Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Barwna, zachwycająca powieść o dwóch samotnych sercach, które szukają miłości i ukojenia.
Nate Burke, policjant, który nie może się otrząsnąć po śmierci swojego partnera, przyjmuje posadę komendanta policji w małym miasteczku Lunacy na Alasce. Wydaje mu się, że czeka tu na niego tylko monotonia i rutyna, tymczasem niewyjaśniona zbrodnia sprzed 16 lat zatrzymuje go na dłużej. Aby przeprowadzić śledztwo, musi pokonać wrogość i niechęć mieszkańców Lunacy, którzy nie wierzą, że wśród nich może ukrywać się morderca. W dochodzeniu pomaga mu jedynie Meg Galloway, intrygująca, niezależna kobieta, która zna niełatwe życie na Alasce. Odkrywając tajemnicę tragedii sprzed lat, Nate i Meg zbliżają się do siebie, a temperatura ich uczuć niepokojąco wzrasta.
[Opis okładkowy]
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Krasnymstawie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2)
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (5)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (4)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 726
Rok wydania: 2005
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
nora roberts
Zorza
polarna
Z angielskiego przełożyła
Bożena Krzyżanowska
Tytuł oryginału
NORTHERN LIGHTS
Projekt okładki
Małgorzata Karkowska
Zdjęcie na okładce
Flash Press Media
Redaktor prowadzący
Elżbieta Kobusińska
Redakcja merytoryczna
Elżbieta Żuk
Redakcja techniczna
Lidia Lamparska
Korekta
Marianna Filipkowska
Radomiła Wójcik
Copyright © 2004 by Nora Roberts
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation by Bertelsmann Media sp. z o.o.
Warszawa 2005
Świat Książki
Warszawa 2005
Bertelsmann Media sp. z o.o.
ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa
Skład i łamanie
Joanna Duchnowska
Druk i oprawa GGP Media GmbH, Pössneck
ISBN 83-7391-822-1
Nr 5089
Dla kochanego Logana, syna mojego syna.
Życie będzie dla Ciebie skrzynią skarbów,
pełną śmiechu, ciekawych przygód,
wspaniałych odkryć i magicznych chwil.
A przez wszystkie te klejnoty będzie przenikał
spokojny blask miłości.
Skończ to, miła pani.
Dzień jasny minął i dążymy w mroki.
WILLIAM SZEKSPIR
(przeł. Maciej Słomczyński)
O ciemno, ciemno, choć blask południowy.
Nigdy nowego dnia już nie zobaczę,
Noc czarna, wieczna noc mnie otoczyła
I nigdy już się nie zmieni!
JOHN MILTON
(przeł. Władysław Bartkiewicz)
Zapiski z wyprawy, 12 lutego 1988 r.
W samo południe wylądowaliśmy na Sun Glacier. Podczas lotu pozbyłem się francowatego kaca, a roztaczające się wokół widoki przywołały mnie do rzeczywistości. Niebo czyste, błękitne jak kryształ. Tego typu błękit wciskają na widokówki, a chcąc jeszcze bardziej skusić turystów, dodają delikatną mgiełkę wokół zimnego, białego słońca. Zakładam, że to dobry znak i rzeczywiście powinienem wybrać się na wspinaczkę. Wiatr wieje z prędkością około dziesięciu węzłów, balsamiczne powietrze może mieć około dwudziestu stopni poniżej zera. Lodowiec jest szeroki jak dupa Kurwiastej Kate i zimny jak jej serce.
Muszę przyznać, że Kate ładnie nas wczoraj pożegnała. Nawet dała nam coś, co można by nazwać grupową zniżką.
Nie mam pojęcia, co my tu, do diabła, robimy, chociaż z drugiej strony każdy człowiek musi gdzieś być i coś robić. Zimowa wspinaczka na No Name jest tak samo dobra jak wszystko inne, a może nawet lepsza.
Mężczyzna musi od czasu do czasu wybrać się na tygodniową wyprawę w poszukiwaniu przygód, jednak pod warunkiem, że owe przygody nie mają nic wspólnego z alkoholem i rozwiązłymi kobietami. Jakże inaczej można doceniać alkohol i kobiety, jeśli czasem się od nich nie ucieknie?
Fakt, że spotkałem dwóch równie narwanych jak ja kumpli, nie tylko przyniósł mi szczęście w kartach, ale również znacznie poprawił mi nastrój. Niewiele rzeczy działa na mnie tak odpychająco jak normalna robota za dniówkę, czyli zwyczajny kierat typowych wołów roboczych, ale muszę przyznać, że pewna pani umie pociągnąć za odpowiednie sznurki.
Nieoczekiwanie wpadło mi w ręce nieco gotówki, co powinno usatysfakcjonować moje dziewczyny, uważam więc, że teraz mam prawo urządzić sobie kilkudniową wyprawę z kumplami, zrobić coś tylko dla siebie.
Muszę sobie przypomnieć, że wciąż jeszcze żyję, a czyż jest lepszy sposób na to niż zmaganie się z naturą i bezsensowne ryzykowanie życia albo kończyn w towarzystwie innych mężczyzn? W dodatku robienie tego z czystej głupoty, nie za pieniądze, nie z obowiązku i nie dlatego, że jakaś kobieta koniecznie chce sprawdzić, czy aby na pewno jestem facetem z jajami, świadczy o tym, że jeszcze tli się we mnie jakaś iskierka.
Na Alasce robi się coraz tłoczniej. Drogi biegną tam, gdzie niegdyś w ogóle ich nie było, ludzie mieszkają na bezludnych dotychczas terenach. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, zaludnienie było znacznie mniejsze, a cholerni stanowi nie wtykali nosa w nie swoje sprawy.
Jakieś zezwolenie na wspinaczkę? Na wędrówkę po górach? Chrzanić zezwolenie i chrzanić stanowych, ich przepisy i papierki! Góry stały tu wcześniej, nim pieprzeni biurokraci wymyślili, w jaki sposób zbić na nich majątek. I będą stały nadal, gdy urzędnicy powędrują do piekła.
Tymczasem jestem tutaj, na ziemi, która nie należy do nikogo. Święta ziemia nie może do nikogo należeć.
Gdyby tylko był jakiś sposób, żeby można było zamieszkać na tej górze, rozbiłbym na niej namiot i nigdy nie schodził w dolinę. Niestety, niezależnie od tego, czy ktoś uważa tę ziemię za świętą, czy nie, jest w stanie zabić człowieka, co więcej, potrafi zrobić to bezlitośnie i o wiele szybciej niż najbardziej dokuczliwa żona.
Postanowiłem więc spędzić tu tydzień w towarzystwie mężczyzn, którzy myślą podobnie jak ja, wspinając się na szczyt, który nie ma nazwy i wznosi się nad miasteczkiem, nad rzeką i jeziorami, na granicy, którą wymyślili urzędnicy. Wyznaczyli ją na ziemi, która drwi z ich mizernych prób ujarzmienia i zachowania w nienaruszonym stanie.
Alaska nie należy do nikogo, sama sobie jest panią, niezależnie od tego, ile pojawi się na niej dróg, znaków i przepisów. To ostatnia z dzikich kobiet i Bóg ją za to kocha. Ja też.
Nim zdążyliśmy założyć bazę, słońce schowało się za majestatycznymi szczytami, a my zanurzyliśmy się w typowo zimowej ciemności. Stłoczeni w namiocie, najedliśmy się do syta, wypaliliśmy trawkę i pogadaliśmy o jutrze.
Jutro czeka nas wspinaczka.
W drodze do Lunacy, 28 grudnia 2004 r.
Ignatious Burke leciał między ośnieżonymi zboczami gór w stronę miasteczka zwanego Lunacy. Tkwił uwięziony w trzęsącej się puszce na zupę, beztrosko nazywanej przez niektórych samolotem, a za skutą lodem szybą dmuchał lodowaty wiatr. W takich oto warunkach doznał nagle olśnienia.
Wcale nie był tak przygotowany na śmierć, jak mu się wydawało.
Była to potworna myśl, zwłaszcza że jego los spoczywał w rękach obcego człowieka, który miał na sobie kanarkowożółtą, watowaną kurtkę i niemal całkowicie ukrywał twarz w fałdach pomarszczonej skóry.
Na lotnisku w Anchorage sprawiał wrażenie dobrego pilota, ale pewnie tylko dlatego, że najpierw serdecznie uścisnął dłoń Nate’a, a dopiero potem wskazał kciukiem puszkę na zupę ze śmigłami.
- Mów mi Palant - zaproponował.
Wtedy Nate po raz pierwszy poważnie się zaniepokoił.
Co za idiota wsiada do fruwającej puszki, którą pilotuje facet zwany Palantem?
Niestety, o tej porze roku jedynym pewnym sposobem dostania się do Lunacy był samolot. Tak przynajmniej twierdziła pani burmistrz Hopp, kiedy Nate omawiał z nią szczegóły podróży.
Samolot ostro skręcił w prawo. Czując ucisk w żołądku, Nate zaczął się zastanawiać, jak pani burmistrz Hopp rozumie słowo „pewny”.
W końcu doszedł do wniosku, że to i tak nie ma większego znaczenia. Życie lub śmierć - czymże to jest wobec wieczności? Kiedy w Baltimore-Washington wchodził na pokład ogromnego odrzutowca, uznał, że tak czy inaczej jego życie powoli dobiega kresu.
Policyjny psychoanalityk radził Nate’owi, żeby nie podejmował ważnych decyzji, póki nie pokona depresji, mimo to bez żadnego konkretnego powodu złożył podanie o stanowisko komisarza policji w Lunacy. O wyborze zadecydował fakt, że nazwa miejscowości wydała mu się jak najbardziej odpowiednia. W końcu „lunacy” to szaleństwo, obłęd.
Przyjmując stanowisko, jedynie wzruszył ramionami w geście, który mówił: „A kto by się tym przejmował”.
Teraz jednak, walcząc z mdłościami i drżąc z powodu nagłego olśnienia, Nate zdał sobie sprawę, że nie tyle martwi go sama śmierć, co sposób, w jaki mógłby zginąć. Po prostu nie chciał rozstawać się z tym światem, pakując się w pieprzonym mroku w zbocze góry.
Gdyby został w Baltimore, słuchał rad psychoanalityka i zwierzchników, mógłby przynajmniej wykonywać swoje obowiązki. To nie byłoby wcale takie straszne.
Prawda wyglądała tak, że w którymś momencie po prostu go poniosło i oddał legitymację. Być może nie spalił za sobą mostów, ale z pewnością je podpalił, a teraz skończy marnie jako krwawa plama gdzieś w górach Alaski.
Nate przełknął kluchę, która utkwiła mu w gardle.
Palant uśmiechnął się i puścił do Nate’a perskie oko.
Samolocik podskakiwał i drżał. Nate poddał się i zamknął oczy. Modlił się, żeby przed niezbyt dostojną śmiercią wcześniej nie obrzygać sobie butów.
Nigdy więcej nie wsiądzie do samolotu. Jeśli przeżyje, wyjedzie z Alaski... albo opuści ją na piechotę... lub wypełznie. Na pewno już nigdy nie wzbije się w powietrze.
Samolot gwałtownie zanurkował. Nate mimo woli otworzył oczy. Przez przednią szybę ujrzał efekt wspaniałego zwycięstwa słońca nad mrokiem, zdumiewającą jasność, która zabarwiła niebo na perłowo, a świat w dole pokryła białymi i błękitnymi smugami, gwałtownymi wzniesieniami, lśniącymi skupiskami pokrytych lodem jezior i długimi rzędami obsypanych śniegiem drzew.
Na wschodzie widać było giganta, którego miejscowi nazywają Denali albo po prostu Góra. Chociaż Nate sprawdził w przewodnikach tylko najważniejsze rzeczy na temat Alaski, dowiedział się, że jedynie przybysze z zewnątrz nazywają ją McKinley.
Przyglądając się jej z samolotu, uznał, że jest zbyt ogromna, by mogła być realna. Gdy promienie słońca rozprzestrzeniły się po błękitnym niebie niczym boże palce, wszędzie pojawiły się cienie, niebieskie plamy na białym tle.
Coś drgnęło w sercu Nate’a. Na chwilę zapomniał o podchodzącym do gardła żołądku, ciągłym warkocie silnika, nawet o przenikliwym chłodzie, który panował we wnętrzu samolotu.
Chociaż skierowali się na zachód, ani na chwilę nie stracili z oczu potężnego szczytu. Teraz Nate zauważył, że to, co wcześniej uznał za pokrytą lodem drogę, było wijącą się, zamarzniętą rzeką. Nad jej brzegami stały domy i zabudowania, auta i ciężarówki.
Miał wrażenie, że właśnie znalazł się w zamarzniętej, śnieżnej krainie, którą trzeba potrząsnąć, żeby obudzić ją do życia, krainie, gdzie wszystko jest białe, nieruchome i pogrążone w oczekiwaniu.
Nagle coś stuknęło o podłogę.
Samolot tak gwałtownie obniżył lot, że Nate kurczowo chwycił się siedzenia i zaparł się nogami.
Nate nagle sobie przypomniał, że nienawidzi sportów zimowych.
Palant wybuchnął gromkim śmiechem. Samolot dotknął lodu.
Samolot podskoczył, prześlizgnął się kawałek, po czym z wdziękiem zatrzymał się na środku rzeki. Palant wyłączył silniki. W nagłej ciszy Nate usłyszał bicie własnego serca.
Nate zrezygnował z pocałowania ziemi. Obawiał się, że nie tylko wyglądałoby to śmiesznie, ale na dodatek mógłby do niej przymarznąć. Wystawił zdrętwiałe nogi z samolotu i modlił się, żeby zechciały go donieść do jakiegoś ciepłego, spokojnego i w miarę normalnego miejsca.
Na razie musiał się skupić na pokonaniu sporego kawałka lodu bez połamania sobie nóg lub skręcenia karku.
Nate z trudem utrzymywał równowagę. W pewnej chwili zauważył, że ktoś stoi na brzegu. Osoba ta miała na sobie brązową kurtkę z kapturem obszytym czarnym futerkiem. Niecierpliwie paliła papierosa, wypuszczając co chwila niewielkie obłoczki dymu. Traktując ją jako drogowskaz, Nate wędrował po lodzie, starając się zachować resztki godności.
Głos był zachrypnięty, wyraźnie należał do kobiety i unosił się w powietrzu wraz z obłokami dymu. Nate po raz ostatni poślizgnął się, odzyskał równowagę i z bijącym sercem wyszedł na brzeg.
Wyciągnęła rękę i nie zdejmując rękawiczki, jakimś cudem uścisnęła mu dłoń.
Wyjęła z kieszeni srebrną piersiówkę i wcisnęła mu ją do ręki.
Nate w głębi duszy zgodził się z panią burmistrz, odkręcił więc zakrętkę butelki i pociągnął z niej spory łyk. Natychmiast poczuł, jak płynny ogień spływa mu prosto do żołądka.
Prowadziła Nate’a wydeptaną ścieżką.
Wszystko wyglądało jak na planie filmowym. Zielone i białe drzewa, rzeka, śnieg, budynki z drewnianych bali, dym unoszący się kłębami z kominów i rur. Wszystko senne i rozmazane. W tym momencie Nate zdał sobie sprawę, że widzi świat w ten sposób nie tylko z powodu mdłości, ale i wyczerpania. Podczas podróży samolotem w ogóle nie spał. Obliczył, że po raz ostatni znajdował się w pozycji horyzontalnej niemal dwadzieścia cztery godziny temu.
Rzeczywiście widok przypominał kartkę pocztową, może dlatego trochę przytłaczał. Nate czuł się tak, jakby nagle znalazł się na planie filmowym... albo w czyimś śnie.
Wszystko, co miał na sobie, łącznie z grubą bielizną i zawartością walizek, zamówił bezpośrednio u Eddiego Bauera zgodnie z sugestiami i listą, które Hopp przekazała mu pocztą elektroniczną.
Przytaknęła.
Weszła na długą drewnianą werandę.
Kiedy się uśmiechnęła, Nate dostrzegł pod kapturem okrągłą jak jabłko, rumianą twarz. Hopp miała błyszczące, orzechowobrązowe oczy, wąskie, duże usta o ruchliwych kącikach.
Jej śmiech zabrzmiał jak klakson. Były to dwa krótkie wybuchy. Chcąc je podkreślić, poklepała go po ramieniu.
Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i wprowadziła Nate’a do cudownie ciepłego pomieszczenia.
Poczuł zapach dymu, kawy, smażonej cebuli i damskich perfum typu „przeleć mnie”.
Przestronne pomieszczenie tylko symbolicznie podzielone zostało na restaurację z pięcioma boksami oraz kilkoma stolikami i bar. Przy barze stał rządek wysokich krzeseł z czerwonymi, wytartymi przez lata siedzeniami.
Z prawej strony, w sporej niszy, Nate zobaczył ogromny stół bilardowy i połyskujące światła szafy grającej.
Na prawo od niej znajdowało się coś, co przypominało lobby. Stało tam biurko, a w szafce z przegródkami leżały klucze i kilka kopert.
W kominku płonęły polana, a frontowe okna zostały zamontowane pod pewnym kątem, żeby lepiej było widać zachwycającą panoramę gór.
Obsługująca gości kelnerka była w ciąży. Czarne, lśniące włosy splotła w długi warkocz. Na widok jej zachwycająco pięknej twarzy Nate zamrugał powiekami. Miał przed sobą alaską wersję Madonny o łagodnych, ciemnych oczach i złocistej skórze.
Nalewała kawę dwóm klientom, którzy okupowali jeden z boksów. Przy sąsiednim stoliku siedział mniej więcej czteroletni chłopiec. Kolorował rysunki w książeczce. Miejsce przy barze zajmował mężczyzna w tweedowej marynarce. Palił papierosa i czytał zniszczony egzemplarz Ulissesa.
W głębi lokalu widać było jakiegoś mężczyznę z brązową brodą, która opadała mu na klatkę piersiową i na wyblakłą flanelową koszulę w kratkę. Sprawiał wrażenie, jakby toczył pełną złości dysputę z samym sobą.
Wszystkie głowy odwróciły się w stronę wchodzących. Głośno powitano Hopp, która zrzuciła kaptur, odsłaniając gęste, szpakowate włosy. Potem spojrzenia przeniosły się na Nate’a. Była w nich ciekawość i spekulacja. Tylko właściciel brody nie krył wrogości.
Hopp podeszła do baru i poklepała po ramieniu Tweedową Marynarkę.
Profesor podsunął okulary i wrócił do lektury.
Chłopiec przez cały czas miał głowę pochyloną nad książką. Kiedy uniósł wzrok, spod gęstej, czarnej grzywki błysnęły duże, ciemne oczy. Wyciągnął rękę i pociągnął Hopp za brzeg kurtki. Pochyliła się, żeby usłyszeć szept chłopca.
Drzwi za barem się otworzyły. Pojawił się w nich ogromny ciemnoskóry mężczyzna w białym fartuchu.
Nate dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mówią do niego „panie komendancie”. W tym samym momencie poczuł na sobie spojrzenia wszystkich obecnych.
Mike wrócił do kuchni, a Nate usłyszał, jak dźwięcznym barytonem wyśpiewuje Baby, It’s Cold Outside.
Tak jak w filmie lub na kartce pocztowej - pomyślał Nate. Lub w teatrze. Tak czy inaczej w miejscu, którym człowiek się zachwyca, chociaż sam Nate czuł się jak zakurzony rekwizyt.
Hopp wskazała Nate’owi miejsce, po czym pomaszerowała do lobby, obeszła biurko i wyjęła klucz z jednego ze schowków.
W tym momencie w głębi za biurkiem otworzyły się drzwi. Pojawiła się w nich seksbomba.
Była blondynką. Nate zawsze uważał, że ten kolor włosów najlepiej pasuje do seksbomb. Falująca kaskada opadała aż do wyjątkowo imponujących piersi, które doskonale uwydatniał głęboki dekolt obcisłego, niebieskiego sweterka. Nate dopiero po minucie dotarł spojrzeniem do twarzy. Stało się tak dlatego, że sweterek był wetknięty w obcisłe dżinsy, które z pewnością miażdżyły wszystkie organy wewnętrzne.
Nate jednak się nie skarżył.
Jasnoniebieskie oczy seksbomby były tak niewinne, że pozostawały w jaskrawym kontraście z wydatnymi, czerwonymi ustami. Kobieta wyraźnie nie oszczędzała na makijażu. Przypominała Nate’owi laleczkę Barbie.
Barbie - pogromczynię mężczyzn.
Na przekór ograniczeniom, jakie stwarzał strój, wszystko, co mogło podrygiwać, podrygiwało, gdy obchodziła biurko i stukając wysokimi obcasami, wędrowała do jadalni. Tam stanęła przy barze i przybrała odpowiednią pozę.
Jej głos przypominał gardłowy pomruk - musiała go ćwiczyć - i zdecydowanie był obliczony na to, że odciągnie krew z głowy mężczyzny i obniży jego IQ do poziomu zielonej rzepy.
Na przekór tym słowom Charlene uśmiechała się jak głaskany kociak.
Hopp z pełną rozwagą mocno zacisnęła kluczyk w dłoni, tak że spomiędzy palców zwisała tylko duża czarna etykietka z numerem pokoju.
Oczywiście, mógł sam się bronić, ale nie widział sensu. Powędrował za Hopp schodami na piętro tak posłusznie, jak szczenię wędruje za swoim panem.
Opuszczając salę, usłyszał, że ktoś powiedział: cheechako, jakby wypluwał nieświeże mięso. Domyślił się, że to obelga, ale puścił ją mimo uszu.
Znów wybuchnęła donośnym śmiechem, po czym wsunęła klucz do zamka pokoju 203.
Hopp potrząsnęła głową i otworzyła drzwi.
Weszła do obitego boazerią pokoju z żelaznym łóżkiem, szafą i lustrem po jednej stronie, małym stolikiem, dwoma krzesłami i niewielkim biurkiem po drugiej.
Pokój był czysty, skromny, i niemal tak interesujący jak torebka białego ryżu.
Hopp odsunęła czarno-niebieską zasłonę, za którą stała mała lodówka, dwupalnikowy piecyk i zlew rozmiaru dłoni Nate’a.
Omiotła wzrokiem pomieszczenie.
Uniósł głowę.
Zlew był większy od kuchennego, chociaż niewiele. Nie było wanny, uznał jednak, że kabina z prysznicem w zupełności mu wystarczy.
Palant przy dźwigał dwie walizki i torbę, jakby nic w nich nie było. Rzucił je na łóżko. Materac ugiął się pod ich ciężarem.
Dotknął palcem czoła, udając, że salutuje, i wyszedł.
Charlene ze śpiewem wniosła tacę do pokoju. Podchodząc do stolika, kołysała biodrami, co przypominało chodzący metronom.
Zatrzepotała rzęsami. Nate był pewien, że to również ćwiczyła.
Stojąca za jej plecami Hopp wbiła wzrok w sufit. Pragnąc postawić na swoim, położyła dłoń na ramieniu Charlene i pociągnęła ją w stronę drzwi. Rozległ się stukot obcasów na drewnianej podłodze, kobiecy pisk, potem trzaśnięcie drzwi.
Zza nich Nate usłyszał cichy, obrażony głos Charlene:
- Kiedy właścicielka stara się być miła, hotel łatwo zamienia się w burdel. Może pewnego dnia to zrozumiesz.
Nate odczekał, aż kobiety się oddalą, dopiero potem podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku. Następnie zdjął kurtkę i opuścił ją na podłogę, to samo zrobił z czapką. Rozwinął szalik, rzucił go. Rozpiął ocieplaną kamizelkę i dołożył ją na zrzucone ubrania.
Gdy został w koszuli, spodniach, ciepłej bieliźnie i butach, podszedł do stolika, wziął zupę, łyżkę i zabrał posiłek w stronę ciemnego okna.
Zegarek obok łóżka pokazywał wpół do czwartej, a było już ciemno jak o północy. Jedząc zupę, przyglądał się latarniom ulicznym, po chwili zaczął również dostrzegać zarysy budynków. Zauważył świąteczne dekoracje: kolorowe światełka, święte Mikołaje, kartonowe renifery.
Tylko nigdzie nie widział żadnych ludzi - ani śladu życia, ani śladu ruchu.
Jadł automatycznie, zbyt zmęczony i zbyt głodny, żeby zwracać uwagę na smak.
Wszystko, co jest za tym oknem, stanowi jedynie dekorację filmową - pomyślał. Budynki to kartonowe fasady, a ludzie, których spotkał na parterze, są jedynie postaciami z iluzorycznego świata.
Może to wszystko jest jedną wielką iluzją, zrodzoną z depresji, żalu i złości, podłej mieszaniny uczuć, które rzuciły go na wiatr i kazały wylądować w tej zapadłej dziurze?
Wkrótce obudzi się w swoim mieszkaniu w Baltimore i będzie próbował wykrzesać z siebie tyle energii, by przebrnąć przez następny dzień.
Zjadł kanapkę, stojąc w oknie i spoglądając na pusty, czarnobiały świat z dziwnymi świątecznymi światełkami.
Może warto byłoby wyjść na zewnątrz, do tego pustego świata? Zostać jednym z bohaterów niecodziennej iluzji? Potem rozpłynąć się w ciemności, jak ostatnia scena niemego filmu. Żeby było już po wszystkim.
Kiedy doszedł do wniosku, że właściwie chciałby, aby było już po wszystkim, w jego polu widzenia pojawiła się jakaś postać. Miała na sobie krzykliwe, jasnoczerwone ubranie, które wyraźnie odcinało się od pozbawionej barw scenerii i wniosło w nią element ruchu.
Ruchu, zdecydowania i energii. Życia z wyraźnym celem, podążania w określonym kierunku. Postać szła szybkim, zdecydowanym krokiem i zostawiała wyraźne ślady na śniegu.
Jakby chciała pokazać, że tu była. Że żyje.
Nate nie wiedział, czy to mężczyzna, kobieta, czy dziecko, jednak coś w barwnej plamie i w pewności kroków wyraźnie go zaciekawiło.
Postać, jakby wyczuła, że ktoś ją obserwuje, zatrzymała się i uniosła głowę.
Nate znów odniósł wrażenie, że świat został zdominowany przez czerń i biel. Biała twarz, czarne włosy. Rozmyte z powodu ciemności i odległości.
Przez długą chwilę panował bezruch i cisza. Potem postać znów ruszyła przed siebie, w stronę wejścia do Lodge, i zniknęła Nate’owi z pola widzenia.
Nate zasłonił okno i odsunął się od niego.
Po chwili zastanowienia zdjął walizki z łóżka i rzucił je na podłogę. Rozebrał się do naga i nie zważając na chłód panujący w pokoju, wpełznął pod grubą warstwę koców, tak jak niedźwiedź wpełza do gawry.
Miał trzydzieści dwa lata i rozczochraną masę gęstych, kasztanowych włosów wokół pociągłej, drobnej twarzy, na której widać było ogromne wyczerpanie. Rozpacz przesłoniła oczy szarą chmurą. Pod jednodniowym zarostem skóra była blada ze zmęczenia. Pomimo pełnego żołądka Nate wciąż był osłabiony jak człowiek, który jeszcze nie do końca zdołał pokonać grypę.
Wolałby, żeby Barbie-Charlene zamiast kawy przyniosła mu butelkę czegoś mocniejszego. Nie przepadał za alkoholem, co z pewnością uchroniło go przed nałogiem, mimo to po kilku głębszych łatwiej uwolniłby mózg od zbędnych myśli i zapadł w sen.
Usłyszał wycie wiatru. Poprzednio panował bezruch powietrza, teraz mocne podmuchy przywodziły na myśl jęczące dusze. Oprócz tego Nate słyszał skrzypienie ścian budynku i własny oddech.
Trzy samotne dźwięki, samotne trio.
Nie słuchaj ich - pomyślał. Wycisz się.
Postanowił, że prześpi się kilka godzin. Potem umyje się po podróży i napompuje kawą.
Wtedy będzie czas, żeby zadecydować, co, do diabła, dalej robić.
Gdy wyłączył światło, cały pokój zalała nieprzenikniona ciemność. Po kilku sekundach wzięła w objęcia również i jego.
Kiedy koszmar wytrącił go ze snu, ze wszystkich stron otaczała go ciemność, która wciągała jak bagno. Z trudem zaczerpnął powietrza i próbował wydostać się na powierzchnię. Gdy w końcu wyplątał się z pościeli, był zlany zimnym potem.
Wyczuł jakieś dziwne zapachy: cedru, nieświeżej kawy, cytryny. Potem przypomniał sobie, że nie jest w swoim mieszkaniu w Baltimore.
Oszalał i wyjechał na Alaskę.
Sądząc po tym, co wskazywały błyszczące cyferki na zegarku przy łóżku, była piąta czterdzieści osiem.
To by oznaczało, że trochę się zdrzemnął, zanim ten sam od dawna koszmar wyrwał go ze snu.
W powracającym koszmarze zawsze panowała ciemność. Była czarna noc, padał brudny deszcz. W powietrzu unosił się zapach prochu i krwi.
- Jezu, Nate, Jezu! Oberwałem!
Zimny deszcz spływał Nate’owi po twarzy, ciepła krew przeciekała mu przez palce. Jego krew i krew Jacka.
Nie był w stanie jej zatamować, tak samo jak nie mógł powstrzymać potoków deszczu. I jedno, i drugie przytłoczyło go w ciemnym zaułku w Baltimore i wyprało z wszelkich uczuć.
To powinienem być ja - myślał. Nie Jack. On powinien być w domu z żoną, dzieciakami, a nie umierać w śmierdzącej przecznicy, w strugach brudnego deszczu.
Nate został postrzelony w nogę, druga kula trafiła go nieco powyżej pasa. Nie mógł dalej biec, upadł. Tylko dlatego Jack wpadł w zaułek pierwszy.
Wystarczyło kilka sekund, kilka drobnych zbiegów okoliczności, by zginął taki dobry człowiek!
Nate musiał z tym jakoś żyć. Przez jakiś czas zastanawiał się nad samobójstwem, ale było to egoistyczne rozwiązanie, które nie przyniosłoby zaszczytu jego przyjacielowi, a jednocześnie partnerowi. Życie z tą świadomością było trudniejsze od śmierci.
Życie stanowiło większą karę.
Nate wstał i powędrował do łazienki. Ogromną radość sprawiła mu cienka strużka gorącej wody, która płynęła z prysznicu. Zmycie warstwy brudu i potu wymagało dobrej chwili, ale Nate wcale się tym nie przejmował. Miał dość czasu.
Ubierze się, zejdzie na parter i napije się kawy. Potem zadzwoni do Hopp i pójdzie z nią na posterunek. Postara się być bardziej rozmowny i spróbuje wymazać pierwsze wrażenie, jakie musiał na niej zrobić: kretyna o przekrwionych oczach.
Kiedy wziął prysznic i ogolił się, poczuł się znacznie lepiej. Wyjął świeże ubranie i starannie włożył na siebie warstwa na warstwę.
Zdejmując z wieszaka kurtkę, przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze.
- Komendant policji w Lunacy na Alasce, Ignatious Burke. - Potrząsnął głową i niepewnie się uśmiechnął. - No cóż, panie komendancie, dostaniesz gwiazdę.
Schodząc na parter, był zaskoczony całkowitą ciszą. Z tego, co czytał, lokale takie jak Lodge są na Alasce miejscem spotkań towarzyskich. Długie i ciemne zimowe noce skazują ludzi na samotność, w związku z tym spodziewał się, że usłyszy typowo barowe odgłosy: stukot kul bilardowych, stare piosenki country z szafy grającej.
Tymczasem, gdy zszedł do restauracji, piękna Rose tak jak poprzednio nalewała kawę. Być może lała ją wciąż tym samym dwóm mężczyznom, chociaż Nate nie był tego wcale pewien. Synek Rose siedział przy stole i nadal pracowicie kolorował książeczkę.
Nate zerknął na zegarek, który przestawił na miejscowy czas. Dziesięć po siódmej.
Rose odwróciła się od stolika i z uśmiechem spojrzała na Nate’a.
Twarz młodej kobiety rozpromieniła się.
Musiał przespać ponad dwanaście godzin. Teraz nie wiedział, czy powinien być zażenowany, czy zadowolony. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni spał dłużej niż cztery, pięć godzin.
Rzucił kurtkę na ławkę w boksie, potem postanowił zawrzeć pierwsze znajomości. Podszedł do stolika, przy którym siedział Jesse, i poklepał oparcie krzesła.
Chłopiec przyjrzał mu się spod grzywki, kiwnął głową i wrócił do kolorowania rysunku. Robił to z takim zapałem, że aż przygryzał język. Nate usiadł.
Oczy Jesse’ego zaokrągliły się ze zdumienia.
Nate rozparł się w krześle i puścił perskie oko do Rose,
kiedy stawiała przed nim duży, biały kubek i nalewała do niego kawy.
Wsunęła jadłospis pod łokieć Nate’a.
Nate oddał menu Rose.
Pomimo to zarumieniła się z zadowolenia.
Przez całe śniadanie wysłuchiwał opowiastek o ulubieńcach chłopca.
Talerz naleśników i rozmowa z uroczym malcem to znacznie lepszy początek dnia niż rozmyślanie o koszmarnym śnie. Nastrój Nate’a wyraźnie się poprawił. Właśnie miał zamiar zadzwonić do Hopp, kiedy pojawiła się w drzwiach.
Wstał, żeby się ubrać.
Spojrzał z góry na Hopp. Zdawał sobie sprawę, że jest wymizerowany. Miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i normalnie ważył siedemdziesiąt dwa kilogramy, ale ostatnio w krótkim czasie stracił pięć kilogramów, w związku z tym musiał wyglądać mizernie.
Założył czapkę.
Zimno uderzyło go jak rozpędzony pociąg.
Wskoczył do forda explorera, którego Hopp zaparkowała
przy krawężniku.
Z ogromną wprawą pokonywała zasypaną śniegiem ulicę.
Nate przyjrzał się uważnie niewielkiemu budyneczkowi.
To nie będzie wcale takie śmieszne - pomyślał Nate.
Był dwa razy większy od przychodni i miał dwie kondygnacje. W oknach płonęły światła.
Hopp zawróciła i ruszyła z powrotem drogą, którą jechali.
Nate wciąż odnosił wrażenie, że to wszystko jest nierealne i bardziej przypomina plan filmowy lub scenografię teatralną. Jak więc miał uznać tę rzeczywistość za swoją?
Zatrzymała samochód przed budynkiem z grubych bali.
Nate chwilę odczekał.
Hopp wybuchnęła śmiechem.
Przejechała jeszcze kawałek.
Nate usiłował przebić wzrokiem ciemność i padający śnieg. Ujrzał ładny budyneczek z drewna, wyraźnie nowszy niż sąsiednie domy. Przypominał nieco bungalow, miał niewielką werandę i dwa okna, po jednym po każdej stronie drzwi. Wszystko było zasłonięte zielonymi okiennicami.
Od ulicy do drzwi prowadziła ścieżka, z której ktoś odgarnął starannie śnieg. Niewielki podjazd, wyraźnie również niedawno odśnieżony, pokrywała już kilkunastocentymetrowa warstwa świeżego puchu. Od stojącego tam niebieskiego wozu terenowego do drzwi biegła wąska ścieżynka.
W obu oknach płonęło światło, a z ciemnego komina buchały kłęby dymu.
Gdy wysiadł, tak samo jak poprzednio był zaszokowany przenikliwym zimnem. Oddychając przez zęby, powędrował za Hopp wąską ścieżynką, która prowadziła do drzwi.
Rzeczywiście było to miejsce, do którego nie miał dostępu ani wiatr, ani niska temperatura.
Zdjęła kurtkę i powiesiła ją na haku obok innej. Nate poszedł za jej przykładem. W kieszeniach zostawił również rękawiczki, czapkę i szalik. Zastanawiał się, kiedy przywyknie do tego, że ilekroć chce się tu gdzieś wyjść, trzeba się ubierać jak na podbój bieguna północnego.
Hopp pchnęła następne drzwi i weszła do pomieszczenia, w którym wyczuł dym i zapach kawy.
Ściany były pomalowane na beżowo, na podłodze leżało nakrapiane linoleum. W tylnym prawym rogu stał piec na drewno, a na nim olbrzymi żelazny czajnik, z którego buchały kłęby pary.
Z prawej strony były dwa metalowe biurka, rządek plastikowych krzeseł i ława zarzucona gazetami. Wzdłuż tylnej ściany biegł blat, na którym stała krótkofalówka, komputer i porcelanowa choinka w kolorze zielonym, jakiego nie wymyśliła matka natura.
Nate zauważył, że po obu stronach są drzwi, dostrzegł też tablicę informacyjną z poprzyczepianymi karteluszkami i notatkami.
W pomieszczeniu znajdowały się trzy osoby, które udawały, że wcale mu się nie przyglądają.
Domyślił się, że dwaj mężczyźni to jego zastępcy. Jeden z nich wyglądał na tak młodego, że chyba od bardzo niedawna mógł głosować, drugi był wystarczająco stary, by dawno, dawno temu oddać swój głos na Kennedyego. Obaj mieli na sobie grube wełniane spodnie, wysokie buty i flanelowe koszule z przyczepionymi odznakami.
Młodszy wyraźnie pochodził z Alaski, miał czarne, proste, długie do ramion włosy, głęboko osadzone, niemal czarne oczy w kształcie migdałów, ładne kości policzkowe i niewinny wyraz twarzy.
Starszy miał twarz osmaganą wiatrem, na głowie jeżyka, obwisłe policzki, wyblakłe niebieskie, lekko zezowate oczy i głębokie kurze łapki. Był potężnie zbudowany w przeciwieństwie do szczupłego partnera. Prawdopodobnie były wojskowy - pomyślał Nate.
Kobieta była okrąglutka, miała pulchne, różowe policzki i obfity biust, ukryty pod różowym sweterkiem w białe płatki śniegu. Szpakowate włosy splotła w warkocz i upięła w kok na czubku głowy. Z koka sterczał ołówek. W rękach trzymała talerz ze słodkimi bułeczkami.
Jeżyk wystąpił z szeregu i wyciągnął rękę.
Uśmiech na twarzy młodzieńca wywołał u Nate’a pewne skojarzenie.
[Brak stron]
Miała typowo południowy akcent, który przywodził na myśl miętówkę sączoną na werandzie.
Wyprowadziła go przez drzwi z prawej strony. Za nimi znajdowały się dwie cele z pryczami, trochę przypominającymi koje. Ściany sprawiały wrażenie świeżo pomalowanych, podłoga wyraźnie została umyta. Nate wyczuł zapach lizolu.
W celach nie było żadnych lokatorów.
Hopp z chichotem potrząsnęła głową.
Wrócili do pierwszego pomieszczenia, gdzie wszyscy udawali, że ciężko pracują. Po drugiej stronie tylnej ściany, tuż przy drzwiach, stała szafka z bronią palną. Nate doliczył się sześciu śrutówek, pięciu strzelb, ośmiu rewolwerów i czterech paskudnie wyglądających noży.
Wsunął ręce do kieszeni i nadął policzki.
Nie skomentowała jego słów, jedynie z uśmiechem na ustach otworzyła drzwi obok szafki.
Miało mniej więcej metr kwadratowy, jedno okno i szare metalowe biurko. Na biurku stał komputer, telefon i czarna lampka. Przy bocznej ścianie ktoś ustawił dwie szafki na kartoteki, a nad nimi biegł krótki blat. Stał na nim już pełen ekspres do kawy, dwa brązowe kamionkowe kubki, koszyczek z torebkami cukru i opakowaniami śmietanki. Nie zabrakło również na razie pustej tablicy z korka, dwóch składanych krzeseł dla ewentualnych petentów i kołków do wieszania ubrania.
Z powodu świateł, które odbijały się w czarnej szybie, pomieszczenie wydawało się bardziej bezosobowe i obce niż w rzeczywistości.
Nalała kawę do kubków, wręczyła mu jeden, potem usiadła na jednym ze składanych krzeseł.
Wyjęła z pudełka srebrną gwiazdę i przypięła mu ją do koszuli.
Stał na środku pokoju, wpatrując się w niedopitą kawę. Przez chwilę zza drzwi dochodziły przytłumione głosy. Naprawdę nie wiedział, co robić, uznał więc, że pora zacząć. Wyszedł z pokoju.
Hopp powiedziała prawdę. Nie miał żony ani dzieci. Nikt nie będzie go namawiał, żeby wrócił na południe. Do normalnego świata. Jeżeli chce tu zostać, musi się dobrze spisać. Jeśli schrzani sprawę, jeśli nie wykorzysta niecodziennej szansy, jaką dano mu w maleńkiej mieścinie na krańcu świata, nie będzie miał gdzie się podziać. Nie będzie miał co ze sobą począć.
Wychodząc z kawą w ręku do swoich współpracowników, czuł niemiły ucisk w żołądku, taki sam jak podczas lotu.
Nie był pewien, gdzie stanąć, potem zdał sobie sprawę, że na pewno nie powinien stać, w związku z tym podszedł do plastikowych krzeseł. Przeniósł dwa z nich do biurka, na którym wcześniej postawił swoją kawę, i uśmiechnął się do Peach.
Chociaż czuł, że żołądek nie zdążył jeszcze przetrawić sporej porcji naleśników, powiedział z uśmiechem:
Wyraźnie zadowolona postawiła na biurku talerz i położyła serwetki.
Ugryzł bułeczkę.
Wyobraził sobie, jak jego tętnice gwałtownie się zamykają.
Otto upił kawę.
Nate spojrzał na Petera.
Peach miała typową, łagodną twarz matki. Może dlatego, jak każda matka, była w stanie jednym zdecydowanym spojrzeniem wywiercić dziurę w stali.
Nate odchylił się na krześle i baczniej przyjrzał się rewolwerowi w kaburze Ottona.
Wszyscy troje przez dobrą chwilę przyglądali mu się w milczeniu.
Po długim milczeniu odezwał się Peter:
Nate cicho gwizdnął.
Wrócił do swojego biura, zabierając po drodze robotę papierkową, którą dała mu Peach. Wiedział, że nie zajmie mu to dużo czasu, ale liczył na to, że będzie mógł przyczepić coś do korkowej tablicy.
Porządkował kartki, gdy w drzwiach pojawiła się jego sekretarka.
Czytał gdzieś o tym. Przy bardzo niskich temperaturach ogrzewacze umożliwiają utrzymanie temperatury silnika.
Odwrócił się i wyjrzał przez okno.
Potem wstał i z opuszczonymi rękami patrzył, jak słońce maluje na niebie pomarańczowe i różowe plamy. Imponujące góry nagle ożyły, a po białych zboczach zaczęły się przesuwać złociste smugi.
Nate zaniemówił z wrażenia.
- Chyba tak.
Jak zahipnotyzowany podszedł do okna.
Spojrzał na rzekę, na miejsce, w którym poprzedniego dnia wylądował. Był tam długi, zniszczony pomost, którego wcześniej nie zauważył. Lód połyskiwał i odbijał błękitne niebo. Z mroku wyłoniły się zwały śniegu, domy, kępki drzew, a nawet ludzie. Tak, byli tam nawet ludzie, chociaż dzięki grubemu ubraniu przypominali kolorowe kule prześlizgujące się po bieli.
Obok smużki wznoszącego się dymu... o Jezu!... czyż to nie orzeł wzbija się w niebo? W tym momencie grupka dzieciaków biegiem ruszyła w stronę skutej lodem rzeki. Miały w rękach kijki hokejowe i łyżwy przerzucone przez ramię.
W oddali wznosiły się majestatyczne góry. Milczący bogowie.
Patrząc na nie, Nate zapomniał o przenikliwym chłodzie, wietrze, izolacji i własnym smutku.
Patrząc na nie, poczuł, że żyje.
Może było za zimno, może ludzie starali się zachowywać jak najlepiej, a może po prostu między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem zapanował świąteczny nastrój, tak czy inaczej pierwszy telefon zadzwonił dopiero w południe.
Wstał z krzesła i wędrując w stronę drzwi, wyjął z kieszeni ćwierćdolarówkę.
Nate złapał ją na wierzch dłoni.
Przypiął krótkofalówkę do pasa, wszedł do przedsionka i zaczął się ubierać.
Pchnął drzwi. Ze wszystkich stron otoczyło go przeraźliwie zimne powietrze.
Usiadł za kierownicą i włożył kluczyk do stacyjki.
W świetle dziennym miasteczko bez wątpienia wyglądało inaczej. Jest o wiele mniejsze - uznał Nate, manewrując wśród zasp. Spaliny zostawiły przy krawężnikach wyraźne smugi na białym śniegu, wystawy sklepowe już nie były takie lśniące, a świąteczne dekoracje w świetle słonecznym nosiły wyraźne ślady zużycia.
To już była rzeczywistość, a nie kartka pocztowa, chyba że spojrzało się wyżej, na góry... chociaż i one straciły nieco swoją surowość.
Nie, nie surowość, raczej posągowość - pomyślał. Teraz spoglądał na ludzką osadę wyrzeźbioną z lodu, śniegu i kamienia, usadowioną na brzegach krętej rzeki, otoczoną gęstymi lasami, w których z pewnością grasowały watahy wilków.
Nate zastanawiał się, czy w lesie są niedźwiedzie, uznał jednak, że do wiosny nie ma się czym martwić. Chyba że opowieści o śnie zimowym to jedna wielka bzdura.
Droga z posterunku do hotelu zajęła im niecałe dwie minuty. Nate po drodze doliczył się dziesięciu przechodniów, minął brązowego pikapa, potem suva, dostrzegł trzy zaparkowane skutery śnieżne i jedną parę nart wspartych o ścianę Italian Place.
Wyglądało na to, że mieszkańcy Lunacy nie poszli w ślady niedźwiedzi i nie zapadli w zimowy sen.
Nate wszedł do środka pierwszy, Peter za nim.
Awantura trwała nadal. Słychać było głośne okrzyki zachęty: „Skop mu ten tłusty tyłek, Mackie!”, odgłosy uderzeń i burknięcia. Nate doliczył się pięciu gapiów. Jak na warunki Lunacy należało to prawdopodobnie uznać za tłum. Tworzyło go pięciu mężczyzn we flanelowych koszulach, chociaż po bliższych oględzinach okazało się, że jeden z nich jest kobietą.
W środku kręgu dwaj mężczyźni o skołtunionych, brązowych włosach turlali się po podłodze, próbując jednocześnie okładać się pięściami. Jedyną bronią widoczną w polu widzenia był złamany kij bilardowy.
Nate łokciami utorował sobie drogę do środka kręgu. Na jego widok okrzyki nieco ucichły i zamieniły się w ciche pomruki, zwłaszcza gdy chwycił za tyłek bliźniaka numer jeden, faceta, który znajdował się na wierzchu.
Bliźniak numer dwa wyrwał się spod spodu i odskoczył do tyłu. Przy okazji wymierzył potężny cios w szczękę brata.
Następnie uniósł pięści i rozpoczął taniec zwycięstwa. Jego brat bezwładnie opadł w ramiona Nate’a.
Jim Mackie nie przerywał swojego tańca, zachęcany okrzykami tłumu.
Nate zauważył, że pieniądze przechodzą z ręki do ręki, ale postanowił to zignorować.
Przekazał nieprzytomnego mężczyznę Peterowi, potem zastąpił drogę samozwańczemu zwycięzcy.
Jim uśmiechnął się od ucha do ucha, ukazując białe zęby i iście po diabelsku błyskając brązowymi oczami.
Nate gwałtownym ruchem obrócił mężczyznę, pchnął go na ścianę i w niecałe dziesięć sekund założył mu kajdanki.
Nie okazując ani cienia lojalności, tym razem tłum miauczeniem i gwizdami poparł Nate’a, który siłą prowadził Jima Mackiego w stronę drzwi.
Nate zatrzymał się na widok wychodzącej z kuchni Charlene.
Przez chwilę patrzyła na niego zaskoczona, potem zamrugała oczami.
Nate rozwiał jego wątpliwości, wypychając go na ziąb.
Otworzył drzwi i wepchnął Jima do środka.
Gdy Nate usiadł za kierownicą, Jim próbował odzyskać nieco godności, pomimo podbitego oka i strużki krwi, która sączyła się z rozciętej wargi.
Jim, nie kryjąc rozgoryczenia, wcisnął brodę w klatkę piersiową.
Jim boczył się przez całą drogę na posterunek. Potem razem z Nate’em wszedł do środka.
W oczach Ottona pojawił się błysk. Może radości?
Nate wprowadził Jima do środka, pchnął go na krzesło, a potem rozpiął część kajdanków i przyczepił ją do oparcia.
Jim ponownie zaczął się boczyć. Był kościstym mężczyzną około trzydziestki. Miał potargane brązowe włosy, pociągłą twarz, zapadnięte policzki i brązowe oczy. Lewe było opuchnięte po jednym z ciosów brata. Z rozciętej wargi kapała krew.
Jim ciężko westchnął, tak ciężko, że z jego rozciętej wargi pry snęły kropelki krwi.
Jim sprawiał wrażenie zaciekawionego, a jednocześnie zaskoczonego.
Zerknął na wchodzącą Peach.
Podała lód Jimowi, a apteczkę ustawiła na biurku przed Nate’em. Potem wzięła się pod boki.
Zarumienił się i przycisnął lód do krwawiącej wargi.
Peach prychnęła.
Wygłosiwszy ponurą przepowiednię, wyszła, trzaskając drzwiami.
W ramach przygotowania do własnej obrony Jim klepnął się po kolanach.
Nate przez długą chwilę milczał.
Jim poruszył się na krześle.
Nate wychylił się do przodu i obrzucił Jima zimnym, spokojnym spojrzeniem, pod wpływem którego bliźniak numer jeden zaczął niespokojnie wiercić się na krześle.
Jim otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnował z tego pomysłu. Widocznie w końcu zdał sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji.
Nate doszedł do wniosku, że jeśli takie przestępstwa są w Lunacy normą, być może podjął słuszną decyzję, przylatując właśnie tutaj. Prawdopodobnie największym wyzwaniem, jakie przed nim stoi, będą bójki między braćmi.
Nie szukał wielkich wyzwań.
Bracia Mackie nie stanowili żadnego problemu. Rozmowa z Billem przebiegła niemal dokładnie tak samo jak z Jimem, chociaż Bill z większym zapałem bronił Dyliżansu