44,99 zł
Każda matka chce dla swojego dziecka jak najlepiej. A co, jeśli to nieprawda?
Matka Jagody nie mogła znieść, że jej córka dojrzewa, przyciąga uwagę mężczyzn i może zepchnąć ją na drugi plan. W oczach swojej matki Karolina była kimś, kogo może dowolnie oceniać i złośliwie krytykować. Agnieszka wyobrażała sobie swoją matkę jako lodową figurę – piękną, ale zimną i niedostępną. A matka Oli chorowała za każdym razem, kiedy Ola próbowała wyjść z domu i być sobą.
Prawda o macierzyństwie nie zawsze jest wygodna. Natasza Socha opowiada o kontrolowaniu, zazdrości, przemocy i uczuciowym chłodzie, który niszczy dziecięce marzenia. Dzieli się też autentycznymi listami od czytelniczek, które wspominają swoje traumatyczne relacje z matkami. Emocje, które nie zawsze mieszczą się w utartych schematach, staną się bliskie każdemu, kto ma odwagę powiedzieć głośno: „Nie kocham mojej matki”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 267
Rok wydania: 2025
Autorka: Natasza Socha
Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan
Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak
Projekt graficzny okładki: Katarzyna Borkowska
eBook: Atelier Du Châteaux
Redaktor prowadząca: Natalia Ostapkowicz
Redaktor projektu: Agnieszka Filas
Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka
© Copyright by Natasza Socha
© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.
Bielsko-Biała 2025
Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.
ul. Zapora 25
43-382 Bielsko-Biała
tel. 338282828, fax 338282829
[email protected], www.pascal.pl
ISBN 978-83-8317-506-5
Kiedy ogłosiłam, że piszę książkę o matkach, nie spodziewałam się, że otrzymam tak wiele poruszających listów. Kobiety z całej Polski, różniące się wiekiem, doświadczeniami i sytuacją życiową, postanowiły podzielić się ze mną swoimi historiami. Te listy były pełne bólu, zranień, a przede wszystkim – niewypowiedzianej samotności. Każdy z nich był inny, ale łączyła je jedna wspólna cecha: wszystkie dotyczyły dzieciństwa. Jednak nie takiego z kolorowymi balonami, przytulaniem się, czułością i ciepłym rosołem, kiedy dopadło przeziębienie.
Kobiety, które do mnie napisały, noszą w sobie trudne do zagojenia rany. Naklejają na nie plastry obojętności, smarują maściami dla twardzielek. Nie zawsze to pomaga. Powód jest ten sam – nigdy nie otrzymały od swoich matek akceptacji, inne cierpiały z powodu chłodu, pogardy, a czasami otwartego odrzucenia. Są też takie, które nigdy nie zaznały bliskości – matka była dla nich kimś obcym, niewidzialnym, choć fizycznie obecnym.
Pisząc tę książkę, zdawałam sobie sprawę, że te listy nie są tylko sposobem na wyrzucenie z siebie złości, bólu czy frustracji. Dla wielu kobiet były krzykiem o pomoc, prośbą o wyjaśnienie, dlaczego ich życie potoczyło się w taki, a nie inny sposób. Pisanie listu, nawet jeśli był on skierowany do kogoś obcego, stało się ich sposobem na wyrwanie się z tej ciszy, która towarzyszyła im przez całe życie. Zdarciem strupka z rany po to, by jeszcze raz dokładnie jej się przyjrzeć. I może znaleźć drogę do jej zabliźnienia.
Ta książka powstała dzięki odwadze wielu z was. Dzięki chęci przełamania wewnętrznego bólu, potrzeby znalezienia odpowiedzi na pytania, które ciągle w was tkwią. Napisałyście, żeby zrozumieć, żeby poczuć ulgę, a także dlatego, by w końcu móc ruszyć naprzód.
Nie wszystkie z tych historii kończą się pogodzeniem z przeszłością – niektóre z was nadal zmagają się z bólem, inne zdołały się uwolnić – każda jest jednak świadectwem tego, jak relacja z matką potrafi ukształtować całe nasze życie. Jak potrafi udupić.
Mam nadzieję, że te listy będą w jakimś sensie terapią. Może niektóre z was odnajdą w nich swoje własne doświadczenia, może ktoś inny zobaczy historię bliskiej osoby. Ale przede wszystkim pragnęłabym, aby stały się one przypomnieniem, że każda z nas zasługuje na miłość, zrozumienie i wsparcie. I że nawet po latach bólu można znaleźć w sobie siłę, by zacząć od nowa.
Podobno rosół wcale nie pomaga na przeziębienie, ale i tak, kiedy przygotuje go mama, zawsze czujemy się jakoś lepiej.
Niech ta książka będzie czymś, po czym również poczujecie się lepiej.
•
Wyobraź sobie małą dziewczynkę.
Siedzi na kamiennym progu domu, wpatrując się w dal, jakby szukała w horyzoncie odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zadała. Na pozór zwykłe dziecko, o ciemnych włosach przyciętych za uszy, w zbyt dużym swetrze, który wydaje się pochłaniać jej drobne ciało. Ale w jej oczach, w tym spokojnym spojrzeniu, jest coś, czego nie dostrzegają ci, którzy przechodzą obok – głęboka rana, niewidoczna dla świata, a jednak tak realna, że kształtuje każdy jej dzień.
Od wczesnych lat czuła, że jest obca, jakby przyszła na świat przypadkiem, niewłaściwa w każdym aspekcie swojej egzystencji. Matka, kobieta piękna, zimna i wymagająca, patrzyła na nią jak na kogoś, kto nie spełnia oczekiwań, kto wciąż zawodzi. Dziewczynka od najmłodszych lat rozumiała, że miłość, o której czasem słyszała w opowieściach innych dzieci, jest czymś, czego nigdy nie otrzyma. Zamiast tego była oceniana, korygowana, karana, czasem fizycznie, ale częściej słownie. Ciosy te były bardziej subtelne, bardziej podstępne, bo wchodziły w głąb jej duszy i zostawiały blizny, które tylko ona mogła poczuć.
Była zbyt cicha. Zbyt niesforna. Zbyt niezdarna. Zbyt marzycielska. Jej matka poprawiała ją nieustannie, jak przedmiot, który można ulepszyć, wyrzeźbić według idealnego wzoru, ale który nigdy nie osiągnie doskonałości.
– Dlaczego nie możesz być jak inne dzieci? – powtarzała.
I za każdym razem te słowa wbijały się w dziewczynkę jak szpilki w serce, przypominając, że nie jest wystarczająco dobra. A przecież tak bardzo chciała być kochana. Marzyła o jednym spojrzeniu pełnym dumy, o jednym geście czułości. O chwilach, kiedy mogłaby przytulić się do matki bez obawy, że usłyszy kolejne słowa krytyki.
Rany, które zadano jej w dzieciństwie, z czasem nie zniknęły. Zrosły się tylko z jej duszą, stały się częścią jej tożsamości. Teraz, gdy dorosła, nadal bolą. Są jak ukryte drzazgi pod skórą, które odzywają się przy każdym dotyku. Związek z matką zawsze był czymś, co nosiła w sobie jak ciężki kamień – nigdy nie do końca ukształtowany, zawsze niezrozumiały. Matka już dawno odeszła, zabierając ze sobą wszystkie te spojrzenia pełne rozczarowania, słowa, które kładły się cieniem na dzieciństwie dziewczynki, ale ona wciąż nie potrafiła się uwolnić.
W dorosłym życiu starała się być kimś innym – silną, niezależną, taką, która nie potrzebuje niczyjej aprobaty. Lecz pod tą fasadą kryła się ta sama mała dziewczynka, która nigdy nie była wystarczająco dobra. Kiedy patrzyła w lustro, widziała dorosłą kobietę, ale czuła, że w jej wnętrzu coś jest złamane. Każda relacja, każda bliskość z innymi ludźmi była podszyta strachem, że znowu zawiedzie, że znowu nie sprosta oczekiwaniom, nawet tym, które nigdy nie zostały wypowiedziane.
W chwilach ciszy, gdy nie było nikogo w pobliżu, wracała myślami do tamtego domu, do tamtego progu, gdzie siedziała jako dziecko, wpatrując się w dal. I myślała o tym, czy mogłaby być inna, czy mogłaby być szczęśliwsza, gdyby tylko kiedyś usłyszała od matki: „Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś”. Ale te słowa nigdy nie padły, a ona musiała nauczyć się żyć z brakiem, który zasiał się głęboko w jej sercu.
To, co bolało najbardziej, to świadomość, że mogła być szczęśliwa. Gdzieś, w innym życiu, w innej rzeczywistości, żyła taka wersja jej samej, która biegła w stronę otwartych ramion matki, która słyszała słowa otuchy, a nie krytyki. Ale to nie jej rzeczywistość. Ta mała dziewczynka, którą kiedyś była, nie miała tego szczęścia. Była raniona – czasem świadomie, czasem nie – przez kobietę, która powinna ją chronić. A teraz, kiedy jest już dorosła, ta dziewczynka nadal w niej mieszka, ze swoimi bliznami, które czasem pękają i krwawią na nowo.
To życie jest pełne dźwięków, które przywodzą jej na myśl przeszłość. Trzaskające drzwi, oddech w ciemności, czyjeś kroki. I wtedy znów czuje to ukłucie w sercu, przypomnienie, że kiedyś była małą dziewczynką, która nigdy nie zaznała szczęścia.
•
Kiedy myślę o matkach, widzę je jako tkaczki historii – delikatne, ale silne przędze życia, które łączą przeszłość z teraźniejszością. Matki są jak powietrze – niewidzialne, a jednak niezbędne, a ich obecność jest tak oczywista, że czasem niedostrzegalna, dopóki jej nie zabraknie.
Wyobrażam sobie matki jako ciche archiwistki rodzinnych historii. Jako szuflady pełne starych listów, zdjęć i przedmiotów, które trzymają w sobie echa minionych lat. Te historie nie zawsze są wyraźne, czasem wyblakłe jak stare fotografie, ale wciąż istnieją, trzymane bezpiecznie w pamięci matek.
Matki są jak ogrody, które uprawiają całe spektrum emocji, niekiedy w najtrudniejszych warunkach. Są jak ziemia, która nieustannie daje życie, nawet wtedy, gdy jest wyczerpana. Matka wie, jak znaleźć siłę tam, gdzie inni widzą tylko pustkę.
Matki są jak stare drzewa – ich korzenie sięgają głęboko, trzymając nas mocno i chroniąc przez całe życie. W tych korzeniach są ukryte historie, które nas ukształtowały, wartości, które w nas zaszczepiono, a także ból, którego nie dało się uniknąć.
Matki nie są ideałami, to istoty pełne sprzeczności – są czułe i surowe, pełne nadziei, ale i rezygnacji, są radosne i smutne. Matki są jak strumienie, które płyną przez nasze życie, czasem spokojne i kojące, a niekiedy rwące i nieprzewidywalne.
Matki to latarnie – świecące w ciemnościach, pokazujące ścieżki, nawet jeśli są one trudne do przebycia. Są tym, co nas prowadzi, nawet gdy się wydaje, że zgubiliśmy drogę.
Tak, matki są jak powietrze, ziemia, drzewa, strumienie i latarnie – są nieodłączną częścią naszej egzystencji, wplecione w codzienność tak mocno, że trudno sobie wyobrazić życie bez nich. Nie są doskonałe, ale są niezastąpione. To one nadają kształt naszym historiom.
I to jest ta lepsza wizja matek. Tylko że nie zawsze prawdziwa.
Kiedy myślę o złych matkach, widzę je jako cienie, które kładą się na życie swoich dzieci, zamiast dawać im światło. Matki, które zamiast dawać schronienie, stają się burzą, nieustannie przetaczającą się przez dzieciństwo, pozostawiającą po sobie spustoszenie i zgliszcza. Złe matki nie są po prostu złe. Ich zło jest subtelne, sączy się powoli jak trucizna i wlewa w każdą komórkę duszy dziecka.
Złe matki są jak zatrute studnie – dzieci, które szukają w nich miłości i akceptacji, dostają oschłość, obojętność, a czasem nawet okrucieństwo. Te studnie mogą wydawać się głębokie i pełne tajemnic, ale kiedy dziecko zanurza się w nich, dostaje wyłącznie nieprzenikniony mrok.
Złe matki są jak chwasty, które dławią każdy zalążek nadziei, każdy kwiat marzenia, zanim zdąży on w ogóle zakwitnąć. W tych ogrodach dzieci uczą się, że świat jest miejscem nieprzyjaznym, a każda próba wyjścia poza wyznaczone granice kończy się bólem. Takie matki wyrywają korzenie z ziemi i często robią to z premedytacją.
Złe matki są też jak domy bez drzwi – miejsca, z których nie ma ucieczki. Tutaj panuje wieczne zimno, przeszywające na wskroś i pozbawiające ciepła, którego tak desperacko pragnie każde dziecko. Takie matki mogą wprawdzie mówić o miłości, ale ich słowa są puste.
Złe matki są jak lustra, które odbijają zniekształcone obrazy. Pokazują, że ich dzieci nie są wystarczająco dobre, nie zasługują na miłość, są winne każdej porażki.
Złe matki są jak niedokończone książki – pełne niespełnionych obietnic i przerwanych wątków. Takie powieści przegląda się, próbując znaleźć sens w niekompletnych stronach, szukając zakończenia, którego nie ma. Takie matki zostawiają swoje dzieci z niedopowiedzianymi zdaniami i pytaniami. Albo śmieją im się w twarz.
Zło matek nie zawsze jest celowe, to coś w rodzaju dziedzictwa, które przekazują dalej – czasem nieświadomie, niekiedy jednak z premedytacją. To dziedzictwo niezrozumienia i bólu, które przenika kolejne pokolenia.
Dzieci złych matek dorastają, niosąc w sobie te rany, próbując znaleźć sposób, aby uzdrowić to, co zostało zepsute. Są jak rzeźbiarze, którzy z odłamków nieudanego dzieciństwa próbują stworzyć coś pięknego, coś, co przypomina im, że mimo wszystko wciąż są warte miłości.
Złe matki są częścią nas. Są cieniem, który kładzie się na naszym życiu i którego czasem nie można pokonać.
•
Powroty do dzieciństwa są jak wyprawy w głąb siebie, gdzie wspomnienia, choć często zatarte przez czas, potrafią wrócić w najdrobniejszych szczegółach. To podróże do krainy, w której każda emocja była odczuwane ze zdwojoną siłą – radość miała smak pierwszych letnich truskawek, a smutek mógł przybrać postać drobnego cienia padającego na ulubioną zabawkę w zapomnianym kącie pokoju.
Dzieciństwo to miejsce, w którym kształtują się fundamenty naszej tożsamości, gdzie uczymy się świata, często poprzez proste, a zarazem potężne doświadczenia. To tam, w ciszy letnich wieczorów lub wśród szeptów zimowych poranków, rodzą się nasze pierwsze marzenia i lęki, które niosą się przez całe życie, wpływając na nasze decyzje i wybory.
Powroty te są nie tylko spojrzeniem wstecz, ale też próbą zrozumienia, kim jesteśmy teraz, w świetle tego, kim byliśmy kiedyś. To delikatne otwieranie drzwi do świata, który choć miniony, nadal w nas żyje – w subtelnych nawykach, w cichych tęsknotach, w tym, jak reagujemy na najprostsze gesty i słowa. W dzieciństwie tkwi esencja naszej ludzkiej natury, nasza pierwotna siła i kruchość, które tworzą naszą wyjątkową historię.
Każdy powrót do dzieciństwa jest jak odkrywanie mapy, która prowadzi nas do korzeni naszych pragnień i lęków. To tam, w tych pierwszych latach, znajdują się odpowiedzi na wiele z naszych dzisiejszych pytań, które pozwalają nam zrozumieć, zaakceptować i być może uzdrowić to, co wciąż w nas tkwi.
W tych powrotach do dzieciństwa to właśnie matka zajmuje miejsce centralne, jest niczym słońce w układzie planetarnym naszych wspomnień. Jej obecność – czy to ciepła i kojąca, czy też chłodna i zdystansowana – kształtuje nasz światopogląd, wpływa na sposób, w jaki postrzegamy siebie i innych. W oczach matki, jak w lustrze, widzimy odbicie naszego własnego ja, odbicie, które kształtuje się już od pierwszych chwil życia.
Powroty do dzieciństwa często prowadzą nas właśnie do tych chwil, w których matka była najbliżej – lub najdalej. To ona była świadkiem naszych pierwszych kroków, słuchaczką naszych pierwszych słów, uczestniczką naszych pierwszych odkryć. To jej reakcje, jej słowa zapamiętujemy przede wszystkim.
Matka to pierwsza miłość, pierwsze rozczarowanie, pierwsza walka o akceptację. W jej spojrzeniu szukaliśmy aprobaty, w jej słowach nadziei, w jej ramionach schronienia. Każde słowo, każdy gest ze strony matki nosiły w sobie ciężar znaczenia. Z biegiem lat może się on pogłębiać lub przekształcać, ale nigdy nie zanika.
Podczas powrotów do dzieciństwa matka staje się kluczem do zrozumienia wielu niewiadomych naszej osobowości. Bo to ona nauczyła nas kochać, bać się, walczyć o siebie lub się poddawać. To ona pokazała nam miłość lub obojętność, leczyła lub rozdrapywała rany.
Czasami te powroty są bolesne, innym razem przynoszą ukojenie. Niezależnie jednak od tego, jakie uczucia wzbudzają w nas wspomnienia o matce, jedno jest pewne: są one nieodłączną częścią naszej historii, a w powrotach do dzieciństwa zawsze zajmuje ona miejsce szczególne.
I każda z nas prędzej czy później odpowiada sobie na pytanie – dlaczego jestem, jaka jestem.
Udupione przez matki opowiada losy kobiet, które noszą w sobie ciężar matczynych oczekiwań, niespełnionych ambicji i niewypowiedzianych żalów. Przybliża życie w cieniu ogromnej, nieustannie zaciśniętej dłoni, która zamiast prowadzić, zaciska się coraz mocniej, odbierając przestrzeń do oddychania, do bycia sobą. Życie, w którym każdy krok jest jak stąpanie po cienkiej, kruchej tafli lodu, w którym matka, zamiast być opoką, staje się wiecznym sędzią, wyrokującym, co jest właściwe, a co nie, w którym dorosłe córki, choć dawno już opuściły rodzinny dom, wciąż czują się z nim związane niewidzialnym sznurem, niepozwalającym im w pełni doświadczyć wolności i radości. Czują się tak, jakby były uwięzione w klatce zbudowanej z matczynych słów, spojrzeń i gestów, które ciągną w dół, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł.
Wyobraź sobie małą dziewczynkę.
Ma na imię Jagoda i kocha różowy kolor.
I ma sześć lat, kiedy po raz pierwszy słyszy, jak matka wypowiada się o niej z dumą.
– Moja mała dama – mówiła znajomym, ściskając rękę córki, jakby Jagoda była trofeum, które można pokazać światu.
Matka miała na sobie jasnozieloną suknię, a włosy ułożyła w eleganckie fale, które spływały na ramiona. Przyciągała wzrok wszystkich obecnych, ale tego dnia szczególnie eksponowała swoją córkę. Jagoda czuła się wtedy wyjątkowa, tak bardzo, jak nigdy wcześniej. Każdy uśmiech matki, każdy gest skierowany w jej stronę sprawiał, że mała dziewczynka czuła się widziana. Tego dnia uwierzyła, że bycie „małą damą” to coś, co ma ogromne znaczenie. Przesiąkła tym uczuciem.
Matka Jagody była osobą, której wygląd zawsze przyciągał uwagę. Jej perfekcyjnie dopasowane sukienki, smukłe dłonie z idealnie pomalowanymi paznokciami, starannie wykonany makijaż – to wszystko składało się na obraz, który Jagoda podziwiała. Jako mała dziewczynka spoglądała na matkę z pełnym uwielbieniem. Chciała być taka sama, nosić podobne sukienki, układać włosy w podobne fale, pragnęła, by matka patrzyła na nią tak, jak patrzyła na siebie samą w lustrze – z dumą i zachwytem. Czasem podkradała mamie ubrania z szafy i zakładała buty na wysokim obcasie. Podnosiła wysoko głowę i nalewała soku do porcelanowej filiżanki. Fajnie było być elegancką, piękną mamą.
Kiedy Jagoda miała dwanaście lat, jej ciało zaczęło się zmieniać. Matka, która jeszcze niedawno układała jej włosy z troską, teraz przestała ją zauważać. A może zauważała aż za bardzo?
– Nie garb się tak – mówiła, gdy tylko Jagoda próbowała stanąć przed lustrem. – Ciągle ten sam stary sweter? Nie możesz założyć czegoś bardziej dziewczęcego? Dziecko, spójrz tylko na siebie, wyglądasz, jakby cię ktoś podrzucił do naszej rodziny.
Jagoda nie wiedziała, skąd to się wzięło, ale nagle każdy jej ruch wydawał się matce niewłaściwy. Każde spojrzenie w lustro, każdy uśmiech – wszystko, co wcześniej budziło jej aprobatę, teraz ją drażniło.
– Powinnaś bardziej dbać o skórę – mówiła matka, patrząc z ukosa na twarz córki, która zaczęła pokrywać się młodzieńczym trądzikiem.
Matka miała idealną cerę, bez jednej zmarszczki. Jagoda czuła, że cokolwiek by zrobiła, nigdy nie dorówna tej doskonałości. Nie umiała sobie z tym radzić, tym bardziej że przecież jeszcze do niedawna matka była z niej dumna. Co się nagle stało?
Pewnego dnia, gdy szły razem na spotkanie rodzinne, Jagoda włożyła sukienkę, którą dostała na urodziny. Sukienka była czerwona, z delikatnie opadającymi na ramiona falbankami. Założyła do niej delikatny perełkowy naszyjnik i ciemne pantofle na niewielkim obcasie. Wydawało jej się, że wygląda dobrze. Ale matka spojrzała na nią i na chwilę zamarła, a potem przez jej ciało przeszły dreszcze, zupełnie jakby coś w niej się obudziło, coś dzikiego i gniewnego.
– Ta sukienka cię przytłacza – powiedziała w końcu, przeciągając słowa. – Nie jesteś jeszcze gotowa na taki kolor. Wyglądasz jak przebieraniec.
Jagoda poczuła, jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody. Spojrzała na siebie w lustrze, zastanawiając się, czy rzeczywiście coś jest nie tak. Ale nie mogła tego dostrzec. Było w niej coś, co matka widziała, a czego Jagoda nie potrafiła zrozumieć. Tamtego dnia czerwona sukienka wróciła na dno szafy i Jagoda nigdy więcej jej nie założyła.
Matka była zazdrosna. Oczywiście nigdy tego nie powiedziała, bo w jej świecie zazdrość stanowiła oznakę słabości, a ona uchodziła przecież za kobietę silną. Ale Jagoda czuła to w każdym momencie, kiedy matka wchodziła do pokoju. To ona zawsze musiała być w centrum uwagi, zawsze najpiękniejsza, najmocniej przyciągająca spojrzenia innych. Teraz, kiedy Jagoda zaczynała dojrzewać, jej matka nie mogła znieść, że ta młoda kobieta, która kiedyś była jej małą dziewczynką, staje się kimś niezależnym, kimś, kto może przyciągnąć uwagę innych, kto może zepchnąć ją na drugi plan.
Pewne popołudnie szczególnie utkwiło Jagodzie w pamięci. Siedziały wtedy przy stole podczas rodzinnego obiadu. Matka miała na sobie nową sukienkę – jedwabną, w kolorze głębokiego granatu, idealnie podkreślającą jej smukłą sylwetkę. Jagoda, ubrana w zwykły popielaty T-shirt i jeansy, czuła się niewidoczna. W pewnym momencie ktoś z rodziny powiedział:
– Jagoda, jaka ty jesteś śliczna! Coraz bardziej przypominasz swoją mamę.
Matka uśmiechnęła się wtedy z wielkim przymusem i wyglądała raczej tak, jakby ktoś właśnie ją spoliczkował.
– No nie wiem – odezwała się, mrużąc oczy. – Ja w jej wieku chyba wyglądałam znacznie lepiej.
Jej słowa, wypowiedziane niby żartem, uderzyły Jagodę. Znowu odniosła wrażenie, że cokolwiek by zrobiła, nigdy nie dorówna matce. I że nawet nie powinna próbować.
Z biegiem lat Jagoda coraz bardziej oddalała się od matki. Każdą ich rozmowę wypełniały subtelne przytyki, które choć ukryte za maską uprzejmości, trafiały celnie i boleśnie. Matka nie mogła znieść, że jej córka dorasta, że staje się kimś, kto jej w jakimś sensie zagraża. Nie mogła znieść, że ktoś może zobaczyć w Jagodzie młodość, którą ona sama traciła z każdym dniem.
W końcu dziewczyna nauczyła się, że w tym domu nie ma miejsca dla dwóch kobiet, które mogłyby jednocześnie błyszczeć. I choć nigdy tego nie powiedziała głośno, wiedziała, że to, co łączy ją z matką, to nie miłość, ale cicha rywalizacja – i w żaden sposób nie mogła tego zrozumieć.
Jagoda miała osiemnaście lat, kiedy po raz pierwszy przyprowadziła Pawła do domu. Niewysoki, uroczy chłopak o ciemnych włosach, z nieco nieśmiałym uśmiechem. W jego spojrzeniu było jednak coś, co sprawiało, że dziewczyna czuła się przy nim bezpiecznie. Chciało jej się śmiać, tańczyć, unosić nad ziemią. Paweł był jej pierwszą miłością, pierwszym chłopakiem, przed którym mogła być sobą – bez tego wiecznego ciężaru porównań, bez strachu, że zrobi coś nie tak. Tego dnia, kiedy zaprosiła go na obiad, czuła dziwne napięcie, coś w rodzaju podskórnego niepokoju. Może to był strach, może intuicja, a może tylko niepotrzebny stres.
Paweł przywiózł dwa bukiety róż, czerwonych i białych. Na ich widok Jagoda cała się rozpromieniła. Matka, widząc kwiaty, uśmiechnęła się szeroko. Jagodzie to wystarczyło, by zrozumieć, że to uśmiech pełen pozorów, jakby spod maseczki zachwytu przebijała się jakaś głębsza nuta – nuta irytacji. Gdy tylko Paweł zniknął w łazience, matka zwróciła się do Jagody z teatralnie uniesioną brwią:
– Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że ogromne bukiety kwiatów wcale nie muszą oznaczać wielkiej miłości.
Jagoda westchnęła. Przywykła do drobnych przytyków matki, ale wciąż ją bolały. Starała się zignorować słowa matki, lecz wbijały się one w jej skórę jak igły.
– Dlaczego mi to mówisz? – spytała cicho.
– Bo lepiej jest twardo stąpać po ziemi, niż bujać w obłokach.
Podczas obiadu matka była wyjątkowo rozmowna. Opowiadała o swoich podróżach, o ludziach, których znała, i o sukcesach, które odnosiła w młodości. Jagoda siedziała w milczeniu, czując, jak powoli zanika. Matka mówiła o sobie z takim zapałem, że Paweł patrzył na nią z nieukrywanym podziwem. Jagoda z bólem serca widziała, jak jej matka znów znajduje się w centrum zainteresowania. Jak z każdym kolejnym zdaniem zabiera jej coraz więcej przestrzeni, jakby miała monopol na całą uwagę wszystkich zebranych.
Po obiedzie Jagoda wyszła na chwilę do ogrodu, by złapać oddech. Kiedy wróciła do domu, usłyszała, jak matka rozmawia z Pawłem w salonie. Stanęła w progu, nie chcąc przeszkadzać. Słowa matki szybko sprawiły, że serce zaczęło jej dudnić w piersiach.
– Jagoda zawsze była trochę niezdarna, wiesz? – mówiła matka, uśmiechając się z lekkością. – To miłe, że jej pomagasz, bo ona czasami potrzebuje kogoś, kto by ją popchnął do działania. Jest dość leniwa i pewnie niewiele w życiu osiągnie. Ale poza tym to miła dziewczyna.
Jagoda zacisnęła pięści. Zerknęła na Pawła, który siedział lekko zakłopotany, próbując się uśmiechnąć, i dostrzegła w jego oczach cień wątpliwości. Nie powiedział nic, lecz to wystarczyło. Matka tymczasem kontynuowała swoją opowieść, skupiając się głównie na swoich osiągnięciach. Nie omieszkała też wspomnieć, że była najpiękniejszą dziewczyną w mieście. Jagoda stała w progu, czując, jak narasta w niej gniew. Z każdym kolejnym słowem matki odnosiła wrażenie, że coś w niej pęka, coś się rozsypuje.
Kiedy Paweł wyszedł, nie wytrzymała. Podeszła do matki, która układała sobie włosy przed lustrem w korytarzu.
– Dlaczego to robisz? – zapytała, a jej głos drżał.
Matka odwróciła się powoli, z lekko zaskoczonym wyrazem twarzy.
– Co robię? – zapytała, jakby nie wiedziała, o co chodzi.
– Zawsze musisz umniejszać moją wartość, sprawiać, że czuję się gorsza. Dlaczego? – Jagoda podniosła głos, czego wcześniej nie zrobiła.
Matka spojrzała na nią chłodno.
– Nie dramatyzuj. Po prostu chcę, żebyś była świadoma swoich słabości. To dla twojego dobra.
Jagoda poczuła, jakby cała krew odpłynęła jej z ciała. Zawsze to samo – raniące słowa, pogardliwe uśmieszki, drobne uszczypliwości sprawiające, że czuła się coraz bardziej niewidoczna.
Tej nocy, leżąc w swoim pokoju, myślała o Pawle. O tym, jak swobodnie czuła się przy nim. Myślała, że wreszcie znalazła kogoś, kto widzi ją taką, jaka jest naprawdę. Ale teraz nie miała już tej pewności. Matka zawsze potrafiła zaszczepić w niej wątpliwości, sprawić, że nawet to, co wydawało się stabilne, nagle zaczynało się rozmywać.
Kilka miesięcy później przekonała się po raz kolejny, że ktoś, kto powinien ją kochać, wspierać i zawsze stawać po jej stronie, robi wszystko, by cierpiała.
To był sierpniowy wtorek. Ciepły, słoneczny, niemal idealny. Jagoda nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Dostała propozycję pracy jako modelka do prestiżowego kalendarza, który wydawano co roku w jej mieście. Fotograf zaproponował jej zdjęcie wrześniowe. Miała stać w białej sukience na wrzosowiskach i patrzeć w dal. Może nie było w tym nic wyjątkowego, może nawet ocierało się o kicz, ale ona nigdy wcześniej nie sądziła, że mogłaby się znaleźć w centrum takiego zainteresowania. Cały wieczór spędziła na rozmyślaniach o tym, jak pozować, jak się zachowywać, żeby wypaść jak najlepiej. W końcu takiej szansy nie mogła przegapić.
Kiedy tylko wróciła do domu, z wypiekami na twarzy opowiedziała o wszystkim matce.
– Dostałam propozycję pracy jako modelka do kalendarza! Będę dziewczyną września, zdjęcia za tydzień. Czy to nie cudowne?
Matka spojrzała na nią, zatrzymując na chwilę nóż nad deską do krojenia. Jej oczy prześlizgnęły się po twarzy Jagody, a na ustach pojawił się ten odruchowy uśmiech, który Jagoda tak dobrze znała, a o którym nie chciała teraz myśleć.
– To świetna wiadomość – odezwała się matka, wycierając ręce. – Naprawdę, gratuluję. Cieszę się, że ktoś wreszcie dostrzegł twoje możliwości.
Jagoda była zbyt szczęśliwa, żeby się zastanawiać nad tonem, jakim matka to powiedziała. Nie chciała doszukiwać się drugiego dna, nie chciała psuć sobie radości.
– Dziękuję, mamo – uśmiechnęła się tylko, próbując się przytulić do matki.
Może w końcu mama naprawdę cieszyła się z jej sukcesu? Może to był ten moment, w którym wreszcie staną po tej samej stronie?
Następnego dnia Jagoda odebrała telefon.
– Cześć, z przykrością muszę cię poinformować, że zmieniły się plany. – Głos w słuchawce brzmiał uprzejmie, ale chłodno. – Niestety, nie możemy kontynuować współpracy. Wczoraj wieczorem otrzymałem informację, że jesteś chora. Bardzo mi przykro, ale będziemy musieli znaleźć kogoś innego na twoje miejsce.
Jagoda poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod stóp.
– Chora? – zapytała zszokowana. – Ale przecież nic mi nie jest.
– Twoja mama uprzedziła mnie, że będziesz próbowała to zataić. Ale z nerkami nie ma żartów. Dializy są ważniejsze od jakichkolwiek zdjęć. Trzymaj się.
Jagoda zamknęła oczy. Była zbyt wstrząśnięta, żeby cokolwiek powiedzieć. Odkładając słuchawkę, traciła oddech. Jakby za chwilę miała zniknąć.
Usłyszała, że matka jest w sypialni. Poszła tam, a potem stanęła przed nią i popatrzyła jej prosto w oczy.
– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytała cicho, ale jej głos drżał z emocji.
Matka uniosła wzrok znad książki i przybrała niewinną minę.
– O czym ty mówisz?
– Dzwoniłaś do fotografa. Powiedziałaś mu, że choruję na nerki. Dlaczego?
Matka zsunęła okulary na czubek nosa i westchnęła, jakby miała przed sobą małe dziecko, które wymaga wyjaśnienia prostych rzeczy.
– To tylko dla twojego dobra. Ten kalendarz nie jest dla ciebie. Nie chciałam, żebyś się rozczarowała, gdyby coś poszło nie tak. Poza tym sama się zastanów. Dziewczyna września? Chcesz wisieć na ścianie w warsztatach samochodowych, żeby jacyś faceci ślinili się na twój widok?
Jagoda poczuła się tak, jakby ktoś zgniótł jej serce. Chwycił je w dłonie i zdusił. Dotarło do niej, że matka nigdy, przenigdy nie pozwoli na to, aby jej córka stała się kimś więcej niż ona sama. I że tę chorą więź po prostu trzeba przerwać.
W wieku dziewiętnastu lat Jagoda wyprowadziła się z domu.
W., 47 lat
Nie wiedziałam, że kiedykolwiek zdobędę się na napisanie tego listu. Przez lata wstydziłam się tego, co czuję w związku z moją matką. W końcu przecież to ona dała mi życie, wychowała mnie, więc powinnam być wdzięczna, prawda? Problem polega na tym, że zamiast wsparcia, dostawałam coś zupełnie innego.
Matka nigdy nie potrafiła znieść tego, że odniosłam sukces. Każda rozmowa, każde słowo przypominało mi, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra. Kiedy skończyłam studia i dostałam pracę w dużej kancelarii, dała mi do zrozumienia, że to nic takiego.
„No tak, dostałaś tę pracę, ale zobaczymy, jak długo tam wytrzymasz”, powiedziała, kiedy z entuzjazmem opowiadałam jej o pierwszym dniu w biurze. To zdanie dźwięczy w mojej głowie do dziś. Myślałam, że zdobycie wykształcenia i dobrego stanowiska w końcu sprawi, że ona będzie ze mnie dumna, że zyskałam to, czego jej samej nie udało się osiągnąć. Zamiast tego zobaczyłam w jej oczach chłód i dystans, który narastał z każdym moim sukcesem.
Ostatnio podczas rodzinnej kolacji ktoś zapytał mnie o pracę, a matka natychmiast wtrąciła: „Teraz to wszystkie dziewczyny chcą być wielkimi szefowymi, a zapominają, że w życiu liczy się też dom i rodzina”. Nikt tego nie skomentował, ale ja czułam się tak, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.
Najbardziej boli świadomość, że ona nigdy nie pozwoli mi być sobą, bo dla niej zawsze będę konkurencją, kimś, kto zabiera jej uwagę. I wiem, że nie jest to coś, co łatwo naprawić. W jej oczach zawsze będzie ta cicha rywalizacja, to nieustanne porównywanie się. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego moja własna matka nie potrafi po prostu cieszyć się z mojego szczęścia.
Piszę ten list, bo muszę to w końcu powiedzieć głośno. Może po to, by przestać szukać w niej tej dumy i akceptacji, której nie potrafi mi dać. Chcę nauczyć się żyć bez tego, co powinno być oczywiste w relacji matka–córka. Bo teraz wiem, że w tej rywalizacji, którą ona prowadzi, ja nie muszę brać udziału.
B., 60 lat
Mam 60 lat, a mimo to wciąż w mojej pamięci pojawiają się obrazy z dzieciństwa, które do dziś nie dają mi spokoju. Przez wiele lat zastanawiałam się, dlaczego moja własna matka nie mogła znieść tego, że byłam bliska ojcu, że to ja byłam jego „oczkiem w głowie”. Wydawałoby się, że dla matki powinno być to naturalne – radość z tego, że dziecko jest kochane i doceniane. A jednak u nas było zupełnie inaczej.
Odkąd tylko pamiętam, matka próbowała umniejszać moją wartość. Zawsze starała się podważyć wszystko, co zrobiłam, zwłaszcza przy ojcu. Kiedy jako dziewczynka przynosiłam rysunek, rzucała od niechcenia: „Mogłaś się bardziej postarać”. A kiedy dostałam dobre oceny w szkole, stwierdzała: „Pewnie nauczyciel miał dziś dobry humor”. Ojciec zawsze starał się mnie bronić, stawał po mojej stronie, ale to tylko bardziej zaogniało sytuację. Czułam, że matka robi wszystko, by zniszczyć ten obraz mnie, który ojciec nosił w sobie – jakby jego miłość do mnie była czymś niedobrym.
Cierpiałam z tego powodu latami. Przez większość życia nie mogłam zrozumieć, dlaczego matka, która przecież powinna mnie kochać, czuła potrzebę takiego postępowania. Kiedy byłam młodsza, myślałam, że może nie jestem wystarczająco dobra, że coś robię nie tak, skoro ona jest wiecznie niezadowolona. Próbowałam jej dogodzić, ale bez rezultatu. Wszystko, co robiłam, było albo zbyt słabe, albo całkowicie niepotrzebne.
Dopiero teraz, po tylu latach, zaczynam rozumieć, że to nie ja stanowiłam problem. To tkwiące w niej lęki i zazdrość powodowały, że nie potrafiła znieść mojej bliskości z ojcem. Jakby się bała, że straci coś, co należy się tylko jej – jego uwagę. To przerażające uczucie – być dorastającą dziewczynką i nie móc liczyć na wsparcie matki, bo cokolwiek robiłam, stawało się powodem do rywalizacji.
Dziś, kiedy patrzę na swoje dzieci i wnuki, zastanawiam się, jak można być tak zaślepionym. Nigdy w pełni nie zrozumiem tego, co kierowało moją matką, ale wiem jedno – wyrządziła mi tym dużo krzywdy.
Teraz żyję swoim życiem, ale tamta rana ciągle we mnie jest. Nauczyłam się z nią żyć, lecz to nie znaczy, że przestała boleć. Taty już ze mną nie ma, żałuję, że nigdy z nim o tym nie porozmawiałam. Z mamą unikam kontaktów.
A., 32 lata
Zanim skończyłam dwanaście lat, zaczęłam tworzyć listę zatytułowaną „Rzeczy, których nie zrobię, kiedy będę mamą”. Moja córka przyszła na świat, gdy miałam 28 lat, i trzymałam się tej listy od początku. Zasada numer 1 brzmiała: „Nigdy nie zlekceważę uczuć mojej córki”. Zasada numer 2: „Nigdy nie sprawię, by czuła się źle”.
Obie były proste do wdrożenia i nadal takie są. I to sprawia, że jestem wściekła na to dziecko, którym kiedyś byłam. Nie miałam pojęcia, że gdy przyszłam na świat, zostanę potraktowana przez swoją matkę jako rywalka w walce o miłość i uznanie. Rywalizacja okazała się zażarta. Moja matka i ja nie stałyśmy po tej samej stronie. Ona sabotowała mnie na różne sposoby, a miłość i wszystkie dobre rzeczy w życiu były towarem deficytowym.
Kiedy miałam dziewięć lat, usłyszałam, jak jakaś kobieta powiedziała na antenie w radiu, że wszystkie matki kochają swoje dzieci i chcą dla nich lepszego życia, niż same miały. Ten przekaz był dla mnie tak obcy, że natychmiast zapytałam moją matkę, czy to prawda.
„Nie” – odpowiedziała ze śmiechem.
„Nie chcesz, żeby moje życie było łatwiejsze i lepsze od twojego?” – zapytałam.
„Nie” – powiedziała z radością, którą widziałam zawsze, gdy mogła mnie zranić.
Za każdym razem, gdy dzieliłam się trudnym doświadczeniem z moich szkolnych dni, mama miała więcej historii – bardziej przerażających i poniżających. Czułam się gorsza i zawstydzona, zmuszona do tego, by ją pocieszać i umniejszać wartość swoich własnych przeżyć. Musiałam być „wdzięczna”, że moje trudne dni i zmagania nie są aż tak złe. Cokolwiek przeszłam, nazywała to niczym w porównaniu z tym, co jej się przytrafiało.
M., 39 lat
Jestem już dorosła, a wciąż trudno mi zapomnieć o tym, jak upokarzające było dorastać z matką, która nieustannie ze mną rywalizowała, jakbyśmy znajdowały się na jakimś polu bitwy, gdzie stawką była uwaga chłopaków, z którymi się spotykałam. Najbardziej bolało mnie to, że moja matka zamiast być dla mnie wsparciem, wchodziła w rolę trochę starszej koleżanki i kazała mówić do siebie po imieniu. Twierdziła, że tak jest „fajniej”.
Pamiętam, że zaczęło się to dość niewinnie, gdy byłam jeszcze nastolatką. Przed każdą randką, kiedy przygotowywałam się do wyjścia, matka niespodziewanie pojawiała się w moim pokoju i pytała o każdy szczegół spotkania. Niby nic wielkiego, ale potem, kiedy przychodził chłopak, nagle miała na sobie coś, co natychmiast przykuwało uwagę wszystkich. Chodziła bez stanika, narzucała na siebie luźne koszule, odrzucała włosy do tyłu, poprawiała usta błyszczykiem i chichotała jak jakaś nastolatka.
Na początku nie wiedziałam, jak to odbierać. Byłam za młoda, żeby zrozumieć, co się dzieje. Myślałam, że może przesadzam, że to jakieś moje urojenia, że przecież matka nie mogłaby flirtować z moimi chłopakami. Ale im byłam starsza, tym bardziej zaczynałam dostrzegać jej świadomą, wyrachowaną grę.
Ona nie tylko wchodziła w moje życie randkowe – ona dosłownie je przejmowała. Niejednokrotnie, kiedy zapraszałam chłopaka do domu, zamiast pozwolić nam pobyć we dwoje, przychodziła do mnie do pokoju i zaczynała rozmowy, które stawały się coraz bardziej osobiste. „Masz naprawdę świetne ramiona, wiesz?” – mówiła, a ja siedziałam z narastającym poczuciem upokorzenia. Patrzenie, jak moja matka w sposób wręcz nachalny próbuje zwrócić na siebie uwagę, było koszmarem. Gdy tylko jakiś mój kolega zaczął rzucać ukradkowe spojrzenia w stronę jej ciała, czułam, że tracę grunt pod nogami.
Najgorsze jednak były te momenty, kiedy bez cienia wstydu przechadzała się po domu bez stanika, w bluzkach z takim dekoltem, że można było zobaczyć niemal wszystko. Albo dla odmiany zakładała obcisłe T-shirty, najchętniej trochę przezroczyste. Udawała, że wszystko jest normalne, że to żaden problem, ale w głębi duszy wiedziałam, że to był jej sposób na zaprezentowanie się, na pokazanie, że może mnie przyćmić, że może być bardziej atrakcyjna niż ja. Była bardzo świadoma swojego wyglądu, a ja – wtedy młoda i niepewna siebie – czułam się przy niej coraz mniejsza.
Zaczęłam unikać zapraszania gości do domu. Wolałam spotykać się gdziekolwiek indziej, żeby nie patrzeć na tę parodię relacji matka–córka, w której zamiast normalności była nieustanna rywalizacja. Wstydziłam się. Jak miałam spojrzeć w oczy moim znajomym, kiedy widziałam, że w jakiś sposób ulegają jej flirtom, nawet nieświadomie?
Przez lata próbowałam zrozumieć, co nią kierowało. Czasem myślę, że to była jej własna desperacja – strach przed starością, przed tym, że jej uroda, na której budowała całe swoje poczucie wartości, przemija. A ja, młoda, z szansą na miłość, stałam się dla niej przypomnieniem o upływającym czasie, czymś, czego nie mogła znieść.
To wpłynęło na całe moje życie. Do dziś, wchodząc w nowy związek, czuję gdzieś w głębi lęk, że znowu pojawi się ktoś, kto odbierze mi to, co moje. Rywalizacja, którą matka stworzyła, zasiała we mnie ziarno niepewności. Często się zastanawiam, jak wyglądałyby moje relacje, gdyby matka zachowywała się inaczej. Gdyby była zwykłą, ciepłą mamą, zamiast lwicą wiecznie walczącą o uwagę moich partnerów.
Dziś mam 39 lat, a tamte wspomnienia nadal we mnie tkwią. Jestem teraz dorosłą kobietą, staram się budować swoje życie z dala od tych traum, od samej matki też. Widujemy się okazjonalnie. Przeżyłam z nią bowiem wiele chwil upokorzenia, których nie życzyłabym nikomu.
E., 43 lata
Opiszę tylko wyrywek mojego dzieciństwa. Coś, co boli do dziś. W społeczeństwie obsesyjnie skupionym na wyglądzie mówi się, że najgorszą rzeczą, jaką matka może zrobić swojej córce, jest wytykanie jej fizycznych niedoskonałości. Kiedy przechodziłam przez okres dojrzewania, to stanowiło moją codzienność. Dopiero dużo później zrozumiałam, jak bardzo to było złe.
Moja matka zawsze nienawidziła moich gęstych włosów i nie wahała się powiedzieć, że małe włoski rosnące na moim czole upodabniają mnie do małpy. Sama wydawała mnóstwo pieniędzy na produkty i zabiegi upiększające dla siebie, podczas gdy ja zmagałam się z okropnym hormonalnym trądzikiem torbielowatym. Musiałam błagać ją, żeby kupiła mi kosmetyki do twarzy i pozwoliła pójść do dermatologa. Myłam twarz obsesyjnie, co powodowało zaczerwienienie i stan zapalny skóry, która była nierówna i jednocześnie pory w niej się zatykały. Płakałam, prosząc o wizytę u lekarza. Byłam zdesperowana i gotowa znieść publiczne upokorzenie wywołane przez matkę, byle tylko uzyskać profesjonalną pomoc.
Nauczyłam się, że nie mogę liczyć na to, by matka kiedykolwiek stanęła po mojej stronie. Ta kobieta zawsze wolała publicznie mnie upokorzyć, aby w ten sposób zdobyć sympatię i potwierdzenie swojej wartości. Teraz, po upływie czasu, domyślam się, że przedstawiała mnie w swoich opowieściach jako czarny charakter i niewdzięczną córkę. Nie mogłam liczyć na łaskę ani zrozumienie ze strony ludzi z jej otoczenia.
Moje nastoletnie ja prawdopodobnie podświadomie to wiedziało, dlatego izolacja i nadmierna niezależność stały się moimi przyjaciółmi. Do dziś nienawidzę kontaktu z kimkolwiek z pokolenia moich rodziców.
Jagoda stała przed lustrem w swoim biurze, poprawiając włosy. Mimo upływu tylu lat to lustro było jak powracająca przypowieść – każde spojrzenie przypominało jej tamten dzień, kiedy matka spojrzała na nią krytycznie i wypowiedziała słowa o czerwonej sukience.
W pracy Jagoda była znana jako osoba stanowcza, skuteczna, ale i dość bezwzględna. Jej biuro przypominało sterylną klatkę – minimalistyczne meble, zimne, jasne barwy, a na biurku idealny porządek. Była dobra w swojej pracy. Zawsze musiała być najlepsza. Tego nauczyła ją matka – musisz być doskonała, bo jeśli taka nie będziesz, ktoś inny cię zastąpi.
Kiedy kilka lat temu zaczynała pracę w agencji, pojawiła się u nich Monika. Dziewczyna była inteligentna, bystra i miała naturalną zdolność do zjednywania sobie ludzi. Przez pewien czas Jagoda myślała, że mogą się zaprzyjaźnić. Nawet czuła, że niejako są pokrewnymi duszami, ale potem coś zaczęło ją niepokoić. Monika zaczęła odnosić sukcesy. Klienci chwalili jej pomysły, szefowie zapraszali ją na spotkania, na które do tej pory wstęp miała wyłącznie Jagoda. Wszystko zaczynało wyglądać tak, jakby nowa miała przejąć jej pozycję.
I wtedy w Jagodzie coś się obudziło – ten instynkt przetrwania, który matka zaszczepiła w niej lata temu. Zamiast przyjaźni, poczuła zagrożenie. Zamiast okazać życzliwość, zaczęła myśleć, jak wyeliminować rywalkę. Znała tę grę zbyt dobrze – nie można było pozwolić, by ktoś ją przyćmił. I zrobiła to, czego nauczyła się od matki – zaczęła stopniowo, sprytnie podważać wartość Moniki w oczach szefów, zwracać uwagę na jej błędy, sugerować, że jej koleżanka może nie jest aż tak kompetentna, jak się wydaje. Z każdym drobnym gestem, z każdym słowem, które wypowiadała z pozorną troską, podcinała skrzydła swojej współpracowniczce.
W końcu posunęła się do ostatecznego świństwa. Wiedziała, że musi działać szybko i bardziej skutecznie. Monika (mimo prób zdyskredytowania jej w oczach szefostwa) zaczynała zyskiwać coraz większą sympatię i zaufanie, a to oznaczało tylko jedno – niebezpieczeństwo. Jagoda nie mogła pozwolić, by ktokolwiek ją przyćmił, zagroził jej pozycji. Myśl o wyeliminowaniu konkurencji spędzała jej sen z powiek. Matka nauczyła ją bowiem jednego: w świecie pełnym kobiet, które rywalizują o władzę, zawsze trzeba być o krok przed innymi.
Znała dobrze firmowy system, wiedziała, jak poruszać się po wewnętrznej sieci, jak zabezpieczać ślady. Nic dziwnego zatem, że w jej głowie pojawił się w końcu diabelski plan. Postanowiła podszyć się pod Monikę i zrujnować jej reputację. Zdecydowała się wysłać kilka e-maili, które miały wyglądać tak, jakby dziewczyna próbowała zdobyć awans nie tylko ciężką pracą, ale także dzięki niejednoznacznym propozycjom. Plan był prosty i mógł się udać.
Tego wieczoru, kiedy biuro już opustoszało, Jagoda usiadła przy komputerze Moniki. Hasło dostępu udało jej się już wcześniej ustalić, nie było z tym zresztą większego problemu. Otworzyła skrzynkę mailową, a jej palce zaczęły szybko stukać w klawiaturę.
Szanowny Panie…,
nie ukrywam, że bardzo zależy mi na awansie. Jestem gotowa zrobić wszystko, co tylko uzna Pan za stosowne. A może raczej niestosowne? Niegrzeczne? Nieoczekiwane? Proszę się nie ograniczać w swoich fantazjach. Ostatecznie jestem po to, by je dla Pana spełnić.
Monika
Wysłała wiadomość do kilku kluczowych osób w firmie, a potem szybko się wylogowała i upewniała, że nie zostawiła żadnych śladów. Z każdym kolejnym uderzeniem serca czuła, że zaczyna odzyskiwać kontrolę nad sytuacją. Niczego nieświadoma Monika już wkrótce miała stać się ofiarą tego, że swoją koleżankę z pracy obdarowała zbyt dużym zaufaniem.
Następnego dnia w firmie atmosfera była napięta. Wszyscy szeptali, patrzyli na Monikę spod zmrużonych oczu, milkli, gdy wchodziła do pokoju. Kobieta początkowo nie wiedziała, co się dzieje, aż w końcu jeden z menedżerów wezwał ją na rozmowę. Jagoda obserwowała to z daleka, udając, że niczego się nie domyśla. Kiedy Monika wróciła z gabinetu szefa, jej twarz była biała jak papier.
– Nie uwierzysz, co się stało – wyszeptała, zbliżając się do Jagody z przerażeniem w oczach. – Szefowie dostali jakieś dziwne maile ode mnie, jakbym… – Głos jej zadrżał. – Jakbym proponowała coś w zamian za awans. Pewnie się domyślasz, co… Przysięgam, że nigdy czegoś takiego nie napisałam! Przez myśl by mi nie przeszło, żeby coś takiego zrobić.
Jagoda spojrzała na nią z troską, ukrywając własną satysfakcję.
– To straszne. A może ktoś włamał się na twoje konto? Musisz to zgłosić.
Monika próbowała się bronić, wyjaśnić całą sytuację, ale szefostwo było zbyt zniesmaczone tym, co się wydarzyło. Utrata zaufania stała się nieodwracalna. Tak naprawdę nikomu nie zależało na tym, by sytuację wyjaśnić, szukać winnych, próbować dociekać prawdy.
Jagoda patrzyła, jak Monika coraz bardziej zamyka się w sobie, jak jej pewność siebie stopniowo gaśnie. Plan zadziałał idealnie.
W końcu dziewczynę zwolniono. Nie było w tym żadnego dramatu, po prostu uznano, że „to nie to”, że „firma idzie w innym kierunku”. Jagoda odetchnęła z ulgą, choć wiedziała, dlaczego tak naprawdę szefostwo podjęło taką decyzję. Z jednej strony wygrała walkę, ale smak tego zwycięstwa był gorzki. Po raz kolejny dotarło do niej, że nie potrafi zaakceptować faktu, iż ktoś mógłby błyszczeć bardziej niż ona sama. I że jedyna droga do przetrwania to wyeliminowanie zagrożenia.
Czuła jednak niesmak, a nawet narastający ból głowy. Wyszła z pracy wcześniej i pojechała do domu, wmawiając sobie, że pewnie łapie ją jakaś choroba.
Takie sytuacje jak ta z Moniką, powtarzały się w jej życiu coraz częściej. Gdy ktoś w jej otoczeniu zaczynał odnosić sukces, zamiast cieszyć się jego radością, natychmiast odczuwała niepewność, a wraz z nią – zazdrość. A przecież miała wszystko: dobrą pracę, stabilne życie, uznanie. Dlaczego więc czuła, że cały czas ktoś jej zagraża?
Któregoś dnia w biurze otworzyła stary album ze zdjęciami. Były tam fotografie z dzieciństwa, z matką – zawsze uśmiechniętą, idealnie ubraną. Ale kiedy patrzyła na te obrazy teraz, widziała coś, czego wcześniej nie dostrzegała – zmęczenie. Matka przez całe życie próbowała utrzymać status kobiety, która zawsze jest na szczycie, ale zapłaciła za to zbyt wysoką cenę. Jagoda zaczęła rozumieć, że w tej walce nie ma zwycięzców. Matka nigdy nie przestała rywalizować, ale też nigdy nie wygrała. I Jagoda bała się, że ją czeka ten sam los.
Czy mogła to przerwać? Czy mogła przestać widzieć świat jako pole rywalizacji? Kiedy tego wieczoru wróciła do domu, usiadła na łóżku i po raz pierwszy od lat zaczęła się zastanawiać, jak wyglądałoby jej życie, gdyby matka była inna. Gdyby pokazała jej, że można cieszyć się z czyjegoś szczęścia bez potrzeby przyćmiewania go.
Jagoda zrozumiała, że jeśli nie przerwie tego cyklu, stanie się dokładnie tym, czego przez całe życie się bała – smutną, zgorzkniałą osobą, która nigdy nie pozwoli nikomu błyszczeć bardziej niż ona sama.
•
Kiedy czytałam te wszystkie listy przepełnione bólem i niezrozumieniem, zastanawiałam się, jak trudno małej dziewczynce zrozumieć, że rywalizuje z kimś, kto miał być dla niej całym światem. Matka dla córki powinna być opoką, oparciem – a jednak relacja ta stała się polem walki, areną, gdzie na przemian rozkwitają miłość i frustracja. Z tych opowieści wyłania się obraz rywalizacji, która wydaje się sprzeczna z naturą, a jednocześnie jest tak boleśnie realna.
Teraz widzę wyraźnie, jak wiele kobiet zostało uwikłanych w tę cichą walkę. W listach piszą o tym, jak matka, często nawet nieświadomie, zaczęła przenosić na nie swoje własne lęki, frustracje i niezrealizowane ambicje. Te subtelne przekazy z biegiem lat stają się coraz bardziej oczywiste, coraz silniejsze, coraz boleśniejsze. Są matki każdego dnia słowem lub gestem wracające do swojej młodości, której już nie ma, a którą widzą w dorastającej córce. W lustrze, które stawiają przed sobą, dostrzegają wyłącznie odbicie własnych porażek. I tak toczy się ta cicha walka – a córka staje się jednocześnie wrogiem i nadzieją, rywalką i dumą.
W tych listach bardzo wyraźnie widać, jak podstępna jest ta relacja. Matki, które z jednej strony troszczą się i wspierają, z drugiej podkopują poczucie własnej wartości swoich córek. Dziewczynki dorastając, uczą się, że nigdy nie są wystarczająco dobre – ani dla innych, ani dla samych siebie. Bo jeśli nawet we własnym domu, w relacji, która powinna być najbezpieczniejsza, trzeba ciągle coś udowadniać, to jak można wierzyć w siebie?
Każda z tych historii ma swoją specyfikę, ale powtarzają się pewne wzorce – matki, które wyśmiewają swoje córki, które szydzą z ich cielesności i kpią z próśb o wsparcie, gdy te małe dziewczynki zaczynają dojrzewać. Zupełnie jakby dorastanie, przemiana w kobietę były zagrożeniem, a nie naturalnym etapem życia. Jedna z czytelniczek wspomina matkę, która zmuszała ją do obcinania włosów, choć ona marzyła o długim warkoczu. Inna pisze o tym, jak zakazywano jej noszenia stanika, bo według matki „była płaska jak deska”. Każdy taki list to jak otwieranie kolejnych drzwi do świata, gdzie miłość i rywalizacja splatają się ze sobą w chaotycznym tańcu.
Te opowieści poruszają do głębi, pokazując, jak bardzo relacje, które powinny nas budować, potrafią niszczyć. Jak cicho i niepostrzeżenie rodzi się rywalizacja, a skutki tej walki pozostają z kobietami przez całe życie. Nawet kiedy są już dorosłe, w każdym związku, który próbują zbudować, odczuwają ten cień walki. Towarzyszy im lęk, że nie są wystarczająco dobre, że zawsze ktoś może być lepszy, piękniejszy, bardziej wartościowy. Trudno im też zaufać innym kobietom, bo zawsze gdzieś tam z tyłu głowy tli się myśl, że one są jej rywalkami, tak jak kiedyś była nią matka.
To jak przechodzenie przez tor przeszkód emocjonalnej manipulacji, której mała dziewczynka po prostu nie rozumie. Czuje tylko, że coś jest nie tak.
Wyobraź sobie małą dziewczynkę.
To Karolina, która lubi sny o lataniu.
Stoi właśnie przy kuchennym zlewie i myje talerze, które dziś ważą więcej niż zwykle. Krople wody spływają po jej rękach, tworząc na skórze wzory. Obmywa je zbyt zimna woda, przynosząca krótkie, przeszywające dreszcze. Matka siedzi przy stole, z filiżanką herbaty, i jak zawsze obserwuje każdy…
.
.
.
…(fragment)…
Całość dostępna w wersji pełnej