Córeńka - Wojciech Tochman - ebook

Córeńka ebook

Wojciech Tochman

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Wyspa Bali, 12 października 2002, dochodzi jedenasta wieczorem. Huk eksplozji. Raj turystów - dla muzułmańskich fundamentalistów miejsce grzechu - zostaje ukarany. Zalany krwią. Wśród zaginionych jest reporterka z Polski. Jej tropem niespokojnego wędrowca rusza autor Córeńki. 
Wojciech Tochman, znakomity reporter, tym razem przekracza ramy dokumentu. Fakty łączą się tu nierozerwalnie ze światem wyobraźni i kreacji. 
Wielka podróż na drugi kontynent jest jednocześnie fascynującą wędrówką psychoterapeutyczną. Czy bohaterka, samotna kobieta po czterdziestce, szuka zakotwiczenia? Czy spotkani na tej drodze mężczyźni dadzą jej to, czego pragnie? Czy świat szybkiej komunikacji staje się już światem głuchych? Czy jeszcze możemy się porozumieć z drugim człowiekiem? 
Tochman pisząc o czasie terroryzmu, odsłania najintymniejsze lęki współczesnego człowieka. Córeńka to opowieść mityczna, zmysłowa i ostra. Książka, która przeraża. Krzyk na chwilę przed katastrofą. 
[Opis] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Publiczna Biblioteka w Zatorze im. Pawła z Zatora
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2) 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mińsku Mazowieckim (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Morągu 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Zagórów 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 173

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

WOJCIECH TOCHMAN CÓREŃKA

 

Wydawnictwo Znak Kraków 2005

 

Projekt okładki

Jakub de Barbaro

Redakcja książki

Dobrosława Pańkowska

Opieka redakcyjna

Artur Wiśniewski

Korekta

Paulina Lenar

Opracowanie typograficzne

Daniel Malak

Łamanie

Piotr Poniedziałek

© Copyright by Wojciech Tochman

ISBN 83-240-0610-9

Zamówienia: Dział Handlowy, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Bezpłatna infolinia: 0800-130-082

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: www.znak.com.pl

Trzeci zeszyt

Wpadła do nas dwanaście lat temu. Każdy mógł wtedy przyjść bez zapowiedzi i zostać na chwilę, na tydzień, na kilka lat. Redakcja potrzebowała ludzi otwartych, zdolnych i pracowitych. - Czajka jestem - powiedziała do mnie tym swoim cieniutkim pindziowatym głosem. - Matylda - podałam jej dłoń i zatrzymałam na chwilę w jej dłoni. Tak się poznałyśmy. Stała przede mną niewysoka kobieta, nie gruba, nie chuda, krótko ostrzyżona, ruda, śmiała, z różowymi policzkami dziecka, miłym uśmiechem, chyba naiwnym, i na pewno smutnym spojrzeniem. Ani ładna, ani brzydka - pomyślałam wtedy. W czarnej spódnicy za kolano i w czerwonym za dużym swetrze. Widziałyśmy się po raz pierwszy, i to nie dłużej niż minutę, a miałam wrażenie, jakbyśmy się znały od lat. Przez chwilę żaliła się na brud w warszawskich tramwajach, na kamienicę, w której wynajmowała mieszkanie, na dozorczynię. Może powinnam poszukać innego domu, tak mnie zapytała wtedy, a ja nie bardzo rozumiałam, o co jej chodzi. Na pewno nie miała szminki na ustach, żadnego pudru, nic z tych rzeczy. Rozejrzała się po twarzach redaktorów i pokiwała głową, jakby właśnie się upewniała, że nie jest z tym najgorzej (ja uważałam inaczej: beznadzieja! te brody, te nieprane od tygodni swetry, pety w gębach). Żaden nawet oczu znad klawiatury komputera na nią nie podniósł, ale w Czajce nie wzbudziło to niepokoju: są zajęci, robią jutrzejszy numer gazety. Tak powinno być. Maksymalna koncentracja przynosi dobry efekt - mówiła mi o tamtej chwili jakiś czas potem.

Przyjrzała się każdemu uważnie. W oczach Czajki, wiele lat później zwrócił mi na to uwagę Sz. (nasz kolega, reporter), był nie tylko smutek. Jego zdaniem w ogóle smutku nie było. On tam widział nadzieję. Miała spojrzenie zdobywcy: przenikliwe, sprytne, czujne, pewne siebie, pazerne. Może i tak. Skończyła trzydzieści pięć lat, zaczynała nowe życie: nowe miasto, nowy dom, nowy samochód, nowa praca, nowe znajomości.

Właśnie przyleciała z Paryża, dokąd wyjechała w stanie wojennym. We Francji była kelnerką, operatorką w centrali telefonicznej, redaktorką emigracyjnego pisma. Była także mężatką, ale po jakimś czasie zrozumiała, że mąż przywieziony z Polski nie jest mężczyzną jej życia, i poprosiła go, by dał jej święty spokój. Tak przynajmniej mi opowiadała, kiedy po latach w jej mieszkaniu na Ursynowie upijałyśmy się côtes du rhône. Piłyśmy z rozpaczy, miałyśmy już po czterdzieści lat i wciąż żaden facet nie raczył podnieść głowy znad klawiatury, kiedy spacerowałyśmy między biurkami. Owszem, rozmawiali z nami, kiedy redagowali nasze reportaże. Ile wtedy mieli do powiedzenia! Ile krytycznych uwag (że nudne, nieciekawe, drewniane), ile pytań (na które ich zdaniem nasze teksty nie odpowiadały), ile sugestii (co warto by jeszcze sprawdzić w terenie, co dopisać), ile koniecznych skrótów (bo lałyśmy wodę albo watowałyśmy tekst), ile niezbędnych poprawek (bo oczywiście najlepiej znali język, choć to my skończyłyśmy filologię polską na najstarszym uniwersytecie w tym kraju), ile wyniosłości, pychy, samczej bufonady, miękkich chujów.

We Francji bywała także kochanką. Kochała się w Japończyku, Żydzie i Persie. Byli, mówiła mi, całkiem przystojni, starsi od niej i trochę dalecy, niedostępni. Ta niedostępność ją fascynowała. Oni przez jakiś czas uczucie odwzajemniali, przez jakiś czas jedli wspólnie kolacje, po których następowały śniadania. Cieszyli się jej białą skórą i tym, że w sypialni była zupełnie inna niż między ludźmi. Wśród ludzi mówiła dużo, miała własne zdanie, zwykle odmienne, walczyła o swoje racje. Tupała głośno nogami tym mocniej, im bardziej ktoś się z nią nie zgadzał. Kochana moja Czajka. Poczciwa, uczciwa, zasadnicza. Cierpka, nawet ostra na pokaz, jakby darła się z wszystkich sił: twardego fiuta to mam ja, nie wy!

A sam na sam z facetem krucha, delikatna, cicha. W mężczyznach ceniła siłę, czyli inteligencję i mięśnie naraz. To rzadkie połączenie dawało Czajce radość. Nie trwała ona długo, bo dalecy niedostępni mężczyźni wcześniej czy później (w taki czy inny sposób) oczekiwali od Czajki ofiary: rezygnacji z wolności. O, nie! Swobody w decydowaniu o sobie Czajka nikomu nie zamierzała oddawać. Na tym punkcie była wyczulona: chcą ją sobie podporządkować, podstępni władcy, zamknąć w klatce na własność.

I wkrótce, chyba z każdym tak się w końcu działo, Czajka zaczynała swych mężczyzn atakować. Najpierw były to drobne zaczepki, niechcący, spory nieduże, sprzeczki (zwykle o jego śmierdzące skarpetki pod łóżkiem), potem kłótnie, zamierzone awantury, wreszcie obmyślane wielodniowe konflikty, wojny: z początku chodziło o skarpetki, później o zaplute lustro nad umywalką albo obsikaną podłogę dookoła kibla. Wtedy Czajka waliła już z najcięższych armat, w samo podbrzusze: czy w waszym kraju nie uczą was szczać prosto do klozetu?!

Czasem miałam wrażenie, że opowiada mi o tych facetach tak, jak wspomina się wakacje: były słoneczne i ciepłe, ale się skończyły. Przyszła zima. I myślałam wtedy, że może oni wcale nie zamierzali z Czajki czynić swojej własności. Lubili ją przecież dynamiczną, czynną, nowoczesną. Może chcieli od niej jedynie przywiązania, jakiejś stałości. Faceci też chyba czasem tego pragną, skądkolwiek pochodzą i jakkolwiek oddają mocz.

Chcieli od niej tego, co boli, kiedy się to traci. Co ty mówisz?! Co to ma za znaczenie, wkurzała się na mnie, gdy kilka lat później otwierałyśmy na Ursynowie drugą butelkę. Co ty mi tu pieprzysz? Facetów nie znasz? Japończyk, kutas, oświadczył w końcu, że ma jakąś gejszę, Żyd był zupełnie pokręcony (szczał do umywalki!), a Pers, ten był naprawdę seksowny, powiedział któregoś wieczoru, że nie rozumie wschodnioeuropejskiej kobiecej duszy. Literat od siedmiu boleści. I wyszedł.

Niedługo potem zauważyła go w parku: szedł pod rękę z niebrzydką kobietą, zapewne Iranką, rozmawiali o czymś, była w ciąży. Czajka mówiła, że Iranki w ciąży wyglądają przepięknie. Ze cudnie na nich leżą jedwabne sukienki, że brzuchy im tak ładnie falują. Pieprzenie. Zazdrościła jej tego brzucha i tyle.

Siedzę teraz na krawędzi wulkanu Batur, gdzieś w samym środku wyspy, i próbuję to sobie wszystko przypomnieć, poukładać, pojąć, zrobić notatki. W reportażu - inaczej z tym jest na etapie zbierania informacji, inaczej w trakcie pisania - ekscytuje nas z Czajką to, że nigdy nie wiemy, dokąd nas doprowadzi. Reporter powinien się ciągle dziwić, nie wiedzieć, szukać odpowiedzi. Człowiek, który wszystko wie i wszystko rozumie, może będzie wielkim mędrcem, ale dobrym reporterem na pewno nie. Tylko że teraz nie piszę reportażu. Teraz chciałabym wszystko wiedzieć natychmiast albo przynajmniej zrozumieć. Poprosiłam o kawę, choć wiem, że będzie niedobra. Dziwię się temu już od kilku tygodni: na Bali, gdzie kawa rośnie, tubylcy parzą przezroczystą lurę o zapachu ściery. Podają ją dostojnie, z nieśmiałością, jakby nie chcieli przeszkadzać, zawsze w głębokich ukłonach. Co mam robić, kiedy bez kawy nie potrafię myśleć? Kłaniam się grzecznie i ja, z uśmiechem dolewam do ciemnej cieczy kilka kropel mleka, biorę pierwszy łyk, krzywię się i zakrywam twarz, by nie urazić kelnera. Ale wciąż, jak co dzień, zachwycam się tym, co widzę dookoła. Już dawno uwierzyłam zapewnieniom tutejszych przewodników, że nie ma piękniejszego miejsca na ziemi, choć ci szczupli chłopcy z seksownymi tyłkami pewnie nigdy w życiu stąd nie wyjechali i niczego więcej na świecie nie widzieli.

Przejechałam za tobą, Czajko, przez sześć krajów, zajęło mi to całe sześć miesięcy. Pytałam o ciebie nad Gangesem, Mekongiem i Kwai. Żadne miejsce widziane przed Bali tak mnie nie urzekło (zapachem, urodą, spokojem), więc rozumiem, że chciałaś zostać właśnie tutaj.

Modliłam się za ciebie do Allaha, Chrystusa, Buddy, Brahmy, Siwy, Wisznu i jego małżonki Dewi Sri oraz do wszystkich ich inkarnacji, o których zdołałam przeczytać. Prosiłam, by mi pomogli cię odnaleźć, zawołać na ciebie, uśmiechnąć się, rozpłakać, dotknąć, powiedzieć: wracaj do domu.

Tutaj doprowadzili mnie bogowie: nad krawędź krateru, na knajpiany taras, gdzie piję teraz tę niby-kawę. Patrzę na przeciwległe zbocze, z którego schodzi wąski, długi na kilkaset metrów czarny język zaschniętej lawy (pozostałość erupcji z 1917?). Wygląda to z daleka jak asfalt albo raczej jak rozsypany żużel, spod którego już nigdy nie wydostanie się ani jedno źdźbło zielonej trawy. Zero życia. Ale dookoła rosną palmy, kwitną kwiaty, pachnie, jest zielono jak nigdzie indziej. Dno wulkanu zakrywa woda - wielkie, spokojne platynowe jezioro - jedyna droga do tamtego wiecznie cienistego miejsca, gdzie pewnie wciąż jesteś. Patrzę w tamtą stronę, schowaną w niskiej chmurze. Można by, za niewielkie pieniądze, wynająć drewniane czółno z milczącym przewoźnikiem i w godzinę tam dopłynąć.

Przyleciałam na Bali jakiś czas temu. Po wyjściu z samolotu na lotnisku Tuban uderzył mnie zapach ugotowanej trawy. Nigdy trawy nie gotowałam, ale wyobrażam sobie, że zalana wrzątkiem pachnie właśnie tak: coś słodkiego i duszącego kisi się, zaczyna gnić i zatyka dech. Powietrze gorące, mokre, nieruchome.

Pasażerów przewieziono do parterowego niedużego budynku lotniska, gdzie unosi się aromat palonych różanych kadzideł i brzęczy jednostajna muzyka balijskiej orkiestry zwanej gamelanem. Podszedł do mnie niewysoki, ciemnoskóry bosonogi mężczyzna w jedwabnym sarongu ecru, takiej samej wzorowo odprasowanej koszuli i w furażerce. Zdjął z szyi sznur kwiatów frangipani w kolorze kremu, poczułam ich silny waniliowy zapach, przełożył mi je, niczym korale, przez głowę i spytał z uśmiechem: -Taxi?

Poszukiwania Czajki zaczęłam nazajutrz po przylocie.

Tego należało się spodziewać. Pierwszy dzień śledztwa skończył się niczym: w największym tutejszym szpitalu i w dwóch mniejszych nic nie wiedzieli. Podobnie w lokalnej komendzie policji i w wielkim więzieniu Kerobokan na przedmieściach stolicy wyspy. Rozwiesiłam na murach (na słupach, na przystankach) trochę plakatów ze zdjęciem, ale w końcu zmordował mnie upał. Plakaty to chyba słabe medium - próbowałam się jakoś rozgrzeszać, bo zamiast je dalej wieszać, już po południu pływałam w chłodnym oceanie.

I wtedy postanowiłam skorzystać z pomocy prasy. Mają tu aż trzy dzienniki, nic dziwnego, na tej niewielkiej wyspie mieszka trzy miliony ludzi. Jedna z gazet, przeznaczona dla licznych tutaj białych, wychodzi po angielsku. Tekst do dwóch pozostałych przetłumaczył mi na indonezyjski chłopak z hotelowej recepcji.

Pojechałam do wszystkich trzech redakcji i bez trudu dałam ogłoszenia ze zdjęciem: „Moja Przyjaciółka ma na imię Czajka. Jest Polką, posługuje się polskim paszportem. Przybyła na Bali kilka miesięcy temu i od tego czasu nie daje znaku życia. To nie w jej stylu. Czajka zaginęła. Jest reporterką, zapewne spotkała na wyspie wielu ludzi, którym zadawała wiele pytań na temat tutejszych obyczajów, religii, stosunków z sąsiadami. Wszystkich Was proszę o pilny kontakt i spotkanie. Pomóżcie mi odnaleźć Czajkę. Dzwońcie 24 h na dobę, mówię po angielsku i po francusku, mój telefon...”.

Kupiłam kartę lokalnego operatora GSM i włożyłam do mojej polskiej komórki. W ciągu kilku dni zadzwonili: policjant z drogówki; właściciel niedrogiego hoteliku w Sanur; siostra króla wioski Aba, odległej od stolicy o dwadzieścia pięć minut jazdy skuterem (wynajęłam skuter!); nauczyciel z miasta Singaradja na północy wyspy, który uczy głuchonieme dzieci; jakiś Belg z półwyspu Nusa Dua, który wprowadza turystów w tajniki tutejszej kuchni; masażystka z Kuty; katolicki misjonarz z wyspy Flores, bo akurat kupił gazetę z ogłoszeniem na tutejszym lotnisku, kiedy przesiadał się z samolotu na samolot. Zadzwonił także jakiś Bawarczyk mieszkający tutaj od kilku lat i kelnerka z knajpy na krawędzi wulkanu Batur.

Spotkałam się z każdym co najmniej dwukrotnie. Nie wszyscy mówili po angielsku, wtedy wynajmowałam tłumacza. Wszyscy spotkali tu Czajkę i opowiadali kawałek po kawałku jej niezwykłą historię. Mówili, jak się poznali, o czym i jak rozmawiali, kiedy widzieli się z nią po raz ostatni i jakie pozostawiła po sobie wrażenia. Niektórzy mieli o wiele więcej czasu dla mnie i o wiele więcej serca dla mojej sprawy, niż mogłam tego od nich oczekiwać. Spotykali się ze mną zawsze, kiedy potrzebowałam. Tłumaczyli to, czego nie rozumiałam (i czasem dalej nie rozumiem), organizowali mi samochód, lokalnych przewodników albo zapraszali wieczorami na piwo, żebym nie siedziała sama i za długo o tym wszystkim nie rozmyślała.

Rozmyślałam sporo: dręczy ją to, co w niej zaginęło, umarło. Ruszyła w podróż, by to odzyskać. Ożywić, co martwe. Co straciła? Kogo? Podróż (jak droga, nić) miała scalić to, co w kawałkach, to, co rozprute, rozwalone, rozbite. A może gdzieś w niej głęboko ukryte, schowane, zakurzone? Sz. pisze mi w mailu, że po swoją kobiecość Czajka wyjechała. Po kobiecość zaginioną w sobie. Chciała ją odszukać tutaj, w zielonej i wiecznie ciepłej Azji. Efektownie brzmi, jak wszystko, co mówi i pisze Sz.

Wydaję mi się, że z Czajką było tak:

Wysiadła z samolotu któregoś październikowego popołudnia. Powietrze stało nieruchome, w hali przylotów dymiły różane kadzidła, grał gamelan. Ktoś jej powiedział, że na wyspie należy korzystać jedynie z niebieskich taksówek z napisem Blue Bird Taxi, z żadnych innych. Na czarusia ze sznurem kremowych kwiatów w rękach spojrzała więc tak złowrogo, że biedak aż odskoczył i potknął się o własne klapki, które leżały metr dalej.

Plecak miała ciężki, ale musiała wyjść przed bramę lotniska. Wiecznie otwarte ceglane bramy w kształcie wielkich rozwartych imadeł są tutaj wszędzie, a szczególnie na krańcach miast i wsi. Gdyby któryś z demonów zechciał przez taką bramę przemknąć, zostałby natychmiast zmiażdżony. Niestety, bramy nie działają w ten sposób na nieuczciwych taksówkarzy. Oni stoją przed halą przylotów i naciągają zagubionych turystów. Do uczciwej taksówki trzeba wyjść poza teren lotniska. - Do Sanur - uśmiechnęła się do kierowcy, otarła pot z czoła, wrzuciła plecak do bagażnika i usiadła na tylnym siedzeniu. Teraz mogła patrzeć, obserwować, rozglądać się to w lewo, to prawo, podziwiać i chłonąć słoneczną wyspę przez wielu zwaną rajem na ziemi.

Bujność tutejszej przyrody może porazić zmysły przybysza. Im dalej od lotniska, tym woń ugotowanej trawy się rozmywa i zaczynają dominować zapachy bardziej konkretne i miłe: imbiru, goździków, kakao, kokosu, wanilii.

Zieleń występuje tu w tysiącach wersji, odcieni. Jest świeża, młoda, jasna, cytrynowa. Łagodna albo ostra. Dojrzała, ciemna, głęboka, zgaszona. Jest zieleń chromowa, oliwkowa, szmaragdowa, morska, turkusowa, seledynowa, wojskowa, butelkowa, lśniąca, matowa, w kolorze polskiej papierówki, groszku, niedojrzałego agrestu. Wreszcie zieleń poranna, południowa, wieczorna. Wszystko to wymieszane, codziennie umyte, odświeżone obfitym ciepłym deszczem (w porze mokrej leje przez dwie, może cztery godziny, potem wraca skwar). Krzaczki rosną coraz gęściej, pnącza, drzewka, drzewa, wysokie palmy.

Kwiaty o kolorach tak cudownie nasyconych i różnorodnych, jakby świadomie walczyły z ostrym światłem skwaru i głębokimi tropikalnymi cieniami. Chcą być zauważone: jest szkarłat, purpura, jest żółta ochra i oranż, jest ultramaryna, błękit kobaltowy, pruski, paryski, są róże, fiolety, karmin, amaranty. Wszystko to ściga się między sobą, kwitnie bez opamiętania. Czasem aż trzeba spojrzeć w słońce, by oderwać oczy od tego chaosu, nieprzyzwoitego przepychu, kiczu, perwersji, wyuzdania.

Ruszyli. Niczym w jakiejś honorowej eskorcie, bo po lewej i po prawej stronie taksówki pojawiły się setki motocykli i skuterów. Na każdym po dwóch, trzech ludzi, czasem całe rodziny: ojciec prowadzi, za nim siedzi może czteroletnia dziewczynka, za nią niemowlę, bez żadnego kasku, bo dla niemowląt kasków nie produkują, za niemowlęciem jego szczupła matka, która dociska z całej siły to młodsze do starszego, tak to przynajmniej wygląda, starsze prze na ojca i jakoś się ta rodzina razem trzyma. Motocykle pędzą, manewrują między samochodami bez żadnej obawy, zajeżdżają drogę, trąbią, zasłaniają widok, którego pragnęła od wielu tygodni. Ale na razie, mimo chaosu za szybą, Czajka poczuła miły spokój. Wiedziała, że nie na długo, że jest to raczej pozór spokoju, jakiś jego chwilowy substytut, złudzenie. Bo spokoju w niej nie ma i niby skąd miałby się nagle pojawić. Ale uśmiechała się do siebie, kiedy nagle kierowca krzyknął, gwałtownie skręcił kierownicę to w jedną, to w drugą stronę, hamował z piskiem, wreszcie zatrzymał się bez żadnej kolizji, schylił głowę i w zupełnej ciszy znieruchomiał. Stało się to tuż pod nogami kamiennego I Gusti Ngu-rah Rai, który w 1945, razem ze swoim partyzanckim oddziałem, poległ na Bali w walce z Holendrami. Ale co się stało? - What happend? - zapytała, taksówkarz nie zareagował.

Ludzie biegli zewsząd, machali rękami, zbliżali się, coraz ich więcej i więcej, głosy brzmiały coraz wyraźniej, donioślej, byli tuż-tuż, kiedy kierowca podniósł głowę i zawył. Wysiadła. Ludzie ustawili się w kręgu, patrzyli to na nią, to pod cokół pomnika. Nie czuła ich wrogości, jedynie przerażenie. Spojrzała pod cokół, leżał tam motocykl, koła wciąż się kręciły. Motocyklista leżał obok, też się poruszał. Jego twarz była wyraźna, niebrzydka, pluł. To, co leżało obok, bez wątpienia było jego mózgiem. Dobrze, że tylko jeden - pomyślała, odwróciła głowę, otworzyła bagażnik, wzięła plecak i już chciała odejść, gdy zaczepił ją policjant.

- Jesteś pasażerką tej niebieskiej taksówki? Możesz pokazać mi paszport? Możesz zrelacjonować fakty?

Zaczęła od lotniska, od zapachu różanych kadzideł i jednostajnej muzyki gamelanu.

Nie chciała marnować czasu. Kiedy reporter przyjeżdża w nowe miejsce, ma poczucie bezproduktywnie uciekających godzin i dni. Choć wcześniej sporo przeczytał o tym, dokąd jedzie, przez kilka pierwszych dni nie umie pracować pełną parą. Rozgląda się nieporadnie, próbuje poczuć miejsce, usłyszeć je, zorientować się w lokalnej topografii, zdobyć pewność, że już wie, gdzie jest. To są zwykle nerwowe chwile, bo reporter ma świadomość, że za każdą godzinę jego podróży płaci redakcja i kiedy wróci, będzie skrupulatnie z tych chwil rozliczony. W nowym miejscu jest więc niespokojny, męczy się, źle śpi, miota się to tu, to tam. Szuka pierwszego kontaktu, punktu zaczepienia. Czajka, choć finansowała sobie podróż sama i nie zależała już od żadnej redakcji, czuła się tak samo chyba z przyzwyczajenia.

Nazajutrz po przyjeździe na Bali wymyśliła, że wybierze się na półwysep Nusa Dua. Tam miała pewny adres, wynotowany z aktualnego przewodnika Lonely Planet: jakiś Olivier z Belgii od wielu lat mieszka na Bali, ma tu żonę i dzieci, założył na Nusa Dua mały hotel i restaurację obok. Kocha gotować. Organizuje jednodniowe kursy kuchni balijskiej, co cieszy się sporym zainteresowaniem turystów. Czajka, co za pomysł! Zaczynać poznawanie azjatyckiej wyspy od wizyty u Europejczyka?

Sama nie wiem, może lepsze to niż bezowocne krążenie po ulicach, dotykanie wszystkiego przez niewidzialną szybę.

W ciągu pierwszych kilku dni reporter musi tę szybę zbić. Bo wszystkiego, o czym chce napisać, powinien najpierw dotknąć całym sobą, zbadać z dziecięcą ciekawością świata, zanurzyć się w tym po szyję, powąchać, posmakować. I towarzyszyć ludziom na całego: wkładać na siebie ich ubrania, jeść to, co oni jedzą, pracować, jak oni pracują, i spać, jak oni śpią. To szczegóły zbudują reporterowi opowieść, ułożą ją w plastyczne obrazy. Ale nic z tego, jeśli reporter nie przeżyje tematu w sobie. Musi się cieszyć tym, czym cieszą się ci, o których chce napisać. I bać się, jak oni się boją. Jego emocje, jeśli w tekście nie przerodzą się w głupią egzaltację, stworzą w opowieści niezbędne napięcie. Kiedy szyba okaże się mocno hartowana i reporterowi nie uda się jej stłuc - wyjdzie jakieś drewno, ecie-pecie, może artykuł, na pewno nie opowieść.

Czajka zadzwoniła do Oliviera. Nazajutrz, o piątej nad ranem (wtedy na Bali jest zupełnie ciemno niezależnie od pory roku), stawiła się w umówionym miejscu na półwyspie Nusa Dua. Czwórka białych (para Australijczyków, Szwedka i ona - z Polski) wsiadła do furgonetki razem z Olivierem (chudy mężczyzna, bez żadnego wyrazu). Na najbliższym targu warzywnym wspólnie kupili: lemon grass, chili, szalotkę, marchew, papaję, mango. Na targu rybnym: krewetki, homary, tuńczyka, białego marlina.

Ma facet łeb na karku. Z targu przywozi kursantów do swojej restauracji, każe im obierać jarzyny, czyścić ryby, gotować, wszystko pikantne, pachnące, smaczne i oni jeszcze mu za to płacą. Mogą, rzecz jasna, zjeść, co ugotowali, ale nie dają rady, wszystkiego o wiele za dużo. Za dużo? Nie, bo gotowali dla gości restauracji, którzy od popołudnia schodzą się tu gromadami. Biali turyści chwalą, liżą palce i płacą.

- Tu jest twój dom? - zwróciła się do Oliviera po francusku. - Jesteś tutaj szczęśliwy?
- Mam tu rodzinę, mam wiele pasji.
- Na przykład?
- Urządzam ludziom domy.
- To może i mnie urządzisz?
- Chętnie. Długo zamierzasz zostać na wyspie?
- Jakiś czas, nie wiem jeszcze.

Zaprosił Czajkę do swojego domu. Stał obok: nowoczesny, bogaty, w pastelowych kolorach. W wielkich otwartych przestrzeniach czuło się lenistwo, spokój i harmonię. Granice pomiędzy tym, co wewnątrz (krem ścian, meble w naturalnych barwach drewna), a tym, co na zewnątrz (zielenie!), były płynne i niejednoznaczne. Przyroda wchodziła do domu, a wielkie fotografie na ścianach niemal już należały do ogrodu.

- Piękne zdjęcia - pochwaliła Czajka.
- Lubię fotografować - podniósł rękę i wskazał wiszące najbliżej. - To kobiety ze wsi Aba. Niosą na głowach patery z owocami.
- Idą do świątyni?
- Na ceremonię. Nie wiem na jaką, trudno mi ogarnąć balijski hinduizm. Wszystko tu jest zbyt poplątane.
- Trudno zrozumieć Bali.
- Ładnie mówisz po francusku.
- Dziękuję.
- A gdzie masz swój dom?
- Na razie go szukam.

Podróżuję po świecie, by pisać reportaże - tak mówiła.

Miała mieszkanie na warszawskim Ursynowie, ale była bezdomna.

Dom to miejsce, które opuszcza się z trudem, którego w drodze brakuje i dokąd wraca się z uśmiechem, z ulgą.

Całe dorosłe życie szukała domu: w Krakowie, w Paryżu, w Warszawie (często w niedzielne przedpołudnia jeździła także wokół Warszawy i rozglądała się za niedrogim siedliskiem, aby je kupić). Zrozumiała, że w Polsce domu nie znajdzie. Polska była zbyt bliska, nie cieszyła jej, nie ekscytowała.

Szukała domu w Jerozolimie, w Kalkucie i tutaj, na Bali.

Byle tylko wyjechać z Ursynowa jak najdalej.

Robiła dobrą reporterską robotę. Pisała o wojnach, zamachach, głodzie. O katach, o ofiarach. O nienawiści, krzywdzie i śmierci. Szukała coraz mocniejszych wrażeń: coraz więcej ludzkich łez, lamentu, krwi. Ekscytowała się śmiercią, jak ekscytują się nią terroryści. I nimi się ekscytowała! Ich siłą, która polega w gruncie rzeczy na tym, że się nie boją śmierci. Śmierć jest ich przyjacielem, sprzymierzeńcem.

Coraz bardziej błądziła. I wciąż wierzyła, że podróżuje do domu. Mamiła się tym, oszukiwała: dom, gdzieś daleko od Polski (za siedmioma górami, za siedmioma lasami, pieprzenie!), taki dom mógłby ją ocalić, ochronić, dać jej spokój. Chciała gdzieś osiąść na zawsze, zatrzymać się w końcu, bo domu nie można mieć wszędzie. Tylko Bóg mieszka wszędzie. A człowiek powinien mieć dom jeden. I o tym marzyła, ale każde miejsce, do którego docierała, okazywało się nie takim, jakiego szukała.

Tym razem postanowiła sprawdzić, czy jej dom nie stoi gdzieś na zielonych ryżowych tarasach na skraju dżungli. Tradycyjne balijskie domy, niezależnie od poziomu zamożności ich gospodarzy, wyglądają zwykle jak zabytkowa twierdza: kilka oddzielnych pawilonów otoczonych murem z niewypalonej cegły. Domem na Bali jest wszystko, co wewnątrz muru, nawet jeśli nie ma dachu albo ścian. To raczej zagroda, obejście, siedlisko, przestrzeń zorganizowana wokół centralnego podwórka (natah). Wchodzi się tam po kilku schodkach przez ceglaną albo glinianą bramę (niezamykaną, czasem bogato zdobioną) i znowu kilka stopni w dół. Po dwóch krokach trzeba się zderzyć z niewielkim kolejnym murem (aling-aling), nie można pójść prosto. Można skręcić jedynie w lewo albo w prawo. I o to chodzi: to bariera dla złych duchów, które nocą chcą wtargnąć wprost do domu i zrobić ludziom krzywdę. W ciemnościach mają jednak kiepską orientację, wszelkie więc kanty, rogi, zakamarki utrudniają im drogę do celu.

Za murkiem, niedaleko wejścia, stoi zwykle pawilon dla gości, częściowo bez ścian. To, co w Europie nazwalibyśmy zadaszonym tarasem, na Bali nazywają pokojem. Podobne, w kolejnych pawilonach, zajmują dzieci, niezamężne ciotki, babcie, inni bliscy. Gospodarz z małżonką zamieszkuje bungalow, który okien nie ma, ale za to jest największy, najbardziej okazały. Tam też przechowuje się wszystko, co stanowi wartość: pieniądze, biżuterię, dokumenty, rodowe pamiątki. Jest oczywiście w następnych pawilonach kuchnia, jest spichlerz na ryż i chlewik.