiono mnie, czym się dało, ale było tego tak mało – dramat! Nie miałam śmiałości, by przyznać się przed sobą, jak bardzo doskwiera mi głód, szczególnie gdy już nakarmiłam syna. Kręciło mi się w głowie, bolały mnie plecy i ogarniała mnie taka słabość, iż miałam wrażenie, że nie wiem, co bym oddała, aby zjeść coś normalnego, pożywnego. A cóż mogliśmy wówczas kupić oprócz dwustu gramów czarnego chleba, który wydawano na przydział? Nieco warzyw, głównie buraków pastewnych i rzepy, gdyż ziemniaki były już rzadkością, mikroskopijną ilość oleju, by doprawić zupę. Mięso i ryby stanowiły niedostępny zbytek. Wcześniej nie miałam pojęcia, jak ciężko jest zapewnić człowiekowi żywność i jak wiele jej potrzeba!

Na męża strach było patrzeć: chudł w niewiarygodnym tempie. Jego twarz stawała się przezroczysta, niespokojne oczy płonęły gorączką. Z cherlactwa na rękach wystąpiły wrzody.

W tamtych dniach często się unikaliśmy. Największy kłopot był z jedzeniem: oboje byliśmy głodni i żadne z nas nie mogło nakarmić drugiego. Za każdym razem, gdy jedliśmy, była to raczej parodia tej czynności – niczym na scenie, gdy przedstawia się wspaniałą kolację, a aktorzy postukują nożami i widelcami w puste talerze.

A chłopczyk krzyczał, nie mogąc się doczekać właściwego czasu karmienia. Był różowiutki, z oczami o błękicie lapis lazuli, ale brzuszek miał zapadnięty niczym charcie szczenię i lamentował tak, iż przyszło zwrócić się do doktora.

Lekarze bywają wspaniałymi ludźmi, ale mają okropną manierę mówienia o tym, o czym wszyscy milczą, wymagając przy tym niemożliwego.

– Chłopczyk jest zupełnie zdrowy, ale głodny – powiedział lekarz, ledwie rzuciwszy na niego okiem.

– Co mam robić? – zapytałam odruchowo.

– Karmić. Poprawić żywienie.

Zamilkłam przygnębiona. Mąż również.

– Gdzie pracujecie? – zapytał mnie sucho lekarz.

– W szkole handlowej.

– Przez ile godzin?

– Sześć godzin dziennie.

– Dlaczego tak dużo?

– Cztery godziny wykładów, dwie godziny obowiązkowej pracy dodatkowej.

– I jak wy chcecie samodzielnie karmić?

– Od dziewiątej do jedenastej mam dwa wykłady, potem biegnę do domu karmić, na trzynastą wracam do szkoły i mam zajęcia do piętnastej, a wieczorem od osiemnastej do dwudziestej zawiaduję szkolną biblioteką, bo to najlżejsza praca dodatkowa.

– Ile czasu idziecie do szkoły?

– Dwadzieścia minut szybkim krokiem.

– Sześć razy po dwadzieścia minut to dwie godziny. I jeszcze sześć godzin pracy... To niedopuszczalne.

I znowu milczymy z mężem, nie widząc wyjścia.

– Trzeba przejść na sztuczne żywienie. To nie takie straszne, o ile dostaniecie przyzwoite mleko. Nic więcej nie mogę wam poradzić. Obecnie otwierają punkty ochrony macierzyństwa i niemowlęctwa lub tak zwane krople mleka. Jeśli wykażecie, że jesteście w potrzebie, możecie tam otrzymać mleko dla dziecka, ale uprzedzam was, że jest ono podłej jakości, ze zbyt dużą domieszką wywaru z owsa i tego typu odżywianie może wywołać niepożądane następstwa.

Lekarz dokładnie określił wielkość porcji, sposób przygotowania, godziny karmienia i poszedł.

Zostaliśmy we dwoje, bojąc się na siebie spojrzeć. Co myśmy uczynili? Spłodziliśmy dziecko, gdy nie ma czym go wykarmić. Oboje jesteśmy zajęci od świtu do nocy, oboje nie mamy co jeść, a dziecko płacze z głodu.

– Postaram się zdobyć jeszcze jakieś zajęcie – powiedział mąż. – Mówią, że na uczelni agronomicznej dają profesorom butelkę mleka dziennie. Przydzielono im byłe carskie gospodarstwo w Carskim Siole.

– Możliwe, żeby mieli wakaty dla wykładowców?

– Podobno mają. Jutro pojadę do dyrektora.

Następnego dnia była niedziela. Mąż pojechał, a ja postanowiłam przeleżeć cały dzień z nadzieją, że wypocznę i będę miała więcej mleka.

Lał deszcz. W pokojach było zimno i wilgotno, ale bez męża nie odważyłam się rozpalać pieca: robiłam to zbyt nieumiejętnie i nieekonomicznie. Synkowi było ciepło w plecionym koszyku, służącym mu za łóżeczko, a ja nakryłam się szalem i leżałam spokojnie na wygrzanym miejscu.

Smutno, jakże smutno.

Oto przyszedł na świat nowy człowiek. Jego życie jest tak proste: śpi, kiedy jest głodny, jednocześnie otwiera oczy i usta, aby krzyczeć, dopóki go nie nakarmią. A jedzenia nie wystarcza i nie ma szans, aby je zdobyć, choć to tylko pół butelki mleka dziennie.

Pod miastem są wsie, mają tam i krowy, i mleko, ale na dworcach kolejowych stoją oddziały zaporowe i konfiskują je, aby zmusić kobiety do zdawania go państwowym instytucjom za papierki, za które nic nie da się kupić. Baby siedzą po wioskach i od tych, którzy jadą do nich ze zgryzoty, żądają, co im się zamarzy: odzieży, koców, poduszek, zegarków, obrazów, nawet fortepianów. Ja nie mam dla nich żadnych cennych rzeczy, ponieważ dopiero zaczynamy wspólne życie i nam samym zdarza się podśmiewać z faktu, iż w mieszkaniu brakuje nam jeszcze „czworonogów”, czyli mówiąc normalnie, krzeseł – jest ich raptem cztery na wszystkie trzy pokoje.

Co robić, jeśli nie wyjdzie z uczelnią agronomiczną? Leżałam, myślałam i raz jeszcze czytałam list od mojej matki:

„U nas jest tak samo źle z żywnością jak u was. Twoja siostra tak się zaharowuje, że czasami wychodzi do pracy o 9.00 i wraca o 23.00. Ma dwa laboratoria, zajęcia praktyczne i wykłady na dwóch wyższych uczelniach. Nauczyłam się gotować, jak to mówią, z niczego. Mówi, że to całkiem smaczne, ale ja mam wrażenie, że bardzo niedojada. Poza krupnikiem i kaszą nic nie mogę przyrządzić. Na cały miesiąc kupuję funt1 masła. Cukier również kupujemy po funcie, rzadko po dwa. Piję herbatę z sacharyną, bo inaczej dla Twojej siostry nic nie zostanie. Z przyzwyczajenia piszę «herbata», ale to już dawno nie jest herbata, tylko jakaś lura z prażonego owsa.

Bardzo się niepokoję o twojego malucha. Spróbuj coś sprzedać, żeby kupić kaszę. Tutaj żona profesora Cz. bierze rzeczy w komis i sprzedaje je na rynku. On sam wykłada na pięciu czy sześciu uczelniach, ale mają pięcioro dzieci i nie da się ich za to wykarmić”.

Co za wariactwo. Ile można tak wytrzymać? Dzień wlókł się powoli, żałośnie, a ja nie nadawałam się do niczego, dopóki nie wyjaśni się ta sprawa z mlekiem.

Ściemniało się już, gdy wrócił mąż. Nie podnosiłam się i tylko nasłuchiwałam w napięciu: otworzył drzwi, zamknął, bez trzaskania, bez nerwów. Szybko się rozebrał, idzie spiesznie korytarzem. Czyżby jakieś dobre nowiny? Tak, wchodzi ostrożnie, ale wesoło, szybko.

– I co?

– Zlecili mi wykłady na uczelni agronomicznej i kierownictwo laboratorium zoologicznego. Będą dawać butelkę mleka dziennie.

Do dziś pamiętam, jak ciepło zrobiło mi się na sercu: dzieciaczyna jest uratowana, będzie syta i zdrowa.

Ojciec stał, pochyliwszy się nad jego koszykiem.

– Jutro, pisklaku, zaczynam cię sam karmić. Nawet ojcowe nauki się na coś przydały.

Najgorętszy okres

Nadeszła zima. Głód był coraz większy. Niedojadanie i niedostępność żywności skutkowały swego rodzaju połączeniem osłabienia i zobojętnienia. Trudno było stwierdzić, czy jedliśmy obiad, czy też nie, bowiem nigdy nie byliśmy syci. Obiad, który trzeba było brać ze „społecznej stołówki”, składał się z wodnistej zupy – wody z kaszą pszenną, nazywaną psza, oraz rudawego śledzia lub wobły2. Było to tak wstrętne, że miałam wrażenie, iż gdyby się tylko dało, w ogóle przestałabym jeść.

Wiosną na naszej uczelni nie było absolwentów: oba starsze roczniki zostały zmobilizowane do Armii Czerwonej. Zostałam prawie bez pracy, ponieważ nigdy nie zajmowałam się nauczaniem dzieci. Natomiast od jesieni planowano reformę szkół, z którą trudno się było pogodzić i która do dziś nie przybrała żadnego trwałego kształtu.

W chwili takiego wyczerpania i zniechęcenia – przez dziewięć lat pracy pedagogicznej byłam nią prawdziwie zafascynowana – przeprowadziliśmy się na lato do Pawłowska. Mieścił się tam wydział uczelni agronomicznej, skąd mieliśmy mleko dla synka, które także latem należało odpracowywać.

Pawłowsk to niezwykłe miejsce. Petersburg jest otoczony zapuszczonymi, podmokłymi, nędznymi ogrodami warzywnymi i połaciami jasnożółtych chwastów – gorycznika. Niczym oazy rozrzucone są wśród nich wspaniałe, celowo nasadzone parki carskich rezydencji. To jedna z osobliwości dawnego rosyjskiego życia: w środku dzikiej, pańszczyźnianej krainy carowie i arystokracja mościli sobie takie gniazdka pełne smaku, które dzięki talentom zagranicznych mistrzów zamieniały się w prawdziwe pomniki sztuki, z odwieczną istotą rosyjskiego żywota niemające nic wspólnego.

W Pawłowsku niezwykle utalentowany i mądry angielski architekt Cameron pobudował pałac, zainspirowany romantyką świata klasycyzmu. W przeciwieństwie do zaniedbanej stolicy, gdzie niejeden raz w pamięci brzmiały złowieszcze słowa – „niechaj Petersburg opustoszeje”, Pawłowsk był nietknięty i świeży, zachowany w stanie takim, w jakim był sto lat temu. Dlatego odnosiło się wrażenie, iż wskazówki zegara się tam cofnęły i nie ma nic dziwnego w tym, że pośród zadrzewionych alei stoją nie rewolucyjne pomniki, ale alegoryczne posągi Pokoju i Sprawiedliwości.

Mieliśmy zamieszkać w domu akademickim, w pałacu starokonstantynowskim. Szczerze powiedziawszy, trudno było go nazwać pałacem. Wieczny pośpiech Pawła I sprawił, iż rozkazano, aby bez mała w dwa tygodnie wznieść dwa pałace – dla Aleksandra i Konstantego. Bystry i pomysłowy architekt Brenna przeniósł jakieś budynki z Carskiego Sioła, nadbudował kopułę, urządził salę z dwoma rzędami okien, ozdobił fryzy skrzydlatymi gryfonami i wszystko było gotowe. Pałac Aleksandra nie zachował się, zaś konstantynowski stoi do dziś, przypominając wielką, na wpół zrujnowaną stodołę.

Nasz pokój był na poły zniszczony, podobnie jak cały pałac: obtłuczony marmurowy kominek, cegły wokół paleniska, na ścianach wypłowiałe tapety z zaróżowionymi Chinkami w żółtych altanach, nad oknem – złocony gzyms z zetlałym jedwabnym lambrekinem, na plafonie w błękitnych medalionach koziołkujące amorki, wymachujące wstęgami i różami. Poza ubogim stołem i krzesłem nie było żadnych mebli. Przywieźliśmy ze sobą łóżka polowe i dziecięcy wózek.

Sypialnie studentów były na górze, a dwie duże sale na dole nazywano laboratoriami: stały w nich ławki i stoły sklecone z desek. W centrum mieściła się sala z dwoma rzędami okien, do której z sąsiedniej willi przywlekli fortepian. W narożnym pomieszczeniu urządzono kuchnię. Dwa razy w tygodniu kipiały tam trzy kotły: jeden z zupą ze świeżych warzyw z dwóch akademickich warzywników, w której początkowo przeważała botwina i szczaw, drugi – z kaszą pszenną lub owsianą, trzeci – z tak zwaną kawą, czyli wywarem z prażonego owsa. Jedliśmy to, używając wspaniałego sewrskiego kompletu naczyń z herbem i wijącymi się wstęgą literami dewizy: „Prawy bez wybiegów”. Do jesieni mało co z niego zostało.

Zestawienie przekwitłego pałacu, wysłużonego herbowego serwisu i młodzieńczej watahy (niektórzy mądrale z całą powagą pytali: „Towarzyszu profesorze, żaba jest jedno- czy wielokomórkowa?”) stwarzało osobliwe doznanie rewolucyjności. Niekiedy w gronie młodzieży było miło i wesoło: pracowali w polu, uczyli się, doglądali krów, a przede wszystkim żyli pełnią wiary, iż byt i przyszłość należą do nich. Niekiedy jednak bywało bardzo niesympatycznie, gdy na przykład po długim wieczorze w wielkiej sali z fortepianem, kiedy godzinami grałam im i akompaniowałam, ktoś w kuchni zadawał pytanie, dlaczego w ogóle wydaje się jedzenie żonie profesora, skoro przydział należy się wyłącznie jemu. Zbywano to milczeniem tylko dlatego, że wszyscy byli syci, niemniej pytanie dowodziło, iż nie dla wszystkich byliśmy takimi samymi ludźmi jak oni, a co poniektórym jawiliśmy się jako burżuje, których należy wykorzystać, ale nie niepotrzebnie karmić.

To jednak były drobiazgi. W długie, letnie dni, sama z moim synkiem, miałam dostatecznie dużo innych, ważniejszych problemów. W tym czasie malec zaczął się zmieniać. Zrobił się grubiutki, cały w fałdkach i dołeczkach, sprężysty, silny i ciężki. Przejawiał zdecydowaną chęć do życia: usiłował wydostać się z wózka, choćby głową do dołu, przemieszczał się energicznie, choć głównie na brzuchu, z niezwykłą uwagą skupiał się na wszystkim, co znalazło się w jego zasięgu – czy to na liściu, który spadł z drzewa, trawce, pełzającym żuku: celował w nie swą chwytliwą łapką i natychmiast wkładał do buzi. Wyjęcie tego z ust stanowiło nielichy kłopot i kończyło się głośną i długą awanturą. I nawet jedyne chwile mojego odpoczynku, gdy popijał z butelki, wymagały teraz uwagi, ponieważ przegryzał gumowy smoczek, jeśli mleko płynęło zbyt powoli, lub wyrzucał butelkę z wózka, a przecież zdobycie nowego smoczka lub flaszeczki było niemal nie do pomyślenia.

Tak, doskonale rozumieliśmy, jakim luksusem jest niańka, ale żadna nie zechciałaby u nas pracować, ponieważ nie było czym jej wykarmić. Z wielkim trudem, za cenę własnego obiadu i dziennego przydziału chleba, udało mi się namówić staruszkę z przytułku, aby przychodziła na kilka godzin dziennie, abym ja mogła wziąć posadę w pałacu.

Ten dzień zapoczątkował najgorętszy okres w moim życiu, który zakończył się, można tak rzec, dopiero w dniu mojej ucieczki.

Aby pojąć, co oznacza w ZSRS praca w muzeum, trzeba pamiętać o dwóch rzeczach. Z jednej strony, muzea są tak wyjątkowo bogate i różnorodne, że nie sposób było nie ulec fascynacji bezmiarem nowego materiału, odkrywanego na każdym kroku. Z drugiej, jakoby strzegąc tych placówek, władze były ich największym wrogiem, gotowym w każdej chwili do rozdania lub sprzedaży wszystkiego, co wpadło im w ręce, a jeśli pracownicy próbowali uchronić eksponaty, oskarżano ich o przychylność staremu reżimowi i wpakowywano ich do więzienia lub odprawiano na zesłanie.

Nie wspominam już o tym, że wszyscy zatracaliśmy się w pracy, której ogrom nawet w normalnych warunkach byłby ponad siły: przy etacie na cztery, pięć osób na cały pałac muzeum trzeba było dokonać ewidencji ogromnego bogactwa, które nas przytłaczało, należało zorganizować ochronę, popularyzację, badania, a wszystko to w warunkach głodu i zimna. Należało dokonywać remontów, podczas gdy brakowało podstawowych materiałów i rąk do pracy.

Pamiętam, od czego musiałam zacząć. Wyznaczono mi rolę zarządcy archiwów muzeum w pałacu pawłowskim.

– Tylko się nie przestraszcie i nie uciekajcie od nas po jednym dniu – uprzedziła kustoszka muzeum, wprowadzając mnie do „archiwum”.

Pięć wielkich pokojów było dosłownie zawalonych archiwaliami, ułożonymi w ponadmetrową warstwę.

– Byliśmy zmuszeni do pospiesznej ewakuacji archiwum z pomieszczenia, które oddano miastu. Miejscowe władze miały zamiar je spalić. Część nie została jeszcze przewieziona, ale dokumenty leżą w wieży starej twierdzy, która nie jest im potrzebna, więc są stosunkowo bezpieczne.

W owej wieży archiwalia były zwalone na ogromne hałdy, przypominające śnieżne zaspy. Okna były wybite i zasłonięte deskami. Deszcz i śnieg mogły bez przeszkód przenikać do środka.

Gdyby odezwał się we mnie bodaj symboliczny instynkt samozachowawczy, zapewne faktycznie bym uciekła, jednak zostałam. Wyobrazić sobie, że całe to bogactwo może być po prostu spisane na straty jako „koszty rewolucji”, czyli unicestwione, zanim jakieś instytucje rządowe znajdą czas na zwrócenie na nie uwagi i że ja, człowiek kulturalny, porzucę takie dziedzictwo, byłoby postępkiem niewybaczalnym. Podczas rewolucji każdy powinien całkowicie odpowiadać za swoje działania, przejawiać osobistą aktywność i inicjatywę, zanim nie zmieni go nowa instytucja państwowa. Tak myślałam i tak również postępowali wszyscy moi koledzy z pracy.

Przeciągałam archiwalia z wieży, do której jedyny dostęp prowadził krętymi schodami i stromym dachem, w czym pomagali mi wszyscy mogący znaleźć choć chwilę czasu. Przez trzy lata zbierałam porozrzucane kartki i rozsypane akta, przegryzałam się przez stosy papierów i wyszłam z archiwum, gdy wszystkie dokumenty z pierwszych dni Pawłowska, czyli od 1780 roku do początku rewolucji w 1917 roku znalazły się w szafach, posegregowane według roku i numeru, opisane do 1815 roku.

Tylko w Pawłowsku i Gatczynie udało się uratować pałacowe archiwa w całości, w innych miejscach za zgodą komisarzy prawie wszystko przerobiono na papier.

W trakcie pracy ustalaliśmy nazwiska rzemieślników, dostawców i artystów, nowe dane o budynkach, rozplanowaniu parku, świętach, życiu chłopów przypisanych do pałacu i pracy robotników. Z zakurzonych dokumentów wyłonił się żywy obraz rosyjskiej rzeczywistości, która zrodziła ten zapierający dech w piersiach pomnik, a nam, zagubionym w Pawłowsku, do którego przez trzy lata mojej pracy nie zajrzało ani jedno komunistyczne zwierzchnictwo, wydawało się, że robimy wielką i potrzebną rzecz. Żaden z muzealnych skarbów nie został uszkodzony ani zagubiony. Byliśmy coraz bardziej przekonani, że sztuka minionych lat może się stać prawdziwym impulsem do wykreowania nowej kultury. Niekiedy wręcz wydawało się nam, że państwo choć w jakimś stopniu będzie nam wdzięczne – niestety, wszystkim nam, trojgu głównym pracownikom, przyszło poznać więzienia GPU3, a gdy już nie było nas w Pawłowsku, Gostorg4 sprzedał najlepsze eksponaty za granicę.

Czerwoni, biali, czerwoni

Jesień 1919 okazała się wspaniała. W połowie października dni były ciepłe niczym latem. Park uderzał zadziwiającym, nadnaturalnym pięknem.

Nigdzie pod Petersburgiem nie ma takiej różnorodności drzew i jesiennych barw: klony – od cytrynowej żółci do ciemnej czerwieni, niemal fioletu, dęby – mieniące się brązami, jodły – z jasnozielonymi pędzelkami młodych pędów, wypłowiałe modrzewie, lipy, brzozy, osiki, nieprzebrane ilości krzewów w najróżniejszych odcieniach. Rzęsa wodna na stawach przywiędła, przytuliła się do brzegów i jeziorka zrobiły się gładkie i jasnobłękitne jak niebo.

Nie do pomyślenia było, aby nie odczuwać tego piękna, choć linia frontu zacieśniała się coraz bardziej i przez cały dzień dudniły salwy.

Na Piotrogród szli biali. Zdobyli Gatczynę, podchodzili do Carskiego Sioła i oskrzydlali wioski wokół Pawłowska.

W tamtych dniach przeżywaliśmy to, co zapewne czują wszyscy cywile w podobnych okolicznościach. Na tyłach bezpieczni ludzie deliberują o polityce, błędach dowództwa, bohaterskich czynach, zaś ci, których zaskoczył front, czują tylko jedno – zagrożenie.

Co mieliśmy robić? Uciekać do Piotrogrodu? To jednak oznaczało pozbawienie malucha mleka. Nie mamy żadnych zapasów, w mieście głód. Kto wie, co jeszcze może nas tam czekać, gdy zaczną się walki. W Pawłowsku byliśmy bezbronni niczym na otwartym polu, nadzieja tylko w tym, że ta czy inna fala przetoczy się nad nami stosunkowo szybko. Jeśli nas nie zabiją, to pożyjemy – rozumowanie niegrzeszące przenikliwością ani odkrywczością, za to w tym przypadku jedynie słuszne.

Takie zjawisko jak wojna jest ponad siły człowieka. Jakaż logika poradzi sobie z faktem, iż słońce świeci, park jest wystrojony niczym na święto, wokół dudnią działa, zaś malutki, różowiutki chłopczyk, siedząc ojcu na barana, przy każdym wystrzale podskakuje i wskazuje ręką na źródło dźwięku, głośno krzycząc z zachwytu: „A! A!” – na razie tylko to potrafi wypowiedzieć dobitnie i wyraźnie.

Nocą ostrzał ucichł, ale rano strzały było słychać znacznie bliżej. Tak minęły dwa, trzy dni, nie pamiętam. Nagle pod wieczór jakby gdzieś przerwało tamę: szosą prowadzącą z Piotrogrodu do Moskwy popłynął niekończący się potok cofających się czerwonych. Początkowo słychać było odległy hałas, krzyki, ciężki łoskot wojskowych podwód i dział, potem od tego zgiełku oddzieliły się przekleństwa, lamenty kobiet, beczenie kozy, wyprzedzający je stukot końskich kopyt. Następnie wszystko przetoczyło się obok nas. Rozbite oddziały wojska wycofywały się razem z kancelariami, miejscowymi komisarzami, ich żonami, dziećmi, krowami. Na wojskowych podwodach piętrzył się dobytek, włącznie z gramofonem z błękitną tubą. Jeźdźcy, przeganiając skrajem drogi ledwie pełznącą masę ludzi, w której beznadziejnie ugrzęzły działa i ciężkie karabiny maszynowe, klęli jak wściekli, żądali, grozili, ale nic nie mogli wskórać. Jak okiem sięgnąć szosa była zapchana na całej szerokości, a z tyłu wciąż napierały nowe tłumy. Minęła godzina, dwie, trzy – końca procesji nie było widać. Gdy zapadł zmrok, część wycofujących się oddzieliła się od głównej masy, skierowała w stronę naszego pałacu i zaczęła przygotowywać do noclegu. Studenci, którzy pozostali jeszcze w domu akademickim, ukryli się swych pokojach, barykadując je, czym się dało, ale stołówka, sala, laboratoria, korytarze, schody – wszystko wypełniło się czerwonoarmistami i jakimiś ludźmi po cywilnemu, którzy pchali się w każdy kąt, kładli na podłodze, schodach i ze zmęczenia zasypiali na miejscu.

Wokół pałacu ścinano drzewa, rozpalano ogniska. Z naszego narożnego pokoju, którego drzwi zabarykadowaliśmy koszem i stołem, słychać było, jak rąbali coś przy samej ścianie. Rankiem okazało się, że odrąbali ganek, dość wysoki i szeroki, tak równo, że drzwi otwierały się wprost nad ścianą. W ognisku przepadła również dziecięca wanienka, ukryta pod gankiem.

Przez całą noc od strony drogi niósł się ten sam skrzyp i stukot kół, krzyki, tętent koni. Po pokoju tańczyły czerwone odblaski ognisk, migocząc to na złoconym gzymsie, to na zniszczonym do połowy kominku.

Co za szaleństwo! Dlaczego nie pojechaliśmy do Piotrogrodu?! Byle tylko doczekać świtu i pierwszym pociągiem – uciekać!

Świt wstał szary i mglisty. Ogniska pogasły, wszędzie dymiły dopalające się resztki. Przez pałacem ziemia była zasłana masą dokumentów i listów. Duch zniszczenia popchnął uciekających, aby ściągnąć ze strychu zabite skrzynie i rozłupać je: w środku znajdowały się rodzinne archiwa Heringa, byłego administratora pałacu pawłowskiego; wszystko zostało porozrzucane lub spalone.

Widok uciekającej ludzkiej masy, zdziczałej i pozbawionej człowieczego oblicza, robił silniejsze wrażenie niż strzały. Do wyjazdu szykowali się wszyscy oprócz sklepikarza, który nie chciał zostawić powierzonych mu artykułów spożywczych. W tym czasie ktoś zdążył wrócić ze stacji kolejowej:

– Pociągi nie kursują. Carskie Sioło wzięte albo biorą je w tej chwili.

– Cóż, zostajemy zatem całą kompanią – westchnął z ulgą sklepikarz. – Nie wiadomo, gdzie będzie gorzej.

Strumień umykających urwał się o świcie. Wszystko przycichło i tylko armatnia kanonada, zbliżając się, nabrała intensywności. Do Carskiego Sioła było cztery kilometry i niewątpliwie trwał tam bój. Gdzieś za nami grzmiała artyleria.

– Chodźmy zaparzyć kawę! – zarządził sklepikarz, który pozostał w charakterze starosty. – Kucharki uciekły wczoraj wieczorem.

– Ludziska, idziemy narąbać drew! Wszystkie nasze spaliła wczoraj Armia Czerwona!

– Dobrze, że domu nie spalili. Nie sądziłem, że ocaleje.

– Tak, co za nocka była! Może by tak się gdzieś zmyć?

– Akurat się zmyjesz! Pociągi nie jeżdżą. A pójdziesz do Piotrogrodu piechotą, to cię capną, biali czy czerwoni, nie ma znaczenia – postawią pod ścianą. Na froncie jest jeden ratunek – siedzieć spokojnie.

Wieść o tym, iż jesteśmy odcięci, wywołała dziwaczne uczucie: jakby to nie był Pawłowsk, a jakieś nowe, dzikie miejsce.

Pałac, jeszcze bardziej opustoszały, z resztkami drzwi trzaskającymi w przeciągach, przypominał statek po katastrofie.

My, którzy zostaliśmy, podświadomie trzymaliśmy się razem, w gromadce, wliczając mojego malucha, który przyjaźnił się ze wszystkimi.

Z narożnego pokoju przenieśliśmy się do domku dla służby, do pokoju porzuconego przez kucharki. Mąż z pomocą studentów przeniósł tam rzeczy i parę worków z warzywami.

– Po co? – zdziwiłam się.

– Może się przydać – odpowiedział wymijająco.

Tak minął ranek i popołudnie. Zjedliśmy wczesny obiad, żeby odwrócić uwagę od utrzymującego się uczucia pustki i wszyscy udali się do laboratorium, aby zająć się zoologią. Słychać było, że mój mąż opowiada im coś fascynującego, studenci śmiali się, zadawali pytania. Wszystko jak zwykle.

Siedziałam na schodach tarasu, synek spał w wózku obok. Na kolanach położyłam książkę, zabraną odruchowo, ale nie mogłam czytać. Wokoło żywego ducha. Miasteczko, leżące nieco na uboczu, było jak wymarłe.

Minęła ponad godzina. Na szerokiej alei za stawem, znajdującym się przed pałacem, dał się słyszeć lekki stukot końskich kopyt. Zbitą masą przejechał pododdział kozaków. Żywopłoty w parku są posadzone tak, że przypominają teatralne dekoracje: jeźdźcy zniknęli równie nieoczekiwanie, jak się pojawili.

Studenci przerwali zajęcia i z ciekawością zerkali przez okna.

– Czerwoni kozacy, ostatni podjazd – powiedział ktoś ze znawstwem. – Znaczy się, teraz nas porzucili.

– A skąd to niby wiesz, może to nie ostatni podjazd, a pierwszy. Jeśli pod Carskim białym wsypali, to znaczy, że teraz nacierają czerwoni.

Posprzeczali się, podyskutowali i wrócili do zajęć.

Znów zrobiło się cicho i pusto.

Nagle głośno i wyzywająco rozległo się zdanie:

– Dokąd pojechała ta czerwona swołocz?

Odpowiedzi nie było.

Z pałacu wyszedł oficer z białą opaską na rękawie. Szybko zbiegł po schodkach, zerknął na mnie przelotnie, podniósł prawą rękę – jakby oddając honory – i zniknął wśród żywopłotów. Studenci wysypali się na taras, dyskutując o tym, że oficer pojawił się w laboratorium.

– O czym pomyślałeś, kiedy wszedł?

– O pająkach.

– O jakich pająkach?

– Do jakiej gromady należą.

– Nie wiem.

– Patrzę i jakby to jakiś nierealny sen: drzwi się otwierają – i oficer!

– Myślałem, że będą strzelać.

– Niby do kogo, jak nikogo nie ma?

– Na pewno sobie pomyślał, że tu jakieś półgłówki siedzą.

– O, patrzcie, jeszcze jeden!

Wszyscy przycichli, zasiedli na schodkach i patrzyli jak na ekscytujące widowisko: pomiędzy krzewami przemknęły sylwetki żołnierzy, na polance pojawił się drugi oficer. Szła tyraliera.

– Ciekawe, ilu ich jest.

– Nie doliczysz się. W parku wygodnie, jeśli tylko zna się miejsca.

Mój maluch obudził się, usiadł w wózku i również się przypatrywał.

– Co, koleżko, zaspałeś? Tu cię biali wzięli, a ty śpisz, jakby się nic nie stało – żartował jeden ze studentów.

– A ty co robiłeś? Liczyłeś pajęcze odnóża. Druga gęś! Ciebie też biali ogarnęli – przekomarzał się z nim jego kolega.

– Na serio biorą?

– W tym sęk, że biorą.

W tym momencie całkiem blisko rozległ się wystrzał z działa.

– A! A! – maluch podskoczył w swoim wózku.

– Ustawili baterię koło Białej Brzozy – stwierdził rzeczowo student, który zdążył już pobyć na froncie. – Idziemy popatrzeć?

– Coś ty, wezmą za szpiega.

– Niby dlaczego? A ja co, będę im się pokazywać? Ciekawe, do czego strzelają.

– A ja się przejdę do miasta – szykuje się drugi.

– I jeszcze przejdź się na stację, jak chcesz mieć kłopoty – gderał starosta.

Jego obiekcje były uzasadnione, ale ciekawość wzięła górę. Rozeszliby się wszyscy, gdyby starosta nie przemówił surowo:

– Dwóch do kuchni i żeby wrócić mi tu przed zmrokiem. Wczesna kolacja i żadnego ognia.

Studenci się rozchodzili, wracali, znowu gdzieś szli, przynosząc najrozmaitsze wieści.

– Pod Pułkowem trwają walki, jutro wezmą Piotrogród.

– W Pawłowsku cicho. Żołnierze chodzą po ulicach, najedzeni, częstują dzieciaki słoniną, cukrem, białymi sucharami.

– Jakieś to niepoważne, strasznie ich mało. Darmo tu gardła dadzą, a jeszcze i nam nasolą, że się nie wywiniemy.

Noc minęła w miarę spokojnie. Cały następny dzień był taki sam. Studenci przechadzali się po mieście, parku, zachodzili nawet do baterii. Ale pod wieczór zrobiło się niespokojnie: bateria bez przerwy grała, bardzo blisko było słychać karabiny maszynowe i strzały w odpowiedzi. Poniosły się plaśnięcia kul. Jakieś dwieście kroków za naszymi domami biali wykopali okopy, na polanie pokazywał się oficer na koniu.

Wszyscy skryli się w pokojach z mniejszą liczbą okien. Ale dopóki było widno i tak wychodzili popatrzeć, choćby na tego oficera, żeby się upewnić, że nic się nie zmienia.

Mąż przygotowywał w naszym pokoju umocnienia: za kuchenką postawił na podłodze koszyk, w którym spał nasz chłopiec, otoczywszy go barykadą z materaców i worków z warzywami. Oto, do czego mogły się przydać!

Było okropnie.

W osiadającej gęstej, jesiennej mgle nic nie było widać. Zachmurzyło się, kapał deszcz, ale nie było go słychać, gdyż nieprzerwanie huczały działa i broń maszynowa, kule postukiwały po żelaznym dachu, trafiały w ściany, pnie drzew. I tak przez całą noc!

Nasłuchiwanie nie miało sensu, ale od czasu do czasu wszyscy wychodzili na ciemny korytarz, aby porozmawiać o byle czym i nabrać pewności, że ostrzał się nie przybliża. Kilkakrotnie rozmowy przerywał ostry brzęk tłuczonego szkła – kule trafiały w okna.

Wtedy wszyscy kryli się w swoich kątach, ale po jakimś czasie ponownie wychodzili na korytarz, z którego prowadziło wyjście w stronę okopów i dźwięk był wyraźniejszy, i tam szeptem, w ciemności, wymieniali uwagi.

Byłoby fatalnie, gdybyśmy przegapili jakieś oznaki zmian.

O świcie ostrzał zdawał się cichnąć, ale wkrótce rozpętał się na nowo z innego kierunku – zmieniono pozycję.

Jeden ze studentów udał się na zwiady i wrócił zatrwożony.

– Musicie natychmiast gdzieś uciekać – mówił do męża. – Zwinęli baterię przy Białej Brzozie. Kopią okopy za naszym pałacem i w poprzek drogi. Czerwoni podchodzą od strony Moskwy, po szosie, a jeśli będą jej bronić, to trafimy w sam środek piekła.

– Dziękuję, zaraz się zbierzemy – odpowiedział mąż.

– Spieszcie się, dopóki szosa nie jest pod ostrzałem.

W tym czasie upchnęłam do wózka trochę ubranek dla dziecka, nieco kaszy i cukru – nienaruszalny zapas. Wszystko inne zostawiliśmy w pokoju. Rozmowy obudziły malca, który brykał z podniecenia, podskakiwał w swoim małym okopie, a gdy ojciec wziął go na ręce, jak zwykle chciał mu się wspiąć na barana. Jednak ten niósł go na rękach, zasłaniając własnym ciałem.

– Do pałacu? – zapytał mnie po drodze mąż.

– Najpierw do domu dla służby.

Dopóki byliśmy pod osłoną naszego pałacu, mąż szedł szybkim krokiem, a potem pobiegł schylony, zasłaniając malca, gdy trzeba było przekroczyć szosę i pokonać sto kroków odsłoniętego terenu do pierwszego dużego krzewu.

Ja z tyłu popychałam wózek, który podskakiwał i przeszkadzał mi w biegu. Gdy znalazłam się na szosie, dostrzegłam, że żołnierze, którzy za mną przekopywali drogę, skoczyli na boki, a jadący konno oficer na drodze przede mną runął na ziemię wraz z koniem, najwidoczniej zabitym w jednej chwili. Trup zwierzęcia jeszcze długo walał się na szosie. Nie odczuwałam strachu, bowiem było mi wstyd za samą siebie i wręcz czułam rozbawienie. Najwyraźniej akurat w tym momencie zaczął się ostrzał szosy. Wysoko było widać białe kłębuszki rozrywających się szrapneli, wszędzie wbijały się kule – słyszałam tylko ich charakterystyczne trzepanie o ziemię, o liście, staw.

Po minucie czy dwóch biegliśmy już pod drzewami i wydawało się, że największe niebezpieczeństwo minęło. Wtedy ujrzeliśmy żołnierza, który wychylił się zza pnia, podniósł karabin, strzelił i ponownie się schował; drugi, bliżej skraju drzew, również wyszedł, ale nie zdążył dać ognia, upadł. Jego zwłoki długo leżały niepogrzebane, ponieważ miejscowi bali się teraz utrzymywać jakiekolwiek kontakty z białymi, a czerwoni nie mieli na to czasu.

Odczuwałam to wszystko tak wyraźnie, że każda postać, ruch i dźwięk – wszystko wryło mi się w pamięć, ale myślałam tylko o jednym: jak to dobrze, że nasz chłopaczyna jest taki mały, nie zrozumie i nie zapamięta tego, co widział.

Po siedmiu minutach znaleźliśmy się na dziedzińcu domu, w którym mieszkał personel naukowy pałacu. Mimo bardzo wczesnej pory nikt nie spał, wszyscy wyglądali przez okna i rzucili się, by otworzyć nam drzwi.

– Idę do pałacu – podniósł się opiekun obiektu. – Trzeba zobaczyć, co tam się wyrabia.

Dwoje z nas, pracowników, z poczuciem nie tylko obowiązku, ale także ulgi i radości, że możemy być w jakiś sposób pomocni, również wstało. Nikt nie myślał o ryzyku, każdy martwił się o coś innego – co działo się w pałacu.

Kiedy wyszliśmy, nad parkiem niósł się huk dział, ale strzelanina z broni ręcznej oddaliła się, bo biali szybko się wycofali.

W pałacu powitał nas dyżurny, jednocześnie przestraszony i uradowany naszym przybyciem:

– Jak żeście przeszli? Strzelają przecież! Po co oni w ogóle strzelają? Po białych już śladu nie ma, a nasi tłuką i tłuką. W mieście mówią, że palą się dwie wille, od pocisków się zajęły. Nikt nawet nie gasi.

– Gdzie stróż? – zapytał kustosz.

– Zaraz zawołam. Przechodził tu przed chwilą. Zostawił dwóch na posterunkach na zewnątrz, a mnie tutaj, samego. Mówił, że tu będzie spokojniej. A jaki tu spokój, kiedy dzieciaki w piwnicy siedzą, płaczą, baby się zebrały, krzyczą, nie puszczają na dozór. I co to będzie? I po co oni strzelają?

W tym czasie przyszedł stróż. Skromny, dokładny, obowiązkowy człowiek. Spokojnie raportował, jak rozstawił posterunki zewnętrznej ochrony, aby nie było ich widać, ale tak, żeby mogły obserwować wszystkie podejścia do pałacu.

– A co w pałacu?

– Postrzelali okna w połowie królowej Hellenów i w galerii do sali tronowej, tam jest najgorzej.

Wszystko to brzmiało dziwnie: czerwoni, biali, strzelanina, płonące wille, płaczące dzieci, a ów człek spokojnie melduje o połowie królowej Hellenów, do końca strzegąc tego, co powierzono jego kurateli.

– Chodźmy, zobaczymy, co się da zrobić – powiedział kustosz muzeum.

W pałacowych salach, wysokich i obszernych, głuchym echem niósł się grzmot armatnich wystrzałów, kryształowe wisiory żyrandoli kołysały się, dzwoniąc cienko, srebrzyście. Zrobiło mi się strasznie. Nie ze względu na siebie – a dlatego, że byliśmy bezsilni i że być może będziemy świadkami straszliwych zniszczeń.

Kiedy obchodziliśmy salę, uważnie ją oglądając, kulka szrapnela trafiła w okno i stare, zsiniałe od upływu czasu szkło pękło długimi i cienkimi promieniami, sypiąc się z brzękiem na podłogę. W tej samej chwili coś uderzyło mnie w trzewik. W wystającym rancie podeszwy pojawił się płytki, okrągły dołek. Obok leżała kulka.

– Końcowa faza lotu – stwierdził uspokajająco stróż.

Wszyscy jakoś się przejęli, zaczęli mówić ze zdenerwowaniem, o czymś dyskutować, coś wspominać.

– Wasz trzewik trzeba będzie zaliczyć do muzealnych relikwii – żartował kustosz.

– Wydacie mi nowy? Czy pozwolicie wybrać z atłasowych pantofli cesarzowej Marii Fiodorowny? – odpowiadałam ze śmiechem.

– Nie stawajcie przy oknach – wtrącił poważnie i mentorsko stróż, który czuł się nieswojo od naszych żartów.

– Oczywiście, racja. Idźmy do galerii tronowej – poparto go. – Trzeba sprawdzić, co się tam dzieje.

W galerii z przelotowymi oknami, na tle których stały na przemian porcelanowe wazony i kryształowe kandelabry, sytuacja była o wiele gorsza. W każdej chwili taka sama, choćby i opadająca kula mogła rozbić na kawałeczki wspaniałe osiemnastowieczne eksponaty.

– Wszystkie wazy i kandelabry na podłogę, pod ściany.

Nie wiem, kto to powiedział, może nikt, ale wszyscy wiedzieliśmy, że trzeba to zrobić od razu, ponieważ cztery okna były już wybite, choć na szczęście w górnej części. Przy nas rozleciało się piąte.

Bez słowa, po dwa, zdejmowaliśmy z kolumienek ciężkie wazy i kandelabry, dzwoniące i budzące się do życia w naszych rękach. Pod nimi na konsolach wszędzie stała porcelana i malutkie wazy z rzadkich gatunków kolorowego kamienia. Wszystko należało postawić na podłodze pod ścianami między oknami. Gdy zakończyliśmy pracę w galerii, kilkanaście okien było już wybitych, ale wszystkie eksponaty zostały uratowane. Początkowo z ciekawością zbieraliśmy kulki, potem przestaliśmy zwracać na nie uwagę. Musieliśmy się spieszyć i w całym pałacu zrobić to samo. Potem wyszukiwaliśmy arkusze kartonu i sklejki, aby zasłonić okna, przez które wdzierał się wiatr i mżył drobny, zimny deszcz. Pracę przerwała nam salwa baterii, która gruchnęła całkiem blisko pałacu.

– Co to takiego? Kto to?

Rzuciliśmy się do okien, aby zobaczyć, co się stało. To czerwoni wytoczyli baterię pod sam pałac i ostrzeliwali cofających się białych. Jeśli biali zaczną odpowiadać, budynek stanie się celem.

Ale i bez ognia odwetowego gmach dosłownie się trząsł. Kilka szyb pękło, drobne rzeczy na kominkach, stolikach i etażerkach podskakiwały, grożąc stoczeniem się.

Popędziliśmy do dowódcy baterii, prosząc go o oszczędzenie muzeum. A ten tylko się podśmiewał:

– Najlepsze miejsce. Bateria jest osłonięta, ja wy to mówicie, Pawilonem Trzech Gracji, jakże miło być pod takim pięknym patronatem. Niech sobie teraz odpowiedzą, niech postrzelają w swój ładniutki pałac.

– Ale to przecież nasz pałac, to dobro republiki.

– Bardzo nam potrzebne to wasze dobro!

Do wieczora całe miasto trzęsło się od krzyków, przekleństw, pohukiwania i bezładnego strzelania w powietrze, po domach i wszędzie indziej. Właśnie brało nas robotnicze pospolite ruszenie, które najadło się tyle strachu, że wszędzie majaczyli im wrogowie. W miasteczku trwały rewizje, egzekucje, przesłuchania: dlaczego zostaliśmy na miejscu, kiedy przyszli biali? Posypały się niekończące się nakazy, żeby donosić, ujawniać, nie ukrywać, wieczorem nie wychodzić na ulicę, nie rozpalać ognia bez zasłoniętych okien itp.

Po ustąpieniu „wrogów”, znaleźliśmy się w mieście opanowanym przez nieprzyjaciela.

1 Autorka spisała swoje wspomnienia w 1933 roku (przyp. red.).

1 Funt – 0,4 kg (przypisy pochodzą od tłumacza, o ile nie zaznaczono inaczej).

2 Płoć kaspijska.

3 GPU (ros. Gosudarstwiennoje politiczeskoje uprawlenije) – Państwowy Zarząd Polityczny, sowiecka policja polityczna utworzona w 1922 roku. W listopadzie 1923 przekształcona w OGPU (Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny), którego oddziały republikańskie nosiły nawę GPU (przyp. red.)

4 Państwowa Agencja Eksportu i Importu.