Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Lahore, Pakistan. Kiedyś.
Misbah jest świeżo upieczoną żoną Toufiqa, a ich związek został zaaranżowany. Gdy małżeńskim życiem nagle wstrząsa tragedia, wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych i otwierają motel, mając nadzieję na nowy początek.
Juniper, Kalifornia. Dzisiaj.
Salahudin i Noor są kimś więcej niż najlepszymi przyjaciółmi – myślą o sobie jak o rodzinie i rozumieją się bez słów. Aż do wielkiej kłótni, która niszczy ich więź.
Sal stara się prowadzić rodzinny motel, gdy jego matka Misbah podupada na zdrowiu, a ojciec zapija smutek alkoholem. Noor pracuje w sklepie monopolowym swojego gniewnego wuja, ale chce od niego uciec. Ukrywa przed nim fakt, że złożyła podanie do college’u. Kiedy Sal próbuje uratować motel, wszystko wymyka się spod kontroli. Razem z Noor stają przed pytaniami: ile warta jest przyjaźń? Co trzeba zrobić, aby pokonać potwory z przeszłości i te, które są wciąż pośród nich?
Sabaa Tahir, autorka bestsellerów z pierwszych miejsc listy „New York Timesa”, przedstawia intrygujacą i chwytającą za serce współczesną powieść o rodzinie i przebaczeniu. To książka o miłości i stracie, która łączy pokolenia i zbliża do siebie kontynenty.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 438
Rok wydania: 2024
Dla tych, którzy umieją przetrwać.
Dla tych, którzy nie są do tego zdolni.
Drogi Czytelniku,
uprzedzamy, że w książce znajdują się sceny i opisy, które mogą zostać uznane za drastyczne. Ich spis zamieściliśmy na dole następnej strony.
Cały mój gniew porusza następujące kontrowersyjne lub trudne tematy, mogące wywołać u czytelników silny dyskomfort oraz podobne emocje: uzależnienie od narkotyków i alkoholu, przemoc fizyczna, islamofobia, sugestie dotyczące przemocy na tle seksualnym, konflikty z prawem, śmierć.
CZĘŚĆ I
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie straty,
że kiedy się je traci – nie ma sprawy.
Elizabeth Bishop, Ta jedna sztuka[1]
ROZDZIAŁ 1
Misbah
Czerwiec, wtedyLahaur, Pakistan
Chmury nad Lahaur były purpurowe niczym język plotkary. Tego dnia moja matka oznajmiła, że wydaje mnie za mąż.
Kiedy przekazała mi tę wiadomość, wybiegłam na werandę, do ojca, który popijał powoli herbatę z filiżanki i przyglądał się burzowym chmurom zbierającym się nad horyzontem upstrzonym latawcami.
„Zrób coś! – chciałam wykrzyczeć. – Powiedz jej, że jeszcze nie jestem gotowa!”
Zamiast krzyczeć, stanęłam jednak u jego boku i, czując się znowu jak mała dziewczynka, czekałam, aż sam się o mnie zatroszczy. Nie musiałam nic mówić. Ojcu wystarczyło jedno spojrzenie i już wszystko wiedział.
– Rozchmurz się, motylku. – Zwrócił ku mnie oczy, brązowe jak skrzydła ciem, i poklepał mnie po ramieniu. – Jesteś silna jak ja. Będziesz wiedziała, jak obrócić tę sytuację na swoją korzyść. A przy okazji uwolnisz się spod wpływu matki.
Uśmiechnął się, choć to tylko w pewnym stopniu był żart.
Kilka minut później monsunowa ulewa spadła na Lahaur, przepędzając pod dachy rozwrzeszczane kurczaki oraz dzieci i zalewając wodą cementową podłogę naszego domu. Mimo to przyłożyłam w modlitwie czoło do ziemi.
„Niech mój przyszły mąż będzie łagodny – prosiłam w myślach, wspominając sińce na ciele mojej kuzynki Amny, która wbrew woli rodziców poślubiła jasnowłosego biznesmena z Anglii. – Niech będzie dobrym człowiekiem”.
Ukończyłam osiemnaście lat. Dławił mnie strach. Powinnam była modlić się raczej o męża, który mnie nie zawiedzie.
ROZDZIAŁ 2
Sal
Luty, terazJuniper, Kalifornia
Jest 6.37 rano, a mój ojciec stara się ukryć przede mną, jak bardzo alkohol szumi mu w głowie.
– Sal? Słyszysz, co do ciebie mówię?
Nazywa mnie Salem, a nie Saladynem, żebym nie dosłyszał, jak bełkotliwie wymawia słowa. Ściska kierownicę naszej hondy civic tak mocno, jakby się bał, że ta capnie jego portfel i z nim czmychnie.
W atramentowej czerni poranka nie widzę oczu abu, jedynie jego okulary. Czerwone światła samochodów podwożących uczniów do szkoły odbijają się w grubych prostokątnych szkłach. Abu nosi je od tylu lat, że zdążyły nabrać hipsterskiego charakteru. Wichura kołysze samochodem – to jeden z wiatrów typowych na pustyni Mojave, które wyjąc, wdzierają się pod skórę i wypełniają wszystkie zakamarki ciała. Otulam się szczelniej polarem, a mój oddech tworzy obłoczki.
– Stawię się tam – mówi abu. – Spokojna głowa. Okej, Sal?
W jego ustach to przezwisko brzmi sztucznie. Tak, jakby używając go, starał się mnie przekonać, że jest moim kumplem, a nie przegrywem pod maską ojca.
Gdyby była z nami ama, odkaszlnęłaby i powiedziała wyraźnie: „Saladyn”, by za pomocą starannej wymowy przypomnieć, że dała mi imię upamiętniające słynnego przywódcę muzułmanów i powinniśmy zawsze o tym pamiętać.
– Na ostatnie spotkanie też obiecywałeś się stawić – mówię do abu.
– Wczoraj wieczorem doktor Rothman dzwonił do mnie, żeby się upewnić, czy przyjdę – odpowiada. – Ale ty nie musisz tam iść, jeśli masz coś w planach... kółko dziennikarskie czy trening.
– Sezon piłkarski się skończył. A z gazety odszedłem w ubiegłym semestrze. Pójdę na spotkanie. Ama w ogóle o siebie nie dba i ktoś musi o tym powiedzieć doktorowi Rothmanowi... najlepiej w zrozumiałych, wyraźnych zdaniach.
Widzę, że moje słowa ranią go niczym drobne ostre kamienie.
Parkuje przy krawężniku przed szkołą Juniper High. W cieniach pod budynkiem C materializuje się grzywa utlenionych włosów ledwie wystająca nad parką. Ashlee. Mija swobodnym krokiem maszt i przepycha się przez tłum uczniów w kierunku naszej hondy. Jej blade, mocno odsłonięte nogi zdają się zuchwałym wyzwaniem dla temperatury, która spadła poniżej minus pięciu stopni.
Ponadto rozpraszają uwagę.
Ashlee jest już tak blisko, że widzę purpurowy lakier na jej paznokciach. Abu jeszcze jej nie zauważył. Ani on, ani ama nigdy nie powiedzieli wprost, że nie mogę spotykać się z dziewczynami. Ale tak jak żyrafy od urodzenia umieją biegać, tak samo ja przyszedłem na świat z wrodzoną świadomością, że chodzenie z kimkolwiek, dopóki mieszkam pod jednym dachem z rodzicami, jest verboten.
Abu naciska palcami powieki. Jego okulary wyżłobiły lśniący, czerwony rowek w nasadzie nosa. Przespał w nich całą noc na rozkładanym fotelu. Ama była zbyt zmęczona, żeby zwrócić na to uwagę.
A może nie chciała tego zauważyć.
– Puttar[2]... – Synu.
Ashlee puka w szybę. Jej parka jest rozpięta na tyle, że widać pod nią skąpy T-shirt z nadrukiem „Witamy na Tatooine”. Na pewno nie chroni jej przed zimnem.
Jeszcze przed dwoma laty abu na ten widok uniósłby ze zdziwienia brwi aż po linię włosów. Zapytałby: „Kto to, puttar?”. Jego milczenie jest jednak brutalniejsze, jakby w mojej głowie rozległ się brzęk tłuczonego szkła.
– Jak dotrzesz do szpitala? – pyta abu. – Mam cię odebrać?
– To ama musi tam dotrzeć. Zawieź ją – odpowiadam. – Ja jakoś sobie poradzę.
– Dobrze, ale wyślij mi SMS-a, jeśli...
– Moja komórka nie działa.
„Bo wiesz, abu, trzeba by zapłacić rachunki u operatora”. To jego jedyne zadanie, a i tak nie umie tego dopilnować. Zwykle to ama siedzi zgarbiona nad stertą rachunków i wydzwania do dostawcy energii, szpitala albo kablówki z pytaniami, czy możemy uregulować należności w ratach. A potem mamrocze pod nosem „ullu ke patay – sowie syny”, kiedy jej odmawiają.
Pochylam się do niego, pociągam dyskretnie nosem i niemal mnie zatyka. Śmierdzi tak, jakby wziął kąpiel w Old Crow, a potem jeszcze spryskał się nim po goleniu.
– Spotkamy się o trzeciej – proponuję. – Weź prysznic, zanim ama się zbudzi. Czuć cię na odległość.
Żaden z nas nie dodaje, że to nie ma znaczenia. Że nawet jeśli ama poczuje odór alkoholu, nie piśnie o tym ani słowem. Nie daję abu czasu na odpowiedź – wysiadam i podnoszę z siedzenia wyświechtany dziennik, który wypadł mi z kieszeni. Trzaskam drzwiami, a oczy łzawią mi od zimna.
Ashlee wtula się pod moje ramię. „Wdech, pięć sekund. Wydech, siedem sekund”. Nawet jeżeli poczuła, jak stężały mi mięśnie, nie daje tego po sobie poznać.
– Ogrzej mnie.
Kiedy przyciąga mnie do pocałunku, moje nozdrza wypełnia popiół jej porannego papierosa. „Wdech, pięć sekund. Wydech, siedem sekund”. Trąbią klaksony samochodów. Z niewielkiej odległości dobiega odgłos trzaśnięcia drzwiami i przez chwilę łudzę się, że to abu. Zdaje mi się, że zaraz poczuję moc jego dezaprobaty. „Miej trochę tamiz, puttar”. Słyszę w myślach te słowa. Pragnę ich.
Jednak kiedy odsuwam się od Ashlee, widzę, że kierunkowskaz hondy miga i samochód włącza się w strumień pojazdów.
Gdyby zamiast Ashlee stała koło mnie Noor, zerknęłaby na mnie z ukosa i podała mi swój telefon. „Nie każdy może się cieszyć, że w ogóle ma tatę, głupolu. Połknij gorzką pigułkę, mniam, mniam, i do niego zadzwoń”.
No, ale jej tu nie ma. Od kilku miesięcy nie zamieniłem z Noor ani słowa.
Prowadząc mnie w stronę kampusu, Ashlee sypie historiami o swojej dwuletniej córce, Kayi. Jej słowa zlewają się ze sobą, a oczy stają się szkliste, zupełnie jak u abu pod koniec długiego dnia.
Wysuwam się z jej uścisku. Poznałem Ashlee w trzeciej klasie, kiedy ama zachorowała, a ja opuściłem większość najważniejszych lekcji, które miały mnie przygotować do studiów. Ubiegłej jesieni, po kłótni z Noor, dużo czasu spędzałem samotnie. Mógłbym się spotykać z chłopakami z drużyny piłkarskiej, ale przeszkadzało mi, jak wielu z nich używa słów w rodzaju: „turban”, „suka” albo „ciapaty”.
Ashlee dopiero co zerwała z dziewczyną i zaczęła przychodzić na mecze, po których czekała na mnie w swoim czarnym mustangu z maską pomalowaną farbą podkładową. Gadaliśmy o tym i owym. Pewnego dnia, ku mojemu zaskoczeniu, zaprosiła mnie na randkę.
Wiedziałem, że to się skończy katastrofą. Ale tę katastrofę przynajmniej miałem sam sobie zgotować.
Nazywa mnie swoim chłopakiem, chociaż spotykamy się ledwie od dwóch miesięcy. Upłynęły trzy tygodnie, zanim w ogóle zebrałem się na odwagę, żeby ją pocałować. Ale kiedy nie jest na haju, mamy się z czego pośmiać i rozmawiamy o Gwiezdnych wojnach, o komiksach z serii Saga albo o serialu Korona przeznaczenia, który oboje uwielbiamy. Nie zadręczam się wtedy tak bardzo myślami, w których jest ama. Ani tymi o motelu. Ani o Noor.
– Malik! – Dyrektor szkoły, Ernst, człowiek o wyglądzie kręgla z nosem jak obtłuczona oberżyna, wyłania się nagle z hordy uczniów zmierzających do klas.
Za Ernstem stoi ochroniarz Derek Higgins vel Darth Derek, nazywany tak dlatego, że jest męczącym pajacem, który przemierza korytarze Juniper High jak pokład prywatnego gwiezdnego niszczyciela.
Ashlee udaje się umknąć przed groźnym spojrzeniem Ernsta, ale jeśli chodzi o mnie, to wkurzyłem go już drugi raz w tym tygodniu, więc jego kościsty palec wbija się w moją pierś.
– Opuściłeś kilka lekcji. Koniec tego. Jeśli się spóźnisz, zostaniesz w szkole po godzinach. To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.
Ciśnie mi się na usta: „Nie dotykaj mnie!”. To jednak zachęciłoby do interwencji Dartha Dereka, a nie uśmiecha mi się dostać pałą w dziób.
Ernst idzie dalej, a Ashlee znowu do mnie podchodzi. Wsuwam dłonie do kieszeni bluzy z kapturem, ucisk w piersi słabnie pod wpływem kontaktu ciała z miękką bawełną. Później to opiszę. Próbuję sobie wyobrazić trzask, który wyda mój dziennik podczas otwierania, i równomierne, przewidywalne stuknięcia długopisu o kartkę.
– Nie patrz tak – mówi Ashlee.
– Czyli jak?
– Tak, jakbyś chciał być gdziekolwiek, tylko nie tu.
Odpowiedź wprost na ten zarzut byłaby kłamstwem, więc decyduję się na unik.
– Sorry, muszę... mm, iść do łazienki – wymawiam się. – Do zobaczenia później.
– Poczekam na ciebie.
– Nie, idź na lekcję. – Już się pospiesznie oddalam. – Nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty u Ernsta.
Juniper High jest molochem, ale w niczym nie przypomina wymuskanych szkół średnich z telewizji. To po prostu kilka podłużnych budynków z pustaków, z drzwiami na obu końcach, przedzielonych pasami gołej ziemi. Sala gimnastyczna wygląda jak hangar lotniczy. Wszystko jest utrzymane w przykurzonym białym kolorze, porysowanym ziarnami piasku. Jedyny zielony akcent stanowią nasza szkolna maskotka – pokraczna kukawka kalifornijska namalowana przy sekretariacie – i ściany łazienek, które zdaniem Noor właściwie mają barwę gęsiej kupy.
Łazienka jest pusta, ale i tak zamykam się w kabinie. Ciekawe, czy każdy chłopak, który chodzi z dziewczyną, prędzej czy później chowa się przed nią w kiblu?
Gdybym chodził z Noor, a nie z Ashlee, już siedziałbym na lekcji angielskiego, bo Noor ma hopla na punkcie punktualności.
Słyszę skrobanie podeszew na brudnych kafelkach podłogi. Ktoś wchodzi do łazienki. Widzę przez szczelinę przy drzwiach kabiny, że to Atticus, chłopak Jamie Jensen. Jego główne zamiłowania to piłka nożna, biali raperzy i bezpretensjonalny rasizm.
– Potrzebne mi dziesięć – mówi Atticus. – Ale mam tylko sto dolców.
W polu widzenia pojawia się tyczkowata postać – Art Britman, wysoki i blady jak Atticus, ale zapadnięty wskutek palenia zbyt dużej ilości podrzędnego zioła. Jak zwykle ma na sobie koszulę w czerwoną kratę i czarne buty robocze.
Znam Arta jeszcze z przedszkola. Zadaje się z białymi nacjonalistami, ale umie się z każdym dogadać. Pewnie dlatego, że dostarcza narkotyki większości uczniów Juniper High.
– Stówę kosztuje piątka. Nie dziesięć. – Uśmiech Arta daje się słyszeć nawet w jego głosie, bo on naprawdę jest najsympatyczniejszym dilerem na świecie. – Dam ci tyle, na ile cię stać, Atty!
– Daj spokój, Art...
– Bracie, ja też muszę jeść.
Art gmera w kieszeni i wyciąga woreczek drobnych białych tabletek. Trzyma je tuż poza zasięgiem ręki Atticusa. Sto dolców? Za coś takiego? Nic dziwnego, że Artowi uśmiech nigdy nie znika z twarzy.
Atticus przeklina i podaje mu kasę. Kilka sekund później w łazience nie ma już śladu po nim i po pigułkach.
Art obraca się do mojej kabiny.
– Kto się tam zasiedział? Ofiara sraczki czy szpieg?
– To ja, Art. Sal.
Jak na gościa, który chwyta się każdego nielegalnego zajęcia, Art jest zadziwiająco nieostrożny.
– Sal! – wykrzykuje. – Ukrywasz się przed Ashlee? – Jego śmiech odbija się echem, a ja robię kwaśną minę. – Już poszła, możesz wyjść.
Zastanawiam się, czy nie lepiej to przemilczeć. Bądź co bądź, kiedy człowiek rzuca kotwicę w kiblu, niegrzecznie jest wciągać go w pogawędki. Wszyscy to wiedzą.
Widocznie jednak nie Art. Wychodzę z kwaśnym uśmiechem, żeby umyć ręce.
– Spoko jest, człowieku? – Art poprawia czapkę, przeglądając się w lustrze. Kosmyki jego jasnych włosów wystają spod włóczki niczym pnącza jakiejś kapryśnej rośliny. – Ashlee powiedziała mi, że twoja mama znalazła się po uszy w gównie.
Ashlee jest kuzynką Arta. I chociaż oboje są biali – a ja głupio sądziłem, że biali ludzie nie utrzymują kontaktów z dalszą rodziną – trzymają ze sobą sztamę. Silniejszą niż sam mam z moim kuzynem, który mieszka w Los Angeles i przy byle okazji wygłasza komentarze w rodzaju tego, że wszyscy bezdomni powinni postarać się o pracę. Zwykle robi to, popijając pellegrino z ceramicznego kubeczka zamówionego pod wpływem reklamy na Pixtagramie, która przekonała go, że dzięki temu uratuje delfiny.
– Tak – odpowiadam Artowi. – Mama nie czuje się najlepiej.
– Rak to chujowa sprawa.
Ona nie choruje na raka.
– Kiedy zachorowała moja babcia Ethel, to był szok – ciągnie dalej Art. – Jednego dnia nic jej nie dolegało, a następnego już wyglądała jak truposz. Myślałem, że wykituje. Teraz jednak trzyma się nieźle. Ciągle dostaje recepty na środki przeciwbólowe, ale nigdy ich nie łyka, więc dobrze na tym wyszedłem. – Śmiech Arta odbija się echem od ścian. – A ty niczego nie potrzebujesz? Bo dla starego kumpla mógłbym opuścić cenę.
– Nie potrzebuję.
Nawet mnie to nie kusi. Jeden lump w naszym domu w zupełności wystarczy.
Wychodzę czym prędzej, bo brzęczy dzwonek na lekcję. Pozbawione trawy boisko opróżnia się szybciej niż zlew po wyjęciu korka. Kiedy skręcam do skrzydła z klasą do angielskiego, Noor niemal wpada na mnie z naprzeciwka.
Słońce odbija się od szyb w oknach, rzucając kolorowe refleksy na jej warkocze. Przypominają mi się fotografie, którymi obwiesiła ściany swojego pokoju w domu jej pochrzanionego wujka. Zrobiono je olbrzymim teleskopem kosmicznym, o którym pewnego razu mi opowiadała. Właśnie tak wyglądają jej włosy – usiane czarno-czerwono-złotymi plamami, jądro wszechświata podświetlone od wewnątrz. Noor idzie ze zwieszoną głową i mnie nie dostrzega. Jej uwagę bez reszty zajmuje wyścig z dzwonkiem.
Docieramy jednocześnie pod drzwi klasy pani Michaels. Noor wygląda nieco inaczej niż zwykle. Dopiero po chwili orientuję się, że zrobiła makijaż. Zdejmuje słuchawki ukryte pod kapturem i dochodzi z nich cichutka melodia piosenki. Poznaję ją, bo ama uwielbia ten kawałek.
The Wanderer Johnny’ego Casha z U2.
– Hej – mówię.
Noor wita mnie skinieniem w taki sposób, w jaki witasz kogoś, z kim przestałeś się widywać, bo masz na głowie kupę własnych problemów. A potem pospiesznie wchodzi do klasy – rozmyta smuga, w której daje się wyodrębnić bransoletki z koralików, ciemne jeansy i zapach taniego, wysuszającego skórę mydła, sprzedawanego przez jej wujka w należącym do niego sklepie z alkoholem.
Przez chwilę unosi się między nami widmo tamtej awantury, widzę zjawy nas sprzed pół roku, kiedy staliśmy naprzeciw siebie na kempingu w Veil Meadows. Noor wyznała mi, że się we mnie zakochała. Pocałowała mnie.
Ja zaś ją odepchnąłem i powiedziałem, że nie odwzajemniam jej uczuć. Wyrzuciłem z siebie wszystkie krzywdzące słowa, które przyszły mi do głowy, bo jej pocałunek był niczym ostrze, które coś we mnie rozcięło.
Patrzyła na mnie tak, jakbym nagle zmienił się we wściekłego krakena. Trzymała w dłoniach sosnową szyszkę. Spodziewałem się, że mnie nią dźgnie.
Drzwi zatrzaskują się za nią, wyciągam więc rękę do klamki, żeby też wejść do klasy. W ostatniej chwili się rozmyślam. Dźwięczy dzwonek. Wskazówki zegara na korytarzu za moimi plecami mozolnie idą naprzód, a każde tyknięcie zdaje się głośne, jakby ktoś upuszczał sztangi na podłogę. Upływa minuta. Czytam wciąż od początku ogłoszenie na drzwiach zachęcające do udziału w konkursie literackim, do którego namawia mnie od jakiegoś czasu pani Michaels.
Od pięciu miesięcy chodzę co dzień na jej zajęcia z angielskiego dla zaawansowanych, jednak dzisiaj nie mogę się na to zdobyć. Nie będę w stanie siedzieć w tej samej klasie z Noor, wiedząc, że ona już nigdy nie wykpi moich skarpetek w lamy, nie skopie mi tyłka w Night Ops 4 ani nie przyjdzie w sobotę rano na paraty ze mną i ama.
Próbuję sobie przypomnieć uśmiech ama z czasów, kiedy jeszcze była zdrowa i przyjeżdżała po mnie po lekcjach. Rozpromieniała się i pytała, jak mi poszło, jakbym co najmniej zdobył Mount Everest, a nie ledwie przetrwał kolejny dzień w szkole.
„Mera puttar, ander dźa – ponagliłaby mnie teraz. – No, wejdź, synku”. Gdy jednak z westchnieniem znowu sięgam do drzwi, koścista dłoń zaciska się na moim barku.
– Malik! – Puszczam klamkę. Bladozielone oczy Ernsta przewiercają mnie, dają odpór moim nerwom, a może wręcz przeciwnie, podpuszczają, żebym dał im upust? – Co ci mówiłem o spóźnianiu się na lekcje?
– Puść! – Wyrywam się z jego uścisku. „Zamknij się, nie przeginaj, Saladyn”. – Nie dotykaj mnie!
Czekam na jego wybuch. Czekam, aż znowu spróbuje mnie dotknąć. Zawiesi mnie. Wezwie Dartha Dereka. On tymczasem cofa się i potrząsa głową jak pan niezadowolony z niesubordynacji niegrzecznego psa, który szarpnął się na smyczy.
– Zła odpowiedź – mówi. – Uprzedzałem, że to było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie. Zostaniesz po lekcjach. Mój gabinet. Piętnasta.
ROZDZIAŁ 4
Misbah
Listopad, wtedy
Wśród przepysznych jedwabi na bazarze Anarkali wróżbitka wyglądała jak wróbelek. Jej drobne stopy w sandałach z popękanej gumy wystukiwały niecierpliwy rytm. „Jest młodsza od ciebie, Misbah – uprzedziła mnie kuzynka Fozja – ale przyniesie ukojenie twoim myślom”.
Wróżbitka przywołała mnie gestem, bym usiadła naprzeciw niej przy chwiejnym drewnianym stoliku, i ujęła moje dłonie. Krzyżyk na szyi zdradzał, że była chrześcijanką.
– Wyjdziesz za mąż – powiedziała.
– Nie płacę ci sto rupii, by usłyszeć, że krowy dają mleko.
Uniosłam torebkę ślubną, którą trzymałam w ręce. Z gardła dziewczynki wydarł się skrzekliwy śmiech. Może jednak była starsza, niż mogło się zdawać na pierwszy rzut oka.
– Twój narzeczony jest niespokojnym duchem. – Powiodła palcem wzdłuż linii na moich dłoniach i lekko postukała w odciski. – Udacie się w podróż za morze.
– Mój narzeczony jest jedynym synem swoich rodziców. Nie opuści ich.
– Mimo to wyjedziecie z Pakistanu – odparła. – Będziesz miała dzieci daleko stąd. Troje.
– Troje!
– Chłopca. Dziewczynkę. I trzecie, które nie będzie nim, nią ani trzeciej płci. Zawiedziesz każde z nich.
– Co to znaczy, że je zawiodę? W jaki sposób? Czy... czy one umrą? Zachorują?
Wróżbitka zajrzała głęboko w moje oczy. Jej były małe, osłonięte długimi rzęsami i brązowe, w suchym odcieniu opadłych liści.
– Zawiedziesz wszystkie.
Zaproponowałam jej sto rupii za zmianę przepowiedni. Potem dwieście. Ale bez względu na to, o ile przebijałam ofertę, nie powiedziała już ani słowa.
ROZDZIAŁ 5
Noor
Ćaća chce, żebym najpóźniej piętnaście po trzeciej była w sklepie, ale martwię się, bo ciocia nie odpisała na mojego SMS-a.
Każdego dnia, oprócz weekendów, spędzam ostatnie dwie lekcje w szpitalu regionalnym w Juniper, w którym pracuję jako wolontariuszka. Ćaća tego nie pochwala, ale chodzę tam w godzinach lekcyjnych, więc niewiele może zrobić w tej sprawie. Po końcu zmiany jadę do motelu. Rowerem droga zajmuje tylko dziesięć minut. Powinno mi wystarczyć czasu, żeby zajrzeć do cioci i jeszcze zdążyć do sklepu.
W motelu panuje cisza, kiedy sunę rowerem po spękanym cemencie na parkingu przed głównym budynkiem, który zajmuje rodzina Sala. Ciocia nigdy nie zamyka drzwi na klucz, a kiedy wchodzę do środka, nozdrza wypełnia mi zapach semoliny podprażanej z cukrem. Witam się głośno, ale w domu nikogo nie ma.
Idę na tył parkingu, do ogrodzonego basenu i szopy na narzędzia, ale oba miejsca też są opustoszałe. Cold Moon w wykonaniu The Zolas rozbrzmiewa w słuchawkach w moich uszach. Po refrenie wyłączam piosenkę.
We wschodnim skrzydle motelu panuje cisza, parking jest pusty. Wygląda na to, że interes słabo się kręci. W zachodnim skrzydle też żaden z pokoi nie jest obecnie wynajmowany. Jaskrawoniebieskie drzwi pralni skrzypią na wietrze.
Otwieram je szerzej i widzę ciocię, która stoi pod ścianą i mocno przyciska ręcznik do piersi.
Okropnie wygląda. Jej śniada skóra jest chorobliwie sina. Ciocia bardzo szybko oddycha. Widzę, jak skacze jej tętno. Węzeł różowego hidżabu, który zwykle nosi ciasno związany na karku, dzisiaj jest luźny i się rozpada.
– Ciociu? – Podbiegam do niej w mgnieniu oka.
– Och! – Wzdryga się, zaskoczona. – Salam alejkum. Kitey rendhi, meri dhii? – Pokój tobie. Gdzie się podziewałaś, córeczko?
– Ciociu, musisz usiąść. Weź mnie pod rękę. Dostałaś SMS-a ode mnie? O tym, że Saladyn musiał zostać w szkole po lekcjach?
– Tak, odwołałam wizytę u lekarza. – Próbuję podać jej rękę, żeby się wsparła, ale ją odtrąca. – I niech ci się nie zdaje, że skoro z tobą rozmawiam, to ci wybaczyłam. Mimo tylu wspólnych parat nie przyszłaś odwiedzić swojej starej ciotki?
Uśmiecha się, ale wyczuwam w jej głosie smutek.
– Mafi dede, ciociu. – Czym prędzej proszę ją o litość. Kiedyś sama powiedziała mi, że przeprosiny to już połowa drogi ku wybaczeniu. – Jestem głupia. Chodźmy do domu.
Ma taką siną twarz, że aż dziwne, iż jeszcze utrzymuje się na nogach. Muszę sprawić, żeby zbadał ją lekarz. Jednak nie zgłosi się do szpitala, jeśli jej umiejętnie na to nie namówię... Może przy herbacie.
– Już straciłam nadzieję, że przyjdziesz. – Mruży oczy w blasku zimowego słońca. – Ale na wszelki wypadek przygotowałam chałwę i puri.
Już na samą myśl o smażonych plackach, rozdętych i lekkich jak chmurka, cieknie mi ślinka.
– Nie musiałaś...
– Masz dzisiaj urodziny, na? Osiemnaste! To bardzo... bardzo ważna...
Milknie, żeby zaczerpnąć tchu, i w końcu korzysta z nadstawionej przeze mnie ręki. Jest taka lekka, że mogłabym ją z łatwością podnieść.
Po wejściu do domu odzyskuje nieco kolorów na twarzy i puszcza moje ramię. Idzie przez zaciemniony salon, poklepując ścianę mieszkania, jakby witała się ze starym przyjacielem. Kocha to miejsce. Mimo że wyssało z niej życie.
Kuchnia znajduje się z boku, ma kształt litery „L”. Duże okno wychodzi na wschodnie skrzydło budynku. Trzy ceramiczne naczynia żaroodporne stoją na starym drewnianym blacie koło stołu dla czterech osób, przy którym jadłam setki posiłków.
Wyciągam rękę po czhole – ciecierzycę z kurkumą i kminem rzymskim według specjalnego przepisu – tymczasem ciocia obraca się do pieca, żeby podgrzać puri. Jej ręce drżą.
Pomagam jej usiąść na krześle.
– Zaparzę ci herbaty, ciociu. A potem zadzwonię po lekarza. Chałwa urodzinowa może poczekać.
– Przełożyłam wizytę na jutro, nie musisz się przejmować. Mamy dosyć czasu na herbatę.
Gdy wyjmuję niedopasowane do siebie kubki z dwóch różnych kompletów oraz saszetki herbaty PG, nieco się uspokajam. Odrzucenie podania o przyjęcie na UVA zdaje się mniej istotne niż przedtem. Tak samo jak zła ocena z wypracowania z angielskiego. Ciocia emanuje energią, która sprawia, że łatwiej mi stawić czoło tym problemom.
Chcę jej o tym powiedzieć. „Tutaj jest prawdziwy dom. Ty i Saladyn tworzycie mój dom”.
– Przepraszam, że tak długo mnie nie było.
Rozłupuję zębami kilka ziarenek kardamonu, przygotowuję w myślach kilkanaście wersji przeprosin i od razu je odrzucam. To trochę jak pisanie wypracowania. Tyle że jeszcze trudniejsze.
– Nie szkodzi – mówi ciocia. Zerkam na nią. Jej oczy są piwne, o wiele jaśniejsze niż Saladyna. W tej chwili przyglądają mi się badawczo. Ciocia przykłada dłoń do serca. – Wiem.
Supeł, który uciskał mnie w piersi od kilku miesięcy, nagle się rozplątuje. Pozwalamy, żeby zapadło między nami kojące milczenie, przerywane jedynie trzaskaniem chałwy i cichym sykiem pęczniejących puri. Dosiadam się do stołu, ale ciocia nie częstuje się jedzeniem. Dopiero gdy jestem już w połowie swojej porcji, upija mały łyk herbaty.
– Pycha! – W końcu biorę głębszy oddech. – Ciociu, przeszłaś samą siebie.
– Za mało jesz. – Zmarszczka między jej oczami się pogłębia. – Wiesz, proponowałam Riazowi, że nauczę go gotować. – Gdy mówi o ćaća, zawsze posługuje się jego nazwiskiem. – Już pierwszego dnia, kiedy sprowadził cię do Juniper.
Odkładam na stół puri. Ćaća nie cierpi pakistańskiej kuchni. Nie znosi absolutnie niczego, co dotyczy Pakistanu.
– On... hm... chyba woli sandwicze.
– Brooke chciała wziąć kilka lekcji – mówi ciocia. – Wiedziałaś?
Potrząsam głową. Teoretycznie powinnam nazywać Brooke ćaći, bo jest żoną ćaća. Kiedy o tym napomknęłam, Brooke uznała, że to urocze. Ćaća jednak zdusił w zarodku ten pomysł. Pozwolił mi używać wobec niego zwrotu ćaća jedynie dlatego, że w wieku sześciu lat jeszcze nie umiałam prawidłowo wymówić po angielsku słowa uncle – wujek – a zła angielszczyzna drażniła go jeszcze bardziej niż porozumiewanie się w języku urdu.
– Niestety, twój ćaća się o tym dowiedział. No i już więcej nie przyszła.
Wypija długi łyk herbaty.
– Ciociu, dlaczego nie idziesz do...
– Teraz, Noor, skoro już ukończyłaś osiemnaście lat...
Obie urywamy w pół zdania. Ciocia wskazuje gestem, żebym mówiła dalej.
– Opuściłaś kilka umówionych dializ, ciociu.
Jej twarz pochmurnieje.
– Och, one i tak są do niczego – odpowiada. – Nie czuję się po nich ani trochę lepiej, chociaż kosztują fortunę. Piję mleko z kurkumą...
– Choroba nerek jest niebezpieczna, ciociu – tłumaczę. – Nie da się jej wyleczyć kurkumą. Musisz się zgłosić na dializę. Co z ubezpieczeniem?
– Nie mam ubezpieczenia. – Zerka na biurko zasypane rachunkami. – Muszę wrócić do sprzątania. Puść mi piosenkę, zanim pójdę, Noor Jehan.
Używa przezwiska, które mi nadała w dzieciństwie, kiedy odkryłam w sobie zamiłowanie do muzyki. Noor Jehan – na cześć słynnej pakistańskiej piosenkarki nagrywającej utwory do filmów.
– No dobrze, pamiętasz tę piosenkę Johnny’ego Casha i U2, którą tak uwielbiasz? – Wyjmuję smartfon. Dała mi tę komórkę w ubiegłym roku, mówiąc, że jeden z lokatorów zostawił ją w pokoju, chociaż podejrzewam, że specjalnie ją kupiła. – Mam dla ciebie inny duet Johnny’ego Casha. Nosi tytuł Bridge Over Troubled Water. Napisany we współpracy z Fioną Apple. Ją też lubisz.
Znajduję właściwy utwór i rozbrzmiewają pierwsze akordy gitary Johnny’ego. Ciocia zamyka oczy. Kiedy zaczyna się refren śpiewany razem z Fioną, wyciąga do mnie rękę.
– To o tobie, Noor – stwierdza. – Ty jesteś moją kładką nad wzburzoną wodą. Moją i Saladyna. Ale... – Pochyla się, żeby na mnie popatrzeć. Tak uważnie popatrzeć. Zwieszam głowę, grzywka opada mi na twarz. – Noor, muszę... Muszę ci powiedzieć...
Jednak milknie. Jakby zmogło ją zmęczenie.
– Nie czuję się za dobrze, dhii – szepcze.
W ostatniej chwili udaje mi się podbiec i stanąć przed nią, kiedy jej nagle zwiotczałe ciało bezwładnie pochyla się do przodu.
– Ciociu... o nie... okej... – Próbuję dosięgnąć telefonu, nie wypuszczając jej z objęć.
Komórka jednak ześlizguje się ze stołu i odbija na linoleum za daleko, żebym mogła ją złapać.
Drzwi wejściowe się otwierają.
– Saladyn!? – krzyczę. – Coś nie w porządku z ciocią!
Ale to nie Saladyn. To jego tata. Czuję bijącą od niego woń alkoholu, jeszcze zanim widzę go w drzwiach kuchni.
– Noor? – bełkocze. A potem dostrzega swoją żonę i głos się mu załamuje: – Misbah?
– Dzwoń pod dziewięćset jedenaście, wujku Toufiq! – ponaglam go. Ciocia wspiera się na mnie ociężale, wyczuwam na barku dziwnie mocne bicie jej serca. – Szybko!
Juniper jest na tyle małe, że karetka wkrótce podjeżdża pod motel. Wujek Toufiq przygląda się sanitariuszom wnoszącym ciocię do ambulansu. Przerażenie wywołane chorobą żony na chwilę go otrzeźwia.
Próbuje wcisnąć mi do ręki kluczyki do samochodu, ale potrząsam głową.
– Nie umiem prowadzić – tłumaczę z pewnym uczuciem ulgi, że sam nie zamierza siadać za kierownicą. – Jedź karetką. Ja zostawię liścik dla Saladyna i dojadę rowerem.
Chwytam czystą kartkę.
Hej, DUPKU – piszę, ale od razu to skreślam.
Twoja mama zasłabła... Nie. To mu napędzi strachu.
Przyjedź szybko do szpitala. Na oddział ratunkowy. Z twoją mamą wszystko w porządku, ale musiało ją zabrać pogotowie.
Kiedy wsiadam na rower, słyszę brzęczyk wiadomości. Szybkie zerknięcie na wyświetlacz telefonu pozwala mi stwierdzić, że to ćaća. Jest siedemnaście po trzeciej. Mam dwie minuty spóźnienia.
Sklep z alkoholem znajduje się pięć minut od motelu. Ale jeśli teraz tam pojadę, ćaća od razu wyjdzie. Nie będzie się przejmował chorobą cioci. Nigdy nie chciał, żebym spędzała czas w jej towarzystwie.
Odkładam komórkę do kieszeni, wkładam plecak i jadę w ślad za karetką.
ROZDZIAŁ 6
Sal
Dochodzi siódma, kiedy docieram do szpitala. Jestem taki spocony, jakbym wpadł pod myjnię samochodową. Znalazłem liścik od Noor, ale nigdzie nie było zapasowego kluczyka do samochodu. Kiedy zadzwoniłem do niej z motelowego telefonu, nie odebrała. Ruszyłem zatem biegiem.
– Gdzieś ty był, do diabła? – Noor niespokojnie chodzi tam i z powrotem przed wejściem na oddział ratunkowy. – Wzięli ją na OIOM... Chodź.
Idziemy pospiesznie przez szpital, a ona relacjonuje, co się stało. Wzdrygam się, słysząc jej głos, kiedy niczym karabin maszynowy wyrzuca z siebie fakt za faktem. Ama jest poważnie osłabiona. Ma halucynacje. Brak dializy wywołał spustoszenie w jej organizmie. Wysoki poziom potasu we krwi... Grozi jej arytmia...
Kilka pielęgniarek wita się z Noor, kiedy je mijamy, ale ta ledwie je zauważa. Mówiąc, splata i rozplata dłonie, pociera nimi, jakby je mydliła. Jest przerażona.
W głębi duszy mam ochotę powiedzieć: „Przestań. Popatrz na mnie. Wszystko będzie dobrze”.
Nie znoszę jednak kłamać. Zwłaszcza Noor nie chcę okłamywać. Jej strach mi się udziela, jest zaraźliwy. Gdy stajemy pod drzwiami OIOM-u, znowu się pocę, choć tym razem nie z wysiłku.
– Po wejściu podaj im swoje nazwisko. Wpuszczają po jednym gościu naraz, a twojego tatę już wykopali za drzwi. – Widząc moją minę, dodaje łagodniej: – On... Trochę zaniemógł. Pójdę sprawdzić, czy już się czuje lepiej.
Ama jest podpięta do miliona urządzeń. Ma dopiero czterdzieści trzy lata, ale wygląda, jakby postarzała się o dwadzieścia. Wsuwam kosmyk jej włosów pod hidżab i wygładzam koszulę nocną, w którą ją ubrano. Naciągam koc na jej gołe nogi. Ama zawsze zasłania nogi w miejscach publicznych. Lekarze ją znają. Wiedzą, że ubiera się skromnie. Nie mieli na tyle przyzwoitości, żeby porządnie ją okryć? Gnojki.
– Dlaczego nie poszłaś na dializę? – pytam szeptem. – Dlaczego nie słuchałaś lekarzy?
– Puttar. – Synku.
Chwytam dłoń ama – jedynej osoby, której dłonie zawsze kojarzyły mi się z bezpieczeństwem. Ona przenosi na mnie wzrok.
– Jak się czujesz, ama?
– Gdzie twój abu?
„Robi z siebie widowisko, rzygając na korytarzu”.
– Jest za drzwiami.
Nie mówię nic ponad to, ale ona się wzdryga, bo wyczuwa jad w moim głosie.
– On jest chory, puttar – mówi cicho. – Ma...
Nie jest chory. To nie choroba. Najwyżej słabość. Żałosne.
– Jest pijany, ama. Jak zawsze.
Widzę po minie, że sprawiłem jej przykrość, i czuję do siebie odrazę. Ale nie przepraszam. Ta złość na pewno czaiła się we mnie od dawna, zwinięta niczym wygłodniały wąż.
Ama ściska moją dłoń.
– Twój ojciec... on...
– Nie szukaj dla niego usprawiedliwień. Kiedy ty leżysz tutaj, on za drzwiami dekoruje lunchem ściany oddziału... – Kręcę głową. – Ale nie przejmuj się. Mamy wszystko pod kontrolą.
– Gdzie jest Noor?
– W poczekalni.
Nie mogę rozmawiać z nią o Noor. Już to przerabialiśmy.
– Puttar, musisz się z nią pogodzić. Ona cię potrzebuje. Bardziej niż ci się wydaje. A ty potrzebujesz jej.
– Ama... nie zawracaj sobie głowy mną i Noor, dobrze?
Wolałbym, żeby w moim głosie nie dało się słyszeć tego zniecierpliwienia. Staram się. Staram się zachować spokój, ale moje ciało wcale nie przypomina ciała, jest raczej mroczną jamą pełną stresu, niepewności i strachu, wyrzucającą z wnętrza słowa, które nie są słowami, lecz jastrzębiami mającymi żyletki zamiast skrzydeł oraz noże w miejscu dziobów.
– Noor dobrze sobie radzi – stwierdzam. – Radziła sobie bez nas przez ostatnie sześć miesięcy. Ty zawsze...
– Będziesz musiał zatelefonować do moich kuzynostwa w Pakistanie – szepcze ama.
– Dlaczego... – Załamuje mi się głos; wyobrażam go sobie jako słowa na papierze, ustawione w szyku, uformowane, nagięte do mojej woli. Kiedy znowu otwieram usta, brzmię normalnie: – Sama do nich zatelefonujesz, ama.
– Będziesz musiał spłacić rachunki, puttar. Ojciec o nich nie pamięta – mówi. – Podlej kwiaty. Poproś... poproś wujka Fajsala, żeby ci pomógł...
– Ama, kiedy Fajsal wpadł z wizytą ubiegłego lata, dał mi torbę na śmieci pełną starych ciuchów z Brooks Brothers po swoim synu, żebym nie wyglądał „jak kompletny daku”. – Kryminalista. – Nie mam zamiaru o nic go prosić.
– Tęsknię... za nim.
Głos ama jest słaby, ale ona sama tak intensywnie przygląda się czemuś nad moim ramieniem, że zerkam w tył.
– Tęsknisz za wujkiem Fajsalem?
– Nie – szepcze. – Za moim ojcem. „Motylku”, tak się do mnie zwracał. Grywał w carrom z Toufiqiem i jego ojcem. Uwielbiał żarty Toufiqa.
Kiwam głową, chociaż nie pamiętam, żeby abu zdarzyło się opowiedzieć jakikolwiek żart, odkąd jeszcze biegałem w majtkach z podobizną Hulka.
– Proszę pana... – Do sali wchodzi pielęgniarka. Wysoka, ciemnowłosa. – Pański, umm... ojciec. Sądzę, że może pana potrzebować.
Mam na końcu języka, że to nie ojciec mnie teraz najbardziej potrzebuje.
– Dziękuję.
Obracam się z powrotem do ama, ale pielęgniarka wyciąga rękę, jakby chciała dotknąć mojego ramienia. Odsuwam się gwałtownie, żeby uniknąć kontaktu fizycznego, a ona unosi brwi, zdziwiona.
– Mój drogi, przykro mi, ale twój tata nie może tu dłużej przebywać. Niepokoi pacjentów na izbie przyjęć. Mówi w jakimś obcym języku...
– To pendżabski – informuję ją. – Jego ojczysty język.
– Musisz się nim zająć. W przeciwnym razie będziemy zmuszeni wezwać policję.
Wchodzi Noor. Słyszy końcówkę naszej rozmowy.
– Dostałam kluczyki od twojego taty – mówi, przepuszczając w drzwiach pielęgniarkę. – Imam Szafiq podstawił pod szpital wasz samochód.
Młody imam-inżynier, który prowadzi modlitwy w malutkim meczecie w Juniper, przyjaźni się z ama