Zorza polarna - Nora Roberts - ebook

Zorza polarna ebook

Nora Roberts

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Barwna, zachwycająca powieść o dwóch samotnych sercach, które szukają miłości i ukojenia. 
Nate Burke, policjant, który nie może się otrząsnąć po śmierci swojego partnera, przyjmuje posadę komendanta policji w małym miasteczku Lunacy na Alasce. Wydaje mu się, że czeka tu na niego tylko monotonia i rutyna, tymczasem niewyjaśniona zbrodnia sprzed 16 lat zatrzymuje go na dłużej. Aby przeprowadzić śledztwo, musi pokonać wrogość i niechęć mieszkańców Lunacy, którzy nie wierzą, że wśród nich może ukrywać się morderca. W dochodzeniu pomaga mu jedynie Meg Galloway, intrygująca, niezależna kobieta, która zna niełatwe życie na Alasce. Odkrywając tajemnicę tragedii sprzed lat, Nate i Meg zbliżają się do siebie, a temperatura ich uczuć niepokojąco wzrasta. 
[Opis okładkowy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Krasnymstawie 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2) 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie 
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie 
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (5) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (4) 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 726

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

nora roberts

Zorza

polarna

 

Z angielskiego przełożyła

Bożena Krzyżanowska

 

Tytuł oryginału

NORTHERN LIGHTS

 

Projekt okładki

Małgorzata Karkowska

 

Zdjęcie na okładce

Flash Press Media

 

Redaktor prowadzący

Elżbieta Kobusińska

 

Redakcja merytoryczna

Elżbieta Żuk

 

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

 

Korekta

Marianna Filipkowska

Radomiła Wójcik

 

Copyright © 2004 by Nora Roberts

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Bertelsmann Media sp. z o.o.

Warszawa 2005

 

Świat Książki

Warszawa 2005

Bertelsmann Media sp. z o.o.

ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa

 

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

 

Druk i oprawa GGP Media GmbH, Pössneck

 

ISBN 83-7391-822-1

Nr 5089

 

Dla kochanego Logana, syna mojego syna.

Życie będzie dla Ciebie skrzynią skarbów,

pełną śmiechu, ciekawych przygód,

wspaniałych odkryć i magicznych chwil.

A przez wszystkie te klejnoty będzie przenikał

spokojny blask miłości.

 

Ciemność

 

Skończ to, miła pani.

Dzień jasny minął i dążymy w mroki.

 

WILLIAM SZEKSPIR

(przeł. Maciej Słomczyński)

 

O ciemno, ciemno, choć blask południowy.

Nigdy nowego dnia już nie zobaczę,

Noc czarna, wieczna noc mnie otoczyła

I nigdy już się nie zmieni!

JOHN MILTON

(przeł. Władysław Bartkiewicz)

Prolog

Zapiski z wyprawy, 12 lutego 1988 r.

 

W samo południe wylądowaliśmy na Sun Glacier. Podczas lotu pozbyłem się francowatego kaca, a roztaczające się wokół widoki przywołały mnie do rzeczywistości. Niebo czyste, błękitne jak kryształ. Tego typu błękit wciskają na widokówki, a chcąc jeszcze bardziej skusić turystów, dodają delikatną mgiełkę wokół zimnego, białego słońca. Zakładam, że to dobry znak i rzeczywiście powinienem wybrać się na wspinaczkę. Wiatr wieje z prędkością około dziesięciu węzłów, balsamiczne powietrze może mieć około dwudziestu stopni poniżej zera. Lodowiec jest szeroki jak dupa Kurwiastej Kate i zimny jak jej serce.

Muszę przyznać, że Kate ładnie nas wczoraj pożegnała. Nawet dała nam coś, co można by nazwać grupową zniżką.

Nie mam pojęcia, co my tu, do diabła, robimy, chociaż z drugiej strony każdy człowiek musi gdzieś być i coś robić. Zimowa wspinaczka na No Name jest tak samo dobra jak wszystko inne, a może nawet lepsza.

Mężczyzna musi od czasu do czasu wybrać się na tygodniową wyprawę w poszukiwaniu przygód, jednak pod warunkiem, że owe przygody nie mają nic wspólnego z alkoholem i rozwiązłymi kobietami. Jakże inaczej można doceniać alkohol i kobiety, jeśli czasem się od nich nie ucieknie?

Fakt, że spotkałem dwóch równie narwanych jak ja kumpli, nie tylko przyniósł mi szczęście w kartach, ale również znacznie poprawił mi nastrój. Niewiele rzeczy działa na mnie tak odpychająco jak normalna robota za dniówkę, czyli zwyczajny kierat typowych wołów roboczych, ale muszę przyznać, że pewna pani umie pociągnąć za odpowiednie sznurki.

Nieoczekiwanie wpadło mi w ręce nieco gotówki, co powinno usatysfakcjonować moje dziewczyny, uważam więc, że teraz mam prawo urządzić sobie kilkudniową wyprawę z kumplami, zrobić coś tylko dla siebie.

Muszę sobie przypomnieć, że wciąż jeszcze żyję, a czyż jest lepszy sposób na to niż zmaganie się z naturą i bezsensowne ryzykowanie życia albo kończyn w towarzystwie innych mężczyzn? W dodatku robienie tego z czystej głupoty, nie za pieniądze, nie z obowiązku i nie dlatego, że jakaś kobieta koniecznie chce sprawdzić, czy aby na pewno jestem facetem z jajami, świadczy o tym, że jeszcze tli się we mnie jakaś iskierka.

Na Alasce robi się coraz tłoczniej. Drogi biegną tam, gdzie niegdyś w ogóle ich nie było, ludzie mieszkają na bezludnych dotychczas terenach. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, zaludnienie było znacznie mniejsze, a cholerni stanowi nie wtykali nosa w nie swoje sprawy.

Jakieś zezwolenie na wspinaczkę? Na wędrówkę po górach? Chrzanić zezwolenie i chrzanić stanowych, ich przepisy i papierki! Góry stały tu wcześniej, nim pieprzeni biurokraci wymyślili, w jaki sposób zbić na nich majątek. I będą stały nadal, gdy urzędnicy powędrują do piekła.

Tymczasem jestem tutaj, na ziemi, która nie należy do nikogo. Święta ziemia nie może do nikogo należeć.

Gdyby tylko był jakiś sposób, żeby można było zamieszkać na tej górze, rozbiłbym na niej namiot i nigdy nie schodził w dolinę. Niestety, niezależnie od tego, czy ktoś uważa tę ziemię za świętą, czy nie, jest w stanie zabić człowieka, co więcej, potrafi zrobić to bezlitośnie i o wiele szybciej niż najbardziej dokuczliwa żona.

 

Postanowiłem więc spędzić tu tydzień w towarzystwie mężczyzn, którzy myślą podobnie jak ja, wspinając się na szczyt, który nie ma nazwy i wznosi się nad miasteczkiem, nad rzeką i jeziorami, na granicy, którą wymyślili urzędnicy. Wyznaczyli ją na ziemi, która drwi z ich mizernych prób ujarzmienia i zachowania w nienaruszonym stanie.

Alaska nie należy do nikogo, sama sobie jest panią, niezależnie od tego, ile pojawi się na niej dróg, znaków i przepisów. To ostatnia z dzikich kobiet i Bóg ją za to kocha. Ja też.

Nim zdążyliśmy założyć bazę, słońce schowało się za majestatycznymi szczytami, a my zanurzyliśmy się w typowo zimowej ciemności. Stłoczeni w namiocie, najedliśmy się do syta, wypaliliśmy trawkę i pogadaliśmy o jutrze.

Jutro czeka nas wspinaczka.

1

W drodze do Lunacy, 28 grudnia 2004 r.

 

Ignatious Burke leciał między ośnieżonymi zboczami gór w stronę miasteczka zwanego Lunacy. Tkwił uwięziony w trzęsącej się puszce na zupę, beztrosko nazywanej przez niektórych samolotem, a za skutą lodem szybą dmuchał lodowaty wiatr. W takich oto warunkach doznał nagle olśnienia.

Wcale nie był tak przygotowany na śmierć, jak mu się wydawało.

Była to potworna myśl, zwłaszcza że jego los spoczywał w rękach obcego człowieka, który miał na sobie kanarkowożółtą, watowaną kurtkę i niemal całkowicie ukrywał twarz w fałdach pomarszczonej skóry.

Na lotnisku w Anchorage sprawiał wrażenie dobrego pilota, ale pewnie tylko dlatego, że najpierw serdecznie uścisnął dłoń Nate’a, a dopiero potem wskazał kciukiem puszkę na zupę ze śmigłami.

- Mów mi Palant - zaproponował.

Wtedy Nate po raz pierwszy poważnie się zaniepokoił.

Co za idiota wsiada do fruwającej puszki, którą pilotuje facet zwany Palantem?

Niestety, o tej porze roku jedynym pewnym sposobem dostania się do Lunacy był samolot. Tak przynajmniej twierdziła pani burmistrz Hopp, kiedy Nate omawiał z nią szczegóły podróży.

Samolot ostro skręcił w prawo. Czując ucisk w żołądku, Nate zaczął się zastanawiać, jak pani burmistrz Hopp rozumie słowo „pewny”.

W końcu doszedł do wniosku, że to i tak nie ma większego znaczenia. Życie lub śmierć - czymże to jest wobec wieczności? Kiedy w Baltimore-Washington wchodził na pokład ogromnego odrzutowca, uznał, że tak czy inaczej jego życie powoli dobiega kresu.

Policyjny psychoanalityk radził Nate’owi, żeby nie podejmował ważnych decyzji, póki nie pokona depresji, mimo to bez żadnego konkretnego powodu złożył podanie o stanowisko komisarza policji w Lunacy. O wyborze zadecydował fakt, że nazwa miejscowości wydała mu się jak najbardziej odpowiednia. W końcu „lunacy” to szaleństwo, obłęd.

Przyjmując stanowisko, jedynie wzruszył ramionami w geście, który mówił: „A kto by się tym przejmował”.

Teraz jednak, walcząc z mdłościami i drżąc z powodu nagłego olśnienia, Nate zdał sobie sprawę, że nie tyle martwi go sama śmierć, co sposób, w jaki mógłby zginąć. Po prostu nie chciał rozstawać się z tym światem, pakując się w pieprzonym mroku w zbocze góry.

Gdyby został w Baltimore, słuchał rad psychoanalityka i zwierzchników, mógłby przynajmniej wykonywać swoje obowiązki. To nie byłoby wcale takie straszne.

Prawda wyglądała tak, że w którymś momencie po prostu go poniosło i oddał legitymację. Być może nie spalił za sobą mostów, ale z pewnością je podpalił, a teraz skończy marnie jako krwawa plama gdzieś w górach Alaski.

- Tam zawsze trochę telepie - wyjaśnił Palant z typowo teksaskim akcentem.

Nate przełknął kluchę, która utkwiła mu w gardle.

- Ale tu jest lepiej.

Palant uśmiechnął się i puścił do Nate’a perskie oko.

- To był pikuś. Powinien pan zobaczyć, co się dzieje przy czołowym wietrze.
- Dziękuję, nie skorzystam. Ile drogi nam jeszcze zostało?
- Niedużo.

Samolocik podskakiwał i drżał. Nate poddał się i zamknął oczy. Modlił się, żeby przed niezbyt dostojną śmiercią wcześniej nie obrzygać sobie butów.

Nigdy więcej nie wsiądzie do samolotu. Jeśli przeżyje, wyjedzie z Alaski... albo opuści ją na piechotę... lub wypełznie. Na pewno już nigdy nie wzbije się w powietrze.

Samolot gwałtownie zanurkował. Nate mimo woli otworzył oczy. Przez przednią szybę ujrzał efekt wspaniałego zwycięstwa słońca nad mrokiem, zdumiewającą jasność, która zabarwiła niebo na perłowo, a świat w dole pokryła białymi i błękitnymi smugami, gwałtownymi wzniesieniami, lśniącymi skupiskami pokrytych lodem jezior i długimi rzędami obsypanych śniegiem drzew.

Na wschodzie widać było giganta, którego miejscowi nazywają Denali albo po prostu Góra. Chociaż Nate sprawdził w przewodnikach tylko najważniejsze rzeczy na temat Alaski, dowiedział się, że jedynie przybysze z zewnątrz nazywają ją McKinley.

Przyglądając się jej z samolotu, uznał, że jest zbyt ogromna, by mogła być realna. Gdy promienie słońca rozprzestrzeniły się po błękitnym niebie niczym boże palce, wszędzie pojawiły się cienie, niebieskie plamy na białym tle.

Coś drgnęło w sercu Nate’a. Na chwilę zapomniał o podchodzącym do gardła żołądku, ciągłym warkocie silnika, nawet o przenikliwym chłodzie, który panował we wnętrzu samolotu.

- Jest ogromna, no nie?
- Taak. - Nate odetchnął głęboko. - Rzeczywiście jest ogromna.

Chociaż skierowali się na zachód, ani na chwilę nie stracili z oczu potężnego szczytu. Teraz Nate zauważył, że to, co wcześniej uznał za pokrytą lodem drogę, było wijącą się, zamarzniętą rzeką. Nad jej brzegami stały domy i zabudowania, auta i ciężarówki.

Miał wrażenie, że właśnie znalazł się w zamarzniętej, śnieżnej krainie, którą trzeba potrząsnąć, żeby obudzić ją do życia, krainie, gdzie wszystko jest białe, nieruchome i pogrążone w oczekiwaniu.

Nagle coś stuknęło o podłogę.

- Co to?
- Podwozie. To Lunacy.

Samolot tak gwałtownie obniżył lot, że Nate kurczowo chwycił się siedzenia i zaparł się nogami.

- Co takiego? Lądujemy? Gdzie?
- Na rzece. O tej porze roku jest całkowicie zamarznięta. Nie ma się czym martwić.
- Ale...
- Lądujemy na płozach.
- Takich większych nartach?

Nate nagle sobie przypomniał, że nienawidzi sportów zimowych.

- Nie lepsze byłyby łyżwy?

Palant wybuchnął gromkim śmiechem. Samolot dotknął lodu.

- To byłoby straszne gówno. Samolot na łyżwach! Kretyński pomysł.

Samolot podskoczył, prześlizgnął się kawałek, po czym z wdziękiem zatrzymał się na środku rzeki. Palant wyłączył silniki. W nagłej ciszy Nate usłyszał bicie własnego serca.

- Niezależnie od tego, ile by panu zapłacili, zawsze będzie to za mało - wydukał Nate. - Nie ma szans, żeby mogli zapłacić panu tyle, ile powinni.
- Do diabła, tam! - Palant poklepał Nate’a po ramieniu. - Nie chodzi o pieniądze. Witamy w Lunacy, panie komendancie.
- Cieszę się, że tu jestem.

Nate zrezygnował z pocałowania ziemi. Obawiał się, że nie tylko wyglądałoby to śmiesznie, ale na dodatek mógłby do niej przymarznąć. Wystawił zdrętwiałe nogi z samolotu i modlił się, żeby zechciały go donieść do jakiegoś ciepłego, spokojnego i w miarę normalnego miejsca.

Na razie musiał się skupić na pokonaniu sporego kawałka lodu bez połamania sobie nóg lub skręcenia karku.

- Niech się pan nie martwi, panie komendancie, o swój bagaż! - zawołał Palant. - Zaraz go przyniosę.
- Dzięki.

Nate z trudem utrzymywał równowagę. W pewnej chwili zauważył, że ktoś stoi na brzegu. Osoba ta miała na sobie brązową kurtkę z kapturem obszytym czarnym futerkiem. Niecierpliwie paliła papierosa, wypuszczając co chwila niewielkie obłoczki dymu. Traktując ją jako drogowskaz, Nate wędrował po lodzie, starając się zachować resztki godności.

- Ignatious Burke?

Głos był zachrypnięty, wyraźnie należał do kobiety i unosił się w powietrzu wraz z obłokami dymu. Nate po raz ostatni poślizgnął się, odzyskał równowagę i z bijącym sercem wyszedł na brzeg.

- Anastasia Hopp - przedstawiła się.

Wyciągnęła rękę i nie zdejmując rękawiczki, jakimś cudem uścisnęła mu dłoń.

- Trochę pan zzieleniał. Palancie, czyżbyś po drodze próbował zabawiać naszego nowego komendanta?
- Nie, psze pani, ale trochę wiało.
- Zawsze wieje. Widzę, że jest pan przystojny. Nawet gdy ma pan nudności. Proszę, to panu pomoże.

Wyjęła z kieszeni srebrną piersiówkę i wcisnęła mu ją do ręki.

- Eee...
- Niech się pan nie wzbrania. Jeszcze nie jest pan na służbie. Odrobina brandy na pewno nie zaszkodzi.

Nate w głębi duszy zgodził się z panią burmistrz, odkręcił więc zakrętkę butelki i pociągnął z niej spory łyk. Natychmiast poczuł, jak płynny ogień spływa mu prosto do żołądka.

- Dzięki.
- Pokażę panu pokój w Lodge, gdzie będzie pan mógł nieco odsapnąć.

Prowadziła Nate’a wydeptaną ścieżką.

- Później, gdy przestanie się panu kręcić w głowie, oprowadzę pana po miasteczku. Kawał drogi z Baltimore.
- Taak, spory kawał.

Wszystko wyglądało jak na planie filmowym. Zielone i białe drzewa, rzeka, śnieg, budynki z drewnianych bali, dym unoszący się kłębami z kominów i rur. Wszystko senne i rozmazane. W tym momencie Nate zdał sobie sprawę, że widzi świat w ten sposób nie tylko z powodu mdłości, ale i wyczerpania. Podczas podróży samolotem w ogóle nie spał. Obliczył, że po raz ostatni znajdował się w pozycji horyzontalnej niemal dwadzieścia cztery godziny temu.

- Piękny, jasny dzień - powiedziała. - Góry w pełnej krasie... Takie obrazki przyciągają do nas turystów.

Rzeczywiście widok przypominał kartkę pocztową, może dlatego trochę przytłaczał. Nate czuł się tak, jakby nagle znalazł się na planie filmowym... albo w czyimś śnie.

- Widzę, że odpowiednio się pan ubrał. - Mówiąc to, zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. - Wielu przybyszów z okolic położonych poniżej czterdziestego ósmego równoleżnika pojawia się tu w eleganckich płaszczach i botkach. Potem odmrażają sobie tyłki.

Wszystko, co miał na sobie, łącznie z grubą bielizną i zawartością walizek, zamówił bezpośrednio u Eddiego Bauera zgodnie z sugestiami i listą, które Hopp przekazała mu pocztą elektroniczną.

- Bardzo dokładnie napisała mi pani, czego mogę się tu spodziewać.

Przytaknęła.

- Bardzo dokładnie napisałam również, czego my się spodziewamy. Nie zawiedź mnie, Ignatiousie.
- Nate. Nie mam zamiaru, proszę pani.
- Mów mi Hopp. Wszyscy tak mnie tu nazywają.

Weszła na długą drewnianą werandę.

- To Lodge. Hotel, bar, restauracja, centrum życia towarzyskiego. W ramach twojego wynagrodzenia wynajęliśmy ci tu pokój. Jeśli będziesz chciał zamieszkać gdzie indziej, masz wolną rękę. Właścicielką Lodge jest Charlene Hidel. Podaje dobre posiłki i dba o czystość. Zajmie się tobą. Spróbuje również dorwać się do twoich portek.
- Słucham?
- Jesteś przystojnym mężczyzną, a Charlene ma słabość do mężczyzn. Jest dla ciebie nieco za stara, chociaż z pewnością wcale tak nie uważa. Sam zadecydujesz, czyjej ulec, czy nie. Wszystko w twoich rękach.

Kiedy się uśmiechnęła, Nate dostrzegł pod kapturem okrągłą jak jabłko, rumianą twarz. Hopp miała błyszczące, orzechowobrązowe oczy, wąskie, duże usta o ruchliwych kącikach.

- Jak na całej Alasce, tak i tutaj mamy sporą nadwyżkę mężczyzn, ale to wcale nie oznacza, że wkrótce wokół ciebie nie zacznie krążyć sporo kobiet. Jesteś świeżym kąskiem i wiele z nich będzie miało ochotę sprawdzić, do czego się nadajesz. W wolnym czasie możesz robić, co zechcesz, Ignatiousie. Tylko nie uganiaj się za dziewczynami, gdy będziesz na służbie.
- Zapiszę to sobie.

Jej śmiech zabrzmiał jak klakson. Były to dwa krótkie wybuchy. Chcąc je podkreślić, poklepała go po ramieniu.

- Może powinieneś...

Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i wprowadziła Nate’a do cudownie ciepłego pomieszczenia.

Poczuł zapach dymu, kawy, smażonej cebuli i damskich perfum typu „przeleć mnie”.

Przestronne pomieszczenie tylko symbolicznie podzielone zostało na restaurację z pięcioma boksami oraz kilkoma stolikami i bar. Przy barze stał rządek wysokich krzeseł z czerwonymi, wytartymi przez lata siedzeniami.

Z prawej strony, w sporej niszy, Nate zobaczył ogromny stół bilardowy i połyskujące światła szafy grającej.

Na prawo od niej znajdowało się coś, co przypominało lobby. Stało tam biurko, a w szafce z przegródkami leżały klucze i kilka kopert.

W kominku płonęły polana, a frontowe okna zostały zamontowane pod pewnym kątem, żeby lepiej było widać zachwycającą panoramę gór.

Obsługująca gości kelnerka była w ciąży. Czarne, lśniące włosy splotła w długi warkocz. Na widok jej zachwycająco pięknej twarzy Nate zamrugał powiekami. Miał przed sobą alaską wersję Madonny o łagodnych, ciemnych oczach i złocistej skórze.

Nalewała kawę dwóm klientom, którzy okupowali jeden z boksów. Przy sąsiednim stoliku siedział mniej więcej czteroletni chłopiec. Kolorował rysunki w książeczce. Miejsce przy barze zajmował mężczyzna w tweedowej marynarce. Palił papierosa i czytał zniszczony egzemplarz Ulissesa.

W głębi lokalu widać było jakiegoś mężczyznę z brązową brodą, która opadała mu na klatkę piersiową i na wyblakłą flanelową koszulę w kratkę. Sprawiał wrażenie, jakby toczył pełną złości dysputę z samym sobą.

Wszystkie głowy odwróciły się w stronę wchodzących. Głośno powitano Hopp, która zrzuciła kaptur, odsłaniając gęste, szpakowate włosy. Potem spojrzenia przeniosły się na Nate’a. Była w nich ciekawość i spekulacja. Tylko właściciel brody nie krył wrogości.

- To Ignatious Burke, nasz nowy komendant policji - oświadczyła Hopp, rozpinając zamek błyskawiczny kurtki. - Panowie w boksie to Dex Trilby i Hans Finkle, właścicielem ponurej miny jest Bing Karlovsky. Kelnerka nazywa się Rose Itu. Jak dzisiaj spisuje się maleństwo, Rose?
- Bardzo kopie. Witamy w Lunacy, panie Burke.
- Dzięki.
- To jest Profesor.

Hopp podeszła do baru i poklepała po ramieniu Tweedową Marynarkę.

- Czy w twojej książce coś się zmieniło od czasu, kiedy po raz ostatni ją czytałeś?
- Zawsze warto sprawdzić - odparł Profesor, zsuwając na czubek nosa okulary w metalowej oprawce, by lepiej przyjrzeć się Nate’owi. - Długa podróż.
- Tak - zgodził się Nate.
- Widzę, że jeszcze się nie skończyła.

Profesor podsunął okulary i wrócił do lektury.

- A to urocze diablątko to Jesse, synek Rose.

Chłopiec przez cały czas miał głowę pochyloną nad książką. Kiedy uniósł wzrok, spod gęstej, czarnej grzywki błysnęły duże, ciemne oczy. Wyciągnął rękę i pociągnął Hopp za brzeg kurtki. Pochyliła się, żeby usłyszeć szept chłopca.

- Nie martw się. Damy mu.

Drzwi za barem się otworzyły. Pojawił się w nich ogromny ciemnoskóry mężczyzna w białym fartuchu.

- To Wielki Mike - przedstawiła Hopp. - Pracuje tu jako kucharz. Niegdyś był marynarzem, póki gdzieś na Kodiaku nie wpadła mu w oko jedna z tutejszych dziewcząt.
- Złapała mnie jak pstrąga - wyznał Wielki Mike z promiennym uśmiechem na ustach. - Witamy w Lunacy.
- Dzięki.
- Znajdzie się coś smacznego i gorącego dla naszego nowego komisarza policji?
- Dzisiaj mamy dobrą zupę rybną - powiedział Wielki Mike. - Powinna panu dobrze zrobić. Chyba że woli pan, panie komendancie, kawał czerwonego mięcha.

Nate dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mówią do niego „panie komendancie”. W tym samym momencie poczuł na sobie spojrzenia wszystkich obecnych.

- Chętnie zjem zupę rybną.
- Zaraz ją przyniosę.

Mike wrócił do kuchni, a Nate usłyszał, jak dźwięcznym barytonem wyśpiewuje Baby, It’s Cold Outside.

Tak jak w filmie lub na kartce pocztowej - pomyślał Nate. Lub w teatrze. Tak czy inaczej w miejscu, którym człowiek się zachwyca, chociaż sam Nate czuł się jak zakurzony rekwizyt.

Hopp wskazała Nate’owi miejsce, po czym pomaszerowała do lobby, obeszła biurko i wyjęła klucz z jednego ze schowków.

W tym momencie w głębi za biurkiem otworzyły się drzwi. Pojawiła się w nich seksbomba.

Była blondynką. Nate zawsze uważał, że ten kolor włosów najlepiej pasuje do seksbomb. Falująca kaskada opadała aż do wyjątkowo imponujących piersi, które doskonale uwydatniał głęboki dekolt obcisłego, niebieskiego sweterka. Nate dopiero po minucie dotarł spojrzeniem do twarzy. Stało się tak dlatego, że sweterek był wetknięty w obcisłe dżinsy, które z pewnością miażdżyły wszystkie organy wewnętrzne.

Nate jednak się nie skarżył.

Jasnoniebieskie oczy seksbomby były tak niewinne, że pozostawały w jaskrawym kontraście z wydatnymi, czerwonymi ustami. Kobieta wyraźnie nie oszczędzała na makijażu. Przypominała Nate’owi laleczkę Barbie.

Barbie - pogromczynię mężczyzn.

Na przekór ograniczeniom, jakie stwarzał strój, wszystko, co mogło podrygiwać, podrygiwało, gdy obchodziła biurko i stukając wysokimi obcasami, wędrowała do jadalni. Tam stanęła przy barze i przybrała odpowiednią pozę.

- Cześć, przystojniaczku!

Jej głos przypominał gardłowy pomruk - musiała go ćwiczyć - i zdecydowanie był obliczony na to, że odciągnie krew z głowy mężczyzny i obniży jego IQ do poziomu zielonej rzepy.

- Bądź grzeczna, Charlene. - Hopp zadzwoniła kluczykami. - Ten chłopiec jest zmęczony i prawie chory. Nie ma sił, żeby się w tej chwili przed tobą bronić. Komendant Burke, Charlene Hidel. To jej hotel. W ramach twojego wynagrodzenia, Nate, miasto opłaca ci tu pokój i jedzenie, więc nie musisz się czuć zobowiązany do żadnych dodatkowych usług.
- Jesteś taka wstrętna, Hopp.

Na przekór tym słowom Charlene uśmiechała się jak głaskany kociak.

- Może zaprowadzę pana, panie komendancie, na piętro, i pokażę pański pokój? A potem przyniosę coś ciepłego do zjedzenia?
- Zaprowadzę go.

Hopp z pełną rozwagą mocno zacisnęła kluczyk w dłoni, tak że spomiędzy palców zwisała tylko duża czarna etykietka z numerem pokoju.

- Palant zaraz przy dźwiga jego bagaże. Nie zaszkodziłoby, gdyby za chwilę Rose przyniosła panu komendantowi zupę rybną, którą obiecał mu Mike. Chodź, Ignatiousie. Będziesz zawierał bliższe znajomości, gdy nieco odzyskasz siły.

Oczywiście, mógł sam się bronić, ale nie widział sensu. Powędrował za Hopp schodami na piętro tak posłusznie, jak szczenię wędruje za swoim panem.

Opuszczając salę, usłyszał, że ktoś powiedział: cheechako, jakby wypluwał nieświeże mięso. Domyślił się, że to obelga, ale puścił ją mimo uszu.

- Charlene w gruncie rzeczy jest nieszkodliwa - wyjaśniła Hopp - ale lubi drażnić się z mężczyzną, jeśli tylko wyczuje, że ma u niego choćby minimalną szansę.
- Poradzę sobie, mamusiu.

Znów wybuchnęła donośnym śmiechem, po czym wsunęła klucz do zamka pokoju 203.

- Jej facet odszedł od niej mniej więcej piętnaście lat temu. Zostawił ją z córeczką, którą musiała samotnie wychować. Dość dobrze sobie poradziła, jeśli chodzi o Meg, chociaż teraz niemal bez przerwy drą ze sobą koty. Charlene miała wielu mężczyzn, chociaż z roku na rok wybiera coraz młodszych. Powiedziałam ci wcześniej, że jest dla ciebie za stara. - Hopp obejrzała się przez ramię. - Prawdę mówiąc, z jej punktu widzenia prawdopodobnie to ty jesteś za stary dla niej. Masz trzydzieści dwa lata, prawda?
- Tyle miałem, gdy wyjeżdżałem z Baltimore. Ile lat minęło od tego czasu?

Hopp potrząsnęła głową i otworzyła drzwi.

- Charlene jest starsza od ciebie przynajmniej o kilkanaście lat. Ma dorosłą córkę prawie w twoim wieku.
- Myślałem, że wy, kobiety, drwicie sobie z tej, która upoluje mężczyznę młodszego od siebie.
- Chyba bardzo mało wiesz o kobietach. Prawdę mówiąc, jesteśmy wkurzone, że to nie my upolowałyśmy go jako pierwsze. Tak, tak to już jest.

Weszła do obitego boazerią pokoju z żelaznym łóżkiem, szafą i lustrem po jednej stronie, małym stolikiem, dwoma krzesłami i niewielkim biurkiem po drugiej.

Pokój był czysty, skromny, i niemal tak interesujący jak torebka białego ryżu.

- Tu jest maleńka kuchnia.

Hopp odsunęła czarno-niebieską zasłonę, za którą stała mała lodówka, dwupalnikowy piecyk i zlew rozmiaru dłoni Nate’a.

- Na twoim miejscu jadałabym posiłki na parterze, chyba że bardzo lubisz gotować. Dobrze dają jeść.

Omiotła wzrokiem pomieszczenie.

- To nie Ritz, chociaż Charlene ma lepsze pokoje. Niestety, nasze fundusze są ograniczone. - Przeszła na drugą stronę pokoju i otworzyła drzwi. - Tu jest łazienka.
- O kurczę!

Uniósł głowę.

Zlew był większy od kuchennego, chociaż niewiele. Nie było wanny, uznał jednak, że kabina z prysznicem w zupełności mu wystarczy.

- Pańskie bagaże, panie komendancie.

Palant przy dźwigał dwie walizki i torbę, jakby nic w nich nie było. Rzucił je na łóżko. Materac ugiął się pod ich ciężarem.

- Gdyby jeszcze mnie pan potrzebował, będę na dole jadł posiłek. Przenocuję tutaj i jutro rano wrócę do Talkeetny.

Dotknął palcem czoła, udając, że salutuje, i wyszedł.

- Cholera, zaczekaj! - Nate zaczął grzebać w kieszeni.
- Dam mu napiwek - zapewniła Hopp. - Póki dla nas pracujesz, jesteś gościem rady miejskiej Lunacy.
- Doceniam to.
- Mam zamiar dopilnować, żebyś na to wszystko zapracował, więc na razie zbytnio się nie ciesz.
- Obsługa hotelowa!

Charlene ze śpiewem wniosła tacę do pokoju. Podchodząc do stolika, kołysała biodrami, co przypominało chodzący metronom.

- Przyniosłam panu dobrą zupę rybną, panie komendancie, i porządną kanapkę, odpowiednią dla mężczyzny. Kawa jest gorąca.
- Wspaniale pachnie. Jestem pani wdzięczny, pani Hidel.
- Mów mi Charlene.

Zatrzepotała rzęsami. Nate był pewien, że to również ćwiczyła.

- Wszyscy tutaj stanowimy jedną wielką szczęśliwą rodzinę.
- Gdyby naprawdę tak było, nie potrzebowalibyśmy komendanta policji.
- Och, nie strasz go, Hopp. Czy pokój ci odpowiada, Ignatiousie?
- Nate. Tak, dziękuję. Jest ładny.
- Zjedz coś i odpocznij - poradziła Hopp. - Jak nabierzesz nieco sił, po prostu do mnie zadzwoń. Pokażę ci miasto. Twoim pierwszym oficjalnym obowiązkiem będzie uczestnictwo w zebraniu mieszkańców jutro po południu. Mamy zamiar przedstawić cię na ratuszu wszystkim osobom, które zechcą przyjść. Jeśli będzie ci na tym zależało, wcześniej możesz zobaczyć posterunek, poznać dwóch swoich zastępców i Peach. Wtedy dostaniesz gwiazdę.
- Jaką gwiazdę?
- Jesse chciał, żebyś koniecznie nosił gwiazdę. Chodź, Charlene. Dajmy mu teraz święty spokój.
- Gdybyś czegokolwiek potrzebował, zadzwoń na dół. - Charlene przesłała mu zachęcający uśmiech. - Będę czekać.

Stojąca za jej plecami Hopp wbiła wzrok w sufit. Pragnąc postawić na swoim, położyła dłoń na ramieniu Charlene i pociągnęła ją w stronę drzwi. Rozległ się stukot obcasów na drewnianej podłodze, kobiecy pisk, potem trzaśnięcie drzwi.

Zza nich Nate usłyszał cichy, obrażony głos Charlene:

- Co się z tobą dzieje, Hopp? Ja tylko staram się być miła.

- Kiedy właścicielka stara się być miła, hotel łatwo zamienia się w burdel. Może pewnego dnia to zrozumiesz.

Nate odczekał, aż kobiety się oddalą, dopiero potem podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku. Następnie zdjął kurtkę i opuścił ją na podłogę, to samo zrobił z czapką. Rozwinął szalik, rzucił go. Rozpiął ocieplaną kamizelkę i dołożył ją na zrzucone ubrania.

Gdy został w koszuli, spodniach, ciepłej bieliźnie i butach, podszedł do stolika, wziął zupę, łyżkę i zabrał posiłek w stronę ciemnego okna.

Zegarek obok łóżka pokazywał wpół do czwartej, a było już ciemno jak o północy. Jedząc zupę, przyglądał się latarniom ulicznym, po chwili zaczął również dostrzegać zarysy budynków. Zauważył świąteczne dekoracje: kolorowe światełka, święte Mikołaje, kartonowe renifery.

Tylko nigdzie nie widział żadnych ludzi - ani śladu życia, ani śladu ruchu.

Jadł automatycznie, zbyt zmęczony i zbyt głodny, żeby zwracać uwagę na smak.

Wszystko, co jest za tym oknem, stanowi jedynie dekorację filmową - pomyślał. Budynki to kartonowe fasady, a ludzie, których spotkał na parterze, są jedynie postaciami z iluzorycznego świata.

Może to wszystko jest jedną wielką iluzją, zrodzoną z depresji, żalu i złości, podłej mieszaniny uczuć, które rzuciły go na wiatr i kazały wylądować w tej zapadłej dziurze?

Wkrótce obudzi się w swoim mieszkaniu w Baltimore i będzie próbował wykrzesać z siebie tyle energii, by przebrnąć przez następny dzień.

Zjadł kanapkę, stojąc w oknie i spoglądając na pusty, czarnobiały świat z dziwnymi świątecznymi światełkami.

Może warto byłoby wyjść na zewnątrz, do tego pustego świata? Zostać jednym z bohaterów niecodziennej iluzji? Potem rozpłynąć się w ciemności, jak ostatnia scena niemego filmu. Żeby było już po wszystkim.

Kiedy doszedł do wniosku, że właściwie chciałby, aby było już po wszystkim, w jego polu widzenia pojawiła się jakaś postać. Miała na sobie krzykliwe, jasnoczerwone ubranie, które wyraźnie odcinało się od pozbawionej barw scenerii i wniosło w nią element ruchu.

Ruchu, zdecydowania i energii. Życia z wyraźnym celem, podążania w określonym kierunku. Postać szła szybkim, zdecydowanym krokiem i zostawiała wyraźne ślady na śniegu.

Jakby chciała pokazać, że tu była. Że żyje.

Nate nie wiedział, czy to mężczyzna, kobieta, czy dziecko, jednak coś w barwnej plamie i w pewności kroków wyraźnie go zaciekawiło.

Postać, jakby wyczuła, że ktoś ją obserwuje, zatrzymała się i uniosła głowę.

Nate znów odniósł wrażenie, że świat został zdominowany przez czerń i biel. Biała twarz, czarne włosy. Rozmyte z powodu ciemności i odległości.

Przez długą chwilę panował bezruch i cisza. Potem postać znów ruszyła przed siebie, w stronę wejścia do Lodge, i zniknęła Nate’owi z pola widzenia.

Nate zasłonił okno i odsunął się od niego.

Po chwili zastanowienia zdjął walizki z łóżka i rzucił je na podłogę. Rozebrał się do naga i nie zważając na chłód panujący w pokoju, wpełznął pod grubą warstwę koców, tak jak niedźwiedź wpełza do gawry.

Miał trzydzieści dwa lata i rozczochraną masę gęstych, kasztanowych włosów wokół pociągłej, drobnej twarzy, na której widać było ogromne wyczerpanie. Rozpacz przesłoniła oczy szarą chmurą. Pod jednodniowym zarostem skóra była blada ze zmęczenia. Pomimo pełnego żołądka Nate wciąż był osłabiony jak człowiek, który jeszcze nie do końca zdołał pokonać grypę.

Wolałby, żeby Barbie-Charlene zamiast kawy przyniosła mu butelkę czegoś mocniejszego. Nie przepadał za alkoholem, co z pewnością uchroniło go przed nałogiem, mimo to po kilku głębszych łatwiej uwolniłby mózg od zbędnych myśli i zapadł w sen.

Usłyszał wycie wiatru. Poprzednio panował bezruch powietrza, teraz mocne podmuchy przywodziły na myśl jęczące dusze. Oprócz tego Nate słyszał skrzypienie ścian budynku i własny oddech.

Trzy samotne dźwięki, samotne trio.

Nie słuchaj ich - pomyślał. Wycisz się.

Postanowił, że prześpi się kilka godzin. Potem umyje się po podróży i napompuje kawą.

Wtedy będzie czas, żeby zadecydować, co, do diabła, dalej robić.

Gdy wyłączył światło, cały pokój zalała nieprzenikniona ciemność. Po kilku sekundach wzięła w objęcia również i jego.

2

Kiedy koszmar wytrącił go ze snu, ze wszystkich stron otaczała go ciemność, która wciągała jak bagno. Z trudem zaczerpnął powietrza i próbował wydostać się na powierzchnię. Gdy w końcu wyplątał się z pościeli, był zlany zimnym potem.

Wyczuł jakieś dziwne zapachy: cedru, nieświeżej kawy, cytryny. Potem przypomniał sobie, że nie jest w swoim mieszkaniu w Baltimore.

Oszalał i wyjechał na Alaskę.

Sądząc po tym, co wskazywały błyszczące cyferki na zegarku przy łóżku, była piąta czterdzieści osiem.

To by oznaczało, że trochę się zdrzemnął, zanim ten sam od dawna koszmar wyrwał go ze snu.

W powracającym koszmarze zawsze panowała ciemność. Była czarna noc, padał brudny deszcz. W powietrzu unosił się zapach prochu i krwi.

- Jezu, Nate, Jezu! Oberwałem!

Zimny deszcz spływał Nate’owi po twarzy, ciepła krew przeciekała mu przez palce. Jego krew i krew Jacka.

Nie był w stanie jej zatamować, tak samo jak nie mógł powstrzymać potoków deszczu. I jedno, i drugie przytłoczyło go w ciemnym zaułku w Baltimore i wyprało z wszelkich uczuć.

To powinienem być ja - myślał. Nie Jack. On powinien być w domu z żoną, dzieciakami, a nie umierać w śmierdzącej przecznicy, w strugach brudnego deszczu.

Nate został postrzelony w nogę, druga kula trafiła go nieco powyżej pasa. Nie mógł dalej biec, upadł. Tylko dlatego Jack wpadł w zaułek pierwszy.

Wystarczyło kilka sekund, kilka drobnych zbiegów okoliczności, by zginął taki dobry człowiek!

Nate musiał z tym jakoś żyć. Przez jakiś czas zastanawiał się nad samobójstwem, ale było to egoistyczne rozwiązanie, które nie przyniosłoby zaszczytu jego przyjacielowi, a jednocześnie partnerowi. Życie z tą świadomością było trudniejsze od śmierci.

Życie stanowiło większą karę.

Nate wstał i powędrował do łazienki. Ogromną radość sprawiła mu cienka strużka gorącej wody, która płynęła z prysznicu. Zmycie warstwy brudu i potu wymagało dobrej chwili, ale Nate wcale się tym nie przejmował. Miał dość czasu.

Ubierze się, zejdzie na parter i napije się kawy. Potem zadzwoni do Hopp i pójdzie z nią na posterunek. Postara się być bardziej rozmowny i spróbuje wymazać pierwsze wrażenie, jakie musiał na niej zrobić: kretyna o przekrwionych oczach.

Kiedy wziął prysznic i ogolił się, poczuł się znacznie lepiej. Wyjął świeże ubranie i starannie włożył na siebie warstwa na warstwę.

Zdejmując z wieszaka kurtkę, przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze.

- Komendant policji w Lunacy na Alasce, Ignatious Burke. - Potrząsnął głową i niepewnie się uśmiechnął. - No cóż, panie komendancie, dostaniesz gwiazdę.

Schodząc na parter, był zaskoczony całkowitą ciszą. Z tego, co czytał, lokale takie jak Lodge są na Alasce miejscem spotkań towarzyskich. Długie i ciemne zimowe noce skazują ludzi na samotność, w związku z tym spodziewał się, że usłyszy typowo barowe odgłosy: stukot kul bilardowych, stare piosenki country z szafy grającej.

Tymczasem, gdy zszedł do restauracji, piękna Rose tak jak poprzednio nalewała kawę. Być może lała ją wciąż tym samym dwóm mężczyznom, chociaż Nate nie był tego wcale pewien. Synek Rose siedział przy stole i nadal pracowicie kolorował książeczkę.

Nate zerknął na zegarek, który przestawił na miejscowy czas. Dziesięć po siódmej.

Rose odwróciła się od stolika i z uśmiechem spojrzała na Nate’a.

- Witamy, panie komendancie.
- Ale spokojny wieczór!

Twarz młodej kobiety rozpromieniła się.

- Nie wieczór, tylko ranek.
- Słucham?
- Jest siódma rano. Przypuszczam, że chętnie zje pan jakieś śniadanie.
- To...
- Na pewno musi upłynąć trochę czasu, zanim się pan przyzwyczai. - Skinieniem głowy wskazała na ciemne okna. - Za kilka godzin się rozjaśni, ale tylko na chwilę. Może pan usiądzie? Na początek przyniosę panu filiżankę kawy.

Musiał przespać ponad dwanaście godzin. Teraz nie wiedział, czy powinien być zażenowany, czy zadowolony. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni spał dłużej niż cztery, pięć godzin.

Rzucił kurtkę na ławkę w boksie, potem postanowił zawrzeć pierwsze znajomości. Podszedł do stolika, przy którym siedział Jesse, i poklepał oparcie krzesła.

- Czy to miejsce jest wolne?

Chłopiec przyjrzał mu się spod grzywki, kiwnął głową i wrócił do kolorowania rysunku. Robił to z takim zapałem, że aż przygryzał język. Nate usiadł.

- Jaka ładna fioletowa krowa! - skomentował, bacznie przyglądając się pracy malca.
- W rzeczywistości krowy nigdy nie są fioletowe, chyba że się je tak pokredkuje.
- Coś o tym słyszałem. Chodzisz w szkole średniej na plastykę?

Oczy Jesse’ego zaokrągliły się ze zdumienia.

- Nie chodzę jeszcze do szkoły. Mam dopiero cztery lata.
- Żartujesz. Cztery? Myślałem, że bliżej ci do szesnastu.

Nate rozparł się w krześle i puścił perskie oko do Rose,

kiedy stawiała przed nim duży, biały kubek i nalewała do niego kawy.

- Niedawno miałem urodziny. Było ciasto i milion balonów. Prawda, mamusiu?
- Prawda, Jesse.

Wsunęła jadłospis pod łokieć Nate’a.

- A w ogóle to wkrótce będziemy mieć dzidziusia. Mamy też dwa psy i...
- Jesse, pozwól panu komendantowi zajrzeć do menu.
- Prawdę mówiąc, właśnie miałem zamiar poprosić Jesse’ego, żeby mi coś polecił. Co warto zamówić na śniadanie, Jesse?
- Naleśniki!
- W takim razie proszę o naleśniki.

Nate oddał menu Rose.

- Chętnie spróbuję.
- Gdyby zmienił pan zdanie, proszę zawołać.

Pomimo to zarumieniła się z zadowolenia.

- Jakie psy? - spytał Nate.

Przez całe śniadanie wysłuchiwał opowiastek o ulubieńcach chłopca.

Talerz naleśników i rozmowa z uroczym malcem to znacznie lepszy początek dnia niż rozmyślanie o koszmarnym śnie. Nastrój Nate’a wyraźnie się poprawił. Właśnie miał zamiar zadzwonić do Hopp, kiedy pojawiła się w drzwiach.

- Słyszałam, że już wstałeś - powiedziała, zrzucając kapuzę i strząsając z kurtki płatki śniegu. - Dzisiaj wyglądasz już trochę lepiej.
- Przepraszam, ale wczoraj naprawdę leciałem z nóg.
- Nie ma sprawy. Przespałeś się, zjadłeś porządne śniadanie. Posiedziałeś w miłym towarzystwie - dodała, uśmiechając się do malca. - Jesteś gotów na zwiedzanie?
- Jasne.

Wstał, żeby się ubrać.

- Jesteś chudszy, niż przypuszczałam.

Spojrzał z góry na Hopp. Zdawał sobie sprawę, że jest wymizerowany. Miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i normalnie ważył siedemdziesiąt dwa kilogramy, ale ostatnio w krótkim czasie stracił pięć kilogramów, w związku z tym musiał wyglądać mizernie.

- Wkrótce przybiorę na wadze. Będę codziennie rano jadł naleśniki.
- Masz za to bardzo gęste włosy.

Założył czapkę.

- Po prostu dobrze rosną na mojej głowie.
- Lubię, gdy mężczyzna ma gęste włosy. - Otworzyła drzwi. - Zwłaszcza gdy są rude.
- Nie rude, tylko brązowe - poprawił niemal automatycznie i naciągnął czapkę bardziej na uszy.
- W porządku. Daj na chwilę odpocząć nogom, Rose! - zawołała Hopp przez ramię, wychodząc na śnieg i wiatr.

Zimno uderzyło go jak rozpędzony pociąg.

- Jezu Chryste! Czuję, że zaraz zamarzną mi oczy.

Wskoczył do forda explorera, którego Hopp zaparkowała

przy krawężniku.

- Masz jeszcze rzadką krew.
- Nawet jeśli będzie gęsta jak pasta, nie przestanę uważać, że jest tu francowacie zimno. Przepraszam.
- Nie rumienię się przy każdym brzydszym słowie. Poza tym wiem, że jest francowacie zimno. W końcu mamy grudzień. - Wybuchnęła gromkim śmiechem i zapuściła silnik. - W takim razie zaczniemy zwiedzać miasteczko samochodem. Nie ma sensu potykać się w ciemności.
- Ile osób rocznie zamarza tu albo umiera z powodu hipotermii?
- Zazwyczaj w górach ginie kilka osób, ale są to przeważnie turyści albo szaleńcy. Trzy lata temu człowiek o nazwisku Teek pewnej nocy spił się jak głupiec i zamarzł na śmierć w swojej ubikacji za domem, czytając „Playboya”. Tyle że to był idiota. Ludzie, którzy tu mieszkają, wiedzą, jak radzić sobie z zimnem, a cheechakos, którzy próbują przetrwać tu zimę, uczą się tej sztuki... albo wyjeżdżają.
- Cheechakos?
- Przybysze z zewnątrz. Nie można lekceważyć natury, ale człowiek uczy się żyć z nią w zgodzie, a jeśli jest wystarczająco bystry, potrafi nawet wykorzystywać ją do własnych potrzeb. Jeździ na nartach lub łyżwach, używa rakiet śnieżnych, łowi ryby w przeręblu. - Wzruszyła ramionami. - Podejmuje odpowiednie środki ostrożności i cieszy się z tego, co ma, ponieważ wie, że niczego nie zmieni.

Z ogromną wprawą pokonywała zasypaną śniegiem ulicę.

- To nasza przychodnia. Mamy własnego lekarza i pielęgniarkę.

Nate przyjrzał się uważnie niewielkiemu budyneczkowi.

- A jeśli z czymś nie mogą sobie poradzić?
- Wtedy zawozimy chorego do Anchorage. Na obrzeżach miasta mieszka jeden z alaskich pilotów. Meg Galloway.
- Kobieta?
- Czyżbyś był seksistą, Ignatiousie?
- Nie. - Może... - pomyślał. - Tylko pytam.
- Meg jest córką Charlene. To trochę postrzelona istota, ale moim zdaniem świetnie spisuje się jako pilot. Miała cię zabrać z Anchorage, ale twój przylot wypadł o dzień później, niż myśleliśmy, a Meg była już zajęta, dlatego zadzwoniliśmy do Palanta z Talkeetny. Prawdopodobnie poznasz Meg na popołudniowym spotkaniu z mieszkańcami miasteczka.

To nie będzie wcale takie śmieszne - pomyślał Nate.

- W „Sklepie na Rogu” jest wszystko, czego możesz potrzebować, a jeśli nie, znajdą sposób, żeby jak najszybciej to sprowadzić. To najstarszy budynek w Lunacy. Wybudowali go traperzy na początku dziewiętnastego wieku. Harry i Deb kupili go w osiemdziesiątym trzecim roku i znacznie rozbudowali.

Był dwa razy większy od przychodni i miał dwie kondygnacje. W oknach płonęły światła.

- Na razie poczta mieści się tu, nad rzeką, ale w lecie mamy zamiar przenieść ją w inne miejsce. Ten maleńki budyneczek obok to Italian Place. Można tu zamówić dobrą pizzę, chociaż dowożą ją tylko w granicach miasta.
- Pizzeria na Alasce?
- Nowojorski Włoch, Johnny Trivani, trzy lata temu przyjechał tu na polowanie. Zakochał się w mieście i już nie wyjechał. Początkowo nazwał swój lokal „U Trivaniego”, ale wszyscy mówili na niego: Italian Place, i tak już zostało. Johnny myśli o dobudowaniu piekarni. Mówi też, że chce zamówić sobie przez Internet rosyjską narzeczoną. Może rzeczywiście to zrobi.
- Czy to oznacza, że wtedy będą świeże bliny?
- Kto wie? Lokalna gazeta już pisała o tym na tytułowej stronie - powiedziała Hopp na zakończenie. - Małżeństwo, które ją redaguje, zabrało dzieciaki na przerwę świąteczną do San Diego, dlatego w tej chwili nie ma ich w Lunacy. A to KLUN - lokalna radiostacja. Prowadzi je właściwie jednoosobowo Mitch Dauber. Przeważnie jest dość rozrywkowy.
- Nastawię odbiornik.

Hopp zawróciła i ruszyła z powrotem drogą, którą jechali.

- Niecały kilometr na zachód od miasteczka znajduje się szkoła. Zapewniamy w niej naukę dzieciom od przedszkola do dwunastej klasy. Obecnie mamy siedemdziesięciu ośmiu uczniów. Tam również prowadzimy wszelkie kursy dokształcające dla dorosłych. Gimnastyka, rysunek i malowanie, tego typu rzeczy. Od zamarznięcia do rozmarznięcia wypełniamy naszym mieszkańcom długie wieczory. Potem dzień coraz bardziej się wydłuża.
- Zamarznięcie? Rozmarznięcie?
- Kiedy zaczynają puszczać pierwsze lody, jest to znak, że nadchodzi wiosna. Gdy rzeka zamarza, zaczynają się długie wieczory.
- Kapuję.
- W granicach miasta mamy pięćset sześć dusz, następne sto dziesięć, sto kilkanaście mieszka nieco dalej, ale wciąż w naszym dystrykcie. Teraz twoim dystrykcie.

Nate wciąż odnosił wrażenie, że to wszystko jest nierealne i bardziej przypomina plan filmowy lub scenografię teatralną. Jak więc miał uznać tę rzeczywistość za swoją?

- Straż pożarna składa się z samych ochotników i mieści się tutaj. Obok jest ratusz.

Zatrzymała samochód przed budynkiem z grubych bali.

- Trzydzieści lat temu mój mąż pomagał go budować. Był pierwszym burmistrzem Lunacy i pełnił tę funkcję aż do śmierci. W lutym miną cztery lata.
- Jak zmarł?
- Na atak serca. Grał w hokeja na jeziorze. Strzelił gola, przewrócił się i umarł. Tak po prostu.

Nate chwilę odczekał.

- Kto wygrał?

Hopp wybuchnęła śmiechem.

- Jego gol rozstrzygnął o wyniku meczu. Nie dokończyli go.

Przejechała jeszcze kawałek.

- A to twój posterunek.

Nate usiłował przebić wzrokiem ciemność i padający śnieg. Ujrzał ładny budyneczek z drewna, wyraźnie nowszy niż sąsiednie domy. Przypominał nieco bungalow, miał niewielką werandę i dwa okna, po jednym po każdej stronie drzwi. Wszystko było zasłonięte zielonymi okiennicami.

Od ulicy do drzwi prowadziła ścieżka, z której ktoś odgarnął starannie śnieg. Niewielki podjazd, wyraźnie również niedawno odśnieżony, pokrywała już kilkunastocentymetrowa warstwa świeżego puchu. Od stojącego tam niebieskiego wozu terenowego do drzwi biegła wąska ścieżynka.

W obu oknach płonęło światło, a z ciemnego komina buchały kłęby dymu.

- Tak wcześnie zaczynamy pracę?
- Przyszli ze względu na ciebie. Wiedzą, że dzisiaj się pojawisz. - Zaparkowała obok pikapu. - Jesteś gotów na spotkanie ze swoimi podwładnymi?
- Zawsze.

Gdy wysiadł, tak samo jak poprzednio był zaszokowany przenikliwym zimnem. Oddychając przez zęby, powędrował za Hopp wąską ścieżynką, która prowadziła do drzwi.

- Za nimi znajduje się pomieszczenie, które nazywamy tu, na Alasce, arktycznym przedsionkiem.

Rzeczywiście było to miejsce, do którego nie miał dostępu ani wiatr, ani niska temperatura.

- Dzięki takiemu rozwiązaniu straty ciepła w głównym budynku są o wiele mniejsze. Tu można zostawić ciepłą odzież.

Zdjęła kurtkę i powiesiła ją na haku obok innej. Nate poszedł za jej przykładem. W kieszeniach zostawił również rękawiczki, czapkę i szalik. Zastanawiał się, kiedy przywyknie do tego, że ilekroć chce się tu gdzieś wyjść, trzeba się ubierać jak na podbój bieguna północnego.

Hopp pchnęła następne drzwi i weszła do pomieszczenia, w którym wyczuł dym i zapach kawy.

Ściany były pomalowane na beżowo, na podłodze leżało nakrapiane linoleum. W tylnym prawym rogu stał piec na drewno, a na nim olbrzymi żelazny czajnik, z którego buchały kłęby pary.

Z prawej strony były dwa metalowe biurka, rządek plastikowych krzeseł i ława zarzucona gazetami. Wzdłuż tylnej ściany biegł blat, na którym stała krótkofalówka, komputer i porcelanowa choinka w kolorze zielonym, jakiego nie wymyśliła matka natura.

Nate zauważył, że po obu stronach są drzwi, dostrzegł też tablicę informacyjną z poprzyczepianymi karteluszkami i notatkami.

W pomieszczeniu znajdowały się trzy osoby, które udawały, że wcale mu się nie przyglądają.

Domyślił się, że dwaj mężczyźni to jego zastępcy. Jeden z nich wyglądał na tak młodego, że chyba od bardzo niedawna mógł głosować, drugi był wystarczająco stary, by dawno, dawno temu oddać swój głos na Kennedyego. Obaj mieli na sobie grube wełniane spodnie, wysokie buty i flanelowe koszule z przyczepionymi odznakami.

Młodszy wyraźnie pochodził z Alaski, miał czarne, proste, długie do ramion włosy, głęboko osadzone, niemal czarne oczy w kształcie migdałów, ładne kości policzkowe i niewinny wyraz twarzy.

Starszy miał twarz osmaganą wiatrem, na głowie jeżyka, obwisłe policzki, wyblakłe niebieskie, lekko zezowate oczy i głębokie kurze łapki. Był potężnie zbudowany w przeciwieństwie do szczupłego partnera. Prawdopodobnie były wojskowy - pomyślał Nate.

Kobieta była okrąglutka, miała pulchne, różowe policzki i obfity biust, ukryty pod różowym sweterkiem w białe płatki śniegu. Szpakowate włosy splotła w warkocz i upięła w kok na czubku głowy. Z koka sterczał ołówek. W rękach trzymała talerz ze słodkimi bułeczkami.

- No cóż, oto cała ekipa w komplecie. To pan komendant Burke, a to, panie komendancie, pańscy ludzie. Zastępca Otto Gruber.

Jeżyk wystąpił z szeregu i wyciągnął rękę.

- Witam pana, panie komendancie.
- Witam pana, panie Gruber.
- Zastępca Peter Notti.
- Dzień dobry, panie komendancie.

Uśmiech na twarzy młodzieńca wywołał u Nate’a pewne skojarzenie.

- Jest pan w jakiś sposób spokrewniony z Rose?
- Tak, sir. To moja siostra.
- A to twoja prawa ręka, sekretarka i specjalistka od bu-

 

[Brak stron]

 

- Cieszę się, że pan do nas przyjechał, panie komendancie.

Miała typowo południowy akcent, który przywodził na myśl miętówkę sączoną na werandzie.

- Mam nadzieję, że już lepiej się pan czuje.
- Tak, zdecydowanie. Dziękuję, pani Peach.
- Oprowadzę pana komendanta po posterunku, a potem was zostawię, żebyście się lepiej poznali. Może, Ignatiousie, zechciałbyś obejrzeć swoje... pokoje gościnne?

Wyprowadziła go przez drzwi z prawej strony. Za nimi znajdowały się dwie cele z pryczami, trochę przypominającymi koje. Ściany sprawiały wrażenie świeżo pomalowanych, podłoga wyraźnie została umyta. Nate wyczuł zapach lizolu.

W celach nie było żadnych lokatorów.

- Czy ktoś ich w ogóle używa? - spytał Nate.
- Przede wszystkim pijacy i osoby, które zakłócają porządek publiczny. Trzeba dobrze się schlać i narozrabiać, żeby spędzić noc w areszcie na posterunku policji w Lunacy. Czasami zdarzają się awantury, jakiś akt wandalizmu, ale zazwyczaj sprawcami są znudzone dzieciaki. Powiem twoim ludziom, żeby podali ci wszelkie szczegóły na temat przestępczości w Lunacy. Nie mamy adwokata, więc jeśli komuś bardzo na nim zależy, musi zadzwonić do Anchorage albo Fairbanks, chyba że zna kogoś, kto mieszka gdzie indziej. Mamy natomiast emerytowanego sędziego, chociaż człowiek ten więcej czasu spędza na łowieniu ryb w przeręblu niż rozwiązywaniu problemów natury prawnej.
- W porządku.
- O rany, masz zamiar zagadać mnie na śmierć?
- Nigdy nie umiałem trzymać buzi na kłódkę.

Hopp z chichotem potrząsnęła głową.

- Teraz pora, żebyś zobaczył swoje biuro.

Wrócili do pierwszego pomieszczenia, gdzie wszyscy udawali, że ciężko pracują. Po drugiej stronie tylnej ściany, tuż przy drzwiach, stała szafka z bronią palną. Nate doliczył się sześciu śrutówek, pięciu strzelb, ośmiu rewolwerów i czterech paskudnie wyglądających noży.

Wsunął ręce do kieszeni i nadął policzki.

- A cóż to? Żadnych mieczy?
- Warto być przygotowanym na wszystko.
- Taak, zwłaszcza na mającą wkrótce nastąpić inwazję.

Nie skomentowała jego słów, jedynie z uśmiechem na ustach otworzyła drzwi obok szafki.

- To twoje biuro.

Miało mniej więcej metr kwadratowy, jedno okno i szare metalowe biurko. Na biurku stał komputer, telefon i czarna lampka. Przy bocznej ścianie ktoś ustawił dwie szafki na kartoteki, a nad nimi biegł krótki blat. Stał na nim już pełen ekspres do kawy, dwa brązowe kamionkowe kubki, koszyczek z torebkami cukru i opakowaniami śmietanki. Nie zabrakło również na razie pustej tablicy z korka, dwóch składanych krzeseł dla ewentualnych petentów i kołków do wieszania ubrania.

Z powodu świateł, które odbijały się w czarnej szybie, pomieszczenie wydawało się bardziej bezosobowe i obce niż w rzeczywistości.

- Peach napełniła szuflady twojego biurka, ale gdyby czegoś brakowało, zgłoś zapotrzebowanie na ratuszu. John wszystko załatwi.
- W porządku.
- Masz jakieś pytania?
- Mnóstwo.
- Może zatem je zadasz?
- Dobrze. Zacznę od pierwszego, które przychodzi mi na myśl, zwłaszcza że reszta zależy od odpowiedzi, jaką uzyskam. Dlaczego mnie zatrudniłaś?
- No tak. Mogę? - spytała, wskazując ręką na dzbanek z kawą.
- Bardzo proszę.

Nalała kawę do kubków, wręczyła mu jeden, potem usiadła na jednym ze składanych krzeseł.

- Potrzebowaliśmy komendanta policji.
- Może tak, może nie.
- Jesteśmy małą mieściną oddaloną od całego świata i całkiem nieźle sobie radzimy, ale potrzebny nam ktoś, kto wprowadziłby tu ład i porządek. Kto wyznaczyłby granicę między tym, co dobre i co złe, i kto potem pilnowałby tejże granicy. Mój mąż pracował nad tym przez wiele lat, zanim wpakował swego ostatniego gola do bramki.
- Teraz ty przejęłaś pałeczkę.
- Tak. Teraz ja przejęłam pałeczkę. Własny oddział policji świadczy o tym, że sami troszczymy się o siebie i nie potrzebujemy tutaj żadnych urzędników stanowych ani służb federalnych. O miasteczku takim jak Lunacy można całkowicie zapomnieć ze względu na to, jakie jest i gdzie się znajduje. Wcześniej mogliśmy się już poszczycić dobrą szkołą, dobrym hotelem, tygodnikiem i rozgłośnią radiową. Teraz mamy na dodatek swoją policję i straż pożarną. Gdy nadchodzi zima, która całkowicie odcina nas od bożego świata, umiemy być samowystarczalni, potrzebny nam jednak ład i porządek, a ten budynek i ludzie, którzy w nim pracują, symbolizują tenże ład i porządek.
- Jednym słowem zatrudniłaś symbol.
- Do pewnego stopnia można tak to powiedzieć. - Wytrzymała przez chwilę jego wzrok. - Ludzie czują się bezpieczniej, gdy da się im pewne symbole. Z drugiej strony mam jednak nadzieję, że zrobisz to, co do ciebie należy, i że zrobisz to dobrze, jednym słowem, że utrzymasz w miasteczku porządek i dotychczasowy stan rzeczy. Dlatego poświęciłam nieco czasu, żeby pokazać ci najważniejsze instytucje w mieście, podać nazwiska, powiedzieć, co kto robi. Nie zaprezentowałam ci jednak wszystkich. Bing ma warsztat samochodowy, naprawia silniki i obsługuje ciężki sprzęt, między innymi pług śnieżny i koparkę. Lunatic Air odpowiada za zaopatrzenie miasta i transport osób. Zawozi również turystów w góry i na polowania.
- Lunatic Air?
- Czyli Meg - wyjaśniła Hopp z półuśmiechem na ustach. - Znajdujemy się na krańcu świata. Sami przeobraziliśmy miasteczko założone przez osadników, awanturników, poszukiwaczy przygód i hipisów w spokojną mieścinę. Poznasz mieszkańców, dowiesz się, co ich łączy, a co dzieli. Wtedy będziesz wiedział, jak sobie z nimi radzić.
- W związku z tym wracam do pierwszego pytania. Czemu mnie zatrudniłaś? Dlaczego nie wzięłaś kogoś, kto już to wszystko wie?
- Uznałam, że ktoś, kto zna miasto od podszewki, mógłby kierować się w swojej pracy własnymi przekonaniami i uprzedzeniami. Dawać wyraz swoim urazom, wykorzystywać powiązania. Ktoś z zewnątrz to człowiek świeży. Jesteś młody, twój wiek przemawia na twoją korzyść. Nie masz żony ani dzieci, które nie chciałyby się tu przeprowadzić i namawiały cię, żebyś wrócił na tereny położone poniżej czterdziestego ósmego równoleżnika. Pracowałeś na policji ponad dziesięć lat. Masz kwalifikacje, na których mi zależało, i nie targowałeś się o pobory.
- Rozumiem twój punkt widzenia, ale można spojrzeć na to z innej strony. Co ja mam tu, do diabła, robić?
- Hmm. - Dopiła kawę. - Odnoszę wrażenie, że jesteś młodym, inteligentnym mężczyzną. Na pewno znajdziesz sobie jakieś zajęcie. No dobrze. - Wstała. - Pozwolę ci zacząć. Spotkanie na ratuszu odbędzie się o drugiej po południu. Liczę na to, że powiesz kilka słów.
- O rany!
- Jeszcze jedno. - Włożyła rękę do kieszeni i wyjęła pudełko. - Przyda ci się.

Wyjęła z pudełka srebrną gwiazdę i przypięła mu ją do koszuli.

- Do zobaczenia o drugiej, panie komendancie.

Stał na środku pokoju, wpatrując się w niedopitą kawę. Przez chwilę zza drzwi dochodziły przytłumione głosy. Naprawdę nie wiedział, co robić, uznał więc, że pora zacząć. Wyszedł z pokoju.

Hopp powiedziała prawdę. Nie miał żony ani dzieci. Nikt nie będzie go namawiał, żeby wrócił na południe. Do normalnego świata. Jeżeli chce tu zostać, musi się dobrze spisać. Jeśli schrzani sprawę, jeśli nie wykorzysta niecodziennej szansy, jaką dano mu w maleńkiej mieścinie na krańcu świata, nie będzie miał gdzie się podziać. Nie będzie miał co ze sobą począć.

Wychodząc z kawą w ręku do swoich współpracowników, czuł niemiły ucisk w żołądku, taki sam jak podczas lotu.

- Chciałbym wam zająć kilka minut.

Nie był pewien, gdzie stanąć, potem zdał sobie sprawę, że na pewno nie powinien stać, w związku z tym podszedł do plastikowych krzeseł. Przeniósł dwa z nich do biurka, na którym wcześniej postawił swoją kawę, i uśmiechnął się do Peach.

- Mogę panią prosić, pani Peach? Proszę usiąść.

Chociaż czuł, że żołądek nie zdążył jeszcze przetrawić sporej porcji naleśników, powiedział z uśmiechem:

- Może przyniosłaby pani ze sobą bułeczki cynamonowe? Fantastycznie pachną.

Wyraźnie zadowolona postawiła na biurku talerz i położyła serwetki.

- Częstujcie się, chłopcy - zaproponowała.
- Wydaje mi się, że sytuacja jest dla was wszystkich tak samo niezręczna jak dla mnie - zaczął Nate, kładąc bułeczkę na serwetce. - Nie znacie mnie. Nic nie wiecie o mnie jako o gliniarzu ani człowieku. Z kolei ja nie pochodzę stąd i nic nie wiem o tej części świata. Tymczasem macie wykonywać moje rozkazy. Będziecie wykonywać moje rozkazy - poprawił się.

Ugryzł bułeczkę.

- Nawet święty by się im nie oparł - pochwalił.
- To dzięki smalcowi.
- Tak myślę.

Wyobraził sobie, jak jego tętnice gwałtownie się zamykają.

- Trudno wykonywać rozkazy kogoś, kogo się nie zna, komu się nie ufa. Nie macie powodu, by mi ufać. Co więcej, na pewno będę popełniał błędy. Nie będę miał nic przeciwko temu, jeśli uznacie za stosowne, by zwrócić mi na nie uwagę, proszę tylko, żebyście robili to w cztery oczy. Będę również liczył na to, że wszyscy... naprawdę wszyscy będziecie dostarczać mi niezbędnych informacji. Powiecie to, co powinienem wiedzieć, przedstawicie ludzi, których powinienem poznać. Na razie jednak chcę was spytać, czy coś u mnie wam się nie podoba. Powiedzmy to sobie od razu i prosto w oczy, może dzięki temu uda nam się zaradzić ewentualnym problemom.

Otto upił kawę.

- Na razie nie wiem, czy coś mi się u pana nie podoba, czy nie. Najpierw muszę pana poznać.
- Rozumiem. Jeśli coś nie będzie panu odpowiadało, proszę mi o tym powiedzieć. Może przyznam panu rację, może powiem, żeby poszedł pan do diabła, ale przynajmniej będziemy wiedzieli, na czym stoimy.
- Panie komendancie?

Nate spojrzał na Petera.

- Mówcie do mnie Nate. Mam nadzieję, że mieszkańcy miasteczka nie wezmą przykładu z pani burmistrz i nie będą przez cały czas mówili do mnie Ignatiousie.
- No cóż, przyszło mi na myśl, że dobrze by było, gdyby na początku ktoś jeździł z panem na wezwania i patrole, na przykład Otto lub ja. Póki nie pozna pan miasteczka.
- To dobry pomysł. Pani Peach i ja opracujemy tygodniowy harmonogram dyżurów.
- Możesz mówić do mnie Peach. Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, liczę na to, że na posterunku będzie czysto i że obowiązki, w tym również sprzątanie ubikacji, Otto, znajdą się w harmonogramie razem z wszystkim innym. Miotły, wiadra i szczotki to nie tylko narzędzia dla kobiet.
- W umowie przyznano mi funkcję zastępcy, a nie sprzątaczki.

Peach miała typową, łagodną twarz matki. Może dlatego, jak każda matka, była w stanie jednym zdecydowanym spojrzeniem wywiercić dziurę w stali.

- A ja jestem prawą ręką i sekretarką, a nie babcią klozetową. Tymczasem pewne rzeczy ktoś musi zrobić.
- Proponuję, żebyśmy na razie wykonywali te obowiązki na zmianę - przerwał Nate, dostrzegając wojownicze błyski w oczach obydwojga. - Porozmawiam z panią burmistrz na temat naszego budżetu. Może uda nam się nieco zaoszczędzić i zatrudnić kogoś, kto raz w tygodniu nam posprząta. Kto ma kluczyki do szafki z bronią?
- Są w mojej szufladzie - powiedziała Peach.
- Chciałbym je dostać. Ciekaw jestem również, jakie macie kwalifikacje do posługiwania się bronią.
- Gdybym chciał, mógłbym strzelać nawet z armaty - wybuchnął Otto.
- Może to i prawda, ale nosimy odznaki.

Nate odchylił się na krześle i baczniej przyjrzał się rewolwerowi w kaburze Ottona.

- Masz zamiar traktować trzydziestkęósemkę jak rewolwer służbowy?
- To mój rewolwer i dobrze mi służy.
- Świetnie. Ja wezmę z szafki siga dziewięć milimetrów. Peterze, odpowiada ci dziewiątka, którą masz przy sobie?
- Tak, sir.
- Peach, umiesz się posługiwać bronią?
- Mam w swoim biurku kolta czterdziestkępiątkę. To jest broń mojego ojca, który nauczył mnie strzelać, gdy miałam pięć lat. Poza tym umiem się posługiwać wszystkim, co znajduje się w tej szafce, i robię to nie gorzej niż nasz wojak Joe.
- Służyłem w armii - wybuchnął Otto z taką samą złością. - W piechocie morskiej.
- W porządku. - Nate przełknął ślinę. - Możecie mi powiedzieć, ilu mieszkańców miasteczka ma broń?

Wszyscy troje przez dobrą chwilę przyglądali mu się w milczeniu.

- Prawie wszyscy - powiedział w końcu Otto.
- Świetnie. Czy mamy listę mieszkańców, którym odebrano licencję?
- Mogę ją przygotować - zaofiarowała się Peach.
- Byłoby wspaniale. A znajdą się gdzieś kopie miejskich rozporządzeń?
- Zdobędą je.
- Jeszcze jedno - powiedział Nate, gdy Peach wstawała. - Gdybyśmy musieli kogoś zaaresztować, to kto ustala kaucję, decyduje o długości aresztu, wysokości kary i tak dalej?

Po długim milczeniu odezwał się Peter:

- Chyba pan, panie komendancie.

Nate cicho gwizdnął.

- To może być nawet dość zabawne!

Wrócił do swojego biura, zabierając po drodze robotę papierkową, którą dała mu Peach. Wiedział, że nie zajmie mu to dużo czasu, ale liczył na to, że będzie mógł przyczepić coś do korkowej tablicy.

Porządkował kartki, gdy w drzwiach pojawiła się jego sekretarka.

- Przyniosłam ci kluczyki, Nate. Te są od szafki z bronią. Te od posterunku, od drzwi wejściowych i tylnych, od cel i twojego samochodu. Wszystkie są opisane.
- Mojego samochodu? Mam samochód?
- To grand cherokee. Stoi na ulicy. - Wrzuciła mu kluczyk do ręki. - Hopp powiedziała, żebyśmy ci pokazali, jak zamontować ogrzewacz do silnika.

Czytał gdzieś o tym. Przy bardzo niskich temperaturach ogrzewacze umożliwiają utrzymanie temperatury silnika.

- Na wszystko przyjdzie czas.
- Słońce wschodzi.
- Słucham?

Odwrócił się i wyjrzał przez okno.

Potem wstał i z opuszczonymi rękami patrzył, jak słońce maluje na niebie pomarańczowe i różowe plamy. Imponujące góry nagle ożyły, a po białych zboczach zaczęły się przesuwać złociste smugi.

Nate zaniemówił z wrażenia.

- Nie ma nic wspanialszego niż pierwszy zimowy wschód słońca na Alasce.

- Chyba tak.

Jak zahipnotyzowany podszedł do okna.

Spojrzał na rzekę, na miejsce, w którym poprzedniego dnia wylądował. Był tam długi, zniszczony pomost, którego wcześniej nie zauważył. Lód połyskiwał i odbijał błękitne niebo. Z mroku wyłoniły się zwały śniegu, domy, kępki drzew, a nawet ludzie. Tak, byli tam nawet ludzie, chociaż dzięki grubemu ubraniu przypominali kolorowe kule prześlizgujące się po bieli.

Obok smużki wznoszącego się dymu... o Jezu!... czyż to nie orzeł wzbija się w niebo? W tym momencie grupka dzieciaków biegiem ruszyła w stronę skutej lodem rzeki. Miały w rękach kijki hokejowe i łyżwy przerzucone przez ramię.

W oddali wznosiły się majestatyczne góry. Milczący bogowie.

Patrząc na nie, Nate zapomniał o przenikliwym chłodzie, wietrze, izolacji i własnym smutku.

Patrząc na nie, poczuł, że żyje.

3

Może było za zimno, może ludzie starali się zachowywać jak najlepiej, a może po prostu między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem zapanował świąteczny nastrój, tak czy inaczej pierwszy telefon zadzwonił dopiero w południe.

- Nate? - Peach stanęła w drzwiach z drutami i kłębkiem fioletowej wełny. - Dzwoni Charlene. Wygląda na to, że w Lodge dwóch facetów pobiło się przy bilardzie. Trochę rozrabiają.
- W porządku.

Wstał z krzesła i wędrując w stronę drzwi, wyjął z kieszeni ćwierćdolarówkę.

- Co wybieracie? - spytał Ottona i Petera.
- Orzeł - odparł Otto, przyglądając się, jak jego zwierzchnik wyrzuca monetę w powietrze.

Nate złapał ją na wierzch dłoni.

- Reszka. W porządku. W takim razie jedzie ze mną Peter. Drobna awantura w Lodge.

Przypiął krótkofalówkę do pasa, wszedł do przedsionka i zaczął się ubierać.

- Jeżeli awantura nie skończy się przed naszym przyjazdem - powiedział do Petera - chcę, żebyś w dużym skrócie przedstawił mi głównych bohaterów i wytłumaczył, o co chodzi. Czy sytuacja jest naprawdę groźna, czy wystarczy kilka ostrych słów.

Pchnął drzwi. Ze wszystkich stron otoczyło go przeraźliwie zimne powietrze.

- To mój samochód? - spytał, wskazując czarnego dżipa.
- Tak, sir.
- A ten przewód podłączony do słupka trzeba wetknąć do ogrzewacza do silnika, tak?
- Przyda się panu, jeśli samochód będzie stał nieco dłużej. Na tylnym siedzeniu jest gruby koc. Można nim przykryć silnik, wtedy jest szansa, że utrzyma ciepło przez jakieś dwadzieścia cztery godziny. Tylko potem czasami człowiek zapomina go zdjąć, a wtedy silnik łatwo się przegrzewa. Przewody rozruchowe też są z tyłu - mówił, wyciągając wtyczkę. - Tak samo jak race, apteczka i...
- Na wszystko przyjdzie czas - przerwał mu Nate, zastanawiając się, czy pokonanie drogi nazywanej Lunatic Street będzie wymagało użycia rac i apteczki. - Sprawdźmy, czy uda nam się dojechać do Lodge w jednym kawałku.

Usiadł za kierownicą i włożył kluczyk do stacyjki.

- Podgrzewane siedzenia - zauważył. - Widać jednak Bóg istnieje.

W świetle dziennym miasteczko bez wątpienia wyglądało inaczej. Jest o wiele mniejsze - uznał Nate, manewrując wśród zasp. Spaliny zostawiły przy krawężnikach wyraźne smugi na białym śniegu, wystawy sklepowe już nie były takie lśniące, a świąteczne dekoracje w świetle słonecznym nosiły wyraźne ślady zużycia.

To już była rzeczywistość, a nie kartka pocztowa, chyba że spojrzało się wyżej, na góry... chociaż i one straciły nieco swoją surowość.

Nie, nie surowość, raczej posągowość - pomyślał. Teraz spoglądał na ludzką osadę wyrzeźbioną z lodu, śniegu i kamienia, usadowioną na brzegach krętej rzeki, otoczoną gęstymi lasami, w których z pewnością grasowały watahy wilków.

Nate zastanawiał się, czy w lesie są niedźwiedzie, uznał jednak, że do wiosny nie ma się czym martwić. Chyba że opowieści o śnie zimowym to jedna wielka bzdura.

Droga z posterunku do hotelu zajęła im niecałe dwie minuty. Nate po drodze doliczył się dziesięciu przechodniów, minął brązowego pikapa, potem suva, dostrzegł trzy zaparkowane skutery śnieżne i jedną parę nart wspartych o ścianę Italian Place.

Wyglądało na to, że mieszkańcy Lunacy nie poszli w ślady niedźwiedzi i nie zapadli w zimowy sen.

Nate wszedł do środka pierwszy, Peter za nim.

Awantura trwała nadal. Słychać było głośne okrzyki zachęty: „Skop mu ten tłusty tyłek, Mackie!”, odgłosy uderzeń i burknięcia. Nate doliczył się pięciu gapiów. Jak na warunki Lunacy należało to prawdopodobnie uznać za tłum. Tworzyło go pięciu mężczyzn we flanelowych koszulach, chociaż po bliższych oględzinach okazało się, że jeden z nich jest kobietą.

W środku kręgu dwaj mężczyźni o skołtunionych, brązowych włosach turlali się po podłodze, próbując jednocześnie okładać się pięściami. Jedyną bronią widoczną w polu widzenia był złamany kij bilardowy.

- To bracia Mackie - wyjaśnił Peter.
- Bracia?
- Taak. Bliźniacy. Od urodzenia nic nie robią, tylko się tłuką. Rzadko zdarza się, by podnieśli rękę na kogoś innego.
- W porządku.

Nate łokciami utorował sobie drogę do środka kręgu. Na jego widok okrzyki nieco ucichły i zamieniły się w ciche pomruki, zwłaszcza gdy chwycił za tyłek bliźniaka numer jeden, faceta, który znajdował się na wierzchu.

- No dobra, zabawa skończona.

Bliźniak numer dwa wyrwał się spod spodu i odskoczył do tyłu. Przy okazji wymierzył potężny cios w szczękę brata.

- Rzeka Czerwona, ośla pało! - krzyknął.

Następnie uniósł pięści i rozpoczął taniec zwycięstwa. Jego brat bezwładnie opadł w ramiona Nate’a.

- Peterze, na litość boską - warknął Nate, widząc, że jego zastępca stoi w bezruchu.
- Och, przepraszam, panie komendancie. Jim, uspokój się.

Jim Mackie nie przerywał swojego tańca, zachęcany okrzykami tłumu.

Nate zauważył, że pieniądze przechodzą z ręki do ręki, ale postanowił to zignorować.

- Weź go.

Przekazał nieprzytomnego mężczyznę Peterowi, potem zastąpił drogę samozwańczemu zwycięzcy.

- Zastępca kazał ci się uspokoić.
- Taak?

Jim uśmiechnął się od ucha do ucha, ukazując białe zęby i iście po diabelsku błyskając brązowymi oczami.

- No to co? Wcale nie muszę słuchać rozkazów tego dupka.
- Musisz. Zaraz pokażę ci, dlaczego.

Nate gwałtownym ruchem obrócił mężczyznę, pchnął go na ścianę i w niecałe dziesięć sekund założył mu kajdanki.

- Hej! - zaprotestował zdetronizowany zwycięzca.
- Spróbuj podskoczyć, a wylądujesz w celi za stawianie oporu i nie tylko. Peterze, gdy drugi ptaszek odzyska przytomność, przyprowadź go na posterunek.

Nie okazując ani cienia lojalności, tym razem tłum miauczeniem i gwizdami poparł Nate’a, który siłą prowadził Jima Mackiego w stronę drzwi.

Nate zatrzymał się na widok wychodzącej z kuchni Charlene.

- Masz zamiar wnieść oskarżenie? - spytał.

Przez chwilę patrzyła na niego zaskoczona, potem zamrugała oczami.

- Hmmm... do diabła, nie. Nikt nigdy wcześniej mnie o to nie pytał. Jakie oskarżenie?
- Pewnie coś ci zniszczyli, połamali...
- Och, zawsze po fakcie płacą za szkody, chociaż, prawdę mówiąc, wypłoszyli kilku turystów, którzy mieli zamiar zamówić lunch.
- To Bill zaczął.
- Daj spokój, Jim - ucięła. - Zawsze obaj rwiecie się do walki. Mówiłam wam, żebyście przestali wszczynać burdy, ponieważ przepędzacie mi klientów. Nie chcę wnosić oskarżenia. Zależy mi tylko na tym, żeby wasze głupie bijatyki ustały. I musicie zapłacić za szkody.
- Rozumiem. Chodź, załatwmy sprawę, Jim.
- Nie rozumiem, dlaczego...

Nate rozwiał jego wątpliwości, wypychając go na ziąb.

- Jezu Chryste, przydałoby mi się moje ubranie.
- Zastępca Notti ci je przyniesie. Możesz wsiąść do samochodu albo zostać na zewnątrz i odmrozić sobie tyłek. Wybór należy do ciebie.

Otworzył drzwi i wepchnął Jima do środka.

Gdy Nate usiadł za kierownicą, Jim próbował odzyskać nieco godności, pomimo podbitego oka i strużki krwi, która sączyła się z rozciętej wargi.

- Uważam, że nie powinno się tak traktować ludzi. To niesprawiedliwe.
- A ja uważam, że niesprawiedliwością było zdzielenie brata w chwili, gdy ktoś trzymał go za ręce.

Jim, nie kryjąc rozgoryczenia, wcisnął brodę w klatkę piersiową.

- Zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Poniosło mnie. Poza tym ten sukinsyn mnie wkurzył. Jesteś tym nowym, który ma być naszym komendantem, tak?
- Ale z ciebie bystrzacha, Jim!

Jim boczył się przez całą drogę na posterunek. Potem razem z Nate’em wszedł do środka.

- Przybysz z terenów położonych poniżej czterdziestego ósmego równoleżnika - zadrwił, zwracając się do Ottona i Peach. - Nie wie, jak wygląda życie w Lunacy.
- Może mu to wyjaśnisz?

W oczach Ottona pojawił się błysk. Może radości?

- Potrzebna mi będzie apteczka. Zapraszam do siebie, do biura, Jim.

Nate wprowadził Jima do środka, pchnął go na krzesło, a potem rozpiął część kajdanków i przyczepił ją do oparcia.

- Daruj sobie - zaproponował Jim. - Jeśli będę chciał wyjść, mogę po prostu zabrać krzesło ze sobą.
- Jasne, a ja wtedy dodam do listy twoich wykroczeń kradzież sprzętu z posterunku policji.

Jim ponownie zaczął się boczyć. Był kościstym mężczyzną około trzydziestki. Miał potargane brązowe włosy, pociągłą twarz, zapadnięte policzki i brązowe oczy. Lewe było opuchnięte po jednym z ciosów brata. Z rozciętej wargi kapała krew.

- Nie lubię cię - zdecydował.
- Wolno ci. To nie jest sprzeczne z prawem, w przeciwieństwie do zakłócania spokoju, niszczenia cudzej własności i bijatyki.
- Tutaj, w Lunacy, jeśli człowiek ma ochotę stłuc na kwaśne jabłko swojego przygłupiastego brata, to jest jego i tylko jego sprawa.
- Już nie. Tutaj, w Lunacy, od tej chwili człowiek ma szanować cudzą własność i przestrzegać porządku publicznego. Ma również okazywać szacunek stróżom prawa.
- Peterowi? Temu głupkowi?
- Teraz to zastępca Głupek.

Jim ciężko westchnął, tak ciężko, że z jego rozciętej wargi pry snęły kropelki krwi.

- Na litość boską, znałem go, nim się jeszcze urodził.
- Kiedy ma przypiętą odznakę i mówi ci, żebyś się uspokoił, masz się uspokoić, niezależnie od tego, czy znałeś go in vitro, czy nie.

Jim sprawiał wrażenie zaciekawionego, a jednocześnie zaskoczonego.

- Nie wiem, o czym, do diabła, mówisz.
- Właśnie widzę.

Zerknął na wchodzącą Peach.

- Przyniosłam apteczkę i lód.

Podała lód Jimowi, a apteczkę ustawiła na biurku przed Nate’em. Potem wzięła się pod boki.

- Jak to się dzieje, Jimie Mackie, że w ogóle nie mądrzejesz?
- To Bill zaczął.

Zarumienił się i przycisnął lód do krwawiącej wargi.

- To ty tak twierdzisz. A gdzie jest Bill?
- Peter zaraz go przyprowadzi - wyjaśnił Nate. - Kiedy numer dwa odzyska przytomność.

Peach prychnęła.

- Przypuszczam, że matka podbije ci drugie oko, gdy będzie musiała zapłacić za ciebie kaucję...

Wygłosiwszy ponurą przepowiednię, wyszła, trzaskając drzwiami.

- Jezu! Chyba nie masz zamiaru zamykać mnie za to, że zdzieliłem brata przez łeb.
- Kto wie? Może jeszcze sam nieźle ci dołożę, zważywszy, że to mój pierwszy dzień w pracy. - Nate oparł się o krzesło. - O co poszło?
- No dobrze, posłuchaj.

W ramach przygotowania do własnej obrony Jim klepnął się po kolanach.

- Ten pozbawiony mózgu osioł twierdzi, że najlepszym westernem, jaki kiedykolwiek nakręcono, był Dyliżans, podczas gdy nawet dziecko wie, że Rzeka Czerwona bije całą resztę na głowę.

Nate przez długą chwilę milczał.

- Naprawdę?
- Na litość boską!
- Po prostu chcę mieć pewność, czy rzeczywiście dobrze cię zrozumiałem. Ty i twój brat urządziliście sobie bijatykę, ponieważ nie zgadzacie się co do zalet Dyliżansu i Rzeki Czerwonej z æuvre Johna Wayne’a.
- Czego?
- Biliście się o to, który film Johna Wayne’a jest lepszy?

Jim poruszył się na krześle.

- Chyba tak. Wyrównamy Charlene wszystkie straty. Czy mogę już iść?
- Zwrócicie Charlene za zniszczenia i każdy z was zapłaci sto dolarów grzywny za zakłócanie porządku publicznego.
- Niech to diabli! Nie możesz...
- Mogę.

Nate wychylił się do przodu i obrzucił Jima zimnym, spokojnym spojrzeniem, pod wpływem którego bliźniak numer jeden zaczął niespokojnie wiercić się na krześle.

- Posłuchaj, Jim, co ci powiem. Nie chcę, żebyście obaj z Billem wszczynali burdy w Lodge. Ani w żadnym innym miejscu, chociaż na razie przede wszystkim chodzi mi o hotel. Pomyślcie o małym chłopcu, który spędza tam większość czasu.
- E tam, do diabła, w razie bójki Rose zawsze zabiera Jesse’ego do kuchni. Bill i ja nie chcemy skrzywdzić tego malca. Jesteśmy po prostu... no wiesz... trochę popędliwi.
- W takim razie, będąc w mieście, musicie zapanować nieco nad swoją popędliwością.
- Sto dolarów?
- Do zapłacenia u Peach w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. Jeśli tego nie zrobisz, z każdym dniem opóźnienia podwoję stawkę. Jeśli nie chcesz płacić grzywny, możesz spędzić trzy najbliższe dni tutaj, w bardzo dobrych warunkach.
- Zapłacimy - mruknął Jim, ciężko wzdychając. - Ale, na litość boską, Dyliżans?
- Osobiście lubię Rio Bravo.

Jim otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnował z tego pomysłu. Widocznie w końcu zdał sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji.

- To cholernie dobry film - przyznał - chociaż daleko mu do Rzeki Czerwonej.

 

Nate doszedł do wniosku, że jeśli takie przestępstwa są w Lunacy normą, być może podjął słuszną decyzję, przylatując właśnie tutaj. Prawdopodobnie największym wyzwaniem, jakie przed nim stoi, będą bójki między braćmi.

Nie szukał wielkich wyzwań.

Bracia Mackie nie stanowili żadnego problemu. Rozmowa z Billem przebiegła niemal dokładnie tak samo jak z Jimem, chociaż Bill z większym zapałem bronił Dyliżansu