Cały mój gniew - Sabaa Tahir - ebook + książka

Cały mój gniew ebook

Sabaa Tahir

3,5
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Lahore, Pakistan. Kiedyś.
Misbah jest świeżo upieczoną żoną Toufiqa, a ich związek został zaaranżowany. Gdy małżeńskim życiem nagle wstrząsa tragedia, wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych i otwierają motel, mając nadzieję na nowy początek.

Juniper, Kalifornia. Dzisiaj.
Salahudin i Noor są kimś więcej niż najlepszymi przyjaciółmi – myślą o sobie jak o rodzinie i rozumieją się bez słów. Aż do wielkiej kłótni, która niszczy ich więź.

Sal stara się prowadzić rodzinny motel, gdy jego matka Misbah podupada na zdrowiu, a ojciec zapija smutek alkoholem. Noor pracuje w sklepie monopolowym swojego gniewnego wuja, ale chce od niego uciec. Ukrywa przed nim fakt, że złożyła podanie do college’u. Kiedy Sal próbuje uratować motel, wszystko wymyka się spod kontroli. Razem z Noor stają przed pytaniami: ile warta jest przyjaźń? Co trzeba zrobić, aby pokonać potwory z przeszłości i te, które są wciąż pośród nich?

Sabaa Tahir, autorka bestsellerów z pierwszych miejsc listy „New York Timesa”, przedstawia intrygujacą i chwytającą za serce współczesną powieść o rodzinie i przebaczeniu. To książka o miłości i stracie, która łączy pokolenia i zbliża do siebie kontynenty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 438

Rok wydania: 2024

Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: All My Rage
Co­py­ri­ght © 2022 by Sa­baa Ta­hir Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2024 Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ma­ciej Po­tulny, 2024
Re­dak­tor pro­wa­dzący: Bo­gu­mił Twar­dow­ski
Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Alek­san­dra Ko­tlew­ska
Re­dak­cja: Olga Gor­czyca-Po­pław­ska
Ko­rekta: Ro­bert Na­rloch, Iga Wi­śniew­ska
Skład i ła­ma­nie: Sta­ni­sław Tu­chołka | pan­book.pl
Pro­jekt okładki ory­gi­nal­nej: Ro­drigo Cor­ral
Ad­ap­ta­cja okładki: Magda Bloch
Ni­niej­sza praca jest dzie­łem fik­cji. Wszel­kie na­zwy, po­staci, miej­sca i wy­da­rze­nia są wy­two­rem wy­obraźni osoby au­tor­skiej. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób praw­dzi­wych jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone.
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-67551-93-9
WE NEED YA Grupa Wy­daw­nic­twa Po­znań­skiego Sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10re­dak­cja@we­ne­edya.plmar­ke­ting@we­ne­edya.plwww.we­ne­edya.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla tych, któ­rzy umieją prze­trwać.

Dla tych, któ­rzy nie są do tego zdolni.

Drogi Czy­tel­niku,

uprze­dzamy, że w książce znaj­dują się sceny i opisy, które mogą zo­stać uznane za dra­styczne. Ich spis za­mie­ści­li­śmy na dole na­stęp­nej strony.

.

Cały mój gniew po­ru­sza na­stę­pu­jące kon­tro­wer­syjne lub trudne te­maty, mo­gące wy­wo­łać u czy­tel­ni­ków silny dys­kom­fort oraz po­dobne emo­cje: uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków i al­ko­holu, prze­moc fi­zyczna, is­la­mo­fo­bia, su­ge­stie do­ty­czące prze­mocy na tle sek­su­al­nym, kon­flikty z pra­wem, śmierć.

CZĘŚĆ I

W sztuce tra­ce­nia nie jest trudno dojść do wprawy;

tak wiele rze­czy bu­dzi w nas za­raz prze­czu­cie straty,

że kiedy się je traci – nie ma sprawy.

Eli­za­beth Bi­shop, Ta jedna sztuka[1]

ROZ­DZIAŁ 1

Mis­bah

Czer­wiec, wtedyLa­haur, Pa­ki­stan

Chmury nad La­haur były pur­pu­rowe ni­czym ję­zyk plot­kary. Tego dnia moja matka oznaj­miła, że wy­daje mnie za mąż.

Kiedy prze­ka­zała mi tę wia­do­mość, wy­bie­głam na we­randę, do ojca, który po­pi­jał po­woli her­batę z fi­li­żanki i przy­glą­dał się bu­rzo­wym chmu­rom zbie­ra­ją­cym się nad ho­ry­zon­tem upstrzo­nym la­taw­cami.

„Zrób coś! – chcia­łam wy­krzy­czeć. – Po­wiedz jej, że jesz­cze nie je­stem go­towa!”

Za­miast krzy­czeć, sta­nę­łam jed­nak u jego boku i, czu­jąc się znowu jak mała dziew­czynka, cze­ka­łam, aż sam się o mnie za­trosz­czy. Nie mu­sia­łam nic mó­wić. Ojcu wy­star­czyło jedno spoj­rze­nie i już wszystko wie­dział.

– Roz­ch­murz się, mo­tylku. – Zwró­cił ku mnie oczy, brą­zowe jak skrzy­dła ciem, i po­kle­pał mnie po ra­mie­niu. – Je­steś silna jak ja. Bę­dziesz wie­działa, jak ob­ró­cić tę sy­tu­ację na swoją ko­rzyść. A przy oka­zji uwol­nisz się spod wpływu matki.

Uśmiech­nął się, choć to tylko w pew­nym stop­niu był żart.

Kilka mi­nut póź­niej mon­su­nowa ulewa spa­dła na La­haur, prze­pę­dza­jąc pod da­chy roz­wrzesz­czane kur­czaki oraz dzieci i za­le­wa­jąc wodą ce­men­tową pod­łogę na­szego domu. Mimo to przy­ło­ży­łam w mo­dli­twie czoło do ziemi.

„Niech mój przy­szły mąż bę­dzie ła­godny – pro­si­łam w my­ślach, wspo­mi­na­jąc sińce na ciele mo­jej ku­zynki Amny, która wbrew woli ro­dzi­ców po­ślu­biła ja­sno­wło­sego biz­nes­mena z An­glii. – Niech bę­dzie do­brym czło­wie­kiem”.

Ukoń­czy­łam osiem­na­ście lat. Dła­wił mnie strach. Po­win­nam była mo­dlić się ra­czej o męża, który mnie nie za­wie­dzie.

ROZ­DZIAŁ 2

Sal

Luty, te­razJu­ni­per, Ka­li­for­nia

Jest 6.37 rano, a mój oj­ciec stara się ukryć przede mną, jak bar­dzo al­ko­hol szumi mu w gło­wie.

– Sal? Sły­szysz, co do cie­bie mó­wię?

Na­zywa mnie Sa­lem, a nie Sa­la­dy­nem, że­bym nie do­sły­szał, jak beł­ko­tli­wie wy­ma­wia słowa. Ści­ska kie­row­nicę na­szej hondy ci­vic tak mocno, jakby się bał, że ta cap­nie jego port­fel i z nim czmych­nie.

W atra­men­to­wej czerni po­ranka nie wi­dzę oczu abu, je­dy­nie jego oku­lary. Czer­wone świa­tła sa­mo­cho­dów pod­wo­żą­cych uczniów do szkoły od­bi­jają się w gru­bych pro­sto­kąt­nych szkłach. Abu nosi je od tylu lat, że zdą­żyły na­brać hip­ster­skiego cha­rak­teru. Wi­chura ko­ły­sze sa­mo­cho­dem – to je­den z wia­trów ty­po­wych na pu­styni Mo­jave, które wy­jąc, wdzie­rają się pod skórę i wy­peł­niają wszyst­kie za­ka­marki ciała. Otu­lam się szczel­niej po­la­rem, a mój od­dech two­rzy ob­łoczki.

– Sta­wię się tam – mówi abu. – Spo­kojna głowa. Okej, Sal?

W jego ustach to prze­zwi­sko brzmi sztucz­nie. Tak, jakby uży­wa­jąc go, sta­rał się mnie prze­ko­nać, że jest moim kum­plem, a nie prze­gry­wem pod ma­ską ojca.

Gdyby była z nami ama, od­kaszl­nę­łaby i po­wie­działa wy­raź­nie: „Sa­la­dyn”, by za po­mocą sta­ran­nej wy­mowy przy­po­mnieć, że dała mi imię upa­mięt­nia­jące słyn­nego przy­wódcę mu­zuł­ma­nów i po­win­ni­śmy za­wsze o tym pa­mię­tać.

– Na ostat­nie spo­tka­nie też obie­cy­wa­łeś się sta­wić – mó­wię do abu.

– Wczo­raj wie­czo­rem dok­tor Ro­th­man dzwo­nił do mnie, żeby się upew­nić, czy przyjdę – od­po­wiada. – Ale ty nie mu­sisz tam iść, je­śli masz coś w pla­nach... kółko dzien­ni­kar­skie czy tre­ning.

– Se­zon pił­kar­ski się skoń­czył. A z ga­zety od­sze­dłem w ubie­głym se­me­strze. Pójdę na spo­tka­nie. Ama w ogóle o sie­bie nie dba i ktoś musi o tym po­wie­dzieć dok­to­rowi Ro­th­ma­nowi... naj­le­piej w zro­zu­mia­łych, wy­raź­nych zda­niach.

Wi­dzę, że moje słowa ra­nią go ni­czym drobne ostre ka­mie­nie.

Par­kuje przy kra­węż­niku przed szkołą Ju­ni­per High. W cie­niach pod bu­dyn­kiem C ma­te­ria­li­zuje się grzywa utle­nio­nych wło­sów le­d­wie wy­sta­jąca nad parką. Ash­lee. Mija swo­bod­nym kro­kiem maszt i prze­py­cha się przez tłum uczniów w kie­runku na­szej hondy. Jej blade, mocno od­sło­nięte nogi zdają się zu­chwa­łym wy­zwa­niem dla tem­pe­ra­tury, która spa­dła po­ni­żej mi­nus pię­ciu stopni.

Po­nadto roz­pra­szają uwagę.

Ash­lee jest już tak bli­sko, że wi­dzę pur­pu­rowy la­kier na jej pa­znok­ciach. Abu jesz­cze jej nie za­uwa­żył. Ani on, ani ama ni­gdy nie po­wie­dzieli wprost, że nie mogę spo­ty­kać się z dziew­czy­nami. Ale tak jak ży­rafy od uro­dze­nia umieją bie­gać, tak samo ja przy­sze­dłem na świat z wro­dzoną świa­do­mo­ścią, że cho­dze­nie z kim­kol­wiek, do­póki miesz­kam pod jed­nym da­chem z ro­dzi­cami, jest ver­bo­ten.

Abu na­ci­ska pal­cami po­wieki. Jego oku­lary wy­żło­biły lśniący, czer­wony ro­wek w na­sa­dzie nosa. Prze­spał w nich całą noc na roz­kła­da­nym fo­telu. Ama była zbyt zmę­czona, żeby zwró­cić na to uwagę.

A może nie chciała tego za­uwa­żyć.

– Put­tar[2]... – Synu.

Ash­lee puka w szybę. Jej parka jest roz­pięta na tyle, że wi­dać pod nią skąpy T-shirt z na­dru­kiem „Wi­tamy na Ta­to­oine”. Na pewno nie chroni jej przed zim­nem.

Jesz­cze przed dwoma laty abu na ten wi­dok uniósłby ze zdzi­wie­nia brwi aż po li­nię wło­sów. Za­py­tałby: „Kto to, put­tar?”. Jego mil­cze­nie jest jed­nak bru­tal­niej­sze, jakby w mo­jej gło­wie roz­legł się brzęk tłu­czo­nego szkła.

– Jak do­trzesz do szpi­tala? – pyta abu. – Mam cię ode­brać?

– To ama musi tam do­trzeć. Za­wieź ją – od­po­wia­dam. – Ja ja­koś so­bie po­ra­dzę.

– Do­brze, ale wy­ślij mi SMS-a, je­śli...

– Moja ko­mórka nie działa.

„Bo wiesz, abu, trzeba by za­pła­cić ra­chunki u ope­ra­tora”. To jego je­dyne za­da­nie, a i tak nie umie tego do­pil­no­wać. Zwy­kle to ama sie­dzi zgar­biona nad stertą ra­chun­ków i wy­dzwa­nia do do­stawcy ener­gii, szpi­tala albo ka­blówki z py­ta­niami, czy mo­żemy ure­gu­lo­wać na­leż­no­ści w ra­tach. A po­tem mam­ro­cze pod no­sem „ullu ke pa­tay – so­wie syny”, kiedy jej od­ma­wiają.

Po­chy­lam się do niego, po­cią­gam dys­kret­nie no­sem i nie­mal mnie za­tyka. Śmier­dzi tak, jakby wziął ką­piel w Old Crow, a po­tem jesz­cze spry­skał się nim po go­le­niu.

– Spo­tkamy się o trze­ciej – pro­po­nuję. – Weź prysz­nic, za­nim ama się zbu­dzi. Czuć cię na od­le­głość.

Ża­den z nas nie do­daje, że to nie ma zna­cze­nia. Że na­wet je­śli ama po­czuje odór al­ko­holu, nie pi­śnie o tym ani sło­wem. Nie daję abu czasu na od­po­wiedź – wy­sia­dam i pod­no­szę z sie­dze­nia wy­świech­tany dzien­nik, który wy­padł mi z kie­szeni. Trza­skam drzwiami, a oczy łza­wią mi od zimna.

Ash­lee wtula się pod moje ra­mię. „Wdech, pięć se­kund. Wy­dech, sie­dem se­kund”. Na­wet je­żeli po­czuła, jak stę­żały mi mię­śnie, nie daje tego po so­bie po­znać.

– Ogrzej mnie.

Kiedy przy­ciąga mnie do po­ca­łunku, moje noz­drza wy­peł­nia po­piół jej po­ran­nego pa­pie­rosa. „Wdech, pięć se­kund. Wy­dech, sie­dem se­kund”. Trą­bią klak­sony sa­mo­cho­dów. Z nie­wiel­kiej od­le­gło­ści do­biega od­głos trza­śnię­cia drzwiami i przez chwilę łu­dzę się, że to abu. Zdaje mi się, że za­raz po­czuję moc jego dez­apro­baty. „Miej tro­chę ta­miz, put­tar”. Sły­szę w my­ślach te słowa. Pra­gnę ich.

Jed­nak kiedy od­su­wam się od Ash­lee, wi­dzę, że kie­run­kow­skaz hondy miga i sa­mo­chód włą­cza się w stru­mień po­jaz­dów.

Gdyby za­miast Ash­lee stała koło mnie Noor, zer­k­nę­łaby na mnie z ukosa i po­dała mi swój te­le­fon. „Nie każdy może się cie­szyć, że w ogóle ma tatę, głu­polu. Po­łknij gorzką pi­gułkę, mniam, mniam, i do niego za­dzwoń”.

No, ale jej tu nie ma. Od kilku mie­sięcy nie za­mie­ni­łem z Noor ani słowa.

Pro­wa­dząc mnie w stronę kam­pusu, Ash­lee sy­pie hi­sto­riami o swo­jej dwu­let­niej córce, Kayi. Jej słowa zle­wają się ze sobą, a oczy stają się szkli­ste, zu­peł­nie jak u abu pod ko­niec dłu­giego dnia.

Wy­su­wam się z jej uści­sku. Po­zna­łem Ash­lee w trze­ciej kla­sie, kiedy ama za­cho­ro­wała, a ja opu­ści­łem więk­szość naj­waż­niej­szych lek­cji, które miały mnie przy­go­to­wać do stu­diów. Ubie­głej je­sieni, po kłótni z Noor, dużo czasu spę­dza­łem sa­mot­nie. Mógł­bym się spo­ty­kać z chło­pa­kami z dru­żyny pił­kar­skiej, ale prze­szka­dzało mi, jak wielu z nich używa słów w ro­dzaju: „tur­ban”, „suka” albo „cia­paty”.

Ash­lee do­piero co ze­rwała z dziew­czyną i za­częła przy­cho­dzić na me­cze, po któ­rych cze­kała na mnie w swoim czar­nym mu­stangu z ma­ską po­ma­lo­waną farbą pod­kła­dową. Ga­da­li­śmy o tym i owym. Pew­nego dnia, ku mo­jemu za­sko­cze­niu, za­pro­siła mnie na randkę.

Wie­dzia­łem, że to się skoń­czy ka­ta­strofą. Ale tę ka­ta­strofę przy­naj­mniej mia­łem sam so­bie zgo­to­wać.

Na­zywa mnie swoim chło­pa­kiem, cho­ciaż spo­ty­kamy się le­d­wie od dwóch mie­sięcy. Upły­nęły trzy ty­go­dnie, za­nim w ogóle ze­bra­łem się na od­wagę, żeby ją po­ca­ło­wać. Ale kiedy nie jest na haju, mamy się z czego po­śmiać i roz­ma­wiamy o Gwiezd­nych woj­nach, o ko­mik­sach z se­rii Saga albo o se­rialu Ko­rona prze­zna­cze­nia, który oboje uwiel­biamy. Nie za­drę­czam się wtedy tak bar­dzo my­ślami, w któ­rych jest ama. Ani tymi o mo­telu. Ani o Noor.

– Ma­lik! – Dy­rek­tor szkoły, Ernst, czło­wiek o wy­glą­dzie krę­gla z no­sem jak ob­tłu­czona obe­rżyna, wy­ła­nia się na­gle z hordy uczniów zmie­rza­ją­cych do klas.

Za Ern­stem stoi ochro­niarz De­rek Hig­gins vel Darth De­rek, na­zy­wany tak dla­tego, że jest mę­czą­cym pa­ja­cem, który prze­mie­rza ko­ry­ta­rze Ju­ni­per High jak po­kład pry­wat­nego gwiezd­nego nisz­czy­ciela.

Ash­lee udaje się umknąć przed groź­nym spoj­rze­niem Ern­sta, ale je­śli cho­dzi o mnie, to wku­rzy­łem go już drugi raz w tym ty­go­dniu, więc jego ko­ści­sty pa­lec wbija się w moją pierś.

– Opu­ści­łeś kilka lek­cji. Ko­niec tego. Je­śli się spóź­nisz, zo­sta­niesz w szkole po go­dzi­nach. To pierw­sze i ostat­nie ostrze­że­nie.

Ci­śnie mi się na usta: „Nie do­ty­kaj mnie!”. To jed­nak za­chę­ci­łoby do in­ter­wen­cji Dar­tha De­reka, a nie uśmie­cha mi się do­stać pałą w dziób.

Ernst idzie da­lej, a Ash­lee znowu do mnie pod­cho­dzi. Wsu­wam dło­nie do kie­szeni bluzy z kap­tu­rem, ucisk w piersi słab­nie pod wpły­wem kon­taktu ciała z miękką ba­wełną. Póź­niej to opi­szę. Pró­buję so­bie wy­obra­zić trzask, który wyda mój dzien­nik pod­czas otwie­ra­nia, i rów­no­mierne, prze­wi­dy­walne stuk­nię­cia dłu­go­pisu o kartkę.

– Nie patrz tak – mówi Ash­lee.

– Czyli jak?

– Tak, jak­byś chciał być gdzie­kol­wiek, tylko nie tu.

Od­po­wiedź wprost na ten za­rzut by­łaby kłam­stwem, więc de­cy­duję się na unik.

– Sorry, mu­szę... mm, iść do ła­zienki – wy­ma­wiam się. – Do zo­ba­cze­nia póź­niej.

– Po­cze­kam na cie­bie.

– Nie, idź na lek­cję. – Już się po­spiesz­nie od­da­lam. – Nie chcę, że­byś miała przeze mnie kło­poty u Ern­sta.

Ju­ni­per High jest mo­lo­chem, ale w ni­czym nie przy­po­mina wy­mu­ska­nych szkół śred­nich z te­le­wi­zji. To po pro­stu kilka po­dłuż­nych bu­dyn­ków z pu­sta­ków, z drzwiami na obu koń­cach, prze­dzie­lo­nych pa­sami go­łej ziemi. Sala gim­na­styczna wy­gląda jak han­gar lot­ni­czy. Wszystko jest utrzy­mane w przy­ku­rzo­nym bia­łym ko­lo­rze, po­ry­so­wa­nym ziar­nami pia­sku. Je­dyny zie­lony ak­cent sta­no­wią na­sza szkolna ma­skotka – po­kraczna ku­kawka ka­li­for­nij­ska na­ma­lo­wana przy se­kre­ta­ria­cie – i ściany ła­zie­nek, które zda­niem Noor wła­ści­wie mają barwę gę­siej kupy.

Ła­zienka jest pu­sta, ale i tak za­my­kam się w ka­bi­nie. Cie­kawe, czy każdy chło­pak, który cho­dzi z dziew­czyną, prę­dzej czy póź­niej chowa się przed nią w ki­blu?

Gdy­bym cho­dził z Noor, a nie z Ash­lee, już sie­dział­bym na lek­cji an­giel­skiego, bo Noor ma ho­pla na punk­cie punk­tu­al­no­ści.

Sły­szę skro­ba­nie po­de­szew na brud­nych ka­fel­kach pod­łogi. Ktoś wcho­dzi do ła­zienki. Wi­dzę przez szcze­linę przy drzwiach ka­biny, że to At­ti­cus, chło­pak Ja­mie Jen­sen. Jego główne za­mi­ło­wa­nia to piłka nożna, biali ra­pe­rzy i bez­pre­ten­sjo­nalny ra­sizm.

– Po­trzebne mi dzie­sięć – mówi At­ti­cus. – Ale mam tylko sto do­lców.

W polu wi­dze­nia po­ja­wia się tycz­ko­wata po­stać – Art Brit­man, wy­soki i blady jak At­ti­cus, ale za­pad­nięty wsku­tek pa­le­nia zbyt du­żej ilo­ści pod­rzęd­nego zioła. Jak zwy­kle ma na so­bie ko­szulę w czer­woną kratę i czarne buty ro­bo­cze.

Znam Arta jesz­cze z przed­szkola. Za­daje się z bia­łymi na­cjo­na­li­stami, ale umie się z każ­dym do­ga­dać. Pew­nie dla­tego, że do­star­cza nar­ko­tyki więk­szo­ści uczniów Ju­ni­per High.

– Stówę kosz­tuje piątka. Nie dzie­sięć. – Uśmiech Arta daje się sły­szeć na­wet w jego gło­sie, bo on na­prawdę jest naj­sym­pa­tycz­niej­szym di­le­rem na świe­cie. – Dam ci tyle, na ile cię stać, Atty!

– Daj spo­kój, Art...

– Bra­cie, ja też mu­szę jeść.

Art gmera w kie­szeni i wy­ciąga wo­re­czek drob­nych bia­łych ta­ble­tek. Trzyma je tuż poza za­się­giem ręki At­ti­cusa. Sto do­lców? Za coś ta­kiego? Nic dziw­nego, że Ar­towi uśmiech ni­gdy nie znika z twa­rzy.

At­ti­cus prze­klina i po­daje mu kasę. Kilka se­kund póź­niej w ła­zience nie ma już śladu po nim i po pi­guł­kach.

Art ob­raca się do mo­jej ka­biny.

– Kto się tam za­sie­dział? Ofiara sraczki czy szpieg?

– To ja, Art. Sal.

Jak na go­ścia, który chwyta się każ­dego nie­le­gal­nego za­ję­cia, Art jest za­dzi­wia­jąco nie­ostrożny.

– Sal! – wy­krzy­kuje. – Ukry­wasz się przed Ash­lee? – Jego śmiech od­bija się echem, a ja ro­bię kwa­śną minę. – Już po­szła, mo­żesz wyjść.

Za­sta­na­wiam się, czy nie le­piej to prze­mil­czeć. Bądź co bądź, kiedy czło­wiek rzuca ko­twicę w ki­blu, nie­grzecz­nie jest wcią­gać go w po­ga­wędki. Wszy­scy to wie­dzą.

Wi­docz­nie jed­nak nie Art. Wy­cho­dzę z kwa­śnym uśmie­chem, żeby umyć ręce.

– Spoko jest, czło­wieku? – Art po­pra­wia czapkę, prze­glą­da­jąc się w lu­strze. Ko­smyki jego ja­snych wło­sów wy­stają spod włóczki ni­czym pną­cza ja­kiejś ka­pry­śnej ro­śliny. – Ash­lee po­wie­działa mi, że twoja mama zna­la­zła się po uszy w gów­nie.

Ash­lee jest ku­zynką Arta. I cho­ciaż oboje są biali – a ja głu­pio są­dzi­łem, że biali lu­dzie nie utrzy­mują kon­tak­tów z dal­szą ro­dziną – trzy­mają ze sobą sztamę. Sil­niej­szą niż sam mam z moim ku­zy­nem, który mieszka w Los An­ge­les i przy byle oka­zji wy­gła­sza ko­men­ta­rze w ro­dzaju tego, że wszy­scy bez­domni po­winni po­sta­rać się o pracę. Zwy­kle robi to, po­pi­ja­jąc pel­le­grino z ce­ra­micz­nego ku­beczka za­mó­wio­nego pod wpły­wem re­klamy na Pi­xta­gra­mie, która prze­ko­nała go, że dzięki temu ura­tuje del­finy.

– Tak – od­po­wia­dam Ar­towi. – Mama nie czuje się naj­le­piej.

– Rak to chu­jowa sprawa.

Ona nie cho­ruje na raka.

– Kiedy za­cho­ro­wała moja bab­cia Ethel, to był szok – cią­gnie da­lej Art. – Jed­nego dnia nic jej nie do­le­gało, a na­stęp­nego już wy­glą­dała jak tru­posz. My­śla­łem, że wy­ki­tuje. Te­raz jed­nak trzyma się nie­źle. Cią­gle do­staje re­cepty na środki prze­ciw­bó­lowe, ale ni­gdy ich nie łyka, więc do­brze na tym wy­sze­dłem. – Śmiech Arta od­bija się echem od ścian. – A ty ni­czego nie po­trze­bu­jesz? Bo dla sta­rego kum­pla mógł­bym opu­ścić cenę.

– Nie po­trze­buję.

Na­wet mnie to nie kusi. Je­den lump w na­szym domu w zu­peł­no­ści wy­star­czy.

Wy­cho­dzę czym prę­dzej, bo brzę­czy dzwo­nek na lek­cję. Po­zba­wione trawy bo­isko opróż­nia się szyb­ciej niż zlew po wy­ję­ciu korka. Kiedy skrę­cam do skrzy­dła z klasą do an­giel­skiego, Noor nie­mal wpada na mnie z na­prze­ciwka.

Słońce od­bija się od szyb w oknach, rzu­ca­jąc ko­lo­rowe re­fleksy na jej war­ko­cze. Przy­po­mi­nają mi się fo­to­gra­fie, któ­rymi ob­wie­siła ściany swo­jego po­koju w domu jej po­chrza­nio­nego wujka. Zro­biono je ol­brzy­mim te­le­sko­pem ko­smicz­nym, o któ­rym pew­nego razu mi opo­wia­dała. Wła­śnie tak wy­glą­dają jej włosy – usiane czarno-czer­wono-zło­tymi pla­mami, ją­dro wszech­świata pod­świe­tlone od we­wnątrz. Noor idzie ze zwie­szoną głową i mnie nie do­strzega. Jej uwagę bez reszty zaj­muje wy­ścig z dzwon­kiem.

Do­cie­ramy jed­no­cze­śnie pod drzwi klasy pani Mi­cha­els. Noor wy­gląda nieco ina­czej niż zwy­kle. Do­piero po chwili orien­tuję się, że zro­biła ma­ki­jaż. Zdej­muje słu­chawki ukryte pod kap­tu­rem i do­cho­dzi z nich ci­chutka me­lo­dia pio­senki. Po­znaję ją, bo ama uwiel­bia ten ka­wa­łek.

The Wan­de­rer Johnny’ego Ca­sha z U2.

– Hej – mó­wię.

Noor wita mnie ski­nie­niem w taki spo­sób, w jaki wi­tasz ko­goś, z kim prze­sta­łeś się wi­dy­wać, bo masz na gło­wie kupę wła­snych pro­ble­mów. A po­tem po­spiesz­nie wcho­dzi do klasy – roz­myta smuga, w któ­rej daje się wy­od­ręb­nić bran­so­letki z ko­ra­li­ków, ciemne je­ansy i za­pach ta­niego, wy­su­sza­ją­cego skórę my­dła, sprze­da­wa­nego przez jej wujka w na­le­żą­cym do niego skle­pie z al­ko­ho­lem.

Przez chwilę unosi się mię­dzy nami widmo tam­tej awan­tury, wi­dzę zjawy nas sprzed pół roku, kiedy sta­li­śmy na­prze­ciw sie­bie na kem­pingu w Veil Me­adows. Noor wy­znała mi, że się we mnie za­ko­chała. Po­ca­ło­wała mnie.

Ja zaś ją ode­pchną­łem i po­wie­dzia­łem, że nie od­wza­jem­niam jej uczuć. Wy­rzu­ci­łem z sie­bie wszyst­kie krzyw­dzące słowa, które przy­szły mi do głowy, bo jej po­ca­łu­nek był ni­czym ostrze, które coś we mnie roz­cięło.

Pa­trzyła na mnie tak, jak­bym na­gle zmie­nił się we wście­kłego kra­kena. Trzy­mała w dło­niach so­snową szyszkę. Spo­dzie­wa­łem się, że mnie nią dźgnie.

Drzwi za­trza­skują się za nią, wy­cią­gam więc rękę do klamki, żeby też wejść do klasy. W ostat­niej chwili się roz­my­ślam. Dźwię­czy dzwo­nek. Wska­zówki ze­gara na ko­ry­ta­rzu za mo­imi ple­cami mo­zol­nie idą na­przód, a każde tyk­nię­cie zdaje się gło­śne, jakby ktoś upusz­czał sztangi na pod­łogę. Upływa mi­nuta. Czy­tam wciąż od po­czątku ogło­sze­nie na drzwiach za­chę­ca­jące do udziału w kon­kur­sie li­te­rac­kim, do któ­rego na­ma­wia mnie od ja­kie­goś czasu pani Mi­cha­els.

Od pię­ciu mie­sięcy cho­dzę co dzień na jej za­ję­cia z an­giel­skiego dla za­awan­so­wa­nych, jed­nak dzi­siaj nie mogę się na to zdo­być. Nie będę w sta­nie sie­dzieć w tej sa­mej kla­sie z Noor, wie­dząc, że ona już ni­gdy nie wy­kpi mo­ich skar­pe­tek w lamy, nie sko­pie mi tyłka w Ni­ght Ops 4 ani nie przyj­dzie w so­botę rano na pa­raty ze mną i ama.

Pró­buję so­bie przy­po­mnieć uśmiech ama z cza­sów, kiedy jesz­cze była zdrowa i przy­jeż­dżała po mnie po lek­cjach. Roz­pro­mie­niała się i py­tała, jak mi po­szło, jak­bym co naj­mniej zdo­był Mo­unt Eve­rest, a nie le­d­wie prze­trwał ko­lejny dzień w szkole.

„Mera put­tar, an­der dźa – po­na­gli­łaby mnie te­raz. – No, wejdź, synku”. Gdy jed­nak z wes­tchnie­niem znowu się­gam do drzwi, ko­ści­sta dłoń za­ci­ska się na moim barku.

– Ma­lik! – Pusz­czam klamkę. Bla­do­zie­lone oczy Ern­sta prze­wier­cają mnie, dają od­pór moim ner­wom, a może wręcz prze­ciw­nie, pod­pusz­czają, że­bym dał im upust? – Co ci mó­wi­łem o spóź­nia­niu się na lek­cje?

– Puść! – Wy­ry­wam się z jego uści­sku. „Za­mknij się, nie prze­gi­naj, Sa­la­dyn”. – Nie do­ty­kaj mnie!

Cze­kam na jego wy­buch. Cze­kam, aż znowu spró­buje mnie do­tknąć. Za­wiesi mnie. We­zwie Dar­tha De­reka. On tym­cza­sem cofa się i po­trząsa głową jak pan nie­za­do­wo­lony z nie­sub­or­dy­na­cji nie­grzecz­nego psa, który szarp­nął się na smy­czy.

– Zła od­po­wiedź – mówi. – Uprze­dza­łem, że to było pierw­sze i ostat­nie ostrze­że­nie. Zo­sta­niesz po lek­cjach. Mój ga­bi­net. Pięt­na­sta.

ROZ­DZIAŁ 4

Mis­bah

Li­sto­pad, wtedy

Wśród prze­pysz­nych je­dwabi na ba­za­rze Anar­kali wróż­bitka wy­glą­dała jak wró­be­lek. Jej drobne stopy w san­da­łach z po­pę­ka­nej gumy wy­stu­ki­wały nie­cier­pliwy rytm. „Jest młod­sza od cie­bie, Mis­bah – uprze­dziła mnie ku­zynka Fo­zja – ale przy­nie­sie uko­je­nie twoim my­ślom”.

Wróż­bitka przy­wo­łała mnie ge­stem, bym usia­dła na­prze­ciw niej przy chwiej­nym drew­nia­nym sto­liku, i ujęła moje dło­nie. Krzy­żyk na szyi zdra­dzał, że była chrze­ści­janką.

– Wyj­dziesz za mąż – po­wie­działa.

– Nie płacę ci sto ru­pii, by usły­szeć, że krowy dają mleko.

Unio­słam to­rebkę ślubną, którą trzy­ma­łam w ręce. Z gar­dła dziew­czynki wy­darł się skrze­kliwy śmiech. Może jed­nak była star­sza, niż mo­gło się zda­wać na pierw­szy rzut oka.

– Twój na­rze­czony jest nie­spo­koj­nym du­chem. – Po­wio­dła pal­cem wzdłuż li­nii na mo­ich dło­niach i lekko po­stu­kała w od­ci­ski. – Uda­cie się w po­dróż za mo­rze.

– Mój na­rze­czony jest je­dy­nym sy­nem swo­ich ro­dzi­ców. Nie opu­ści ich.

– Mimo to wy­je­dzie­cie z Pa­ki­stanu – od­parła. – Bę­dziesz miała dzieci da­leko stąd. Troje.

– Troje!

– Chłopca. Dziew­czynkę. I trze­cie, które nie bę­dzie nim, nią ani trze­ciej płci. Za­wie­dziesz każde z nich.

– Co to zna­czy, że je za­wiodę? W jaki spo­sób? Czy... czy one umrą? Za­cho­rują?

Wróż­bitka zaj­rzała głę­boko w moje oczy. Jej były małe, osło­nięte dłu­gimi rzę­sami i brą­zowe, w su­chym od­cie­niu opa­dłych li­ści.

– Za­wie­dziesz wszyst­kie.

Za­pro­po­no­wa­łam jej sto ru­pii za zmianę prze­po­wiedni. Po­tem dwie­ście. Ale bez względu na to, o ile prze­bi­ja­łam ofertę, nie po­wie­działa już ani słowa.

ROZ­DZIAŁ 5

Noor

Ćaća chce, że­bym naj­póź­niej pięt­na­ście po trze­ciej była w skle­pie, ale mar­twię się, bo cio­cia nie od­pi­sała na mo­jego SMS-a.

Każ­dego dnia, oprócz week­en­dów, spę­dzam ostat­nie dwie lek­cje w szpi­talu re­gio­nal­nym w Ju­ni­per, w któ­rym pra­cuję jako wo­lon­ta­riuszka. Ćaća tego nie po­chwala, ale cho­dzę tam w go­dzi­nach lek­cyj­nych, więc nie­wiele może zro­bić w tej spra­wie. Po końcu zmiany jadę do mo­telu. Ro­we­rem droga zaj­muje tylko dzie­sięć mi­nut. Po­winno mi wy­star­czyć czasu, żeby zaj­rzeć do cioci i jesz­cze zdą­żyć do sklepu.

W mo­telu pa­nuje ci­sza, kiedy sunę ro­we­rem po spę­ka­nym ce­men­cie na par­kingu przed głów­nym bu­dyn­kiem, który zaj­muje ro­dzina Sala. Cio­cia ni­gdy nie za­myka drzwi na klucz, a kiedy wcho­dzę do środka, noz­drza wy­peł­nia mi za­pach se­mo­liny pod­pra­ża­nej z cu­krem. Wi­tam się gło­śno, ale w domu ni­kogo nie ma.

Idę na tył par­kingu, do ogro­dzo­nego ba­senu i szopy na na­rzę­dzia, ale oba miej­sca też są opu­sto­szałe. Cold Moon w wy­ko­na­niu The Zo­las roz­brzmiewa w słu­chaw­kach w mo­ich uszach. Po re­fre­nie wy­łą­czam pio­senkę.

We wschod­nim skrzy­dle mo­telu pa­nuje ci­sza, par­king jest pu­sty. Wy­gląda na to, że in­te­res słabo się kręci. W za­chod­nim skrzy­dle też ża­den z po­koi nie jest obec­nie wy­naj­mo­wany. Ja­skra­wo­nie­bie­skie drzwi pralni skrzy­pią na wie­trze.

Otwie­ram je sze­rzej i wi­dzę cio­cię, która stoi pod ścianą i mocno przy­ci­ska ręcz­nik do piersi.

Okrop­nie wy­gląda. Jej śniada skóra jest cho­ro­bli­wie sina. Cio­cia bar­dzo szybko od­dy­cha. Wi­dzę, jak ska­cze jej tętno. Wę­zeł ró­żo­wego hi­dżabu, który zwy­kle nosi cia­sno zwią­zany na karku, dzi­siaj jest luźny i się roz­pada.

– Cio­ciu? – Pod­bie­gam do niej w mgnie­niu oka.

– Och! – Wzdryga się, za­sko­czona. – Sa­lam alej­kum. Ki­tey ren­dhi, meri dhii? – Po­kój to­bie. Gdzie się po­dzie­wa­łaś, có­reczko?

– Cio­ciu, mu­sisz usiąść. Weź mnie pod rękę. Do­sta­łaś SMS-a ode mnie? O tym, że Sa­la­dyn mu­siał zo­stać w szkole po lek­cjach?

– Tak, od­wo­ła­łam wi­zytę u le­ka­rza. – Pró­buję po­dać jej rękę, żeby się wsparła, ale ją od­trąca. – I niech ci się nie zdaje, że skoro z tobą roz­ma­wiam, to ci wy­ba­czy­łam. Mimo tylu wspól­nych pa­rat nie przy­szłaś od­wie­dzić swo­jej sta­rej ciotki?

Uśmie­cha się, ale wy­czu­wam w jej gło­sie smu­tek.

– Mafi dede, cio­ciu. – Czym prę­dzej pro­szę ją o li­tość. Kie­dyś sama po­wie­działa mi, że prze­pro­siny to już po­łowa drogi ku wy­ba­cze­niu. – Je­stem głu­pia. Chodźmy do domu.

Ma taką siną twarz, że aż dziwne, iż jesz­cze utrzy­muje się na no­gach. Mu­szę spra­wić, żeby zba­dał ją le­karz. Jed­nak nie zgłosi się do szpi­tala, je­śli jej umie­jęt­nie na to nie na­mó­wię... Może przy her­ba­cie.

– Już stra­ci­łam na­dzieję, że przyj­dziesz. – Mruży oczy w bla­sku zi­mo­wego słońca. – Ale na wszelki wy­pa­dek przy­go­to­wa­łam chałwę i puri.

Już na samą myśl o sma­żo­nych plac­kach, roz­dę­tych i lek­kich jak chmurka, ciek­nie mi ślinka.

– Nie mu­sia­łaś...

– Masz dzi­siaj uro­dziny, na? Osiem­na­ste! To bar­dzo... bar­dzo ważna...

Milk­nie, żeby za­czerp­nąć tchu, i w końcu ko­rzy­sta z nad­sta­wio­nej przeze mnie ręki. Jest taka lekka, że mo­gła­bym ją z ła­two­ścią pod­nieść.

Po wej­ściu do domu od­zy­skuje nieco ko­lo­rów na twa­rzy i pusz­cza moje ra­mię. Idzie przez za­ciem­niony sa­lon, po­kle­pu­jąc ścianę miesz­ka­nia, jakby wi­tała się ze sta­rym przy­ja­cie­lem. Ko­cha to miej­sce. Mimo że wy­ssało z niej ży­cie.

Kuch­nia znaj­duje się z boku, ma kształt li­tery „L”. Duże okno wy­cho­dzi na wschod­nie skrzy­dło bu­dynku. Trzy ce­ra­miczne na­czy­nia ża­ro­od­porne stoją na sta­rym drew­nia­nym bla­cie koło stołu dla czte­rech osób, przy któ­rym ja­dłam setki po­sił­ków.

Wy­cią­gam rękę po czhole – cie­cie­rzycę z kur­kumą i kmi­nem rzym­skim we­dług spe­cjal­nego prze­pisu – tym­cza­sem cio­cia ob­raca się do pieca, żeby pod­grzać puri. Jej ręce drżą.

Po­ma­gam jej usiąść na krze­śle.

– Za­pa­rzę ci her­baty, cio­ciu. A po­tem za­dzwo­nię po le­ka­rza. Chałwa uro­dzi­nowa może po­cze­kać.

– Prze­ło­ży­łam wi­zytę na ju­tro, nie mu­sisz się przej­mo­wać. Mamy do­syć czasu na her­batę.

Gdy wyj­muję nie­do­pa­so­wane do sie­bie kubki z dwóch róż­nych kom­ple­tów oraz sa­szetki her­baty PG, nieco się uspo­ka­jam. Od­rzu­ce­nie po­da­nia o przy­ję­cie na UVA zdaje się mniej istotne niż przed­tem. Tak samo jak zła ocena z wy­pra­co­wa­nia z an­giel­skiego. Cio­cia ema­nuje ener­gią, która spra­wia, że ła­twiej mi sta­wić czoło tym pro­ble­mom.

Chcę jej o tym po­wie­dzieć. „Tu­taj jest praw­dziwy dom. Ty i Sa­la­dyn two­rzy­cie mój dom”.

– Prze­pra­szam, że tak długo mnie nie było.

Roz­łu­puję zę­bami kilka zia­re­nek kar­da­monu, przy­go­to­wuję w my­ślach kil­ka­na­ście wer­sji prze­pro­sin i od razu je od­rzu­cam. To tro­chę jak pi­sa­nie wy­pra­co­wa­nia. Tyle że jesz­cze trud­niej­sze.

– Nie szko­dzi – mówi cio­cia. Zer­kam na nią. Jej oczy są piwne, o wiele ja­śniej­sze niż Sa­la­dyna. W tej chwili przy­glą­dają mi się ba­daw­czo. Cio­cia przy­kłada dłoń do serca. – Wiem.

Su­peł, który uci­skał mnie w piersi od kilku mie­sięcy, na­gle się roz­plą­tuje. Po­zwa­lamy, żeby za­pa­dło mię­dzy nami ko­jące mil­cze­nie, prze­ry­wane je­dy­nie trza­ska­niem chałwy i ci­chym sy­kiem pęcz­nie­ją­cych puri. Do­sia­dam się do stołu, ale cio­cia nie czę­stuje się je­dze­niem. Do­piero gdy je­stem już w po­ło­wie swo­jej por­cji, upija mały łyk her­baty.

– Py­cha! – W końcu biorę głęb­szy od­dech. – Cio­ciu, prze­szłaś samą sie­bie.

– Za mało jesz. – Zmarszczka mię­dzy jej oczami się po­głę­bia. – Wiesz, pro­po­no­wa­łam Ria­zowi, że na­uczę go go­to­wać. – Gdy mówi o ćaća, za­wsze po­słu­guje się jego na­zwi­skiem. – Już pierw­szego dnia, kiedy spro­wa­dził cię do Ju­ni­per.

Od­kła­dam na stół puri. Ćaća nie cierpi pa­ki­stań­skiej kuchni. Nie znosi ab­so­lut­nie ni­czego, co do­ty­czy Pa­ki­stanu.

– On... hm... chyba woli san­dwi­cze.

– Bro­oke chciała wziąć kilka lek­cji – mówi cio­cia. – Wie­dzia­łaś?

Po­trzą­sam głową. Teo­re­tycz­nie po­win­nam na­zy­wać Bro­oke ćaći, bo jest żoną ćaća. Kiedy o tym na­po­mknę­łam, Bro­oke uznała, że to uro­cze. Ćaća jed­nak zdu­sił w za­rodku ten po­mysł. Po­zwo­lił mi uży­wać wo­bec niego zwrotu ćaća je­dy­nie dla­tego, że w wieku sze­ściu lat jesz­cze nie umia­łam pra­wi­dłowo wy­mó­wić po an­giel­sku słowa un­cle – wu­jek – a zła an­gielsz­czy­zna draż­niła go jesz­cze bar­dziej niż po­ro­zu­mie­wa­nie się w ję­zyku urdu.

– Nie­stety, twój ćaća się o tym do­wie­dział. No i już wię­cej nie przy­szła.

Wy­pija długi łyk her­baty.

– Cio­ciu, dla­czego nie idziesz do...

– Te­raz, Noor, skoro już ukoń­czy­łaś osiem­na­ście lat...

Obie ury­wamy w pół zda­nia. Cio­cia wska­zuje ge­stem, że­bym mó­wiła da­lej.

– Opu­ści­łaś kilka umó­wio­nych dia­liz, cio­ciu.

Jej twarz po­chmur­nieje.

– Och, one i tak są do ni­czego – od­po­wiada. – Nie czuję się po nich ani tro­chę le­piej, cho­ciaż kosz­tują for­tunę. Piję mleko z kur­kumą...

– Cho­roba ne­rek jest nie­bez­pieczna, cio­ciu – tłu­ma­czę. – Nie da się jej wy­le­czyć kur­kumą. Mu­sisz się zgło­sić na dia­lizę. Co z ubez­pie­cze­niem?

– Nie mam ubez­pie­cze­nia. – Zerka na biurko za­sy­pane ra­chun­kami. – Mu­szę wró­cić do sprzą­ta­nia. Puść mi pio­senkę, za­nim pójdę, Noor Je­han.

Używa prze­zwi­ska, które mi nadała w dzie­ciń­stwie, kiedy od­kry­łam w so­bie za­mi­ło­wa­nie do mu­zyki. Noor Je­han – na cześć słyn­nej pa­ki­stań­skiej pio­sen­karki na­gry­wa­ją­cej utwory do fil­mów.

– No do­brze, pa­mię­tasz tę pio­senkę Johnny’ego Ca­sha i U2, którą tak uwiel­biasz? – Wyj­muję smart­fon. Dała mi tę ko­mórkę w ubie­głym roku, mó­wiąc, że je­den z lo­ka­to­rów zo­sta­wił ją w po­koju, cho­ciaż po­dej­rze­wam, że spe­cjal­nie ją ku­piła. – Mam dla cie­bie inny duet Johnny’ego Ca­sha. Nosi ty­tuł Bridge Over Tro­ubled Wa­ter. Na­pi­sany we współ­pracy z Fioną Ap­ple. Ją też lu­bisz.

Znaj­duję wła­ściwy utwór i roz­brzmie­wają pierw­sze akordy gi­tary Johnny’ego. Cio­cia za­myka oczy. Kiedy za­czyna się re­fren śpie­wany ra­zem z Fioną, wy­ciąga do mnie rękę.

– To o to­bie, Noor – stwier­dza. – Ty je­steś moją kładką nad wzbu­rzoną wodą. Moją i Sa­la­dyna. Ale... – Po­chyla się, żeby na mnie po­pa­trzeć. Tak uważ­nie po­pa­trzeć. Zwie­szam głowę, grzywka opada mi na twarz. – Noor, mu­szę... Mu­szę ci po­wie­dzieć...

Jed­nak milk­nie. Jakby zmo­gło ją zmę­cze­nie.

– Nie czuję się za do­brze, dhii – szep­cze.

W ostat­niej chwili udaje mi się pod­biec i sta­nąć przed nią, kiedy jej na­gle zwiot­czałe ciało bez­wład­nie po­chyla się do przodu.

– Cio­ciu... o nie... okej... – Pró­buję do­się­gnąć te­le­fonu, nie wy­pusz­cza­jąc jej z ob­jęć.

Ko­mórka jed­nak ze­śli­zguje się ze stołu i od­bija na li­no­leum za da­leko, że­bym mo­gła ją zła­pać.

Drzwi wej­ściowe się otwie­rają.

– Sa­la­dyn!? – krzy­czę. – Coś nie w po­rządku z cio­cią!

Ale to nie Sa­la­dyn. To jego tata. Czuję bi­jącą od niego woń al­ko­holu, jesz­cze za­nim wi­dzę go w drzwiach kuchni.

– Noor? – beł­ko­cze. A po­tem do­strzega swoją żonę i głos się mu za­ła­muje: – Mis­bah?

– Dzwoń pod dzie­więć­set je­de­na­ście, wujku To­ufiq! – po­na­glam go. Cio­cia wspiera się na mnie ocię­żale, wy­czu­wam na barku dziw­nie mocne bi­cie jej serca. – Szybko!

Ju­ni­per jest na tyle małe, że ka­retka wkrótce pod­jeż­dża pod mo­tel. Wu­jek To­ufiq przy­gląda się sa­ni­ta­riu­szom wno­szą­cym cio­cię do am­bu­lansu. Prze­ra­że­nie wy­wo­łane cho­robą żony na chwilę go otrzeź­wia.

Pró­buje wci­snąć mi do ręki klu­czyki do sa­mo­chodu, ale po­trzą­sam głową.

– Nie umiem pro­wa­dzić – tłu­ma­czę z pew­nym uczu­ciem ulgi, że sam nie za­mie­rza sia­dać za kie­row­nicą. – Jedź ka­retką. Ja zo­sta­wię li­ścik dla Sa­la­dyna i do­jadę ro­we­rem.

Chwy­tam czy­stą kartkę.

Hej, DUPKU – pi­szę, ale od razu to skre­ślam.

Twoja mama za­sła­bła... Nie. To mu na­pę­dzi stra­chu.

Przy­jedź szybko do szpi­tala. Na od­dział ra­tun­kowy. Z twoją mamą wszystko w po­rządku, ale mu­siało ją za­brać po­go­to­wie.

Kiedy wsia­dam na ro­wer, sły­szę brzę­czyk wia­do­mo­ści. Szyb­kie zer­k­nię­cie na wy­świe­tlacz te­le­fonu po­zwala mi stwier­dzić, że to ćaća. Jest sie­dem­na­ście po trze­ciej. Mam dwie mi­nuty spóź­nie­nia.

Sklep z al­ko­ho­lem znaj­duje się pięć mi­nut od mo­telu. Ale je­śli te­raz tam po­jadę, ćaća od razu wyj­dzie. Nie bę­dzie się przej­mo­wał cho­robą cioci. Ni­gdy nie chciał, że­bym spę­dzała czas w jej to­wa­rzy­stwie.

Od­kła­dam ko­mórkę do kie­szeni, wkła­dam ple­cak i jadę w ślad za ka­retką.

ROZ­DZIAŁ 6

Sal

Do­cho­dzi siódma, kiedy do­cie­ram do szpi­tala. Je­stem taki spo­cony, jak­bym wpadł pod myj­nię sa­mo­cho­dową. Zna­la­złem li­ścik od Noor, ale ni­g­dzie nie było za­pa­so­wego klu­czyka do sa­mo­chodu. Kiedy za­dzwo­ni­łem do niej z mo­te­lo­wego te­le­fonu, nie ode­brała. Ru­szy­łem za­tem bie­giem.

– Gdzieś ty był, do dia­bła? – Noor nie­spo­koj­nie cho­dzi tam i z po­wro­tem przed wej­ściem na od­dział ra­tun­kowy. – Wzięli ją na OIOM... Chodź.

Idziemy po­spiesz­nie przez szpi­tal, a ona re­la­cjo­nuje, co się stało. Wzdry­gam się, sły­sząc jej głos, kiedy ni­czym ka­ra­bin ma­szy­nowy wy­rzuca z sie­bie fakt za fak­tem. Ama jest po­waż­nie osła­biona. Ma ha­lu­cy­na­cje. Brak dia­lizy wy­wo­łał spu­sto­sze­nie w jej or­ga­ni­zmie. Wy­soki po­ziom po­tasu we krwi... Grozi jej aryt­mia...

Kilka pie­lę­gnia­rek wita się z Noor, kiedy je mi­jamy, ale ta le­d­wie je za­uważa. Mó­wiąc, splata i roz­plata dło­nie, po­ciera nimi, jakby je my­dliła. Jest prze­ra­żona.

W głębi du­szy mam ochotę po­wie­dzieć: „Prze­stań. Po­patrz na mnie. Wszystko bę­dzie do­brze”.

Nie zno­szę jed­nak kła­mać. Zwłasz­cza Noor nie chcę okła­my­wać. Jej strach mi się udziela, jest za­raź­liwy. Gdy sta­jemy pod drzwiami OIOM-u, znowu się pocę, choć tym ra­zem nie z wy­siłku.

– Po wej­ściu po­daj im swoje na­zwi­sko. Wpusz­czają po jed­nym go­ściu na­raz, a two­jego tatę już wy­ko­pali za drzwi. – Wi­dząc moją minę, do­daje ła­god­niej: – On... Tro­chę za­nie­mógł. Pójdę spraw­dzić, czy już się czuje le­piej.

Ama jest pod­pięta do mi­liona urzą­dzeń. Ma do­piero czter­dzie­ści trzy lata, ale wy­gląda, jakby po­sta­rzała się o dwa­dzie­ścia. Wsu­wam ko­smyk jej wło­sów pod hi­dżab i wy­gła­dzam ko­szulę nocną, w którą ją ubrano. Na­cią­gam koc na jej gołe nogi. Ama za­wsze za­sła­nia nogi w miej­scach pu­blicz­nych. Le­ka­rze ją znają. Wie­dzą, że ubiera się skrom­nie. Nie mieli na tyle przy­zwo­ito­ści, żeby po­rząd­nie ją okryć? Gnojki.

– Dla­czego nie po­szłaś na dia­lizę? – py­tam szep­tem. – Dla­czego nie słu­cha­łaś le­ka­rzy?

– Put­tar. – Synku.

Chwy­tam dłoń ama – je­dy­nej osoby, któ­rej dło­nie za­wsze ko­ja­rzyły mi się z bez­pie­czeń­stwem. Ona prze­nosi na mnie wzrok.

– Jak się czu­jesz, ama?

– Gdzie twój abu?

„Robi z sie­bie wi­do­wi­sko, rzy­ga­jąc na ko­ry­ta­rzu”.

– Jest za drzwiami.

Nie mó­wię nic po­nad to, ale ona się wzdryga, bo wy­czuwa jad w moim gło­sie.

– On jest chory, put­tar – mówi ci­cho. – Ma...

Nie jest chory. To nie cho­roba. Naj­wy­żej sła­bość. Ża­ło­sne.

– Jest pi­jany, ama. Jak za­wsze.

Wi­dzę po mi­nie, że spra­wi­łem jej przy­krość, i czuję do sie­bie od­razę. Ale nie prze­pra­szam. Ta złość na pewno cza­iła się we mnie od dawna, zwi­nięta ni­czym wy­głod­niały wąż.

Ama ści­ska moją dłoń.

– Twój oj­ciec... on...

– Nie szu­kaj dla niego uspra­wie­dli­wień. Kiedy ty le­żysz tu­taj, on za drzwiami de­ko­ruje lun­chem ściany od­działu... – Kręcę głową. – Ale nie przej­muj się. Mamy wszystko pod kon­trolą.

– Gdzie jest Noor?

– W po­cze­kalni.

Nie mogę roz­ma­wiać z nią o Noor. Już to prze­ra­bia­li­śmy.

– Put­tar, mu­sisz się z nią po­go­dzić. Ona cię po­trze­buje. Bar­dziej niż ci się wy­daje. A ty po­trze­bu­jesz jej.

– Ama... nie za­wra­caj so­bie głowy mną i Noor, do­brze?

Wo­lał­bym, żeby w moim gło­sie nie dało się sły­szeć tego znie­cier­pli­wie­nia. Sta­ram się. Sta­ram się za­cho­wać spo­kój, ale moje ciało wcale nie przy­po­mina ciała, jest ra­czej mroczną jamą pełną stresu, nie­pew­no­ści i stra­chu, wy­rzu­ca­jącą z wnę­trza słowa, które nie są sło­wami, lecz ja­strzę­biami ma­ją­cymi ży­letki za­miast skrzy­deł oraz noże w miej­scu dzio­bów.

– Noor do­brze so­bie ra­dzi – stwier­dzam. – Ra­dziła so­bie bez nas przez ostat­nie sześć mie­sięcy. Ty za­wsze...

– Bę­dziesz mu­siał za­te­le­fo­no­wać do mo­ich ku­zy­no­stwa w Pa­ki­sta­nie – szep­cze ama.

– Dla­czego... – Za­ła­muje mi się głos; wy­obra­żam go so­bie jako słowa na pa­pie­rze, usta­wione w szyku, ufor­mo­wane, na­gięte do mo­jej woli. Kiedy znowu otwie­ram usta, brzmię nor­mal­nie: – Sama do nich za­te­le­fo­nu­jesz, ama.

– Bę­dziesz mu­siał spła­cić ra­chunki, put­tar. Oj­ciec o nich nie pa­mięta – mówi. – Pod­lej kwiaty. Po­proś... po­proś wujka Faj­sala, żeby ci po­mógł...

– Ama, kiedy Faj­sal wpadł z wi­zytą ubie­głego lata, dał mi torbę na śmieci pełną sta­rych ciu­chów z Bro­oks Bro­thers po swoim synu, że­bym nie wy­glą­dał „jak kom­pletny daku”. – Kry­mi­na­li­sta. – Nie mam za­miaru o nic go pro­sić.

– Tę­sk­nię... za nim.

Głos ama jest słaby, ale ona sama tak in­ten­syw­nie przy­gląda się cze­muś nad moim ra­mie­niem, że zer­kam w tył.

– Tę­sk­nisz za wuj­kiem Faj­sa­lem?

– Nie – szep­cze. – Za moim oj­cem. „Mo­tylku”, tak się do mnie zwra­cał. Gry­wał w car­rom z To­ufi­qiem i jego oj­cem. Uwiel­biał żarty To­ufiqa.

Ki­wam głową, cho­ciaż nie pa­mię­tam, żeby abu zda­rzyło się opo­wie­dzieć ja­ki­kol­wiek żart, od­kąd jesz­cze bie­ga­łem w majt­kach z po­do­bi­zną Hulka.

– Pro­szę pana... – Do sali wcho­dzi pie­lę­gniarka. Wy­soka, ciem­no­włosa. – Pań­ski, umm... oj­ciec. Są­dzę, że może pana po­trze­bo­wać.

Mam na końcu ję­zyka, że to nie oj­ciec mnie te­raz naj­bar­dziej po­trze­buje.

– Dzię­kuję.

Ob­ra­cam się z po­wro­tem do ama, ale pie­lę­gniarka wy­ciąga rękę, jakby chciała do­tknąć mo­jego ra­mie­nia. Od­su­wam się gwał­tow­nie, żeby unik­nąć kon­taktu fi­zycz­nego, a ona unosi brwi, zdzi­wiona.

– Mój drogi, przy­kro mi, ale twój tata nie może tu dłu­żej prze­by­wać. Nie­po­koi pa­cjen­tów na izbie przy­jęć. Mówi w ja­kimś ob­cym ję­zyku...

– To pen­dżab­ski – in­for­muję ją. – Jego oj­czy­sty ję­zyk.

– Mu­sisz się nim za­jąć. W prze­ciw­nym ra­zie bę­dziemy zmu­szeni we­zwać po­li­cję.

Wcho­dzi Noor. Sły­szy koń­cówkę na­szej roz­mowy.

– Do­sta­łam klu­czyki od two­jego taty – mówi, prze­pusz­cza­jąc w drzwiach pie­lę­gniarkę. – Imam Sza­fiq pod­sta­wił pod szpi­tal wasz sa­mo­chód.

Młody imam-in­ży­nier, który pro­wa­dzi mo­dli­twy w ma­lut­kim me­cze­cie w Ju­ni­per, przy­jaźni się z ama