Udupione przez matki - Natasza Socha - ebook

Udupione przez matki ebook

Natasza Socha

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Każda matka chce dla swojego dziecka jak najlepiej. A co, jeśli to nieprawda?

Matka Jagody nie mogła znieść, że jej córka dojrzewa, przyciąga uwagę mężczyzn i może zepchnąć ją na drugi plan. W oczach swojej matki Karolina była kimś, kogo może dowolnie oceniać i złośliwie krytykować. Agnieszka wyobrażała sobie swoją matkę jako lodową figurę – piękną, ale zimną i niedostępną. A matka Oli chorowała za każdym razem, kiedy Ola próbowała wyjść z domu i być sobą.

Prawda o macierzyństwie nie zawsze jest wygodna. Natasza Socha opowiada o kontrolowaniu, zazdrości, przemocy i uczuciowym chłodzie, który niszczy dziecięce marzenia. Dzieli się też autentycznymi listami od czytelniczek, które wspominają swoje traumatyczne relacje z matkami. Emocje, które nie zawsze mieszczą się w utartych schematach, staną się bliskie każdemu, kto ma odwagę powiedzieć głośno: „Nie kocham mojej matki”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 267

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Autorka: Natasza Socha

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Borkowska

eBook: Atelier Du Châteaux

 

Redaktor prowadząca: Natalia Ostapkowicz

Redaktor projektu: Agnieszka Filas

Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka

 

© Copyright by Natasza Socha

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

 

Bielsko-Biała 2025

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

tel. 338282828, fax 338282829

[email protected], www.pascal.pl

 

ISBN 978-83-8317-506-5

Od autorki

Kie­dy ogło­si­łam, że pi­szę ksi­ążkę o mat­kach, nie spo­dzie­wa­łam się, że otrzy­mam tak wie­le po­ru­sza­jących li­stów. Ko­bie­ty z ca­łej Pol­ski, ró­żni­ące się wie­kiem, do­świad­cze­nia­mi i sy­tu­acją ży­cio­wą, po­sta­no­wi­ły po­dzie­lić się ze mną swo­imi hi­sto­ria­mi. Te li­sty były pe­łne bólu, zra­nień, a przede wszyst­kim – nie­wy­po­wie­dzia­nej sa­mot­no­ści. Ka­żdy z nich był inny, ale łączy­ła je jed­na wspól­na ce­cha: wszyst­kie do­ty­czy­ły dzie­ci­ństwa. Jed­nak nie ta­kie­go z ko­lo­ro­wy­mi ba­lo­na­mi, przy­tu­la­niem się, czu­ło­ścią i cie­płym ro­so­łem, kie­dy do­pa­dło prze­zi­ębie­nie.

Ko­bie­ty, któ­re do mnie na­pi­sa­ły, no­szą w so­bie trud­ne do za­go­je­nia rany. Na­kle­ja­ją na nie pla­stry obo­jęt­no­ści, sma­ru­ją ma­ścia­mi dla twar­dzie­lek. Nie za­wsze to po­ma­ga. Po­wód jest ten sam – ni­g­dy nie otrzy­ma­ły od swo­ich ma­tek ak­cep­ta­cji, inne cier­pia­ły z po­wo­du chło­du, po­gar­dy, a cza­sa­mi otwar­te­go od­rzu­ce­nia. Są też ta­kie, któ­re ni­g­dy nie za­zna­ły bli­sko­ści – mat­ka była dla nich kimś ob­cym, nie­wi­dzial­nym, choć fi­zycz­nie obec­nym.

Pi­sząc tę ksi­ążkę, zda­wa­łam so­bie spra­wę, że te li­sty nie są tyl­ko spo­so­bem na wy­rzu­ce­nie z sie­bie zło­ści, bólu czy fru­stra­cji. Dla wie­lu ko­biet były krzy­kiem o po­moc, pro­śbą o wy­ja­śnie­nie, dla­cze­go ich ży­cie po­to­czy­ło się w taki, a nie inny spo­sób. Pi­sa­nie li­stu, na­wet je­śli był on skie­ro­wa­ny do ko­goś ob­ce­go, sta­ło się ich spo­so­bem na wy­rwa­nie się z tej ci­szy, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła im przez całe ży­cie. Zdar­ciem strup­ka z rany po to, by jesz­cze raz do­kład­nie jej się przyj­rzeć. I może zna­le­źć dro­gę do jej za­bli­źnie­nia.

Ta ksi­ążka po­wsta­ła dzi­ęki od­wa­dze wie­lu z was. Dzi­ęki chęci prze­ła­ma­nia we­wnętrz­ne­go bólu, po­trze­by zna­le­zie­nia od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­re ci­ągle w was tkwią. Na­pi­sa­ły­ście, żeby zro­zu­mieć, żeby po­czuć ulgę, a ta­kże dla­te­go, by w ko­ńcu móc ru­szyć na­przód.

Nie wszyst­kie z tych hi­sto­rii ko­ńczą się po­go­dze­niem z prze­szło­ścią – nie­któ­re z was na­dal zma­ga­ją się z bó­lem, inne zdo­ła­ły się uwol­nić – ka­żda jest jed­nak świa­dec­twem tego, jak re­la­cja z mat­ką po­tra­fi ukszta­łto­wać całe na­sze ży­cie. Jak po­tra­fi udu­pić.

Mam na­dzie­ję, że te li­sty będą w ja­ki­mś sen­sie te­ra­pią. Może nie­któ­re z was od­naj­dą w nich swo­je wła­sne do­świad­cze­nia, może ktoś inny zo­ba­czy hi­sto­rię bli­skiej oso­by. Ale przede wszyst­kim pra­gnęła­bym, aby sta­ły się one przy­po­mnie­niem, że ka­żda z nas za­słu­gu­je na mi­ło­ść, zro­zu­mie­nie i wspar­cie. I że na­wet po la­tach bólu mo­żna zna­le­źć w so­bie siłę, by za­cząć od nowa.

Po­dob­no ro­sół wca­le nie po­ma­ga na prze­zi­ębie­nie, ale i tak, kie­dy przy­go­tu­je go mama, za­wsze czu­je­my się ja­koś le­piej.

Niech ta ksi­ążka będzie czy­mś, po czym rów­nież po­czu­je­cie się le­piej.

Wy­obraź so­bie małą dziew­czyn­kę.

Sie­dzi na ka­mien­nym pro­gu domu, wpa­tru­jąc się w dal, jak­by szu­ka­ła w ho­ry­zon­cie od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­rych ni­g­dy nie za­da­ła. Na po­zór zwy­kłe dziec­ko, o ciem­nych wło­sach przy­ci­ętych za uszy, w zbyt du­żym swe­trze, któ­ry wy­da­je się po­chła­niać jej drob­ne cia­ło. Ale w jej oczach, w tym spo­koj­nym spoj­rze­niu, jest coś, cze­go nie do­strze­ga­ją ci, któ­rzy prze­cho­dzą obok – głębo­ka rana, nie­wi­docz­na dla świa­ta, a jed­nak tak re­al­na, że kszta­łtu­je ka­żdy jej dzień.

Od wcze­snych lat czu­ła, że jest obca, jak­by przy­szła na świat przy­pad­kiem, nie­wła­ści­wa w ka­żdym aspek­cie swo­jej eg­zy­sten­cji. Mat­ka, ko­bie­ta pi­ęk­na, zim­na i wy­ma­ga­jąca, pa­trzy­ła na nią jak na ko­goś, kto nie spe­łnia ocze­ki­wań, kto wci­ąż za­wo­dzi. Dziew­czyn­ka od naj­młod­szych lat ro­zu­mia­ła, że mi­ło­ść, o któ­rej cza­sem sły­sza­ła w opo­wie­ściach in­nych dzie­ci, jest czy­mś, cze­go ni­g­dy nie otrzy­ma. Za­miast tego była oce­nia­na, ko­ry­go­wa­na, ka­ra­na, cza­sem fi­zycz­nie, ale częściej słow­nie. Cio­sy te były bar­dziej sub­tel­ne, bar­dziej pod­stęp­ne, bo wcho­dzi­ły w głąb jej du­szy i zo­sta­wia­ły bli­zny, któ­re tyl­ko ona mo­gła po­czuć.

Była zbyt ci­cha. Zbyt nie­sfor­na. Zbyt nie­zdar­na. Zbyt ma­rzy­ciel­ska. Jej mat­ka po­pra­wia­ła ją nie­ustan­nie, jak przed­miot, któ­ry mo­żna ulep­szyć, wy­rze­źbić we­dług ide­al­ne­go wzo­ru, ale któ­ry ni­g­dy nie osi­ągnie do­sko­na­ło­ści.

– Dla­cze­go nie mo­żesz być jak inne dzie­ci? – po­wta­rza­ła.

I za ka­żdym ra­zem te sło­wa wbi­ja­ły się w dziew­czyn­kę jak szpil­ki w ser­ce, przy­po­mi­na­jąc, że nie jest wy­star­cza­jąco do­bra. A prze­cież tak bar­dzo chcia­ła być ko­cha­na. Ma­rzy­ła o jed­nym spoj­rze­niu pe­łnym dumy, o jed­nym ge­ście czu­ło­ści. O chwi­lach, kie­dy mo­gła­by przy­tu­lić się do mat­ki bez oba­wy, że usły­szy ko­lej­ne sło­wa kry­ty­ki.

Rany, któ­re za­da­no jej w dzie­ci­ństwie, z cza­sem nie znik­nęły. Zro­sły się tyl­ko z jej du­szą, sta­ły się częścią jej to­żsa­mo­ści. Te­raz, gdy do­ro­sła, na­dal bolą. Są jak ukry­te drza­zgi pod skó­rą, któ­re od­zy­wa­ją się przy ka­żdym do­ty­ku. Zwi­ązek z mat­ką za­wsze był czy­mś, co no­si­ła w so­bie jak ci­ężki ka­mień – ni­g­dy nie do ko­ńca ukszta­łto­wa­ny, za­wsze nie­zro­zu­mia­ły. Mat­ka już daw­no ode­szła, za­bie­ra­jąc ze sobą wszyst­kie te spoj­rze­nia pe­łne roz­cza­ro­wa­nia, sło­wa, któ­re kła­dły się cie­niem na dzie­ci­ństwie dziew­czyn­ki, ale ona wci­ąż nie po­tra­fi­ła się uwol­nić.

W do­ro­słym ży­ciu sta­ra­ła się być kimś in­nym – sil­ną, nie­za­le­żną, taką, któ­ra nie po­trze­bu­je ni­czy­jej apro­ba­ty. Lecz pod tą fa­sa­dą kry­ła się ta sama mała dziew­czyn­ka, któ­ra ni­g­dy nie była wy­star­cza­jąco do­bra. Kie­dy pa­trzy­ła w lu­stro, wi­dzia­ła do­ro­słą ko­bie­tę, ale czu­ła, że w jej wnętrzu coś jest zła­ma­ne. Ka­żda re­la­cja, ka­żda bli­sko­ść z in­ny­mi lu­dźmi była pod­szy­ta stra­chem, że zno­wu za­wie­dzie, że zno­wu nie spro­sta ocze­ki­wa­niom, na­wet tym, któ­re ni­g­dy nie zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne.

W chwi­lach ci­szy, gdy nie było ni­ko­go w po­bli­żu, wra­ca­ła my­śla­mi do tam­te­go domu, do tam­te­go pro­gu, gdzie sie­dzia­ła jako dziec­ko, wpa­tru­jąc się w dal. I my­śla­ła o tym, czy mo­gła­by być inna, czy mo­gła­by być szczęśliw­sza, gdy­by tyl­ko kie­dyś usły­sza­ła od mat­ki: „Je­steś wy­star­cza­jąca taka, jaka je­steś”. Ale te sło­wa ni­g­dy nie pa­dły, a ona mu­sia­ła na­uczyć się żyć z bra­kiem, któ­ry za­siał się głębo­ko w jej ser­cu.

To, co bo­la­ło naj­bar­dziej, to świa­do­mo­ść, że mo­gła być szczęśli­wa. Gdzieś, w in­nym ży­ciu, w in­nej rze­czy­wi­sto­ści, żyła taka wer­sja jej sa­mej, któ­ra bie­gła w stro­nę otwar­tych ra­mion mat­ki, któ­ra sły­sza­ła sło­wa otu­chy, a nie kry­ty­ki. Ale to nie jej rze­czy­wi­sto­ść. Ta mała dziew­czyn­ka, któ­rą kie­dyś była, nie mia­ła tego szczęścia. Była ra­nio­na – cza­sem świa­do­mie, cza­sem nie – przez ko­bie­tę, któ­ra po­win­na ją chro­nić. A te­raz, kie­dy jest już do­ro­sła, ta dziew­czyn­ka na­dal w niej miesz­ka, ze swo­imi bli­zna­mi, któ­re cza­sem pęka­ją i krwa­wią na nowo.

To ży­cie jest pe­łne dźwi­ęków, któ­re przy­wo­dzą jej na myśl prze­szło­ść. Trza­ska­jące drzwi, od­dech w ciem­no­ści, czy­jeś kro­ki. I wte­dy znów czu­je to ukłu­cie w ser­cu, przy­po­mnie­nie, że kie­dyś była małą dziew­czyn­ką, któ­ra ni­g­dy nie za­zna­ła szczęścia.

Kie­dy my­ślę o mat­kach, wi­dzę je jako tkacz­ki hi­sto­rii – de­li­kat­ne, ale sil­ne przędze ży­cia, któ­re łączą prze­szło­ść z te­ra­źniej­szo­ścią. Mat­ki są jak po­wie­trze – nie­wi­dzial­ne, a jed­nak nie­zbęd­ne, a ich obec­no­ść jest tak oczy­wi­sta, że cza­sem nie­do­strze­gal­na, do­pó­ki jej nie za­brak­nie.

Wy­obra­żam so­bie mat­ki jako ci­che ar­chi­wist­ki ro­dzin­nych hi­sto­rii. Jako szu­fla­dy pe­łne sta­rych li­stów, zdjęć i przed­mio­tów, któ­re trzy­ma­ją w so­bie echa mi­nio­nych lat. Te hi­sto­rie nie za­wsze są wy­ra­źne, cza­sem wy­bla­kłe jak sta­re fo­to­gra­fie, ale wci­ąż ist­nie­ją, trzy­ma­ne bez­piecz­nie w pa­mi­ęci ma­tek.

Mat­ki są jak ogro­dy, któ­re upra­wia­ją całe spek­trum emo­cji, nie­kie­dy w naj­trud­niej­szych wa­run­kach. Są jak zie­mia, któ­ra nie­ustan­nie daje ży­cie, na­wet wte­dy, gdy jest wy­czer­pa­na. Mat­ka wie, jak zna­le­źć siłę tam, gdzie inni wi­dzą tyl­ko pust­kę.

Mat­ki są jak sta­re drze­wa – ich ko­rze­nie si­ęga­ją głębo­ko, trzy­ma­jąc nas moc­no i chro­ni­ąc przez całe ży­cie. W tych ko­rze­niach są ukry­te hi­sto­rie, któ­re nas ukszta­łto­wa­ły, war­to­ści, któ­re w nas za­szcze­pio­no, a ta­kże ból, któ­re­go nie dało się unik­nąć.

Mat­ki nie są ide­ała­mi, to isto­ty pe­łne sprzecz­no­ści – są czu­łe i su­ro­we, pe­łne na­dziei, ale i re­zy­gna­cji, są ra­dos­ne i smut­ne. Mat­ki są jak stru­mie­nie, któ­re pły­ną przez na­sze ży­cie, cza­sem spo­koj­ne i ko­jące, a nie­kie­dy rwące i nie­prze­wi­dy­wal­ne.

Mat­ki to la­tar­nie – świe­cące w ciem­no­ściach, po­ka­zu­jące ście­żki, na­wet je­śli są one trud­ne do prze­by­cia. Są tym, co nas pro­wa­dzi, na­wet gdy się wy­da­je, że zgu­bi­li­śmy dro­gę.

Tak, mat­ki są jak po­wie­trze, zie­mia, drze­wa, stru­mie­nie i la­tar­nie – są nie­odłącz­ną częścią na­szej eg­zy­sten­cji, wple­cio­ne w co­dzien­no­ść tak moc­no, że trud­no so­bie wy­obra­zić ży­cie bez nich. Nie są do­sko­na­łe, ale są nie­za­stąpio­ne. To one na­da­ją kszta­łt na­szym hi­sto­riom.

I to jest ta lep­sza wi­zja ma­tek. Tyl­ko że nie za­wsze praw­dzi­wa.

Kie­dy my­ślę o złych mat­kach, wi­dzę je jako cie­nie, któ­re kła­dą się na ży­cie swo­ich dzie­ci, za­miast da­wać im świa­tło. Mat­ki, któ­re za­miast da­wać schro­nie­nie, sta­ją się bu­rzą, nie­ustan­nie prze­ta­cza­jącą się przez dzie­ci­ństwo, po­zo­sta­wia­jącą po so­bie spu­sto­sze­nie i zglisz­cza. Złe mat­ki nie są po pro­stu złe. Ich zło jest sub­tel­ne, sączy się po­wo­li jak tru­ci­zna i wle­wa w ka­żdą ko­mór­kę du­szy dziec­ka.

Złe mat­ki są jak za­tru­te stud­nie – dzie­ci, któ­re szu­ka­ją w nich mi­ło­ści i ak­cep­ta­cji, do­sta­ją oschło­ść, obo­jęt­no­ść, a cza­sem na­wet okru­cie­ństwo. Te stud­nie mogą wy­da­wać się głębo­kie i pe­łne ta­jem­nic, ale kie­dy dziec­ko za­nu­rza się w nich, do­sta­je wy­łącz­nie nie­prze­nik­nio­ny mrok.

Złe mat­ki są jak chwa­sty, któ­re dła­wią ka­żdy za­lążek na­dziei, ka­żdy kwiat ma­rze­nia, za­nim zdąży on w ogó­le za­kwit­nąć. W tych ogro­dach dzie­ci uczą się, że świat jest miej­scem nie­przy­ja­znym, a ka­żda pró­ba wy­jścia poza wy­zna­czo­ne gra­ni­ce ko­ńczy się bó­lem. Ta­kie mat­ki wy­ry­wa­ją ko­rze­nie z zie­mi i często ro­bią to z pre­me­dy­ta­cją.

Złe mat­ki są też jak domy bez drzwi – miej­sca, z któ­rych nie ma uciecz­ki. Tu­taj pa­nu­je wiecz­ne zim­no, prze­szy­wa­jące na wskroś i po­zba­wia­jące cie­pła, któ­re­go tak de­spe­rac­ko pra­gnie ka­żde dziec­ko. Ta­kie mat­ki mogą wpraw­dzie mó­wić o mi­ło­ści, ale ich sło­wa są pu­ste.

Złe mat­ki są jak lu­stra, któ­re od­bi­ja­ją znie­kszta­łco­ne ob­ra­zy. Po­ka­zu­ją, że ich dzie­ci nie są wy­star­cza­jąco do­bre, nie za­słu­gu­ją na mi­ło­ść, są win­ne ka­żdej po­ra­żki.

Złe mat­ki są jak nie­do­ko­ńczo­ne ksi­ążki – pe­łne nie­spe­łnio­nych obiet­nic i prze­rwa­nych wąt­ków. Ta­kie po­wie­ści prze­gląda się, pró­bu­jąc zna­le­źć sens w nie­kom­plet­nych stro­nach, szu­ka­jąc za­ko­ńcze­nia, któ­re­go nie ma. Ta­kie mat­ki zo­sta­wia­ją swo­je dzie­ci z nie­do­po­wie­dzia­ny­mi zda­nia­mi i py­ta­nia­mi. Albo śmie­ją im się w twarz.

Zło ma­tek nie za­wsze jest ce­lo­we, to coś w ro­dza­ju dzie­dzic­twa, któ­re prze­ka­zu­ją da­lej – cza­sem nie­świa­do­mie, nie­kie­dy jed­nak z pre­me­dy­ta­cją. To dzie­dzic­two nie­zro­zu­mie­nia i bólu, któ­re prze­ni­ka ko­lej­ne po­ko­le­nia.

Dzie­ci złych ma­tek do­ra­sta­ją, nio­sąc w so­bie te rany, pró­bu­jąc zna­le­źć spo­sób, aby uzdro­wić to, co zo­sta­ło ze­psu­te. Są jak rze­źbia­rze, któ­rzy z odłam­ków nie­uda­ne­go dzie­ci­ństwa pró­bu­ją stwo­rzyć coś pi­ęk­ne­go, coś, co przy­po­mi­na im, że mimo wszyst­ko wci­ąż są war­te mi­ło­ści.

Złe mat­ki są częścią nas. Są cie­niem, któ­ry kła­dzie się na na­szym ży­ciu i któ­re­go cza­sem nie mo­żna po­ko­nać.

Po­wro­ty do dzie­ci­ństwa są jak wy­pra­wy w głąb sie­bie, gdzie wspo­mnie­nia, choć często za­tar­te przez czas, po­tra­fią wró­cić w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. To pod­ró­że do kra­iny, w któ­rej ka­żda emo­cja była od­czu­wa­ne ze zdwo­jo­ną siłą – ra­do­ść mia­ła smak pierw­szych let­nich tru­ska­wek, a smu­tek mógł przy­brać po­stać drob­ne­go cie­nia pa­da­jące­go na ulu­bio­ną za­baw­kę w za­po­mnia­nym kącie po­ko­ju.

Dzie­ci­ństwo to miej­sce, w któ­rym kszta­łtu­ją się fun­da­men­ty na­szej to­żsa­mo­ści, gdzie uczy­my się świa­ta, często po­przez pro­ste, a za­ra­zem po­tężne do­świad­cze­nia. To tam, w ci­szy let­nich wie­czo­rów lub wśród szep­tów zi­mo­wych po­ran­ków, ro­dzą się na­sze pierw­sze ma­rze­nia i lęki, któ­re nio­są się przez całe ży­cie, wpły­wa­jąc na na­sze de­cy­zje i wy­bo­ry.

Po­wro­ty te są nie tyl­ko spoj­rze­niem wstecz, ale też pró­bą zro­zu­mie­nia, kim je­ste­śmy te­raz, w świe­tle tego, kim by­li­śmy kie­dyś. To de­li­kat­ne otwie­ra­nie drzwi do świa­ta, któ­ry choć mi­nio­ny, na­dal w nas żyje – w sub­tel­nych na­wy­kach, w ci­chych tęsk­no­tach, w tym, jak re­agu­je­my na naj­prost­sze ge­sty i sło­wa. W dzie­ci­ństwie tkwi esen­cja na­szej ludz­kiej na­tu­ry, na­sza pier­wot­na siła i kru­cho­ść, któ­re two­rzą na­szą wy­jąt­ko­wą hi­sto­rię.

Ka­żdy po­wrót do dzie­ci­ństwa jest jak od­kry­wa­nie mapy, któ­ra pro­wa­dzi nas do ko­rze­ni na­szych pra­gnień i lęków. To tam, w tych pierw­szych la­tach, znaj­du­ją się od­po­wie­dzi na wie­le z na­szych dzi­siej­szych py­tań, któ­re po­zwa­la­ją nam zro­zu­mieć, za­ak­cep­to­wać i być może uzdro­wić to, co wci­ąż w nas tkwi.

W tych po­wro­tach do dzie­ci­ństwa to wła­śnie mat­ka zaj­mu­je miej­sce cen­tral­ne, jest ni­czym sło­ńce w ukła­dzie pla­ne­tar­nym na­szych wspo­mnień. Jej obec­no­ść – czy to cie­pła i ko­jąca, czy też chłod­na i zdy­stan­so­wa­na – kszta­łtu­je nasz świa­to­po­gląd, wpły­wa na spo­sób, w jaki po­strze­ga­my sie­bie i in­nych. W oczach mat­ki, jak w lu­strze, wi­dzi­my od­bi­cie na­sze­go wła­sne­go ja, od­bi­cie, któ­re kszta­łtu­je się już od pierw­szych chwil ży­cia.

Po­wro­ty do dzie­ci­ństwa często pro­wa­dzą nas właś­nie do tych chwil, w któ­rych mat­ka była naj­bli­żej – lub naj­da­lej. To ona była świad­kiem na­szych pierw­szych kro­ków, słu­chacz­ką na­szych pierw­szych słów, uczest­nicz­ką na­szych pierw­szych od­kryć. To jej re­ak­cje, jej sło­wa za­pa­mi­ętu­je­my przede wszyst­kim.

Mat­ka to pierw­sza mi­ło­ść, pierw­sze roz­cza­ro­wa­nie, pierw­sza wal­ka o ak­cep­ta­cję. W jej spoj­rze­niu szu­ka­li­śmy apro­ba­ty, w jej sło­wach na­dziei, w jej ra­mio­nach schro­nie­nia. Ka­żde sło­wo, ka­żdy gest ze stro­ny mat­ki no­si­ły w so­bie ci­ężar zna­cze­nia. Z bie­giem lat może się on po­głębiać lub prze­kszta­łcać, ale ni­g­dy nie za­ni­ka.

Pod­czas po­wro­tów do dzie­ci­ństwa mat­ka sta­je się klu­czem do zro­zu­mie­nia wie­lu nie­wia­do­mych na­szej oso­bo­wo­ści. Bo to ona na­uczy­ła nas ko­chać, bać się, wal­czyć o sie­bie lub się pod­da­wać. To ona po­ka­za­ła nam mi­ło­ść lub obo­jęt­no­ść, le­czy­ła lub roz­dra­py­wa­ła rany.

Cza­sa­mi te po­wro­ty są bo­le­sne, in­nym ra­zem przy­no­szą uko­je­nie. Nie­za­le­żnie jed­nak od tego, ja­kie uczu­cia wzbu­dza­ją w nas wspo­mnie­nia o mat­ce, jed­no jest pew­ne: są one nie­odłącz­ną częścią na­szej hi­sto­rii, a w po­wro­tach do dzie­ci­ństwa za­wsze zaj­mu­je ona miej­sce szcze­gól­ne.

I ka­żda z nas prędzej czy pó­źniej od­po­wia­da so­bie na py­ta­nie – dla­cze­go je­stem, jaka je­stem.

Udu­pio­ne przez mat­ki opo­wia­da losy ko­biet, któ­re no­szą w so­bie ci­ężar mat­czy­nych ocze­ki­wań, nie­spe­łnio­nych am­bi­cji i nie­wy­po­wie­dzia­nych ża­lów. Przy­bli­ża ży­cie w cie­niu ogrom­nej, nie­ustan­nie za­ci­śni­ętej dło­ni, któ­ra za­miast pro­wa­dzić, za­ci­ska się co­raz moc­niej, od­bie­ra­jąc prze­strzeń do od­dy­cha­nia, do by­cia sobą. Ży­cie, w któ­rym ka­żdy krok jest jak stąpa­nie po cien­kiej, kru­chej ta­fli lodu, w któ­rym mat­ka, za­miast być opo­ką, sta­je się wiecz­nym sędzią, wy­ro­ku­jącym, co jest wła­ści­we, a co nie, w któ­rym do­ro­słe cór­ki, choć daw­no już opu­ści­ły ro­dzin­ny dom, wci­ąż czu­ją się z nim zwi­ąza­ne nie­wi­dzial­nym sznu­rem, nie­po­zwa­la­jącym im w pe­łni do­świad­czyć wol­no­ści i ra­do­ści. Czu­ją się tak, jak­by były uwi­ęzio­ne w klat­ce zbu­do­wa­nej z mat­czy­nych słów, spoj­rzeń i ge­stów, któ­re ci­ągną w dół, nie po­zwa­la­jąc roz­wi­nąć skrzy­deł.

Matki rywalizujące

Wy­obraź so­bie małą dziew­czyn­kę.

Ma na imię Ja­go­da i ko­cha ró­żo­wy ko­lor.

I ma sze­ść lat, kie­dy po raz pierw­szy sły­szy, jak mat­ka wy­po­wia­da się o niej z dumą.

– Moja mała dama – mó­wi­ła zna­jo­mym, ści­ska­jąc rękę cór­ki, jak­by Ja­go­da była tro­feum, któ­re mo­żna po­ka­zać świa­tu.

Mat­ka mia­ła na so­bie ja­sno­zie­lo­ną suk­nię, a wło­sy uło­ży­ła w ele­ganc­kie fale, któ­re spły­wa­ły na ra­mio­na. Przy­ci­ąga­ła wzrok wszyst­kich obec­nych, ale tego dnia szcze­gól­nie eks­po­no­wa­ła swo­ją cór­kę. Ja­go­da czu­ła się wte­dy wy­jąt­ko­wa, tak bar­dzo, jak ni­g­dy wcze­śniej. Ka­żdy uśmiech mat­ki, ka­żdy gest skie­ro­wa­ny w jej stro­nę spra­wiał, że mała dziew­czyn­ka czu­ła się wi­dzia­na. Tego dnia uwie­rzy­ła, że by­cie „małą damą” to coś, co ma ogrom­ne zna­cze­nie. Prze­si­ąkła tym uczu­ciem.

Mat­ka Ja­go­dy była oso­bą, któ­rej wy­gląd za­wsze przy­ci­ągał uwa­gę. Jej per­fek­cyj­nie do­pa­so­wa­ne su­kien­ki, smu­kłe dło­nie z ide­al­nie po­ma­lo­wa­ny­mi pa­znok­cia­mi, sta­ran­nie wy­ko­na­ny ma­ki­jaż – to wszyst­ko skła­da­ło się na ob­raz, któ­ry Ja­go­da po­dzi­wia­ła. Jako mała dziew­czyn­ka spo­gląda­ła na mat­kę z pe­łnym uwiel­bie­niem. Chcia­ła być taka sama, no­sić po­dob­ne su­kien­ki, ukła­dać wło­sy w po­dob­ne fale, pra­gnęła, by mat­ka pa­trzy­ła na nią tak, jak pa­trzy­ła na sie­bie samą w lu­strze – z dumą i za­chwy­tem. Cza­sem pod­kra­da­ła ma­mie ubra­nia z sza­fy i za­kła­da­ła buty na wy­so­kim ob­ca­sie. Pod­no­si­ła wy­so­ko gło­wę i na­le­wa­ła soku do por­ce­la­no­wej fi­li­żan­ki. Faj­nie było być ele­ganc­ką, pi­ęk­ną mamą.

Kie­dy Ja­go­da mia­ła dwa­na­ście lat, jej cia­ło za­częło się zmie­niać. Mat­ka, któ­ra jesz­cze nie­daw­no ukła­da­ła jej wło­sy z tro­ską, te­raz prze­sta­ła ją za­uwa­żać. A może za­uwa­ża­ła aż za bar­dzo?

– Nie garb się tak – mó­wi­ła, gdy tyl­ko Ja­go­da pró­bo­wa­ła sta­nąć przed lu­strem. – Ci­ągle ten sam sta­ry swe­ter? Nie mo­żesz za­ło­żyć cze­goś bar­dziej dziew­częce­go? Dziec­ko, spójrz tyl­ko na sie­bie, wy­glądasz, jak­by cię ktoś pod­rzu­cił do na­szej ro­dzi­ny.

Ja­go­da nie wie­dzia­ła, skąd to się wzi­ęło, ale na­gle ka­żdy jej ruch wy­da­wał się mat­ce nie­wła­ści­wy. Ka­żde spoj­rze­nie w lu­stro, ka­żdy uśmiech – wszyst­ko, co wcześ­niej bu­dzi­ło jej apro­ba­tę, te­raz ją dra­żni­ło.

– Po­win­naś bar­dziej dbać o skó­rę – mó­wi­ła mat­ka, pa­trząc z uko­sa na twarz cór­ki, któ­ra za­częła po­kry­wać się mło­dzie­ńczym trądzi­kiem.

Mat­ka mia­ła ide­al­ną cerę, bez jed­nej zmarszcz­ki. Ja­go­da czu­ła, że co­kol­wiek by zro­bi­ła, ni­g­dy nie do­rów­na tej do­sko­na­ło­ści. Nie umia­ła so­bie z tym ra­dzić, tym bar­dziej że prze­cież jesz­cze do nie­daw­na mat­ka była z niej dum­na. Co się na­gle sta­ło?

Pew­ne­go dnia, gdy szły ra­zem na spo­tka­nie ro­dzin­ne, Ja­go­da wło­ży­ła su­kien­kę, któ­rą do­sta­ła na uro­dzi­ny. Su­kien­ka była czer­wo­na, z de­li­kat­nie opa­da­jący­mi na ra­mio­na fal­ban­ka­mi. Za­ło­ży­ła do niej de­li­kat­ny pe­re­łko­wy na­szyj­nik i ciem­ne pan­to­fle na nie­wiel­kim ob­ca­sie. Wy­da­wa­ło jej się, że wy­gląda do­brze. Ale mat­ka spoj­rza­ła na nią i na chwi­lę za­ma­rła, a po­tem przez jej cia­ło prze­szły dresz­cze, zu­pe­łnie jak­by coś w niej się obu­dzi­ło, coś dzi­kie­go i gniew­ne­go.

– Ta su­kien­ka cię przy­tła­cza – po­wie­dzia­ła w ko­ńcu, prze­ci­ąga­jąc sło­wa. – Nie je­steś jesz­cze go­to­wa na taki ko­lor. Wy­glądasz jak prze­bie­ra­niec.

Ja­go­da po­czu­ła, jak­by ktoś wy­lał na nią ku­beł zim­nej wody. Spoj­rza­ła na sie­bie w lu­strze, za­sta­na­wia­jąc się, czy rze­czy­wi­ście coś jest nie tak. Ale nie mo­gła tego do­strzec. Było w niej coś, co mat­ka wi­dzia­ła, a cze­go Ja­go­da nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć. Tam­te­go dnia czer­wo­na su­kien­ka wró­ci­ła na dno sza­fy i Ja­go­da ni­g­dy wi­ęcej jej nie za­ło­ży­ła.

Mat­ka była za­zdro­sna. Oczy­wi­ście ni­g­dy tego nie po­wie­dzia­ła, bo w jej świe­cie za­zdro­ść sta­no­wi­ła ozna­kę sła­bo­ści, a ona ucho­dzi­ła prze­cież za ko­bie­tę sil­ną. Ale Ja­go­da czu­ła to w ka­żdym mo­men­cie, kie­dy mat­ka wcho­dzi­ła do po­ko­ju. To ona za­wsze mu­sia­ła być w cen­trum uwa­gi, za­wsze naj­pi­ęk­niej­sza, naj­moc­niej przy­ci­ąga­jąca spoj­rze­nia in­nych. Te­raz, kie­dy Ja­go­da za­czy­na­ła doj­rze­wać, jej mat­ka nie mo­gła znie­ść, że ta mło­da ko­bie­ta, któ­ra kie­dyś była jej małą dziew­czyn­ką, sta­je się kimś nie­za­le­żnym, kimś, kto może przy­ci­ągnąć uwa­gę in­nych, kto może ze­pchnąć ją na dru­gi plan.

Pew­ne po­po­łud­nie szcze­gól­nie utkwi­ło Ja­go­dzie w pa­mi­ęci. Sie­dzia­ły wte­dy przy sto­le pod­czas ro­dzin­ne­go obia­du. Mat­ka mia­ła na so­bie nową su­kien­kę – je­dwab­ną, w ko­lo­rze głębo­kie­go gra­na­tu, ide­al­nie pod­kre­śla­jącą jej smu­kłą syl­wet­kę. Ja­go­da, ubra­na w zwy­kły po­pie­la­ty T-shirt i je­an­sy, czu­ła się nie­wi­docz­na. W pew­nym mo­men­cie ktoś z ro­dzi­ny po­wie­dział:

– Ja­go­da, jaka ty je­steś ślicz­na! Co­raz bar­dziej przy­po­mi­nasz swo­ją mamę.

Mat­ka uśmiech­nęła się wte­dy z wiel­kim przy­mu­sem i wy­gląda­ła ra­czej tak, jak­by ktoś wła­śnie ją spo­licz­ko­wał.

– No nie wiem – ode­zwa­ła się, mru­żąc oczy. – Ja w jej wie­ku chy­ba wy­gląda­łam znacz­nie le­piej.

Jej sło­wa, wy­po­wie­dzia­ne niby żar­tem, ude­rzy­ły Ja­go­dę. Zno­wu od­nio­sła wra­że­nie, że co­kol­wiek by zro­bi­ła, ni­g­dy nie do­rów­na mat­ce. I że na­wet nie po­win­na pró­bo­wać.

Z bie­giem lat Ja­go­da co­raz bar­dziej od­da­la­ła się od mat­ki. Ka­żdą ich roz­mo­wę wy­pe­łnia­ły sub­tel­ne przy­ty­ki, któ­re choć ukry­te za ma­ską uprzej­mo­ści, tra­fia­ły cel­nie i bo­le­śnie. Mat­ka nie mo­gła znie­ść, że jej cór­ka do­ra­sta, że sta­je się kimś, kto jej w ja­ki­mś sen­sie za­gra­ża. Nie mo­gła znie­ść, że ktoś może zo­ba­czyć w Ja­go­dzie mło­do­ść, któ­rą ona sama tra­ci­ła z ka­żdym dniem.

W ko­ńcu dziew­czy­na na­uczy­ła się, że w tym domu nie ma miej­sca dla dwóch ko­biet, któ­re mo­gły­by jed­no­cze­śnie błysz­czeć. I choć ni­g­dy tego nie po­wie­dzia­ła gło­śno, wie­dzia­ła, że to, co łączy ją z mat­ką, to nie mi­ło­ść, ale ci­cha ry­wa­li­za­cja – i w ża­den spo­sób nie mo­gła tego zro­zu­mieć.

Ja­go­da mia­ła osiem­na­ście lat, kie­dy po raz pierw­szy przy­pro­wa­dzi­ła Pa­wła do domu. Nie­wy­so­ki, uro­czy chło­pak o ciem­nych wło­sach, z nie­co nie­śmia­łym uśmie­chem. W jego spoj­rze­niu było jed­nak coś, co spra­wia­ło, że dziew­czy­na czu­ła się przy nim bez­piecz­nie. Chcia­ło jej się śmiać, ta­ńczyć, uno­sić nad zie­mią. Pa­weł był jej pierw­szą mi­ło­ścią, pierw­szym chło­pa­kiem, przed któ­rym mo­gła być sobą – bez tego wiecz­ne­go ci­ęża­ru po­rów­nań, bez stra­chu, że zro­bi coś nie tak. Tego dnia, kie­dy za­pro­si­ła go na obiad, czu­ła dziw­ne na­pi­ęcie, coś w ro­dza­ju pod­skór­ne­go nie­po­ko­ju. Może to był strach, może in­tu­icja, a może tyl­ko nie­po­trzeb­ny stres.

Pa­weł przy­wió­zł dwa bu­kie­ty róż, czer­wo­nych i bia­łych. Na ich wi­dok Ja­go­da cała się roz­pro­mie­ni­ła. Mat­ka, wi­dząc kwia­ty, uśmiech­nęła się sze­ro­ko. Ja­go­dzie to wy­star­czy­ło, by zro­zu­mieć, że to uśmiech pe­łen po­zo­rów, jak­by spod ma­secz­ki za­chwy­tu prze­bi­ja­ła się ja­kaś głęb­sza nuta – nuta iry­ta­cji. Gdy tyl­ko Pa­weł znik­nął w ła­zien­ce, mat­ka zwró­ci­ła się do Ja­go­dy z te­atral­nie unie­sio­ną brwią:

– Mam na­dzie­ję, że zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że ogrom­ne bu­kie­ty kwia­tów wca­le nie mu­szą ozna­czać wiel­kiej mi­ło­ści.

Ja­go­da wes­tchnęła. Przy­wy­kła do drob­nych przy­ty­ków mat­ki, ale wci­ąż ją bo­la­ły. Sta­ra­ła się zi­gno­ro­wać sło­wa mat­ki, lecz wbi­ja­ły się one w jej skó­rę jak igły.

– Dla­cze­go mi to mó­wisz? – spy­ta­ła ci­cho.

– Bo le­piej jest twar­do stąpać po zie­mi, niż bu­jać w obło­kach.

Pod­czas obia­du mat­ka była wy­jąt­ko­wo roz­mow­na. Opo­wia­da­ła o swo­ich pod­ró­żach, o lu­dziach, któ­rych zna­ła, i o suk­ce­sach, któ­re od­no­si­ła w mło­do­ści. Ja­go­da sie­dzia­ła w mil­cze­niu, czu­jąc, jak po­wo­li za­ni­ka. Mat­ka mó­wi­ła o so­bie z ta­kim za­pa­łem, że Pa­weł pa­trzył na nią z nie­ukry­wa­nym po­dzi­wem. Ja­go­da z bó­lem ser­ca wi­dzia­ła, jak jej mat­ka znów znaj­du­je się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia. Jak z ka­żdym ko­lej­nym zda­niem za­bie­ra jej co­raz wi­ęcej prze­strze­ni, jak­by mia­ła mo­no­pol na całą uwa­gę wszyst­kich ze­bra­nych.

Po obie­dzie Ja­go­da wy­szła na chwi­lę do ogro­du, by zła­pać od­dech. Kie­dy wró­ci­ła do domu, usły­sza­ła, jak mat­ka roz­ma­wia z Pa­włem w sa­lo­nie. Sta­nęła w pro­gu, nie chcąc prze­szka­dzać. Sło­wa mat­ki szyb­ko spra­wi­ły, że ser­ce za­częło jej dud­nić w pier­siach.

– Ja­go­da za­wsze była tro­chę nie­zdar­na, wiesz? – mó­wi­ła mat­ka, uśmie­cha­jąc się z lek­ko­ścią. – To miłe, że jej po­ma­gasz, bo ona cza­sa­mi po­trze­bu­je ko­goś, kto by ją po­pchnął do dzia­ła­nia. Jest dość le­ni­wa i pew­nie nie­wie­le w ży­ciu osi­ągnie. Ale poza tym to miła dziew­czy­na.

Ja­go­da za­ci­snęła pi­ęści. Zer­k­nęła na Pa­wła, któ­ry sie­dział lek­ko za­kło­po­ta­ny, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć, i do­strze­gła w jego oczach cień wąt­pli­wo­ści. Nie po­wie­dział nic, lecz to wy­star­czy­ło. Mat­ka tym­cza­sem kon­ty­nu­owa­ła swo­ją opo­wie­ść, sku­pia­jąc się głów­nie na swo­ich osi­ąg­ni­ęciach. Nie omiesz­ka­ła też wspo­mnieć, że była naj­pi­ęk­niej­szą dziew­czy­ną w mie­ście. Ja­go­da sta­ła w pro­gu, czu­jąc, jak na­ra­sta w niej gniew. Z ka­żdym ko­lej­nym sło­wem mat­ki od­no­si­ła wra­że­nie, że coś w niej pęka, coś się roz­sy­pu­je.

Kie­dy Pa­weł wy­sze­dł, nie wy­trzy­ma­ła. Po­de­szła do mat­ki, któ­ra ukła­da­ła so­bie wło­sy przed lu­strem w ko­ry­ta­rzu.

– Dla­cze­go to ro­bisz? – za­py­ta­ła, a jej głos drżał.

Mat­ka od­wró­ci­ła się po­wo­li, z lek­ko za­sko­czo­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– Co ro­bię? – za­py­ta­ła, jak­by nie wie­dzia­ła, o co cho­dzi.

– Za­wsze mu­sisz umniej­szać moją war­to­ść, spra­wiać, że czu­ję się gor­sza. Dla­cze­go? – Ja­go­da pod­nio­sła głos, cze­go wcze­śniej nie zro­bi­ła.

Mat­ka spoj­rza­ła na nią chłod­no.

– Nie dra­ma­ty­zuj. Po pro­stu chcę, że­byś była świa­do­ma swo­ich sła­bo­ści. To dla two­je­go do­bra.

Ja­go­da po­czu­ła, jak­by cała krew od­pły­nęła jej z cia­ła. Za­wsze to samo – ra­ni­ące sło­wa, po­gar­dli­we uśmiesz­ki, drob­ne uszczy­pli­wo­ści spra­wia­jące, że czu­ła się co­raz bar­dziej nie­wi­docz­na.

Tej nocy, le­żąc w swo­im po­ko­ju, my­śla­ła o Paw­le. O tym, jak swo­bod­nie czu­ła się przy nim. My­śla­ła, że wresz­cie zna­la­zła ko­goś, kto wi­dzi ją taką, jaka jest na­praw­dę. Ale te­raz nie mia­ła już tej pew­no­ści. Mat­ka za­wsze po­tra­fi­ła za­szcze­pić w niej wąt­pli­wo­ści, spra­wić, że na­wet to, co wy­da­wa­ło się sta­bil­ne, na­gle za­czy­na­ło się roz­my­wać.

Kil­ka mie­si­ęcy pó­źniej prze­ko­na­ła się po raz ko­lej­ny, że ktoś, kto po­wi­nien ją ko­chać, wspie­rać i za­wsze sta­wać po jej stro­nie, robi wszyst­ko, by cier­pia­ła.

To był sierp­nio­wy wto­rek. Cie­pły, sło­necz­ny, nie­mal ide­al­ny. Ja­go­da nie mo­gła uwie­rzyć w swo­je szczęście. Do­sta­ła pro­po­zy­cję pra­cy jako mo­del­ka do pre­sti­żo­we­go ka­len­da­rza, któ­ry wy­da­wa­no co roku w jej mie­ście. Fo­to­graf za­pro­po­no­wał jej zdjęcie wrze­śnio­we. Mia­ła stać w bia­łej su­kien­ce na wrzo­so­wi­skach i pa­trzeć w dal. Może nie było w tym nic wy­jąt­ko­we­go, może na­wet ocie­ra­ło się o kicz, ale ona ni­g­dy wcze­śniej nie sądzi­ła, że mo­gła­by się zna­le­źć w cen­trum ta­kie­go za­in­te­re­so­wa­nia. Cały wie­czór spędzi­ła na roz­my­śla­niach o tym, jak po­zo­wać, jak się za­cho­wy­wać, żeby wy­pa­ść jak naj­le­piej. W ko­ńcu ta­kiej szan­sy nie mo­gła prze­ga­pić.

Kie­dy tyl­ko wró­ci­ła do domu, z wy­pie­ka­mi na twa­rzy opo­wie­dzia­ła o wszyst­kim mat­ce.

– Do­sta­łam pro­po­zy­cję pra­cy jako mo­del­ka do ka­len­da­rza! Będę dziew­czy­ną wrze­śnia, zdjęcia za ty­dzień. Czy to nie cu­dow­ne?

Mat­ka spoj­rza­ła na nią, za­trzy­mu­jąc na chwi­lę nóż nad de­ską do kro­je­nia. Jej oczy prze­śli­zgnęły się po twa­rzy Ja­go­dy, a na ustach po­ja­wił się ten od­ru­cho­wy uśmiech, któ­ry Ja­go­da tak do­brze zna­ła, a o któ­rym nie chcia­ła te­raz my­śleć.

– To świet­na wia­do­mo­ść – ode­zwa­ła się mat­ka, wy­cie­ra­jąc ręce. – Na­praw­dę, gra­tu­lu­ję. Cie­szę się, że ktoś wresz­cie do­strze­gł two­je mo­żli­wo­ści.

Ja­go­da była zbyt szczęśli­wa, żeby się za­sta­na­wiać nad to­nem, ja­kim mat­ka to po­wie­dzia­ła. Nie chcia­ła do­szu­ki­wać się dru­gie­go dna, nie chcia­ła psuć so­bie ra­do­ści.

– Dzi­ęku­ję, mamo – uśmiech­nęła się tyl­ko, pró­bu­jąc się przy­tu­lić do mat­ki.

Może w ko­ńcu mama na­praw­dę cie­szy­ła się z jej suk­ce­su? Może to był ten mo­ment, w któ­rym wresz­cie sta­ną po tej sa­mej stro­nie?

Na­stęp­ne­go dnia Ja­go­da ode­bra­ła te­le­fon.

– Cze­ść, z przy­kro­ścią mu­szę cię po­in­for­mo­wać, że zmie­ni­ły się pla­ny. – Głos w słu­chaw­ce brzmiał uprzej­mie, ale chłod­no. – Nie­ste­ty, nie mo­że­my kon­ty­nu­ować wspó­łpra­cy. Wczo­raj wie­czo­rem otrzy­ma­łem in­for­ma­cję, że je­steś cho­ra. Bar­dzo mi przy­kro, ale będzie­my mu­sie­li zna­le­źć ko­goś in­ne­go na two­je miej­sce.

Ja­go­da po­czu­ła, jak zie­mia usu­wa jej się spod stóp.

– Cho­ra? – za­py­ta­ła zszo­ko­wa­na. – Ale prze­cież nic mi nie jest.

– Two­ja mama uprze­dzi­ła mnie, że będziesz pró­bo­wa­ła to za­ta­ić. Ale z ner­ka­mi nie ma żar­tów. Dia­li­zy są wa­żniej­sze od ja­kich­kol­wiek zdjęć. Trzy­maj się.

Ja­go­da za­mknęła oczy. Była zbyt wstrząśni­ęta, żeby co­kol­wiek po­wie­dzieć. Od­kła­da­jąc słu­chaw­kę, tra­ci­ła od­dech. Jak­by za chwi­lę mia­ła znik­nąć.

Usły­sza­ła, że mat­ka jest w sy­pial­ni. Po­szła tam, a po­tem sta­nęła przed nią i po­pa­trzy­ła jej pro­sto w oczy.

– Dla­cze­go to zro­bi­łaś? – za­py­ta­ła ci­cho, ale jej głos drżał z emo­cji.

Mat­ka unio­sła wzrok znad ksi­ążki i przy­bra­ła nie­win­ną minę.

– O czym ty mó­wisz?

– Dzwo­ni­łaś do fo­to­gra­fa. Po­wie­dzia­łaś mu, że cho­ru­ję na ner­ki. Dla­cze­go?

Mat­ka zsu­nęła oku­la­ry na czu­bek nosa i wes­tchnęła, jak­by mia­ła przed sobą małe dziec­ko, któ­re wy­ma­ga wy­ja­śnie­nia pro­stych rze­czy.

– To tyl­ko dla two­je­go do­bra. Ten ka­len­darz nie jest dla cie­bie. Nie chcia­łam, że­byś się roz­cza­ro­wa­ła, gdy­by coś po­szło nie tak. Poza tym sama się za­sta­nów. Dziew­czy­na wrze­śnia? Chcesz wi­sieć na ścia­nie w warsz­ta­tach sa­mo­cho­do­wych, żeby ja­cyś fa­ce­ci śli­ni­li się na twój wi­dok?

Ja­go­da po­czu­ła się tak, jak­by ktoś zgnió­tł jej ser­ce. Chwy­cił je w dło­nie i zdu­sił. Do­ta­rło do niej, że mat­ka ni­g­dy, prze­nig­dy nie po­zwo­li na to, aby jej cór­ka sta­ła się kimś wi­ęcej niż ona sama. I że tę cho­rą więź po pro­stu trze­ba prze­rwać.

W wie­ku dzie­wi­ęt­na­stu lat Ja­go­da wy­pro­wa­dzi­ła się z domu.

W., 47 lat

Nie wie­dzia­łam, że kie­dy­kol­wiek zdo­będę się na na­pi­sa­nie tego li­stu. Przez lata wsty­dzi­łam się tego, co czu­ję w zwi­ąz­ku z moją mat­ką. W ko­ńcu prze­cież to ona dała mi ży­cie, wy­cho­wa­ła mnie, więc po­win­nam być wdzi­ęcz­na, praw­da? Pro­blem po­le­ga na tym, że za­miast wspar­cia, do­sta­wa­łam coś zu­pe­łnie in­ne­go.

Mat­ka ni­g­dy nie po­tra­fi­ła znie­ść tego, że od­nio­słam suk­ces. Ka­żda roz­mo­wa, ka­żde sło­wo przy­po­mi­na­ło mi, że ni­g­dy nie będę dla niej wy­star­cza­jąco do­bra. Kie­dy sko­ńczy­łam stu­dia i do­sta­łam pra­cę w du­żej kan­ce­la­rii, dała mi do zro­zu­mie­nia, że to nic ta­kie­go.

„No tak, do­sta­łaś tę pra­cę, ale zo­ba­czy­my, jak dłu­go tam wy­trzy­masz”, po­wie­dzia­ła, kie­dy z en­tu­zja­zmem opo­wia­da­łam jej o pierw­szym dniu w biu­rze. To zda­nie dźwi­ęczy w mo­jej gło­wie do dziś. My­śla­łam, że zdo­by­cie wy­kszta­łce­nia i do­bre­go sta­no­wi­ska w ko­ńcu spra­wi, że ona będzie ze mnie dum­na, że zy­ska­łam to, cze­go jej sa­mej nie uda­ło się osi­ągnąć. Za­miast tego zo­ba­czy­łam w jej oczach chłód i dy­stans, któ­ry na­ra­stał z ka­żdym moim suk­ce­sem.

Ostat­nio pod­czas ro­dzin­nej ko­la­cji ktoś za­py­tał mnie o pra­cę, a mat­ka na­tych­miast wtrąci­ła: „Te­raz to wszyst­kie dziew­czy­ny chcą być wiel­ki­mi sze­fo­wy­mi, a za­po­mi­na­ją, że w ży­ciu li­czy się też dom i ro­dzi­na”. Nikt tego nie sko­men­to­wał, ale ja czu­łam się tak, jak­by ktoś wy­lał na mnie ku­beł zim­nej wody.

Naj­bar­dziej boli świa­do­mo­ść, że ona ni­g­dy nie po­zwo­li mi być sobą, bo dla niej za­wsze będę kon­ku­ren­cją, kimś, kto za­bie­ra jej uwa­gę. I wiem, że nie jest to coś, co ła­two na­pra­wić. W jej oczach za­wsze będzie ta ci­cha ry­wa­li­za­cja, to nie­ustan­ne po­rów­ny­wa­nie się. Ni­g­dy nie zro­zu­miem, dla­cze­go moja wła­sna mat­ka nie po­tra­fi po pro­stu cie­szyć się z mo­je­go szczęścia.

Pi­szę ten list, bo mu­szę to w ko­ńcu po­wie­dzieć gło­śno. Może po to, by prze­stać szu­kać w niej tej dumy i ak­cep­ta­cji, któ­rej nie po­tra­fi mi dać. Chcę na­uczyć się żyć bez tego, co po­win­no być oczy­wi­ste w re­la­cji mat­ka–cór­ka. Bo te­raz wiem, że w tej ry­wa­li­za­cji, któ­rą ona pro­wa­dzi, ja nie mu­szę brać udzia­łu.

B., 60 lat

Mam 60 lat, a mimo to wci­ąż w mo­jej pa­mi­ęci po­ja­wia­ją się ob­ra­zy z dzie­ci­ństwa, któ­re do dziś nie dają mi spo­ko­ju. Przez wie­le lat za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go moja wła­sna mat­ka nie mo­gła znie­ść tego, że by­łam bli­ska ojcu, że to ja by­łam jego „oczkiem w gło­wie”. Wy­da­wa­ło­by się, że dla mat­ki po­win­no być to na­tu­ral­ne – ra­do­ść z tego, że dziec­ko jest ko­cha­ne i do­ce­nia­ne. A jed­nak u nas było zu­pe­łnie ina­czej.

Od­kąd tyl­ko pa­mi­ętam, mat­ka pró­bo­wa­ła umniej­szać moją war­to­ść. Za­wsze sta­ra­ła się pod­wa­żyć wszyst­ko, co zro­bi­łam, zwłasz­cza przy ojcu. Kie­dy jako dziew­czyn­ka przy­no­si­łam ry­su­nek, rzu­ca­ła od nie­chce­nia: „Mo­głaś się bar­dziej po­sta­rać”. A kie­dy do­sta­łam do­bre oce­ny w szko­le, stwier­dza­ła: „Pew­nie na­uczy­ciel miał dziś do­bry hu­mor”. Oj­ciec za­wsze sta­rał się mnie bro­nić, sta­wał po mo­jej stro­nie, ale to tyl­ko bar­dziej za­ognia­ło sy­tu­ację. Czu­łam, że mat­ka robi wszyst­ko, by znisz­czyć ten ob­raz mnie, któ­ry oj­ciec no­sił w so­bie – jak­by jego mi­ło­ść do mnie była czy­mś nie­do­brym.

Cier­pia­łam z tego po­wo­du la­ta­mi. Przez wi­ęk­szo­ść ży­cia nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­cze­go mat­ka, któ­ra prze­cież po­win­na mnie ko­chać, czu­ła po­trze­bę ta­kie­go po­stępo­wa­nia. Kie­dy by­łam młod­sza, my­śla­łam, że może nie je­stem wy­star­cza­jąco do­bra, że coś ro­bię nie tak, sko­ro ona jest wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­na. Pró­bo­wa­łam jej do­go­dzić, ale bez re­zul­ta­tu. Wszyst­ko, co ro­bi­łam, było albo zbyt sła­be, albo ca­łko­wi­cie nie­po­trzeb­ne.

Do­pie­ro te­raz, po tylu la­tach, za­czy­nam ro­zu­mieć, że to nie ja sta­no­wi­łam pro­blem. To tkwi­ące w niej lęki i za­zdro­ść po­wo­do­wa­ły, że nie po­tra­fi­ła znie­ść mo­jej bli­sko­ści z oj­cem. Jak­by się bała, że stra­ci coś, co na­le­ży się tyl­ko jej – jego uwa­gę. To prze­ra­ża­jące uczu­cie – być do­ra­sta­jącą dziew­czyn­ką i nie móc li­czyć na wspar­cie mat­ki, bo co­kol­wiek ro­bi­łam, sta­wa­ło się po­wo­dem do ry­wa­li­za­cji.

Dziś, kie­dy pa­trzę na swo­je dzie­ci i wnu­ki, za­sta­na­wiam się, jak mo­żna być tak za­śle­pio­nym. Ni­g­dy w pe­łni nie zro­zu­miem tego, co kie­ro­wa­ło moją mat­ką, ale wiem jed­no – wy­rządzi­ła mi tym dużo krzyw­dy.

Te­raz żyję swo­im ży­ciem, ale tam­ta rana ci­ągle we mnie jest. Na­uczy­łam się z nią żyć, lecz to nie zna­czy, że prze­sta­ła bo­leć. Taty już ze mną nie ma, ża­łu­ję, że ni­g­dy z nim o tym nie po­roz­ma­wia­łam. Z mamą uni­kam kon­tak­tów.

A., 32 lata

Za­nim sko­ńczy­łam dwa­na­ście lat, za­częłam two­rzyć li­stę za­ty­tu­ło­wa­ną „Rze­czy, któ­rych nie zro­bię, kie­dy będę mamą”. Moja cór­ka przy­szła na świat, gdy mia­łam 28 lat, i trzy­ma­łam się tej li­sty od po­cząt­ku. Za­sa­da nu­mer 1 brzmia­ła: „Ni­g­dy nie zlek­ce­wa­żę uczuć mo­jej cór­ki”. Za­sa­da nu­mer 2: „Ni­g­dy nie spra­wię, by czu­ła się źle”.

Obie były pro­ste do wdro­że­nia i na­dal ta­kie są. I to spra­wia, że je­stem wście­kła na to dziec­ko, któ­rym kie­dyś by­łam. Nie mia­łam po­jęcia, że gdy przy­szłam na świat, zo­sta­nę po­trak­to­wa­na przez swo­ją mat­kę jako ry­wal­ka w wal­ce o mi­ło­ść i uzna­nie. Ry­wa­li­za­cja oka­za­ła się za­żar­ta. Moja mat­ka i ja nie sta­ły­śmy po tej sa­mej stro­nie. Ona sa­bo­to­wa­ła mnie na ró­żne spo­so­by, a mi­ło­ść i wszyst­kie do­bre rze­czy w ży­ciu były to­wa­rem de­fi­cy­to­wym.

Kie­dy mia­łam dzie­wi­ęć lat, usły­sza­łam, jak ja­kaś ko­bie­ta po­wie­dzia­ła na an­te­nie w ra­diu, że wszyst­kie mat­ki ko­cha­ją swo­je dzie­ci i chcą dla nich lep­sze­go ży­cia, niż same mia­ły. Ten prze­kaz był dla mnie tak obcy, że na­tych­miast za­py­ta­łam moją mat­kę, czy to praw­da.

„Nie” – od­po­wie­dzia­ła ze śmie­chem.

„Nie chcesz, żeby moje ży­cie było ła­twiej­sze i lep­sze od two­je­go?” – za­py­ta­łam.

„Nie” – po­wie­dzia­ła z ra­do­ścią, któ­rą wi­dzia­łam za­wsze, gdy mo­gła mnie zra­nić.

Za ka­żdym ra­zem, gdy dzie­li­łam się trud­nym do­świad­cze­niem z mo­ich szkol­nych dni, mama mia­ła wi­ęcej hi­sto­rii – bar­dziej prze­ra­ża­jących i po­ni­ża­jących. Czu­łam się gor­sza i za­wsty­dzo­na, zmu­szo­na do tego, by ją po­cie­szać i umniej­szać war­to­ść swo­ich wła­snych prze­żyć. Mu­sia­łam być „wdzi­ęcz­na”, że moje trud­ne dni i zma­ga­nia nie są aż tak złe. Co­kol­wiek prze­szłam, na­zy­wa­ła to ni­czym w po­rów­na­niu z tym, co jej się przy­tra­fia­ło.

M., 39 lat

Je­stem już do­ro­sła, a wci­ąż trud­no mi za­po­mnieć o tym, jak upo­ka­rza­jące było do­ra­stać z mat­ką, któ­ra nie­ustan­nie ze mną ry­wa­li­zo­wa­ła, jak­by­śmy znaj­do­wa­ły się na ja­ki­mś polu bi­twy, gdzie staw­ką była uwa­ga chło­pa­ków, z któ­ry­mi się spo­ty­ka­łam. Naj­bar­dziej bo­la­ło mnie to, że moja mat­ka za­miast być dla mnie wspar­ciem, wcho­dzi­ła w rolę tro­chę star­szej ko­le­żan­ki i ka­za­ła mó­wić do sie­bie po imie­niu. Twier­dzi­ła, że tak jest „faj­niej”.

Pa­mi­ętam, że za­częło się to dość nie­win­nie, gdy by­łam jesz­cze na­sto­lat­ką. Przed ka­żdą rand­ką, kie­dy przy­go­to­wy­wa­łam się do wy­jścia, mat­ka nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wia­ła się w moim po­ko­ju i py­ta­ła o ka­żdy szcze­gół spo­tka­nia. Niby nic wiel­kie­go, ale po­tem, kie­dy przy­cho­dził chło­pak, na­gle mia­ła na so­bie coś, co na­tych­miast przy­ku­wa­ło uwa­gę wszyst­kich. Cho­dzi­ła bez sta­ni­ka, na­rzu­ca­ła na sie­bie lu­źne ko­szu­le, od­rzu­ca­ła wło­sy do tyłu, po­pra­wia­ła usta błysz­czy­kiem i chi­cho­ta­ła jak ja­kaś na­sto­lat­ka.

Na po­cząt­ku nie wie­dzia­łam, jak to od­bie­rać. By­łam za mło­da, żeby zro­zu­mieć, co się dzie­je. My­śla­łam, że może prze­sa­dzam, że to ja­kieś moje uro­je­nia, że prze­cież mat­ka nie mo­gła­by flir­to­wać z mo­imi chło­pa­ka­mi. Ale im by­łam star­sza, tym bar­dziej za­czy­na­łam do­strze­gać jej świa­do­mą, wy­ra­cho­wa­ną grę.

Ona nie tyl­ko wcho­dzi­ła w moje ży­cie rand­ko­we – ona do­słow­nie je przej­mo­wa­ła. Nie­jed­no­krot­nie, kie­dy za­pra­sza­łam chło­pa­ka do domu, za­miast po­zwo­lić nam po­być we dwo­je, przy­cho­dzi­ła do mnie do po­ko­ju i za­czy­na­ła roz­mo­wy, któ­re sta­wa­ły się co­raz bar­dziej oso­bi­ste. „Masz na­praw­dę świet­ne ra­mio­na, wiesz?” – mó­wi­ła, a ja sie­dzia­łam z na­ra­sta­jącym po­czu­ciem upo­ko­rze­nia. Pa­trze­nie, jak moja mat­ka w spo­sób wręcz na­chal­ny pró­bu­je zwró­cić na sie­bie uwa­gę, było kosz­ma­rem. Gdy tyl­ko ja­kiś mój ko­le­ga za­czął rzu­cać ukrad­ko­we spoj­rze­nia w stro­nę jej cia­ła, czu­łam, że tra­cę grunt pod no­ga­mi.

Naj­gor­sze jed­nak były te mo­men­ty, kie­dy bez cie­nia wsty­du prze­cha­dza­ła się po domu bez sta­ni­ka, w bluz­kach z ta­kim de­kol­tem, że mo­żna było zo­ba­czyć nie­mal wszyst­ko. Albo dla od­mia­ny za­kła­da­ła ob­ci­słe T-shir­ty, naj­chęt­niej tro­chę prze­zro­czy­ste. Uda­wa­ła, że wszyst­ko jest nor­mal­ne, że to ża­den pro­blem, ale w głębi du­szy wie­dzia­łam, że to był jej spo­sób na za­pre­zen­to­wa­nie się, na po­ka­za­nie, że może mnie przy­ćmić, że może być bar­dziej atrak­cyj­na niż ja. Była bar­dzo świa­do­ma swo­je­go wy­glądu, a ja – wte­dy mło­da i nie­pew­na sie­bie – czu­łam się przy niej co­raz mniej­sza.

Za­częłam uni­kać za­pra­sza­nia go­ści do domu. Wo­la­łam spo­ty­kać się gdzie­kol­wiek in­dziej, żeby nie pa­trzeć na tę pa­ro­dię re­la­cji mat­ka–cór­ka, w któ­rej za­miast nor­mal­no­ści była nie­ustan­na ry­wa­li­za­cja. Wsty­dzi­łam się. Jak mia­łam spoj­rzeć w oczy moim zna­jo­mym, kie­dy wi­dzia­łam, że w ja­kiś spo­sób ule­ga­ją jej flir­tom, na­wet nie­świa­do­mie?

Przez lata pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co nią kie­ro­wa­ło. Cza­sem my­ślę, że to była jej wła­sna de­spe­ra­cja – strach przed sta­ro­ścią, przed tym, że jej uro­da, na któ­rej bu­do­wa­ła całe swo­je po­czu­cie war­to­ści, prze­mi­ja. A ja, mło­da, z szan­są na mi­ło­ść, sta­łam się dla niej przy­po­mnie­niem o upły­wa­jącym cza­sie, czy­mś, cze­go nie mo­gła znie­ść.

To wpły­nęło na całe moje ży­cie. Do dziś, wcho­dząc w nowy zwi­ązek, czu­ję gdzieś w głębi lęk, że zno­wu po­ja­wi się ktoś, kto od­bie­rze mi to, co moje. Ry­wa­li­za­cja, któ­rą mat­ka stwo­rzy­ła, za­sia­ła we mnie ziar­no nie­pew­no­ści. Często się za­sta­na­wiam, jak wy­gląda­ły­by moje re­la­cje, gdy­by mat­ka za­cho­wy­wa­ła się ina­czej. Gdy­by była zwy­kłą, cie­płą mamą, za­miast lwi­cą wiecz­nie wal­czącą o uwa­gę mo­ich part­ne­rów.

Dziś mam 39 lat, a tam­te wspo­mnie­nia na­dal we mnie tkwią. Je­stem te­raz do­ro­słą ko­bie­tą, sta­ram się bu­do­wać swo­je ży­cie z dala od tych traum, od sa­mej mat­ki też. Wi­du­je­my się oka­zjo­nal­nie. Prze­ży­łam z nią bo­wiem wie­le chwil upo­ko­rze­nia, któ­rych nie ży­czy­ła­bym ni­ko­mu.

E., 43 lata

Opi­szę tyl­ko wy­ry­wek mo­je­go dzie­ci­ństwa. Coś, co boli do dziś. W spo­łe­cze­ństwie ob­se­syj­nie sku­pio­nym na wy­glądzie mówi się, że naj­gor­szą rze­czą, jaką mat­ka może zro­bić swo­jej cór­ce, jest wy­ty­ka­nie jej fi­zycz­nych nie­do­sko­na­ło­ści. Kie­dy prze­cho­dzi­łam przez okres doj­rze­wa­nia, to sta­no­wi­ło moją co­dzien­no­ść. Do­pie­ro dużo pó­źniej zro­zu­mia­łam, jak bar­dzo to było złe.

Moja mat­ka za­wsze nie­na­wi­dzi­ła mo­ich gęstych wło­sów i nie wa­ha­ła się po­wie­dzieć, że małe wło­ski ro­snące na moim czo­le upo­dab­nia­ją mnie do ma­łpy. Sama wy­da­wa­ła mnó­stwo pie­ni­ędzy na pro­duk­ty i za­bie­gi upi­ęk­sza­jące dla sie­bie, pod­czas gdy ja zma­ga­łam się z okrop­nym hor­mo­nal­nym trądzi­kiem tor­bie­lo­wa­tym. Mu­sia­łam bła­gać ją, żeby ku­pi­ła mi ko­sme­ty­ki do twa­rzy i po­zwo­li­ła pó­jść do der­ma­to­lo­ga. My­łam twarz ob­se­syj­nie, co po­wo­do­wa­ło za­czer­wie­nie­nie i stan za­pal­ny skó­ry, któ­ra była nie­rów­na i jed­no­cze­śnie pory w niej się za­ty­ka­ły. Pła­ka­łam, pro­sząc o wi­zy­tę u le­ka­rza. By­łam zde­spe­ro­wa­na i go­to­wa znie­ść pu­blicz­ne upo­ko­rze­nie wy­wo­ła­ne przez mat­kę, byle tyl­ko uzy­skać pro­fe­sjo­nal­ną po­moc.

Na­uczy­łam się, że nie mogę li­czyć na to, by mat­ka kie­dy­kol­wiek sta­nęła po mo­jej stro­nie. Ta ko­bie­ta za­wsze wo­la­ła pu­blicz­nie mnie upo­ko­rzyć, aby w ten spo­sób zdo­być sym­pa­tię i po­twier­dze­nie swo­jej war­to­ści. Te­raz, po upły­wie cza­su, do­my­ślam się, że przed­sta­wia­ła mnie w swo­ich opo­wie­ściach jako czar­ny cha­rak­ter i nie­wdzi­ęcz­ną cór­kę. Nie mo­głam li­czyć na ła­skę ani zro­zu­mie­nie ze stro­ny lu­dzi z jej oto­cze­nia.

Moje na­sto­let­nie ja praw­do­po­dob­nie podświa­do­mie to wie­dzia­ło, dla­te­go izo­la­cja i nad­mier­na nie­za­le­żno­ść sta­ły się mo­imi przy­ja­ció­łmi. Do dziś nie­na­wi­dzę kon­tak­tu z kim­kol­wiek z po­ko­le­nia mo­ich ro­dzi­ców.

 

Ja­go­da sta­ła przed lu­strem w swo­im biu­rze, po­pra­wia­jąc wło­sy. Mimo upły­wu tylu lat to lu­stro było jak po­wra­ca­jąca przy­po­wie­ść – ka­żde spoj­rze­nie przy­po­mi­na­ło jej tam­ten dzień, kie­dy mat­ka spoj­rza­ła na nią kry­tycz­nie i wy­po­wie­dzia­ła sło­wa o czer­wo­nej su­kien­ce.

W pra­cy Ja­go­da była zna­na jako oso­ba sta­now­cza, sku­tecz­na, ale i dość bez­względ­na. Jej biu­ro przy­po­mi­na­ło ste­ryl­ną klat­kę – mi­ni­ma­li­stycz­ne me­ble, zim­ne, ja­sne bar­wy, a na biur­ku ide­al­ny po­rządek. Była do­bra w swo­jej pra­cy. Za­wsze mu­sia­ła być naj­lep­sza. Tego na­uczy­ła ją mat­ka – mu­sisz być do­sko­na­ła, bo je­śli taka nie będziesz, ktoś inny cię za­stąpi.

Kie­dy kil­ka lat temu za­czy­na­ła pra­cę w agen­cji, po­ja­wi­ła się u nich Mo­ni­ka. Dziew­czy­na była in­te­li­gent­na, by­stra i mia­ła na­tu­ral­ną zdol­no­ść do zjed­ny­wa­nia so­bie lu­dzi. Przez pe­wien czas Ja­go­da my­śla­ła, że mogą się za­przy­ja­źnić. Na­wet czu­ła, że nie­ja­ko są po­krew­ny­mi du­sza­mi, ale po­tem coś za­częło ją nie­po­ko­ić. Mo­ni­ka za­częła od­no­sić suk­ce­sy. Klien­ci chwa­li­li jej po­my­sły, sze­fo­wie za­pra­sza­li ją na spo­tka­nia, na któ­re do tej pory wstęp mia­ła wy­łącz­nie Ja­go­da. Wszyst­ko za­czy­na­ło wy­glądać tak, jak­by nowa mia­ła prze­jąć jej po­zy­cję.

I wte­dy w Ja­go­dzie coś się obu­dzi­ło – ten in­stynkt prze­trwa­nia, któ­ry mat­ka za­szcze­pi­ła w niej lata temu. Za­miast przy­ja­źni, po­czu­ła za­gro­że­nie. Za­miast oka­zać życz­li­wo­ść, za­częła my­śleć, jak wy­eli­mi­no­wać ry­wal­kę. Zna­ła tę grę zbyt do­brze – nie mo­żna było po­zwo­lić, by ktoś ją przy­ćmił. I zro­bi­ła to, cze­go na­uczy­ła się od mat­ki – za­częła stop­nio­wo, spryt­nie pod­wa­żać war­to­ść Mo­ni­ki w oczach sze­fów, zwra­cać uwa­gę na jej błędy, su­ge­ro­wać, że jej ko­le­żan­ka może nie jest aż tak kom­pe­tent­na, jak się wy­da­je. Z ka­żdym drob­nym ge­stem, z ka­żdym sło­wem, któ­re wy­po­wia­da­ła z po­zor­ną tro­ską, pod­ci­na­ła skrzy­dła swo­jej wspó­łpra­cow­nicz­ce.

W ko­ńcu po­su­nęła się do osta­tecz­ne­go świ­ństwa. Wie­dzia­ła, że musi dzia­łać szyb­ko i bar­dziej sku­tecz­nie. Mo­ni­ka (mimo prób zdys­kre­dy­to­wa­nia jej w oczach sze­fo­stwa) za­czy­na­ła zy­ski­wać co­raz wi­ęk­szą sym­pa­tię i za­ufa­nie, a to ozna­cza­ło tyl­ko jed­no – nie­bez­pie­cze­ństwo. Ja­go­da nie mo­gła po­zwo­lić, by kto­kol­wiek ją przy­ćmił, za­gro­ził jej po­zy­cji. Myśl o wy­eli­mi­no­wa­niu kon­ku­ren­cji spędza­ła jej sen z po­wiek. Mat­ka na­uczy­ła ją bo­wiem jed­ne­go: w świe­cie pe­łnym ko­biet, któ­re ry­wa­li­zu­ją o wła­dzę, za­wsze trze­ba być o krok przed in­ny­mi.

Zna­ła do­brze fir­mo­wy sys­tem, wie­dzia­ła, jak po­ru­szać się po we­wnętrz­nej sie­ci, jak za­bez­pie­czać śla­dy. Nic dziw­ne­go za­tem, że w jej gło­wie po­ja­wił się w ko­ńcu dia­bel­ski plan. Po­sta­no­wi­ła pod­szyć się pod Mo­ni­kę i zruj­no­wać jej re­pu­ta­cję. Zde­cy­do­wa­ła się wy­słać kil­ka e-ma­ili, któ­re mia­ły wy­glądać tak, jak­by dziew­czy­na pró­bo­wa­ła zdo­być awans nie tyl­ko ci­ężką pra­cą, ale ta­kże dzi­ęki nie­jed­no­znacz­nym pro­po­zy­cjom. Plan był pro­sty i mógł się udać.

Tego wie­czo­ru, kie­dy biu­ro już opu­sto­sza­ło, Ja­go­da usia­dła przy kom­pu­te­rze Mo­ni­ki. Ha­sło do­stępu uda­ło jej się już wcze­śniej usta­lić, nie było z tym zresz­tą wi­ęk­sze­go pro­ble­mu. Otwo­rzy­ła skrzyn­kę ma­ilo­wą, a jej pal­ce za­częły szyb­ko stu­kać w kla­wia­tu­rę.

 

Sza­now­ny Pa­nie…,

nie ukry­wam, że bar­dzo za­le­ży mi na awan­sie. Je­stem go­to­wa zro­bić wszyst­ko, co tyl­ko uzna Pan za sto­sow­ne. A może ra­czej nie­sto­sow­ne? Nie­grzecz­ne? Nie­ocze­ki­wa­ne? Pro­szę się nie ogra­ni­czać w swo­ich fan­ta­zjach. Osta­tecz­nie je­stem po to, by je dla Pana spe­łnić.

Mo­ni­ka

 

Wy­sła­ła wia­do­mo­ść do kil­ku klu­czo­wych osób w fir­mie, a po­tem szyb­ko się wy­lo­go­wa­ła i upew­nia­ła, że nie zo­sta­wi­ła żad­nych śla­dów. Z ka­żdym ko­lej­nym ude­rze­niem ser­ca czu­ła, że za­czy­na od­zy­ski­wać kon­tro­lę nad sy­tu­acją. Ni­cze­go nie­świa­do­ma Mo­ni­ka już wkrót­ce mia­ła stać się ofia­rą tego, że swo­ją ko­le­żan­kę z pra­cy ob­da­ro­wa­ła zbyt du­żym za­ufa­niem.

Na­stęp­ne­go dnia w fir­mie at­mos­fe­ra była na­pi­ęta. Wszy­scy szep­ta­li, pa­trzy­li na Mo­ni­kę spod zmru­żo­nych oczu, mil­kli, gdy wcho­dzi­ła do po­ko­ju. Ko­bie­ta po­cząt­ko­wo nie wie­dzia­ła, co się dzie­je, aż w ko­ńcu je­den z me­ne­dże­rów we­zwał ją na roz­mo­wę. Ja­go­da ob­ser­wo­wa­ła to z da­le­ka, uda­jąc, że ni­cze­go się nie do­my­śla. Kie­dy Mo­ni­ka wró­ci­ła z ga­bi­ne­tu sze­fa, jej twarz była bia­ła jak pa­pier.

– Nie uwie­rzysz, co się sta­ło – wy­szep­ta­ła, zbli­ża­jąc się do Ja­go­dy z prze­ra­że­niem w oczach. – Sze­fo­wie do­sta­li ja­kieś dziw­ne ma­ile ode mnie, jak­bym… – Głos jej za­drżał. – Jak­bym pro­po­no­wa­ła coś w za­mian za awans. Pew­nie się do­my­ślasz, co… Przy­si­ęgam, że ni­g­dy cze­goś ta­kie­go nie na­pi­sa­łam! Przez myśl by mi nie prze­szło, żeby coś ta­kie­go zro­bić.

Ja­go­da spoj­rza­ła na nią z tro­ską, ukry­wa­jąc wła­sną sa­tys­fak­cję.

– To strasz­ne. A może ktoś wła­mał się na two­je kon­to? Mu­sisz to zgło­sić.

Mo­ni­ka pró­bo­wa­ła się bro­nić, wy­ja­śnić całą sy­tu­ację, ale sze­fo­stwo było zbyt znie­sma­czo­ne tym, co się wy­da­rzy­ło. Utra­ta za­ufa­nia sta­ła się nie­od­wra­cal­na. Tak na­praw­dę ni­ko­mu nie za­le­ża­ło na tym, by sy­tu­ację wy­jaś­nić, szu­kać win­nych, pró­bo­wać do­cie­kać praw­dy.

Ja­go­da pa­trzy­ła, jak Mo­ni­ka co­raz bar­dziej za­my­ka się w so­bie, jak jej pew­no­ść sie­bie stop­nio­wo ga­śnie. Plan za­dzia­łał ide­al­nie.

W ko­ńcu dziew­czy­nę zwol­nio­no. Nie było w tym żad­ne­go dra­ma­tu, po pro­stu uzna­no, że „to nie to”, że „fir­ma idzie w in­nym kie­run­ku”. Ja­go­da ode­tchnęła z ulgą, choć wie­dzia­ła, dla­cze­go tak na­praw­dę sze­fo­stwo pod­jęło taką de­cy­zję. Z jed­nej stro­ny wy­gra­ła wal­kę, ale smak tego zwy­ci­ęstwa był gorz­ki. Po raz ko­lej­ny do­ta­rło do niej, że nie po­tra­fi za­ak­cep­to­wać fak­tu, iż ktoś mó­głby błysz­czeć bar­dziej niż ona sama. I że je­dy­na dro­ga do prze­trwa­nia to wy­eli­mi­no­wa­nie za­gro­że­nia.

Czu­ła jed­nak nie­smak, a na­wet na­ra­sta­jący ból gło­wy. Wy­szła z pra­cy wcze­śniej i po­je­cha­ła do domu, wma­wia­jąc so­bie, że pew­nie ła­pie ją ja­kaś cho­ro­ba.

Ta­kie sy­tu­acje jak ta z Mo­ni­ką, po­wta­rza­ły się w jej ży­ciu co­raz częściej. Gdy ktoś w jej oto­cze­niu za­czy­nał od­no­sić suk­ces, za­miast cie­szyć się jego ra­do­ścią, na­tych­miast od­czu­wa­ła nie­pew­no­ść, a wraz z nią – za­zdro­ść. A prze­cież mia­ła wszyst­ko: do­brą pra­cę, sta­bil­ne ży­cie, uzna­nie. Dla­cze­go więc czu­ła, że cały czas ktoś jej za­gra­ża?

Któ­re­goś dnia w biu­rze otwo­rzy­ła sta­ry al­bum ze zdjęcia­mi. Były tam fo­to­gra­fie z dzie­ci­ństwa, z mat­ką – za­wsze uśmiech­ni­ętą, ide­al­nie ubra­ną. Ale kie­dy pa­trzy­ła na te ob­ra­zy te­raz, wi­dzia­ła coś, cze­go wcze­śniej nie do­strze­ga­ła – zmęcze­nie. Mat­ka przez całe ży­cie pró­bo­wa­ła utrzy­mać sta­tus ko­bie­ty, któ­ra za­wsze jest na szczy­cie, ale za­pła­ci­ła za to zbyt wy­so­ką cenę. Ja­go­da za­częła ro­zu­mieć, że w tej wal­ce nie ma zwy­ci­ęz­ców. Mat­ka ni­g­dy nie prze­sta­ła ry­wa­li­zo­wać, ale też ni­g­dy nie wy­gra­ła. I Ja­go­da bała się, że ją cze­ka ten sam los.

Czy mo­gła to prze­rwać? Czy mo­gła prze­stać wi­dzieć świat jako pole ry­wa­li­za­cji? Kie­dy tego wie­czo­ru wró­ci­ła do domu, usia­dła na łó­żku i po raz pierw­szy od lat za­częła się za­sta­na­wiać, jak wy­gląda­ło­by jej ży­cie, gdy­by mat­ka była inna. Gdy­by po­ka­za­ła jej, że mo­żna cie­szyć się z czy­je­goś szczęścia bez po­trze­by przy­ćmie­wa­nia go.

Ja­go­da zro­zu­mia­ła, że je­śli nie prze­rwie tego cy­klu, sta­nie się do­kład­nie tym, cze­go przez całe ży­cie się bała – smut­ną, zgorzk­nia­łą oso­bą, któ­ra ni­g­dy nie po­zwo­li ni­ko­mu błysz­czeć bar­dziej niż ona sama.

Kie­dy czy­ta­łam te wszyst­kie li­sty prze­pe­łnio­ne bó­lem i nie­zro­zu­mie­niem, za­sta­na­wia­łam się, jak trud­no ma­łej dziew­czyn­ce zro­zu­mieć, że ry­wa­li­zu­je z kimś, kto miał być dla niej ca­łym świa­tem. Mat­ka dla cór­ki po­win­na być opo­ką, opar­ciem – a jed­nak re­la­cja ta sta­ła się po­lem wal­ki, are­ną, gdzie na prze­mian roz­kwi­ta­ją mi­ło­ść i fru­stra­cja. Z tych opo­wie­ści wy­ła­nia się ob­raz ry­wa­li­za­cji, któ­ra wy­da­je się sprzecz­na z na­tu­rą, a jed­no­cze­śnie jest tak bo­le­śnie re­al­na.

Te­raz wi­dzę wy­ra­źnie, jak wie­le ko­biet zo­sta­ło uwi­kła­nych w tę ci­chą wal­kę. W li­stach pi­szą o tym, jak mat­ka, często na­wet nie­świa­do­mie, za­częła prze­no­sić na nie swo­je wła­sne lęki, fru­stra­cje i nie­zre­ali­zo­wa­ne am­bi­cje. Te sub­tel­ne prze­ka­zy z bie­giem lat sta­ją się co­raz bar­dziej oczy­wi­ste, co­raz sil­niej­sze, co­raz bo­le­śniej­sze. Są mat­ki ka­żde­go dnia sło­wem lub ge­stem wra­ca­jące do swo­jej mło­do­ści, któ­rej już nie ma, a któ­rą wi­dzą w do­ra­sta­jącej cór­ce. W lu­strze, któ­re sta­wia­ją przed sobą, do­strze­ga­ją wy­łącz­nie od­bi­cie wła­snych po­ra­żek. I tak to­czy się ta ci­cha wal­ka – a cór­ka sta­je się jed­no­cze­śnie wro­giem i na­dzie­ją, ry­wal­ką i dumą.

W tych li­stach bar­dzo wy­ra­źnie wi­dać, jak pod­stęp­na jest ta re­la­cja. Mat­ki, któ­re z jed­nej stro­ny trosz­czą się i wspie­ra­ją, z dru­giej pod­ko­pu­ją po­czu­cie wła­snej war­to­ści swo­ich có­rek. Dziew­czyn­ki do­ra­sta­jąc, uczą się, że ni­g­dy nie są wy­star­cza­jąco do­bre – ani dla in­nych, ani dla sa­mych sie­bie. Bo je­śli na­wet we wła­snym domu, w re­la­cji, któ­ra po­win­na być naj­bez­piecz­niej­sza, trze­ba ci­ągle coś udo­wad­niać, to jak mo­żna wie­rzyć w sie­bie?

Ka­żda z tych hi­sto­rii ma swo­ją spe­cy­fi­kę, ale po­wta­rza­ją się pew­ne wzor­ce – mat­ki, któ­re wy­śmie­wa­ją swo­je cór­ki, któ­re szy­dzą z ich cie­le­sno­ści i kpią z pró­śb o wspar­cie, gdy te małe dziew­czyn­ki za­czy­na­ją doj­rze­wać. Zu­pe­łnie jak­by do­ra­sta­nie, prze­mia­na w ko­bie­tę były za­gro­że­niem, a nie na­tu­ral­nym eta­pem ży­cia. Jed­na z czy­tel­ni­czek wspo­mi­na mat­kę, któ­ra zmu­sza­ła ją do ob­ci­na­nia wło­sów, choć ona ma­rzy­ła o dłu­gim war­ko­czu. Inna pi­sze o tym, jak za­ka­zy­wa­no jej no­sze­nia sta­ni­ka, bo we­dług mat­ki „była pła­ska jak de­ska”. Ka­żdy taki list to jak otwie­ra­nie ko­lej­nych drzwi do świa­ta, gdzie mi­ło­ść i ry­wa­li­za­cja spla­ta­ją się ze sobą w cha­otycz­nym ta­ńcu.

Te opo­wie­ści po­ru­sza­ją do głębi, po­ka­zu­jąc, jak bar­dzo re­la­cje, któ­re po­win­ny nas bu­do­wać, po­tra­fią nisz­czyć. Jak ci­cho i nie­po­strze­że­nie ro­dzi się ry­wa­li­za­cja, a skut­ki tej wal­ki po­zo­sta­ją z ko­bie­ta­mi przez całe ży­cie. Na­wet kie­dy są już do­ro­słe, w ka­żdym zwi­ąz­ku, któ­ry pró­bu­ją zbu­do­wać, od­czu­wa­ją ten cień wal­ki. To­wa­rzy­szy im lęk, że nie są wy­star­cza­jąco do­bre, że za­wsze ktoś może być lep­szy, pi­ęk­niej­szy, bar­dziej war­to­ścio­wy. Trud­no im też za­ufać in­nym ko­bie­tom, bo za­wsze gdzieś tam z tyłu gło­wy tli się myśl, że one są jej ry­wal­ka­mi, tak jak kie­dyś była nią mat­ka.

To jak prze­cho­dze­nie przez tor prze­szkód emo­cjo­nal­nej ma­ni­pu­la­cji, któ­rej mała dziew­czyn­ka po pro­stu nie ro­zu­mie. Czu­je tyl­ko, że coś jest nie tak.

Matki pogardliwe

Wy­obraź so­bie małą dziew­czyn­kę.

To Ka­ro­li­na, któ­ra lubi sny o la­ta­niu.

Stoi wła­śnie przy ku­chen­nym zle­wie i myje ta­le­rze, któ­re dziś ważą wi­ęcej niż zwy­kle. Kro­ple wody spły­wa­ją po jej rękach, two­rząc na skó­rze wzo­ry. Ob­my­wa je zbyt zim­na woda, przy­no­sząca krót­kie, prze­szy­wa­jące dresz­cze. Mat­ka sie­dzi przy sto­le, z fi­li­żan­ką her­ba­ty, i jak za­wsze ob­ser­wu­je ka­żdy…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej