40,00 zł
Przedstawiamy pierwszą część serii Maddie Pawłowskiej, autorki książki „The BookTok Deal. Umowa stoi”. Tym razem Maddie zabierze was w mroczne korytarze Akademii Hanover, gdzie tajemnica goni tajemnicę, przyjaźń i nienawiść są niemal nie do odróżnienia, a na miłość można się natknąć zupełnie niespodziewanie.
Sophie to córka Polki zarządzającej domem holenderskiego biznesmena. Kończy liceum jako najlepsza absolwentka i staje przed trudnym wyborem odpowiedniej uczelni. Niestety, najlepsza z nich jest poza jej zasięgiem. Akademia Hanover – najbardziej prestiżowa uczelnia w Holandii – przyjmuje jedynie najzdolniejszych i najbogatszych kandydatów. Choć wyniki w nauce Zosi spełniają wymagania, to po prostu nie stać jej na opłacenie czesnego.
Niespodziewanie pracodawca jej mamy oferuje Sophie stypendium. Czy można wymarzyć sobie lepszy prezent? Jednak właśnie wtedy dziewczyna orientuje się, że jej największy wróg,Clemens, syn pana Berga, jej dobroczyńcy, również będzie uczęszczał do tej samej szkoły. Sophie zdaje sobie sprawę, że jako stypendystka zawsze będzie odstawać od grona bogatych dzieciaków.
Pierwsze dni w Akademii Hanover nie są jednak tak złe, jak się obawiała, zwłaszcza gdy dostaje zaproszenie do jednego z dwóch niezwykle wpływowych stowarzyszeń studenckich, otwierające drogę do świetlanej przyszłości i kariery po zakończeniu nauki, której Sophie tak bardzo pragnie. Problem polega na tym, że aby zostać pełnoprawnym członkiem stowarzyszenia, musi wykonać zadania wymagające zaciekłej walki z innymi wybrańcami, a nawet… okrucieństwa wobec przyjaciół. Co więcej, na jaw wychodzi, że kilka lat wcześniej rywalizacja była tak zacięta, że doprowadziła do tajemniczej śmierci jednego ze stypendystów…
„Akademia Hanover” to jedyny taki projekt w Polsce. Maddie Pawłowska tworzyła tę historię, korzystając na bieżąco z komentarzy i sugestii trzynastu kreatywnych osób wybranych w konkursie zorganizowanym przez Prószyński i S-ka.
Maddie Pawłowska – pisarka, recenzentka i bookstagramerka. Mieszka w Amsterdamie ze swoim absurdalnie wysokim holenderskim chłopakiem i kotką o imieniu Lila, która reaguje na pseudonim Kitku. Na Instagramie można ją znaleźć pod nazwą @maddie_pawlowska, a na Wattpadzie jako KapitanMaddie. Zawsze chętnie porozmawia o książkach… i uzależnieniu od ich kupowania. W duszy jest prawdziwą Ślizgonką. Można ją przekupić truskawkowymi flipsami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 284
Copyright © Maddie Pawłowska, 2025
Projekt okładki i ilustracja
Magdalena Babińska
Redaktor inicjujący
Jadwiga Mik
Redaktor prowadzący
Izabella Sieńko-Holewa,
Anna Derengowska
Redakcja
Dagmara Ślęk-Paw
Korekta
Dagmara Powolny
Bożena Hulewicz
ISBN 978-83-8391-675-0
Warszawa 2025
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Miłośnikom książek i tym,
którzy tej miłości uczą innych.
Nie wiem, kim bym była, gdyby nie książki,
dzięki mojej Mamie nigdy się nie dowiem.
To w sumie brzmi jak oskarżenie,
ale prawda jest taka, że książki to całe moje życie
i nie zamieniłabym ich na nic innego…
No, może na pieniądze.
Żartuję.
Kocham Cię, Mamo!
I don’t want your money,
I don’t want your crown.
See, I’ve come to burn
Your kingdom down.
Seven Devils
Florence & The Machine
PROLOG
Czasami miałam wrażenie, że moje marzenia są żałosnymi mrzonkami.
Stałam w holu posiadłości Bergów, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze, ale mimo usilnych starań nie potrafiłam dostrzec w sobie osoby, która pasowałaby do tego otoczenia. Obrazy w złoconych ramach, kryształowe kandelabry i ciemna dębowa boazeria, a pośród tego ja. Odstawałam, nawet w swojej odświętnej sukience i opasce z perełkami. Byłam jak wazon sztucznych kwiatów pośród naręczy czerwonych pachnących róż.
Mama zaprosiła mnie na kolację do miasta, więc się wyszykowałam, ale teraz, gdy sterczałam w tym korytarzu, dotarło do mnie, że to, co ja uważałam za eleganckie, wcale takie nie było. Może innego dnia tak by mnie to nie poruszyło, lecz w tym momencie miałam wrażenie, że coś rozrywa mnie od środka.
Niedługo miałam skończyć szkołę i, podobno, czekała mnie świetlana przyszłość.
Mama pracowała jako sprzątaczka. Do tego pochodziłyśmy z Polski, co dla wielu jest równoznaczne z biedą i pijaństwem. Kim zatem byłam ja? Genialne dziecko, które na przekór pochodzeniu zamierzało sięgnąć gwiazd.
Przyszedł czas na wysyłanie papierów na uczelnie, a ja nie wiedziałam, co robić. Część mnie chciała wrócić do Polski, nawet jeśli oznaczało to mieszkanie daleko od mamy. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że pół życia spędziłam w Holandii i w Polsce mogę czuć się obco.
W którym kraju byłabym u siebie? W którym naprawdę mogłabym sięgnąć tych cholernych gwiazd?
Po raz kolejny spojrzałam na swoje odbicie i nagle zapragnęłam zedrzeć z głowy tę głupią opaskę z perełkami, ale nim zdążyłam to zrobić, zobaczyłam, że ktoś zmierza w moją stronę.
– Sophie! – zawołał pan Berg. – Właśnie cię szukałem!
Zmusiłam usta do uśmiechu. Pan Berg był tak bogaty, że pewnie mógłby się kąpać w złocie jak wujek Sknerus, krewniak Kaczora Donalda, ale należał do tego typu ludzi, po których wyglądzie nie można było odgadnąć stanu ich konta. Mama pracowała dla niego od przeszło jedenastu lat. Z początku była zwykłą sprzątaczką, ale z czasem stała się gosposią, aż wreszcie do jej obowiązków doszło zarządzanie resztą personelu. A w posiadłości Bergów było zatrudnionych naprawdę sporo osób: dwie kucharki, które pracowały na zmiany, ogrodnik, cztery sprzątaczki i szofer. Większość, tak jak ja z mamą, mieszkała na terenie posesji w domkach tuż za garażami. Wszyscy w mojej szkole o tym wiedzieli i to w jakiś sposób sprawiało, że czułam się jeszcze biedniejsza. To, że nasz dom nie należał do nas i znajdował się tak blisko obezwładniającego bogactwa, nie dotykało mnie aż tak bardzo, jak fakt, że pozostali mieszkańcy miasteczka zdawali sobie z tego sprawę. W ich oczach zawsze byłam tylko częścią służby.
Pan Berg nigdy jednak nie traktował nas z góry i naprawdę go za to lubiłam.
– Dobry wieczór – przywitałam się uprzejmie. – Przeziębienie już panu minęło?
– Imponujesz mi, Sophie. Jesteś jedyną młodą osobą, która się jeszcze mną przejmuje. Ale czuję się dobrze, dziękuję. Mam też dla ciebie bardzo ważne wiadomości.
– Dla mnie? – zdziwiłam się.
– Będziesz tak uprzejma i przejdziesz ze mną do gabinetu?
Podążyłam za nim korytarzem. Stukot naszych butów odbijał się od ścian, a mnie dopadło nagłe wrażenie nieuchronności. Jakby właśnie działo się coś, co wpłynie na trajektorię mojego życia. Nie miałam pojęcia, skąd to uczucie, ale gdy przekroczyłam próg gabinetu, zawahałam się.
– Mamo?
Jej twarz zawsze była jak otwarta księga i teraz, na widok emocji na niej wypisanych, poczułam, że ogarnia mnie chłód.
– Wejdź, kochanie – zachęciła mnie zdławionym głosem.
Zrobiłam, jak kazała, a potem opadłam na krzesło, bo nogi się pode mną ugięły. Pan Berg usiadł na skórzanym fotelu i przysunął się do biurka, oparłszy dłonie na blacie. Mój wzrok podążył za tym ruchem i padł wpierw na złoty sygnet na jego palcu serdecznym, a potem na leżącą obok teczkę, ozdobioną herbem Akademii Hanover.
Ścisnęło mnie w żołądku.
Akademia Hanover była jedną z najbardziej prestiżowych prywatnych uczelni w Europie, studiowali w niej tylko wybrańcy bogów. Chociaż Clemens, młodszy z synów pana Berga, był kompletnym dupkiem, ze względu na swoje urodzenie miał tam zapewnione miejsce. Ja mogłam liczyć co najwyżej na lokalną uczelnię – mimo że miałam najlepsze oceny w szkole. Brakowało mi pieniędzy, a czesne w Hanover było tak wysokie, że nawet jeśli sprzedałabym nerkę, nie byłoby mnie na to stać.
Poczułam, że mama chwyta mnie za rękę.
– Wszystko w porządku?
Jak mogłam jej powiedzieć, że czuję się teraz jak żałosny robak, który nigdy nie przeskoczy kłód, które los rzuca mu pod nogi? Wierzyła we mnie, tak samo jak nauczyciele w szkole. Dla nich moje wyniki w nauce i ambicje wystarczały jako bilet do świetlanej przyszłości. Ale ja przed oczami miałam tylko Clemensa i jego brata, którzy w całym swoim życiu nie musieli kiwnąć palcem, a dostawali wszystko jak na tacy.
– Przepraszam – wydusiłam, próbując zgasić w sobie tę gorycz, która na chwilę mnie przytłoczyła. – Chyba mam zły dzień.
– Twój dzień zaraz stanie się lepszy – oznajmił pan Berg.
Mój wzrok pomknął w jego stronę.
– Nie wiem, czy jesteś tego świadoma, Sophie, ale od kilku lat zasiadam w radzie nadzorczej Akademii Hanover. Zdajemy sobie sprawę, że czesne jest przeszkodą dla wielu zdolnych osób chcących zawitać w nasze progi. Z tego powodu przed paru laty stworzyliśmy specjalny program i dzięki niemu możemy dać szansę tym, którzy na nią zasługują. Co roku wybieramy sześcioro utalentowanych uczniów, którym przyznane zostaje pełne stypendium. To zawsze młodzi ludzie z najlepszymi wynikami w swoich placówkach. Inteligentni, ambitni, a przede wszystkim wybijający się z tłumu.
Przesunął teczkę po biurku w moją stronę, a mnie serce zaczęło walić jak oszalałe.
– Tacy jak ty – wyszeptała mama.
– Komitet jednogłośnie zdecydował o przyznaniu ci stypendium, Sophie.
Złapałam się krzesła, bojąc się, że zaraz z niego spadnę. Zaczęło mi szumieć w uszach, a w ustach zrobiło się sucho.
– To jakiś żart? – wychrypiałam.
Pan Berg pokręcił głową, a emocje w mojej głowie eksplodowały. Zgięłam się wpół, zanosząc się szlochem. Czułam, że mama mnie obejmuje, i usłyszałam ciche pytanie pana Berga: „To łzy szczęścia?”, ale nie byłam w stanie nic z siebie wydusić.
Miałam iść do Akademii Hanover. Ja. Córka polskiej sprzątaczki, której bariera językowa na początku szkoły nie pozwoliła na dostanie się do klasy odpowiedniej do jej wieku.
Nie wiem, ile minęło, nim się wyprostowałam, ale gdy to zrobiłam, łzy nie płynęły mi po policzkach.
Pan Berg już się nie uśmiechał.
– Nie chciałem sprawić ci przykrości, Sophie. Myślałem…
– To najwspanialsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w życiu – odparłam szczerze, a pan Berg przyłożył dłoń do serca.
– No, to idę po szampana – powiedział, wstając zza biurka.
Wyszedł, a mama objęła mnie ramieniem.
– To dlatego zaprosiłaś mnie na kolację do restauracji? – zapytałam, nie odrywając wzroku od logo akademii.
– Oczywiście. Szkoda tylko, że całkowicie zepsułam sobie teraz makijaż – odparła, wycierając mokre policzki. Cmoknęła mnie w czoło i wstała. – Doprowadzę się do porządku i zaraz wrócę.
Gdy zostałam sama, odchyliłam się na siedzeniu i odetchnęłam. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje. Sięgnęłam po teczkę, ale ta wyślizgnęła mi się z rąk na dźwięk chłodnego głosu, który nagle wybrzmiał za moimi plecami.
– Już ci powiedzieli?
Zebrałam dokumenty z podłogi i dopiero wtedy się odwróciłam. Oczywiście w drzwiach stał Clemens, w swojej pełnej holenderskiej krasie, wysoki i opakowany w ubrania od Ralpha Laurena. Mógłby zostać modelem. Miał delikatne piegi, jasnobrązowe włosy i przejrzyste niebieskie oczy. Jego nos był idealnie prosty, ramiona szerokie, a biodra wąskie. Zawsze prezentował się jak żywcem wyjęty z katalogu mody… Gdyby nie mina, sprawiająca, że wyglądał na chronicznie rozczarowanego.
– Tak. Wygląda na to, że idziemy na tę samą uczelnię.
Clemens pokręcił głową, jakbym była wyjątkowo nierozgarnięta.
– To żadna wygrana na loterii. Wiesz doskonale, że to nie jest miejsce dla ciebie.
– Dlaczego nie?
– Nie jesteś jedną z nas i nigdy nie będziesz. Boleśnie się o tym przekonasz już pierwszego dnia. Przemyśl, czy chcesz przez to przechodzić.
I oto cała prawda o Clemensie – był uprzywilejowanym draniem.
Wstałam, ocierając twarz, żeby nie pomyślał, że płaczę przez niego. Dłoń, którą zaciskałam na teczce, drżała.
– Masz wszystko, Clemens – powiedziałam, ledwo hamując się, żeby nie podnieść głosu. – To, że ja też będę coś miała, nie oznacza, że ty nagle dostaniesz mniej.
Zamknął oczy.
– Nic nie rozumiesz. Nie chodzi o mnie.
– Och, no tak. Martwisz się, że nie poradzę sobie na złej, złej uczelni, pełnej bogatych dzieciaków twojego pokroju?
Wcześniej myślałam, że jego twarz nie mogła się bardziej wykrzywić, ale teraz przekonałam się, że jednak to możliwe.
Wbił we mnie wzrok.
– Oni nie są mojego pokroju.
Nie miałam pojęcia, co na to odpowiedzieć, ale na szczęście tę beznadziejną rozmowę przerwali nasi rodzice, którzy przynieśli do gabinetu kieliszki i butelkę szampana w wiaderku z lodem. Pan Berg objął syna.
– Świętujesz z nami, chłopcze?
Clemens grzecznie odsunął się od ojca.
– Może innym razem.
Gdy wyszedł, pan Berg przewrócił oczami.
– Ten chłopak kocha się zamartwiać. Trudno, napijemy się bez niego.
Wciąż czułam rozgoryczenie zachowaniem Clemensa, ale nie mogłam pozwolić, żeby odebrał mi tę chwilę. Moja przyszłość naprawdę miała być świetlana i żaden bogaty dupek nie mógł już tego zmienić.
ROZDZIAŁ 1
SOPHIE
WHolandii, oprócz kilku większych miast, takich jak Amsterdam i Rotterdam, oraz kilku mniejszych urokliwych miasteczek w rodzaju Delftu czy Goudy, znajdują się głównie farmy. Pola ciągną się aż po horyzont, urozmaicane skupiskami szklarni, w których przez cały rok hoduje się owoce i warzywa. Małe wioski są pełne identycznych domów, gdzie na każdego mieszkańca przypada maksymalnie jedna czwarta drzewa. Dlatego właśnie, gdy po dwóch godzinach podróży GPS oznajmił, że za piętnaście minut będziemy na miejscu, a naszym oczom ukazał się las, moja mama zawołała:
– Niemożliwe!
Po obu stronach drogi wznosiły się wysokie drzewa, a my zdumione rozglądałyśmy się wokół. Holandia nie jest najbardziej zalesionym krajem z jednego, bardzo prostego powodu: rozmiaru. Każdy jej metr kwadratowy musiał być spożytkowany w sposób praktyczny. Politycy od lat walczyli o wykupienie części pól uprawnych od rolników, aby móc tam budować kolejne nieruchomości.
Nie zdążyłyśmy jeszcze wyjść z szoku, gdy po lewej stronie drogi wyrosła budka strażnicza. Ze środka wyszedł wysoki mężczyzna i zamachał, jakby na powitanie, chociaż po prostu chciał, żebyśmy się zatrzymały.
– Dzień dobry! – przywitał nas po niderlandzku, gdy mama zahamowała i otworzyła okno po swojej stronie. – Nowa studentka?
– Dzień dobry! Tak jest, Zofia Klos.
Mężczyzna zerknął na swój tablet, a potem zmarszczył brwi.
– Sophie Klos?
– To ona.
– Witamy w Akademii Hanover, Sophie – powiedział oficjalnym tonem strażnik i wskazał na drogę przed nami. – Kierujcie się na wprost. Za kilka minut po lewej stronie zobaczycie nieczynną bibliotekę. Za nią znajdziecie główny plac i akademię. Miejsca parkingowe są po lewej stronie od głównego budynku, zaraz przed skrzydłem oznaczonym literą L. Wejście znajduje się na dziedzińcu, łatwo tam trafić. Na miejscu otrzymają panie mapkę i wszystkie potrzebne informacje. Las otacza całą akademię, więc nie ma innej drogi powrotnej niż ta, którą przyjechałyście. Gdy będzie pani wracała – spojrzał na moją mamę – może się pani zatrzymać u mnie na kawę. Przyrządzam przepyszne cappuccino.
Moja mama – oczywiście nie zauważywszy tego bezczelnego flirtu – podziękowała mu wylewnie, po czym ruszyłyśmy w stronę akademii.
Na widok mojej miny pokręciła głową.
– No co? – zapytała defensywnie.
Tylko przewróciłam oczami.
Budynek wspomnianej przez strażnika biblioteki wyłonił się zza drzew po kilku chwilach. Mama zwolniła, a potem zatrzymała się na środku drogi.
– Chcesz zobaczyć ją z bliska?
Pokiwałam głową i wysiadłyśmy. Była to majestatyczna wysoka budowla z piaskowca, z kamiennymi schodami i filarami wzorowanymi na greckich kolumnach. Miejsce okazało się zapuszczone: po ścianach wspinały się chwasty, elewację znaczyły zacieki, a kamienna ścieżka była częściowo zarośnięta trawą. Nawet schody były brudne, uwalane piachem. Gdy stanęłyśmy przed wielkimi drewnianymi drzwiami prowadzącymi do środka, zobaczyłyśmy, że jakieś zwierzę zrobiło sobie w kącie legowisko.
– Mam nadzieję, że reszta szkoły tak nie wygląda – mruknęłam, a mama parsknęła.
Kiedy wróciłyśmy do auta, nagle poczułam ciężar tego, co czekało nas na końcu drogi. Wyłączyłam radio i obciągnęłam wart ponad trzysta euro sweter od Ralpha Laurena. Wiedziałam, że jeśli chcę tu coś osiągnąć, nie mogę dopuścić do tego, żeby inni studenci domyślili się, że jestem biedna. Całe wakacje pracowałam na dwa etaty tylko po to, żeby kupić kilka sztuk markowych ubrań z wyższej półki. Co prawda akademia wysłała mi trzy zestawy mundurków, które uczniowie na ulotce rekrutacyjnej nosili z uśmiechem, lecz byłam pewna, że nikt tak naprawdę ich nie wkładał. Zapakowałam je na wszelki wypadek, ale na przyjazd wybrałam sweter, lewisy i czarne loafersy od Chanel, na które wydałam całą miesięczną wypłatę z kawiarni. Bolało, bogactwo jednak podobno można rozpoznać po butach, a ja nie zamierzałam ryzykować.
– Wszystko będzie dobrze – mruknęła mama, gdy zaczęłam nerwowo bębnić palcami o deskę rozdzielczą.
I rzeczywiście, wszystko miało być dobrze, bo wreszcie wyjechałyśmy zza drzew i naszym oczom ukazała się Akademia Hanover.
Gdyby nie to, że wiedziałam, że znajdujemy się pod Maastricht w Holandii, dałabym sobie głowę uciąć, że teleportowałyśmy się do Szkocji.
Plac, jak nazwał go strażnik, był ogromnym brukowanym podjazdem, w którego centrum znajdował się rozłożysty dąb. Za nim rozpościerała się akademia. Ogromny kompleks budynków z cegły w odcieniach jasnego brązu i przypalonej czerwieni, z ciemnoszarymi dachami, niektórymi skośnymi, innymi zwieńczonymi wieżyczkami. Czytałam, że budynki były wzorowane na dziewiętnastowiecznym stylu wiktoriańskim, który przybył do Maastricht wraz z założycielem uczelni, Dariusem Augustem van Hanoverem, synem księcia Wielkiej Brytanii.
Choć wcześniej widziałam już sporo zdjęć akademii, nic mnie nie przygotowało na to, że efekt będzie tak niesamowity. Aż ścisnęło mnie w żołądku.
Ja. W takim miejscu.
– Mamo… Czy to się dzieje naprawdę?
Nie odpowiedziała, tylko skręciła w stronę parkingu. Zaparkowała pomiędzy chryslerem i mercedesem, a ja nagle zdałam sobie sprawę, że jeśli ktoś zobaczy mnie w nissanie micra, od razu zorientuje się, kim jestem. Wyskoczyłam z auta w takim pośpiechu, że uderzyłam łokciem w ramę drzwi.
– Bagażnik! – zawołałam nerwowo.
Gdy klapa odskoczyła, jednym ruchem wyciągnęłam plecak i walizkę i niemal pognałam w stronę wejścia. Mama dogoniła mnie, dopiero gdy wyszłam na kamienną ścieżkę.
– Boisz się, że się rozmyślą? – zapytała ze śmiechem, zrównując ze mną krok.
Zlustrowałam ją wzrokiem, czując się przy tym parszywie. Ale nie, nie wyglądała jak sprzątaczka – wręcz przeciwnie, prezentowała się świetnie, pewnie lepiej ode mnie.
Zatrzymałam się gwałtownie, aż prawie na mnie wpadła.
– Jezu, dziecko! Ostrzegłabyś!
– Jak wyglądam?
– Jakbyś wydała za dużo pieniędzy na ubrania, a co?
– Mamo! – zdenerwowałam się. – Pytam poważnie!
Uniosła ręce w geście kapitulacji.
– Wyglądasz świetnie, jak zawsze.
Świetnie, jak zawsze. Nie chciałam wyglądać „jak zawsze”, nie mogłam.
Zresztą mama nie była osobą, którą należało o to pytać. Pewność siebie przede wszystkim – tak brzmiała jej naczelna zasada.
Wyprostowałam się.
– Okej, nieważne. Chodźmy już.
– Czekaj, czekaj. – Zatrzymała mnie. – Zosiu, słoneczko, wszystko w porządku?
Byłyśmy tego samego wzrostu, tylko mama przez swoją burzę loków zawsze wyglądała na wyższą. Miałyśmy włosy w takim samym odcieniu czerni, ale moje były absolutnie proste i chociaż błagałam je wielokrotnie, żeby się zakręciły, nie reagowały na moje prośby. Dlatego od kilku lat ścinałam je na krótko, sięgały mi centymetr poniżej szczęki. Tam, gdzie moja mama miała w sobie dzikość i piękno, ja miałam ułożenie i przeciętność. Byłam tą bladą dziewczyną w okularach, która wygląda jak przepisowa kujonka z amerykańskiej komedii z lat dziewięćdziesiątych. Tutaj musiałam jednak udawać, że jestem kimś innym, kimś lepszym. W przerwach między letnimi pracami ćwiczyłam przed lustrem różne makijaże. Doszłam do perfekcji – potrafiłam już narysować idealną kreskę eyelinerem i zrobić sobie sztuczne piegi. Umiałam sprawić, że moja twarz wyglądała trochę dziwnie i eterycznie.
Teraz jednak miałam wrażenie, że to nie jest styl obowiązujący w Hanover. Nagle moje kocie kreski wydały się zbyt krzykliwe, a czarne piegi dziecinne.
– Nie chcę się wygłupić – powiedziałam cicho. – Nie pasuję tutaj.
Mama prychnęła.
– Oni tu nie pasują. Ty jesteś cholernie mądra i ambitna, a oni mają jedynie forsę.
– Wolałabym mieć forsę – mruknęłam.
Już gdy to mówiłam, zdałam sobie sprawę, że to błąd. Na widok zaskoczonej i urażonej miny mamy żołądek ścisnął mi się jeszcze bardziej.
– Przepraszam – rzuciłam szybko. – Po prostu jestem zdenerwowana.
Mama westchnęła.
– Słoneczko, uwierz mi, jesteś tu najbystrzejsza. Skopiesz im tyłki.
Chwyciła mnie pod rękę i ruszyłyśmy dalej ścieżką. Przed głównym budynkiem nikogo nie było, ale drogowskaz obok latarni wskazywał, że dziedziniec jest kilka metrów na prawo od parkingu. Przeszłyśmy więc między szpalerem równo przyciętych krzaków i dotarłyśmy do drewnianych drzwi, które wyglądały jak wejście na czyjeś podwórko. Ja się zawahałam, ale mama je pchnęła.
I wtedy znalazłyśmy się w innym świecie.
Naszym oczom ukazał się dziedziniec, pełen zieleni, ławek i niskich drzew. Dopiero teraz dotarło do mnie, że po drodze nikogo nie widziałyśmy, a tutaj były tłumy. Każda osoba wydawała się zajęta. Wychwyciłam wzrokiem kilka podekscytowanych grupek, niektórzy studenci wciąż stali ze swoimi rodzicami, inni pochylali się nad tabletami, całkowicie zaabsorbowani tym, co widzieli na ekranie.
I wszyscy, co do jednego, mieli na sobie mundurki.
– Kurwa mać – wyrwało mi się.
– Zosia! – ofuknęła mnie mama.
Od tłumaczenia się uratował mnie patykowaty chłopak, który podszedł do nas z taką miną, jakbyśmy właśnie wyczołgały się ze śmietnika.
– To wejście dla dostawców – poinformował nas po angielsku.
Zerknęłam przez ramię, czując, że się czerwienię.
– Pierwszy rok – wytłumaczyłam.
Chłopak tylko uniósł brwi, a potem – jakby sprawiało mu to fizyczny ból – podał mi jedną z toreb.
– Jest naładowany. Login to twoje nazwisko i rok urodzenia, hasło powinnaś była dostać na mejla w poniedziałek.
Przyjęłam torbę, a on zmierzył mnie spojrzeniem.
– Powodzenia.
Brzmiało to tak, jakby zamierzał dodać: „będziesz go potrzebować”.
Zerknęłam do torby, w środku były iPad, pudełko z logo Parkera, kołonotatnik i teczka z symbolem akademii.
– Mamo – zaczęłam śmiertelnie poważnym tonem – oni mi dali iPada.
– Co?
Chwyciła brzeg torby, żeby do niej zajrzeć, a potem obie spojrzałyśmy na siebie zszokowane. Chłopak, który właśnie przechodził obok, prychnął.
– Też mi iPad, co? – sarknął po angielsku z ostrym akcentem, którego nie rozpoznałam. – Straszna bieda. To badziewie, nawet nie pro.
Miał karnację ciemniejszą od przeciętnego Holendra i włosy w odcieniu ciepłej czekolady. Mundurek leżał na nim idealnie.
– Żałosne – potwierdziłam niepewnie.
– No właśnie! – zawołał chłopak. – Kto tego jeszcze używa?
Odszedł, a mama aż zagwizdała.
– Mówiłam ci, że tu nie pasuję – burknęłam.
– Bo nie jesteś rozwydrzona?
Odpowiedź na to pytanie brzmiała „tak”, ale nie zamierzałam dawać jej tej satysfakcji. Zajęłyśmy jedną z ławek, a ja wyciągnęłam tablet i się zalogowałam. Po krótkim filmiku powitalnym otrzymałam dokładne wytyczne, jak trafić do akademika, nazywanego apartamentami studenckimi, a także poznałam numer mojego pokoju i imię recepcjonistki, która miała do niego klucz.
– Chyba będę miała recepcjonistkę.
– Mam nadzieję, że kogoś do podcierania tyłka też?
Zaśmiałyśmy się nieco zbyt histerycznie, by można to uznać za całkiem zdrowe.
Potem pozwoliłam, żeby mapka na tablecie poprowadziła nas w stronę apartamentów studenckich.
Minęłyśmy komitet powitalny złożony z dwóch kobiet w średnim wieku z naręczem toreb do rozdania. Następnie ominęłyśmy drugi budynek, który łączył się z frontowym, tworząc dziedziniec, i ruszyłyśmy wzdłuż szeregu zabudowań. Ulice ciągnęły się w każdą stronę, a do mnie dotarło, jak ogromne jest to miejsce. Określenie „miasteczko studenckie” nabrało zupełnie nowego znaczenia. Mijałyśmy kompleksy ceglanych budynków i drewniane ławki z metalowymi plakietkami, dedykowane osobom, których nie znałam, ale które, zakładałam, dawno opuściły ten świat. Obok nich znalazło się miejsce dla wysokich żeliwnych lamp i aktualnie zamkniętych stoisk z kawą. Po drodze natrafiłyśmy na wąski długi budynek o wysokich przepięknych witrażach przedstawiających lasy to skąpane w świetle słonecznym, to w świetle księżyca. Mapka poinformowała mnie, że to sala jadalna.
– Na śniadanie foie gras – szepnęłam.
Wreszcie dotarłyśmy do apartamentów, które wyglądały równie szkocko i niesamowicie jak reszta kompleksu. Zaczęłam wciągać walizkę stopień po stopniu na wysokie schody prowadzące do wielkich podwójnych drzwi, gdy jak spod ziemi wyrósł Clemens.
– Dzień dobry, pani Klos – powiedział, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem, a potem niemal siłą wyrwał mi bagaż z rąk i wniósł go na samą górę.
– Poradziłabym sobie – warknęłam.
Posłał mi swój typowy grymas.
– Wystarczyło zostawić swoje rzeczy na parkingu i podać nazwisko. Dowożą walizki do pokoju.
Przewróciłam oczami.
– Oczywiście, że tak.
Mama miała do Clemensa dużo więcej cierpliwości.
– Też będziesz mieszkał w tym budynku?
Pokiwał głową.
– Na drugim piętrze.
Przynajmniej tyle. Gdybym miała spotykać Clemensa codziennie rano, dostałabym niestrawności.
Mama spojrzała na mnie tak, jakby oczekiwała, że zdradzę, gdzie mieszkam, ale nie zamierzałam tego zrobić. Uśmiechnęłam się fałszywie.
– Dziękuję za pomoc, Clemens, nie będziemy cię już zatrzymywać.
Nie ruszył się z miejsca, tylko zmierzył mnie spojrzeniem.
– Wiesz, że powinnaś być w mundurku?
– Nie są obowiązkowe.
Uniósł tylko brwi, a ja poczułam, że się czerwienię.
– Przebiorę się później – burknęłam. – Chyba mnie za to nie zlinczują?
– To tradycja, Klos. Na terenie kampusu studenci zawsze noszą mundurki. Akademia Hanover to nie jest jakaś zwykła uczelnia, której nazwę wstyd wpisać w CV.
Potrząsnęłam torbą z iPadem.
– Naprawdę? A ja myślałam, że na każdej uczelni dają ci na wstępie sprzęt wart osiemset euro.
Clemens otworzył usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale spojrzał na moją mamę i chyba zmienił zdanie, bo rzucił tylko:
– Nie spóźnij się na kolację powitalną.
I już go nie było. Nie chciałam, żeby mama skomentowała to zajście, bo z jakiegoś powodu zawsze lubiła Clemensa, więc również ruszyłam w stronę wejścia.
Ściany w lobby pokrywała szaro-złota tapeta we wzór przypominający płatki śniegu. Z wysokiego sufitu zwisał wielki mosiężny żyrandol, oświetlający gigantyczną klatkę schodową wyłożoną dywanem pod kolor tapety.
Clemens szedł już na górę, gdy z mamą podeszłyśmy do kobiety siedzącej za jednym z rzeźbionych biurek składających się na ladę recepcji.
– Dzień dobry, nazywam się Sophie Klos. Mam się zgłosić do Uny po klucz do pokoju.
Kobieta wstała zza biurka.
– To dobrze trafiłaś, kochanie. Witaj w Akademii Hanover.
Podała mi kopertę z moim imieniem.
– Trzecie piętro, twój pokój jest na samym końcu korytarza.
Podziękowałam jej, ale ona jeszcze mnie zatrzymała.
– Nie wolisz, żeby ktoś wniósł bagaż na górę?
– Ja nie… – Ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć, że nie jestem jednym z bogaczy, ale stypendystką. – Poradzę sobie, dziękuję.
Nie było windy, lecz wraz z mamą dotargałyśmy walizkę na piętro. Panowały tu niepokojące pustki. Czując się dziwnie nierealnie, wyciągnęłam z koperty klucz i otworzyłam drzwi do pokoju.
Spodziewałam się małej klitki z dwoma łóżkami lub łóżkiem piętrowym, ale Akademia Hanover nie na darmo nazywała akademik apartamentami studenckimi. Pokój był niewiele większy od tego w naszym domu, ale dużo bardziej elegancki. Wielkie okno było na wpół zasłonięte ciężką brązową kotarą, a wpadające przez szybę promienie słoneczne odbijały się od wypastowanej dębowej podłogi. Ściany były kremowe i pasowały do jasnego biurka, które stało obok wysokiej narożnej szafy, wyglądającej jak z gotyckiego horroru. Po przeciwnej stronie ustawiona była wąska pusta biblioteczka i…
– Tu jest tylko jedno łóżko – zauważyła mama.
Popatrzyłyśmy na siebie, a potem zupełnie straciłyśmy rozum, rzuciłyśmy się sobie w ramiona i zaczęłyśmy piszczeć. Właśnie skakałyśmy w kółko, trzymając się za ręce, gdy rozległo się pukanie, a ja zdałam sobie sprawę, że zostawiłyśmy otwarte drzwi.
W progu stała dziewczyna, która wyglądała, jakby była co najmniej córką prezydenta. Była pierwszą nastolatką noszącą spodnium, jaką kiedykolwiek widziałam. Ciemne włosy miała zaczesane w wysoki kucyk, a jej mina wyrażała coś pomiędzy ulgą a zdziwieniem.
– Och, ty też nie jesteś ubrana w mundurek! – zawołała z brytyjskim akcentem.
Puściłam ręce mamy i dmuchnęłam, żeby usunąć włosy z twarzy.
– Tradycją jest, że wszyscy studenci noszą mundurki na terenie akademii.
Zmierzyła mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na wielkim napisie Ralph Lauren na moim swetrze.
– Buntujesz się? – zapytała wreszcie.
Pokręciłam głową.
– Po prostu nie chciałam jechać autem wciśnięta w całą tę wełnę – wytłumaczyłam z uśmiechem. – Jestem Sophie.
Dziewczyna przekroczyła próg. Z bliska zobaczyłam, że ma zielone oczy i prawdziwe piegi, a nie fałszywe, namalowane eyelinerem, jak ja. Zrobiło mi się głupio.
– Emily Harris – przedstawiła się.
Zwróciła się w stronę mojej mamy, ale ona machnęła ręką.
– Ja to ją tylko wydałam na świat, nie musisz pamiętać mojego imienia. Mieszkasz obok?
Emily pokiwała głową.
– Naprzeciwko.
– No i pięknie, sąsiadka. To chyba jest znak, że powinnam wracać do domu.
– Ale mamo…
Nie dała mi dojść do głosu, tylko mocno mnie uścisnęła.
– Dzisiaj zaczyna się twoje nowe życie, lecz nie zapomnij o swojej starej matce, dobrze?
Puściła mnie, nim zdążyłam odpowiedzieć. Udało mi się dostrzec łzy w jej oczach, chociaż odwróciła się szybko, żeby je ukryć.
– Nie spóźnij się na kolację powitalną – powtórzyła po Clemensie zdławionym głosem, a potem niemal wybiegła z pokoju.
Poczułam skurcz tęsknoty, gdy grzywa jej loków zniknęła za drzwiami.
– Twoja mama wygląda jak Andie MacDowell – zauważyła Emily.
– Wiem – westchnęłam. – Strażnik przy wjeździe już z nią flirtował.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, a ja poczułam do niej gwałtowny przypływ sympatii.
– Ze mną nikt nigdy nie flirtuje – powiedziała.
Skrzywiłam się.
– Nie wierzę w to.
– Poważnie. Moja przyjaciółka mówi, że to dlatego, że jestem królową lodu.
Zabrzmiało to dość wrednie jak na przyjaciółkę, ale postanowiłam zostawić to spostrzeżenie dla siebie i tylko wzruszyć ramionami.
– Jeśli cię to pocieszy, to ze mną nikt nie flirtuje, bo jestem dziwadłem.
Ugryzłam się w język za późno.
– Jestem daleko od Anglii, co? – Emily wydała się zdumiona moimi słowami, lecz mimo to się uśmiechnęła.
– Dlaczego?
– Anglicy nie są tak… dosadni jak Holendrzy.
– Och, jeśli to uważasz za dosadność, to Holendrzy mocno cię zaskoczą.
Spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
– Nie jesteś stąd?
– Jestem z Polski.
– Nasza kucharka też jest z Polski.
Równie dobrze mogłaby uderzyć mnie pięścią w brzuch. Poczułam, jak uchodzi ze mnie powietrze. Miałam nadzieję, że nie widać tego na mojej twarzy.
– Tak? – wydusiłam.
– Wspaniale gotuje, ale niestety nie mówi za dobrze po angielsku.
Ależ oczywiście, że nie. To było straszne i ksenofobiczne, że Polacy za granicą byli kojarzeni głównie jako służba.
Nie potrafiłam nic poradzić na to, że zalała mnie fala wstydu.
Otworzyłam usta do odpowiedzi, za wszelką cenę pragnąc zmienić temat, ale wtedy Emily dodała:
– Dlatego ja nauczyłam się nieco polskiego.
A potem, z bardzo wyraźnym akcentem, zapytała po polsku:
– Idziemy do kolację razem?
Miałam przeczucie, że to początek wielkiej przyjaźni.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI